Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Książe Kłamstw
 
Katalog - dodano
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 Stróże 2: Brudnopis Boga
- Jakub Ćwiek
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Brudna robota - Christopher Moore

Rozdział 1


NIE MOGŁEM ZNALEŹĆ CZASU DLA ŚMIERCI –
WIĘC ON UPRZEJMIE ZNALAZŁ CZAS DLA MNIE...

Charlie Asher chodził po ziemi tak, jak mrówka porusza się po powierzchni wody – jakby najmniejszy krok mógł sprawić, że znajdzie się pod powierzchnią i wciągną go głębiny. Obdarzony wyobraźnią samca beta, przez znaczną część życia spoglądał w przyszłość w poszukiwaniu wszelkich sposobów, w jakie świat spiskował, by go zabić. Jego, jego żonę Rachel, a teraz także nowonarodzoną Sophie. Ale pomimo całej jego ostrożności, całej paranoi, nieustannej zgryzoty od chwili, gdy Rachel wysikała niebieski pasek na teście ciążowym aż do momentu, gdy wwożono na wózku ją do szpitala St. Francis Memorial, Śmierć i tak się podkradał.
- Nie oddycha – powiedział Charlie.
- Oddycha, jak trzeba – odparła Rachel, klepiąc noworodka po plecach. – Chcesz ją potrzymać?
Tego dnia Charlie trzymał już maleńką Sophie przez kilka sekund, po czym szybko oddał ją położnej, nalegając, by ktoś bardziej wykwalifikowany policzył małej palce u rąk i nóg. Sam robił to dwa razy i ciągle wychodziło mu dwadzieścia jeden.
- Zachowują się, jakby wszystko było w porządku. Że niby dzieciak ma dziesięć palców u rąk, dziesięć u nóg i wszystko będzie dobrze. A jeśli są jakieś dodatkowe? No? Nadprogramowe palce? A jeśli ma ogon?
(Charlie był pewien, że na ultrasonogramie z szóstego miesiąca ciąży dostrzegł ogon. Pępowina, akurat! Zachował sobie wydruk).
- Nie ma ogona, panie Asher – zapewniła położna. – A palców jest dziesięć plus dziesięć, sprawdziliśmy. Może lepiej pójdzie pan do domu i odpocznie.
- I tak ją kocham, nawet z tym dodatkowym palcem.
- Jest najzupełniej normalna.
- U ręki albo u nogi.
- Naprawdę wiemy, co robimy, proszę pana. To śliczna, zdrowa dziewczynka.
- Albo z ogonem.
Położna westchnęła. Była niska, tęga i miała na prawej łydce wytatuowanego smoka, widocznego przez białe, pielęgniarskie pończochy. Przez cztery godziny dziennie masowała wcześniaki rękami wsuniętymi w otwory inkubatora Lucite, jakby trzymała w nich radioaktywną iskrę. Mówiła do nich, chwaliła, opowiadała, jakie są niezwykłe i czuła bicie serduszek w klatkach piersiowych nie większych niż zwinięta para sportowych skarpet. Płakała nad każdym, wierząc, że jej łzy i dotyk przeleją trochę jej własnego życia w te ciałka, co jej w pełni odpowiadało. Mogła sobie na to pozwolić. Była położną od dwudziestu lat i nigdy nawet nie podniosła głosu na świeżo upieczonego ojca.
- Nie ma żadnego cholernego ogona, durniu! Patrz! – Zsunęła kocyk i wycelowała w niego pupę Sophie, jakby mała mogła puścić serię śmiercionośnych kupek, jakiej prostoduszny samiec beta nigdy nie widział.
Charlie odskoczył – był szczupłym i zwinnym trzydziestolatkiem – a potem, zrozumiawszy, że dziecko nie jest nabite, wygładził klapy tweedowej marynarki w geście świętego oburzenia.
- Mogliście usunąć jej ogon na porodówce, a my o niczym nie wiemy. – Faktycznie nie wiedział. Został poproszony o wyjście z porodówki, najpierw przez ginekologa, a w końcu przez Rachel. („On albo ja”, powiedziała. „Jedno z nas musi wyjść”).
W pokoju Rachel, Charlie powiedział: - Jeśli odcięli jej ogon, chcę go zabrać. Będzie chciała go zachować, kiedy dorośnie.
- Sophie, twój tatuś wcale nie jest wariatem. Po prostu nie spał od paru dni.
- Patrzy na mnie – stwierdził Charlie. – Patrzy na mnie tak, jakbym przeputał pieniądze na jej studia na wyścigach i teraz będzie musiała się puszczać, żeby dostać MBA.
Rachel wzięła go za rękę.
- Skarbie, wątpię, żeby już umiała skupić wzrok, a poza tym jest trochę za młoda, żeby się martwić, czy będzie się puszczać dla MFA.
- MBA – poprawił. – W dzisiejszych czasach bardzo wcześnie zaczynają. Zanim się połapię, którędy na wyścigi, może być już dostatecznie duża. Boże, twoi rodzice mnie znienawidzą.
- To nie nowina.
- Ale mieliby nowe powody. Zrobiłem siksę z ich wnuczki.
- To nie siksa. Już to omawialiśmy. Jako moja córka jest Żydówką, tak jak ja.
Charlie przykląkł przy łóżku na jedno kolano i ujął w palce maleńką dłoń Sophie.
- Tata przeprasza, że zrobił z ciebie siksę. – Opuścił głowę, zanurzając twarz w miejscu, gdzie dziecko dotykało boku Rachel. Rachel przejechała paznokciem po jego włosach, rysując ostry zakręt na jego wąskim czole.
- Musisz iść do domu i się przespać.
Charlie mruknął coś w prześcieradło. Kiedy podniósł wzrok, miał oczach łzy.
- Wydaje się ciepła.
- Bo jest ciepła. Powinna taka być. To ssak. Rzecz ma związek z karmieniem piersią. Dlaczego płaczesz?
- Jesteście takie piękne. – Zaczął układać ciemne włosy Rachel na poduszce. Nasunął długi kosmyk na głowę Sophie, stylizując go na niemowlęcą perukę. – Nic by się nie stało, gdyby nie wyrosły jej włosy. Pamiętasz, ta gniewna, irlandzka piosenkarka. W ogóle nie miała włosów, a wyglądała atrakcyjnie. Gdybyśmy mieli jej ogon, moglibyśmy przeszczepić cebulki.
- Charlie! Idź do domu!
- Twoi rodzice będą mnie obwiniać. Ich wnuczka, łysa siksa, która się puszcza dla dyplomu z biznesu... To wszystko będzie moja wina.
Rachel podniosła z kołdry przycisk brzęczyka i uniosła go w górę, jakby przyczepiono doń bombę.
- Charlie, jeśli nie pójdziesz do domu i się nie prześpisz, przysięgam, że wezwę pielęgniarkę i każę cię wyrzucić.
Przybrała surowy ton, ale uśmiechała się. Zawsze lubił patrzeć na jej uśmiech. Wyglądał jak aprobata i przyzwolenie. Przyzwolenie, by był Charliem Asherem.
- Dobra, pójdę. – Wyciągnął rękę, by dotknąć jej czoła. – Masz gorączkę? Wydajesz się zmęczona.
- Właśnie urodziłam dziecko, ośle!
- Po prostu się o ciebie troszczę. – Nie był osłem. Obwiniała go o ogon Sophie i dlatego nazwała go osłem, a nie durniem, jak wszyscy inni.
- Skarbie, idź. Już. Żebym mogła odpocząć.
Wygładził jej poduszki, sprawdził, czy w dzbanku jest woda, poprawił kołdrę, pocałował ją w czoło, pocałował dziecko w główkę, wygładził dziecko, a potem zaczął inaczej układać kwiaty, które przesłała jego matka, umieszczając dużą lilię z przodu...
- Charlie!
- Już idę. Jezu. – Ostatni raz omiótł pokój wzrokiem, po czym cofnął się w kierunku drzwi.
- Przynieść ci coś z domu?
- Dam sobie radę.
- Myślę, że w zestawie, który mi spakowałeś, niczego nie brakuje. Właściwie niewykluczone, że gaśnica wcale się nie przyda.
- Lepiej ją mieć i nie potrzebować, niż potrzebować i...
- Idź! Odpocznij, lekarz zbada Sophie, a rano zabierzemy ją do domu.
- To chyba bardzo szybko.
- Standardowa procedura.
- Mam przynieść więcej gazu do kuchenki turystycznej?
- Postaramy się, żeby wystarczyło.
- Ale...
Rachel uniosła brzęczyk, jakby chciała powiedzieć, że niespełnienie jej żądań będzie miało opłakane skutki.
- Kocham cię – powiedziała.
- Ja też – odparł Charlie. – Kocham was obie.
- Pa, tatusiu. – Rachel pomachała mu maleńką rączką Sophie niczym ręką kukiełki.
Charliego ścisnęło w gardle. Nikt wcześniej nie nazwał go tatusiem, nawet kukiełka. (Raz zapytał Rachel podczas seksu: „Kto jest twoim tatusiem”, na co odparła: „Saul Goldstein”, czyniąc go na tydzień impotentem i przywołując najróżniejsze sprawy, o których wolał nie myśleć).
Wycofał z pomieszczenia, zamknął drzwi, a następnie przeszedł przez korytarz i minął recepcję, gdzie położna z wytatuowanym wężem uśmiechnęła się, patrząc na niego z ukosa.

Charlie jeździł sześcioletnim minivanem, którego odziedziczył po ojcu razem ze sklepem dla oszczędnych i budynkiem, w którym ów sklep się znajdował. W samochodzie zawsze unosił się lekki zapaszek kurzu, kulek na mole i potu, pomimo istnego lasu zapachowych choinek, które Charlie wieszał na każdym haczyku, klamce i innych wystających elementach. Otworzył drzwi auta i oblała go niechciana woń towarów ze sklepu dla oszczędnych.
Zanim włożył kluczyk do stacyjki, zauważył na siedzeniu pasażera płytę CD z piosenkami Sarah McLachlan. Rachel będzie za nią tęsknić. Była to jej ulubiona płyta. Teraz musiała wracać do zdrowia bez niej, a przecież nie mogła się bez niej obyć. Charlie złapał płytę, zamknął samochód i ruszył z powrotem do pokoju żony.
Ku jego uldze, położna zniknęła z recepcji i nie musiał znosić jej lodowatego, oskarżycielskiego wzroku – potrafił go sobie wyobrazić. W myślach przygotował sobie wcześniej krótka mowę o tym, że dobry mąż i ojciec powinien przewidywać potrzeby i zachcianki żony, co obejmowało przynoszenie jej muzyki. Mógł jeszcze wykorzystać tę mowę przy wyjściu, gdyby położna posłała mu lodowate spojrzenie.
Otworzył drzwi do pokoju Rachel – powoli, by jej nie przestraszyć – spodziewając się ujrzeć jej uśmiech, ciepły, lecz pełen dezaprobaty. Wyglądało jednak na to, że śpi, a obok jej łóżka stał bardzo wysoki, czarnoskóry mężczyzna, odziany w groszkową zieleń.
- Co pan tu robi?
Mężczyzna w groszkowej zieleni odwrócił się z zaskoczeniem.
- Widzisz mnie? – Wskazał swój krawat czekoladowej barwy i Charliemu na ułamek sekundy przypomniały się te cienkie, miętowe czekoladki, które w niektórych hotelach zostawiają ci na poduszce.
- Jasne, że widzę. Co pan tu robi?
Podszedł do łóżka Rachel, wciskając się między nieznajomego a swoją rodzinę. Wysoki, czarnoskóry mężczyzna najwyraźniej fascynował małą Sophie.
- Niedobrze – powiedział Groszkowy.
- Pomylił pan pokoje – oznajmił Charlie. – Proszę wyjść. – Wyciągnął rękę i poklepał dłoń Rachel.
- Bardzo, bardzo niedobrze.
- Proszę pana, moja żona śpi, a pan pomylił pokoje. Teraz proszę wyjść, zanim...
- Ona nie śpi – odparł Groszkowy. Mówił cicho, z lekkim południowym akcentem. – Przykro mi.
Charlie odwrócił się, by popatrzeć na Rachel, spodziewając się, że ujrzy jej uśmiech i usłyszy, że ma się uspokoić. Miała jednak zamknięte oczy, a jej głowa zsunęła się z poduszki.
- Kochanie? – wypuścił płytę z ręki i delikatnie potrząsnął żoną. – Kochanie?
Mała Sophie zaczęła płakać. Charlie dotknął czoła Rachel, po czym złapał ją za ramiona i znowu potrząsnął. – Kochanie, obudź się. Rachel. – Przyłożył ucho do jej serca i nic nie usłyszał. – Siostro!
Potykając się o łóżko, rzucił się po brzęczyk, który wysunął się z dłoni Rachel i leżał na pościeli.
- Siostro! – Wdusił przycisk i odwrócił się do mężczyzny w groszkowej zieleni. – Co się stało...
Tamten zniknął.
Charlie wybiegł na korytarz, ale nikogo tam nie było.
- Siostro!
Po dwudziestu sekundach zjawiła się położna z wytatuowanym wężem, a po kolejnych trzydziestu – zespół reanimacyjny ze sprzętem.
Nic nie mogli zrobić.


Fragment udostępniony przez wydawnictwo Mag.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-03-16 (1796 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej