Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Odchłań
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Heretyk'' - Joseph Nassise



Gdy SUV skręcił i przejechał przez bramę z kutego żelaza, której skrzydła, strzegące niegdyś wstępu na teren posiadłości, zwisały teraz rozerwane i powyginane, brat sierżant Sean Duncan wyjrzał przez okno samochodu na otaczające go pobojowisko. Wiedział już, że plotki okazały się prawdą. Diabeł naprawdę nawiedził Connecticut.Zniszczona brama była tylko pierwszym tego znakiem. Marmurowy posąg anioła, który stał wcześniej nad wejściem do komandorii, leżał na plecach na środku podjazdu. Jedno skrzydło miał wciąż szeroko rozpostarte, drugie było rozbite na kawałki. Kamienne oczy rzeźby spoglądały niewzruszone w niebo, jakby wyglądając oznak żalu. W pobliżu, grupa rycerzy układała w długie rzędy na trawie ciała tych, którzy zginęli, broniąc bramy. Miało to ułatwić zespołowi z kostnicy identyfikację każdego z nich. Duncan przeżegnał się i zmówił krótką modlitwę za dusze zmarłych. Za trawnikiem, w zaułku przed dworem, stały wciąż dymiące szczątki mercedesa. Wykonane z drogiejskóry siedzenia zmieniły się w zwęglone strzępki zwisające ze stalowych szkieletów. Duncanowi walka nie była obca. Nie mogło być inaczej, zważywszy na to, kim był. Ale nigdy nie słyszał o tym, żeby ktoś zaatakował bezpośrednio komandorię Templariuszy. Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona – czy Templariuszy, jak ich kiedyś powszechnie zwano – funkcjonował w ukryciu, z dala od ciekawskich spojrzeń postronnych. Czasy, gdy Zakon strzegł drogi do Świętego Miasta, dawno minęły. Nikt już tego nawet nie pamiętał. Odnalezienie bazy musiało być trudne, atak i zdobycie jej – niemal niemożliwe. Ale ktoś zrobił i jedno, i drugie. Wedle powszechnego mniemania, Templariusze zostali zniszczeni w czternastym wieku, gdy Zakon oskarżono o czary, a papież kazał spalić wielkiego mistrza na stosie za herezję. W rzeczywistości Zakon zszedł do podziemia, ukrywając swoje majątek i potęgę, jakimi dysponował, i zdołał zachować niezależność aż do zakończenia pierwszej wojny światowej. Pakt zawarty z Piusem XI spowodował zdjęcie ekskomuniki i Templariusze odrodzili się jako tajne zbrojne ramię Watykanu. Ich misją stała się obrona ludzkości przed nadprzyrodzonymi zagrożeniami i wrogami. Na całym świecie Zakon miał tysiące członków zebranych w miejscowe komandorie. Te z kolei łączyły się w zbory kontynentalne, na czele których stali preceptorzy. Ci odpowiadali przed seneszalem, a ten przed wielkim mistrzem, który rządził całym Zakonem ze swojej szkockiej bazy, zamku Rosslynn. Choć Zakonowi pozwolono w zasadzie na autonomię, wciąż pozostawał pod władzą Watykanu. Stolica Apostolska wyznaczyła trzech kardynałów, którzy mieli kontaktować się z przywódcami Zakonu i pomagać im podążać drogą zgodną z życzeniami papieża. Komandoria w Westport w stanie Connecticut, zwana Ravensgate, była jedną z największych na wschodnim wybrzeżu. Przerastała ją tylko siedziba preceptora w Newport, na Rhode Island. Posiadłość w Connecticut obejmowała trzydzieści osiem akrów zielonych wzgórz otoczonych lasem. Od najbliższych sąsiadów dzieliły ją około trzy kilometry. Główny budynek był ogromny: czterdzieści siedem pomieszczeń, od strzelnicy w podziemiach po kaplicę w północnym skrzydle. A teraz to wszystko leżało w ruinach. Kierowca zatrzymał się obok spalonego samochodu i Duncan wysiadł ostrożnie, trzymając dłoń na kolbie broni. Uderzyły go w nozdrza zapachy spalonej skóry i benzyny, ale nie unosił się na szczęście odór zwęglonego ciała, który spodziewał się poczuć. Podczas gdy pozostali członkowie jego oddziału ochrony zajęli pozycje wokół auta, Duncan oceniał sytuację. Jeszcze raz spojrzał na trawnik i pracujących tam ludzi, potem skupił swoją uwagę na dworze. Tu zniszczenia okazały się mniej rozległe. Wszystkie okna były uszkodzone. Kawałki szkła o dziwacznych kształtach, które tu i ówdzie pozostały w ramach, odbijały promienie wschodzącego słońca, ale żadna szyba nie zachowała się w całości. Resztki drzwi frontowych wciąż niepewnie zwieszały się z zawiasów. Dziury po kulach znaczyły wejście do budynku i fasadę wokoło. W marmurowych stopniach prowadzących do drzwi było długie na około metr pęknięcie. Jego widok zmroził Duncanowi krew w żyłach. Jaka siła była potrzebna, by to zrobić...Mimo zniszczeń wyglądało na to, że nie ma żadnego bezpośredniego zagrożenia, zatem Duncan dał znak kierowcy siedzącemu w SUV-ie. Chwilę później otworzyły się tylne drzwiczki i Joshua Michaels, preceptor terytorium północnoatlantyckiego, wysiadł z samochodu. Duncan był szefem ochrony preceptora, czuwającym nad jego bezpieczeństwem na tej samej zasadzie, na jakiej Secret Service ponosi odpowiedzialność za prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zajmował to stanowisko od trzech lat. Przez pierwszy rok strzegł poprzedniego preceptora,potem jego następcy, Michaelsa. To była wyjątkowo prestiżowa pozycja i dawała Duncanowi wgląd w to, czym aktualnie zajmuje się Zakon. Teraz miał zająć się ustaleniem, kto – lub co – zaatakował ich w tak podstępny sposób. Preceptor zdecydował, że chce zacząć śledztwo na miejscu, dlatego szybko wyruszyli z Rhode Island. Tymczasowe stanowisko dowodzenia urządzono we wnętrzu dworu i stamtąd Michaels zamierzał czuwać nad wszystkim. Duncan zajął miejsce przy boku preceptora, a reszta zespołu otoczyła ich. Wszyscy weszli równym krokiem po schodach do wnętrza dworu. Tam natychmiast dołączyła do nich grupa rycerzy, którzy poprowadzili ich do sali na końcu korytarza. Po drodze, jeden z miejscowych dowódców informował preceptora o poczynionych ustaleniach. Poza jego cichym głosem było słychać tylko kroki obutych stóp. Stanowisko do wideokonferencji przygotowano w rogu centrum dowodzenia i do niego właśnie skierował się najpierw Michaels. Technik aktywował połączenie. Chwilę później twarz kardynała Giovanniego wypełniła ekran.
– Joshua, co wiemy? – zapytał starszy mężczyzna.
– Obawiam się, że niewiele,Wasza Eminencjo. Jak Wam doniesiono, komandorię zaatakowano w nocy. Wedle naszych szacunków – około trzeciej, chociaż dopiero gdy zespół z kostnicy wykona swoją pracę, będziemy mogli dokładniej określić czas najazdu. Intruzi wyłamali bramę, potem uderzyli wprost na dwór. Nie udało nam się ustalić, czy chodziło im o coś poza zniszczeniem komandorii, na to jest jeszcze za wcześnie. W miarę postępów śledztwa powinniśmy dowiedzieć się więcej. Teren został zabezpieczony, zajęliśmy się ciałami. Jak dotąd, nie znaleźliśmy ani jednego żywego i nie zapowiada się na to, żebyśmy znaleźli. Kimkolwiek byli napastnicy, byli nader dokładni. Odpowiedzi kardynała nie usłyszeli zbyt wyraźnie ze względu na chwilowe problemy z połączeniem. Preceptor mówił dalej, chcąc wyrzucić z siebie jak najszybciej to, co najgorsze.
– Ze względu na to, czego się jak dotąd dowiedziałem, zamierzam przekazać śledztwo komendantowi Williamsowi i jego zespołowi. Widać było, że kardynał aż cofnął się z zaskoczenia.
– Heretykowi ? Jesteś pewien, że to dobry pomysł?
– Jestem – odparł preceptor. – Williams jest bezwzględny. Nie można go przekupić, nie można go skusić. Nie spocznie, póki nie odkryje, kto lub co stoi za tymi atakami. Jego ludzie to weterani. Mają doświadczenie i sprzęt, które pozwolą im zmierzyć się z tym, co odkryją, niezależnie od tego, czy będzie to ludzkie, czy nie. Jeśli sytuacja jest tak zła, jak podejrzewam, to on jest odpowiednią osobą do poprowadzenia tego śledztwa. Przysłuchujący się Duncan nie miał pewności, czyby się z tym zgodził. Chociaż Williams teoretycznie był członkiem Zakonu, przeszedł okres prób, tak jak każdy inny ubiegający się o przyjęcie, to on i jego zespół Echo działali bardziej jak wolni strzelcy niż rycerze zakonni. Podczas gdy członkowie innych jednostek byli wyznaczani przez lokalnych przywódców i regularnie zmieniali przydziały, Cade osobiście wybierał swoich ludzi, a ci zostawali w oddziale, póki śmierć czy obrażenia nie umożliwiły im dalszej służby. Inne jednostki odpowiadały zgodnie z przebiegiem łańcucha dowodzenia przed preceptorem, natomiast drużyna Echo podlegała bezpośrednio marszałkowi, stojącemu ledwie dwa stopnie niżej niż sam wielki mistrz. Mieli opinię ludzi, którzy naginają Zasadę, prawa, według których funkcjonuje Zakon, a niekiedy działają na własną rękę. Plotki kłębiły się wokół komendanta Williamsa niczym stado komarów. Oskarżano go o wszystko, od praktykowania czarów po komunikowanie się ze zmarłymi. Był człowiekiem budzącym lęk i podziw zarazem – w zależności od tego, kogo o niego zapytano. Jego przezwisko, Heretyk, wzięło się właśnie z tego lęku, z wiary niektórych, że był wilkiem w owczej skórze, mającym za zadanie zniszczyć Zakon od wewnątrz. Duncan podzielał ich opinie. Jego zdanie nie miało tu jednak znaczenia. Wyraz twarzy kardynała jednoznacznie wskazywał na niechęć, jaką budzi w nim ten pomysł, ale jak przystało na dobrego generała, pozwolił swoim ludziom w terenie podejmować decyzje. Niechętnie skinął przyzwalająco głową.
– Dobrze zatem. Informuj mnie o postępach.
– Oczywiście. Dobrej nocy i niech Bóg Wam błogosławi, Wasza Eminencjo.
Uniósłszy dłoń w geście błogosławieństwa, kardynał pożegnał się i ekran zgasł. Ledwie połączenie zostało przerwane, Duncan zwrócił się do preceptora.
– Sir, z całym szacunkiem, sądzę, że byłoby lepiej, gdyby wyznaczył pan do tego jeden z naszych zespołów. Williams może przysporzyć nam więcej problemów, niż przynieść pożytku. Preceptor odwrócił się do niego, kręcąc głową.
– Duncan, wiem, że niełatwo z nim pracować, ale właśnie jego niezależność może działać w tym wypadku na naszą korzyść. Ktokolwiek to zrobił, znał nie tylko lokalizację komandorii, ale też wiedział, jak zaatakować ją z zaskoczenia. I przypominam ci, że zrobił to tak, że nie dotarło do nas ani słowo ostrzeżenia. Coś takiego wymaga nie tylko przewagi sił, ale szczegółowej wiedzy o tym, z kim i czym mieli się tu zmierzyć.
– Sądzi pan, że mieli informacje z wewnątrz – powiedział Duncan, wypowiadając na głos podejrzenia, które pojawiły się już w chwili, gdy usłyszał o ataku. – Zatem ściąga pan tu Heretyka ze względu na jego brak powiązań politycznych.
– Dokładnie, choć to nie jest główny powód. Mam pewność, że zespół Echo to odpowiedni ludzie do tego zadania. Są doświadczonymi żołnierzami, znają się na swojej robocie. Bardzo przydadzą się ich długoletnie doświadczenie i umiejętności, jakie mają do zaoferowania. Po tym, co Duncan widział na zewnątrz, mógł tylko przytaknąć.
– Z tego, co wiem, zespół ma dwutygodniowy urlop. Namierz komendanta Williamsa i ściągnij go tu najszybciej, jak to możliwe.
– Tak jest, sir.
Gdy Duncan oddalał się, by wykonać rozkazy, zastanawiał się, jakie jeszcze przykre niespodzianki przyniesie przyszłość.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-12-31 (1410 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej