Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kazylionowe życzenie
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Starship: Pirat'' - Mike Resnick



Jesteśmy banitami


Wysoko w górze, w kapsule przytwierdzonej do ściany, unosił się Wxakgini, jedyny pilot, jaki zasiadał za sterami tego okrętu na przestrzeni ostatnich siedmiu lat. Należał do rasy Bdxeni, istot przypominających kształtem pocisk, ale posiadających także wiele cech insektoidalnych. Tkwił tam skulony w embrionalnej pozycji, z szeroko otwartymi, nigdy niemrugającymi, wielokomórkowymi oczami, połączony z komputerami okrętu sześcioma grubymi kablami, które wychodziły z jego głowy i niknęły w masywnej grodzi. Bdxeni nie znali pojęcia snu, co czyniło z nich idealnych pilotów i trwali w tak idealnej symbiozie z komputerami okrętów, że trudno było określić, gdzie przebiega granica pomiędzy nimi.
– Kapitan na mostku! – wrzasnęła Christine, stając na baczność i oddając przepisowy salut w tej samej chwili, gdy zauważyła obecność dowódcy.
Briggs zareagował podobnie, ale kilka sekund później.
– Dajcie spokój – poprosił Cole. – Ile razy mam powtarzać, że nie należymy już do floty?
– To nie ma znaczenia, jest pan nadal naszym kapitanem – odparła z uporem Mboya.
– Jestem banitą – poprawił ją cierpliwie. – Pani zresztą też. A banici nie muszą sobie salutować.
– Ale ten banita będzie panu salutował – nie ustąpiła.
– Też jestem tego zdania, sir – dodał Briggs i powtórzył salut.
– Wydaje mi się, że pierwszą rzeczą, jaką każę zainstalować na tym okręcie po remoncie, będzie maszt, do którego da się przywiązywać niesubordynowanych oficerów, aby ich publicznie wychłostać – oświadczył oschle Cole. – Dziękuję, pilocie.
– Za co? – zapytał Wxakgini, wpatrując się bez końca w tajemniczy punkt czasoprzestrzeni, który tylko on i komputer nawigacyjny mogli dostrzec, a nawet w ogóle pojąć.
– Za niezwracanie szczególnej uwagi na fakt mojego pojawienia się na mostku.
– Aha – odparł Bdxeni i natychmiast zapomniał o Cole’u i reszcie ludzi znajdujących się w pomieszczeniu poniżej jego kapsuły.
– Świetnie, skoro już się przywitaliśmy i okazaliśmy przy okazji brak szacunku dla życzeń kapitana – Wilson odwrócił się do Christine – czy mamy może coś do zaraportowania?
– Nadal nie zaobserwowaliśmy żadnych śladów pościgu, sir – odparła porucznik. – Podczas ostatniego dnia standardowego minęliśmy jedenaście zamieszkanych planet, na żadnej jednak nie zauważyliśmy śladów kolonizacji ani podwyższonej aktywności neutrino, świadczących o ich istnieniu cywilizacji przemysłowych.
– Świetnie – odparł Cole. – Cztery Oczy chyba miał rację. Nie cierpię przyznawać mu racji, ale rzeczywiście wygląda na to, że Republika zdecydowała, iż nie jesteśmy warci jej uwagi, przynajmniej w tej chwili. Admiralicja potrzebuje każdego okrętu na frontach walki z Federacją Teroni.
– Co pan zamierza, sir? – zapytał Briggs.
– Wydaje mi się, że nadeszła pora, aby przywdziać przepaski na oczy i uczyć się pirackiej gwary. Potrenujcie takie zwroty jak: „rączki do góry” albo „niech mnie kule biją”.
Christine nie potrafiła powstrzymać chichotu, ale Briggs nie przejął się tym wcale.
– Pytałem poważnie, sir, co teraz będziemy robili?
– Poważnie to nie wiem – odparł Cole. – Ale mam wrażenie, że piractwo nie jest wcale taką łatwą profesją, jak wam się wydaje.
– Dla mnie zawsze było bardzo proste – stwierdził porucznik.
– Świetnie – odparł kapitan. – Proszę wybrać cel.
– Słucham, sir?
– Kiedy pan albo Christine widzieliście w okolicy jakiś luksusowy liniowiec? – zapytał Cole. – Albo choćby frachtowiec?
– Jedenaście dni temu, sir – odparła natychmiast Mboya.
– A planetę wartą splądrowania?
– Na dwóch światach, które wczoraj minęliśmy, znajdowały się pokłady diamentów. Na trzech innych wykryliśmy materiały rozszczepialne.
– Ale nie znaleźliście żadnej rozwiniętej cywilizacji – dodał Cole.
– Nie, sir – odparł Briggs.
– Wydawało mi się, że chciał pan być piratem – stwierdził kapitan. –Skoro jednak wyraża pan chęć zostania górnikiem, nie widzę problemów. Zrzucimy pana na powierzchnię którejś z tych planet i wrócimy za kilka lat, żeby sprawdzić, co udało się panu wydobyć.
– Chyba zostanę przy piractwie, sir – oświadczył porucznik.
– Skoro pan nalega, panie Briggs... – odparł kapitan, nie potrafiąc ukryć rozbawienia. – A wracając do statków – dodał – sporo z nich będzie o wiele lepiej uzbrojonych niż my, do tego niektóre mogą mieć eskortę jednostek Republiki.
– Jest pan najczęściej odznaczanym oficerem floty republikańskiej, sir – powiedział porucznik. – Na pewno znajdzie pan sposób na ich pokonanie.
– Nie jestem już oficerem floty – przypomniał mu Cole. – Nie dostałem też medalu za doskonałe osiągnięcia na polu piractwa. To dla mnie zupełnie nowa sytuacja i mam nadzieję, że dla was też.
– Ale myślał pan o tym od momentu naszej ucieczki – stwierdził z absolutną pewnością Briggs. – Jestem pewien, że ma pan już jakiś plan na tę okazję.
– Pańska wiara bardzo mi się podoba – przyznał kapitan. Choć w życiu nie posłuchałbym pańskiej rady, dodał w myślach, odwracając się do Christine. – Sądzę, że powinna pani rozpocząć mapowanie najbardziej zaludnionych planet Wewnętrznej Granicy i namierzanie najbardziej uczęszczanych szlaków handlowych. Nie ma jednak pośpiechu. Znajdujemy się najprawdopodobniej o wiele dni lotu od najbliższego z nich i prawdę powiedziawszy, nie wiem jeszcze, czy kiedykolwiek skorzystam z tych danych, które pani dla mnie przygotuje. Ale jeśli przyjmujemy, że takie informacje będą dla nas przydatne w przyszłości, myślę, iż nie od rzeczy będzie rozpocząć ich zbieranie już teraz.
– Czy ma pan jakieś zadanie dla mnie, sir? – zapytał Briggs.
– Proszę sprawdzić rozkłady jazdy i trasy największych liniowców pasażerskich kursujących
w okolicach Wewnętrznej Granicy. Nie sądzę, żeby odwiedzały więcej niż dziesięć planet w tej okolicy. Może Bindera X, Roosevelta III i kilka im podobnych. Zobaczymy, co pan znajdzie na ten temat. Tylko proszę robić to dyskretnie.
– Dyskretnie, sir?
– Jesteśmy banitami, za których głowy wyznaczono nagrody – wyjaśnił Cole po raz kolejny z całkowitym spokojem, zastanawiając się jednocześnie, ile czasu musi jeszcze upłynąć, zanim załoga przyjmie ten fakt do wiadomości. – Proszę uważać, żeby nie namierzono nas zwrotnie.
– Tak jest! – odparł porucznik i znów sprężyście zasalutował.
Wilson spojrzał na niego, zastanawiając się, czy nie zafundować mu kolejnego wykładu o niestosowności salutowania, ale zrozumiał, że byłby to jedynie bezcelowy wysiłek i bez słowa opuścił mostek.
– Jeszcze trochę, a złamiesz tego biednego, młodego wielbiciela twojego heroizmu – w jego uchu rozbrzmiał kobiecy głos.
– Monitorowałaś rozmowę? – Cole rzucił to pytanie w stronę pustego korytarza, którym zmierzał ku najbliższej windzie.
– Uwielbiam podsłuchiwać – odparł bezcielesny głos Sharon Blacksmith. – Na tym polega moja praca.
– Jeśli podsłuchiwałaś też wcześniej, wiesz już zapewne, że chcę cię widzieć w mojej kabinie o dwudziestej drugiej – powiedział Wilson.
– Codziennie chcesz mnie widzieć w swojej kabinie o dwudziestej drugiej – odparł głos.
– Ale tym razem masz być ubrana.
– To nie jest zabawne – stwierdziła Sharon.
– Czas zabawy już się skończył – odparł Cole. – Nadszedł moment, w którym zabierzemy się do poważnego plądrowania galaktyki.


Achilles


Co to za jednostka? – zapytał Cole, gdy tylko wszedł na mostek.
– Klasa LJD, sir – zameldowała Rachel.
– Uzbrojenie?
– LJD to klasa luksusowych jachtów, sir. Nie montuje się na nich żadnego uzbrojenia, ale ten egzemplarz posiada dwa dosztukowane działa pulsacyjne ulokowane po obu stronach dzioba.
– Mogą nimi obracać?
– Jestem pewna, że potrafią prowadzić ogień w różnych kierunkach – odparła Rachel. – Ale nie potrafię odpowiedzieć, czy zdołają je odwrócić o sto osiemdziesiąt stopni i strzelać za własną rufę.
– Mają tylko dwa działa? – upewnił się Cole. – Na pewno nie więcej?
– Na pewno, sir.
– Luksusowy jacht? Ci chłopcy lubią komfort, muszę przyznać – powiedział kapitan. – Gdyby to ode mnie zależało, pewnie kupiłbym jakiś potężny okręt wojenny z demobilu, może od którejś z pokonanych potęg, jak choćby Settów, i przerobiłbym go na potrzeby załogi. – Odwrócił się do Domak. – Wiemy już, z kogo składa się załoga?
– Sensory wykryły czternaście form życia na pokładzie jachtu – zameldowała natychmiast Polonoi – ale na razie nie mogę określić... Zaraz! Na pewno oddychają tlenem.
– Ludzie?
Wzruszyła ramionami.
– Istoty dwunożne. Nie określę ich rasy, dopóki nie podejdą bliżej.
– Czy ich działa zostały uaktywnione?
– Tak, sir.
Nagle na mostku pojawiła się Christine Mboya.
– Dowiedziałam się, że już tu są. Proszę o pozwolenie zajęcia stanowiska.
– Pani nie ma już stanowiska. Została pani awansowana na drugiego oficera.
– W takim razie proszę o pozwolenie na zajęcie mojego poprzedniego stanowiska – nie ustępowała.
Cole stał nieruchomo przez kilka sekund, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał, potem skinął w stronę konsoli.
– Jest pani wolna – powiedział do Rachel.
– Ale, sir... – zaczęła chorąży Marcos.
– Nie mam czasu na dyplomatyczne podchody – przerwał jej Cole. – Christine jest najlepsza w swoim fachu, a w tej grze idzie o nasze życie. Ale pani też może nam się przydać. Śliski przenosi pewne rzeczydo doków, proszę mu w tym pomóc. – Rachel wyglądała, jakby za moment miała się rozpłakać, a tego akurat najmniej mu było teraz trzeba. – To naprawdę ważne zadanie – zapewnił ją. – Wystarczy, że jedna z tych przesyłek wam upadnie, i piraci nie będą już musieli nas rozwalać.
Marcos zasalutowała i opuściła mostek, a Cole mógł się ponownie skupić na Domak.
– Czy już wiemy, do jakiej rasy należą?
Polonoi pokręciła głową.
– Jeszcze chwilę.
– Christine, zerknij, czy te działa faktycznie są obrotowe, czy mogą tylko prowadzić ogień przed dziobem jachtu?
– Niewiele można powiedzieć tak na oko – odparła Mboya – ale logicznie rzecz biorąc, powinny się obracać. Pirackie okręty częściej strzelają do pościgu niż do ofiar. Przecież nie da się okraść kompletnie zniszczonego wraku.
– Tak, to ma sens. – Tak, pomyślał jednocześnie – w podobnych chwilach lepiej mieć cię na mostku.
– Sir? – tuż przed nim pojawił się hologram Śliskiego.
– Dlaczego pan tak wypytuje o możliwość obracania tych dział, skoro i tak mam je wysadzić?
– Nie chcę wpędzać cię w konsternację – odparł kapitan – ale w czasie, gdy będziemy odwracali ich uwagę od twojej osoby, któryś z nich może się zorientować, co robisz, i dzięki tym działom rozpylić ciebie i Goriba na cholerne atomy. Inaczej mówiąc, jeśli te działa mogą się obracać, wysyłanie kogokolwiek, aby dokończył twoją robotę, może okazać się bezcelowe.
– Dziękuję za wyjaśnienia, sir – powiedział Śliski, który prawdę mówiąc, nie wyglądał na specjalnie zdenerwowanego. – Byłem ciekawy i to wszystko.
– Postaraj się powściągnąć na razie swoją ciekawość – poprosił Cole. – Przez kilka najbliższych minut wszyscy będziemy bardzo zajęci.
Następnym razem odezwał się dopiero, gdy Christie dała mu znać o wiadomości nadanej ze zbliżającej się jednostki.
– Daj ją na holo – rozkazał – i módl się, żeby to nie był okręt ratowniczy wysłany nam na pomoc.
Na mostku pojawił się hologram człowieka – wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny z brodą. Miał na sobie coś, co mogło być mundurem z demobilu, tyle że bez rękawów, które zostały równo odcięte. Niewielki pornograficzny tatuaż poruszał się nieustannie na jego lewym przedramieniu, ale wyglądał bardziej śmiesznie niż erotycznie. Facet miał przy sobie palnik, piszczałkę i broń pulsacyjną, ale trzymał cały ten sprzęt nie w kaburach, lecz za paskiem.
– Uwaga tam na frachtowcu – powiedział. – Nazywam się Montegue Windsail i jestem kapitanem "Achillesa”. Odebraliśmy wasz sygnał ratunkowy i przybyliśmy najszybciej, jak się dało. Jaki macie problem?
– Tutaj frachtowiec Linii Przewozowych „Samarkanda” numer czterdzieści osiem – odparł Cole. –
Nazywam się kapitan Jordan Baker – ciągnął dalej, przedstawiając się nazwiskiem swojego obrońcy
z urzędu, którego przydzielono mu podczas procesu, ponieważ uznał, że użycie własnego mogłoby ich zbyt szybko zdemaskować. – Padł nam napęd nadprzestrzenny, a przynajmniej jeden z zewnętrznych stabilizatorów uległ uszkodzeniu. Przeszliśmy już na zasilanie rezerwowe, ale nie potrafi my powstrzymać rotacji. Dziękujemy za przyjście nam z pomocą. Montegue Windsail pozwolił sobie na luksus uśmiechu.
– Prawdę powiedziawszy, nie wspominałem nic o przychodzeniu na ratunek. Raczej chodziło mi o zrobienie z wami pewnego rodzaju wymiany.
– Wymiany?
– Da mi pan te cztery piękne działa laserowe, które macie na pokładzie, a ja w zamian przetransportuję pańską załogę do najbliższej kolonii.
– To szantaż!
– Raczej interes – odparł ze spokojem Windsail. – A jeśli nie podoba się panu moja oferta, może pan tu poczekać, aż pojawi się ktoś z lepszą.
– A może powinniśmy panu pokazać, jak sprawne są nasze działa – zaproponował Cole.
– To bardzo uczciwa propozycja – ucieszył się Windsail. – Proszę wycelować w nas swoją artylerię, zobaczymy, czy podczas tej rotacji będzie strzelała celniej niż moje stacjonarne działa pulsacyjne.
– Chwileczkę! – zawołał Wilson, mając nadzieję, że w jego głosie jest wystarczająca doza desperacji. – Potrzebuję chwili na rozważenie pańskiej propozycji.
– Dam panu dwie minuty, kapitanie Baker – zaproponował Windsail. – Ale po upływie tego czasu albo przyjmie pan moje warunki, albo od razu otworzymy ogień. Nie będziecie mieli trzeciego rozwiązania.
„Achilles” przerwał połączenie.
– Widzieliście tego gościa? – zapytał Cole, z trudem powstrzymując śmiech. – Wyglądał jak postać pirata żywcem wyjęta z kreskówek. Ten tatuaż... I ta broń! Ciekaw jestem, czy on zdaje sobie sprawę, że wygląda idiotycznie?
– Co teraz zrobimy, sir? – zapytała Christine.
– To zależy, czy prześlą swoją grupę abordażową na pokładzie wahadłowca, czy raczej przycumują „Achillesa” do „Teddy’ego R.” – oparł kapitan. – Za dziewięćdziesiąt sekund połączcie mnie z nim ponownie.
– Mamy ich załatwić zaraz po wejściu na pokład? – zapytał hologram Forrice’a.
– Nie – odparł Cole. – Zostańcie w okolicach włazu i nie zwracajcie na siebie uwagi. Przygotujcie się do zajęcia „Achillesa”.
– Wilsonie – powiedział Cztery Oczy. – Będziemy mieli tutaj bandę uzbrojonych piratów. Jeśli my ich nie załatwimy, nie będzie nikogo, kto powstrzyma ich przed dotarciem na mostek.
– Może zostawisz ten problem mnie? – poprosił kapitan.
– Dobrze... Ale mam nadzieję, że wiesz, co robisz.
– Skoro nasze sensory potrafią wykryć ich pozycje na tamtym okręcie, oni także wiedzą, gdzie my jesteśmy – powiedział Cole. – Jeśli zobaczą, że grupujemy się przy włazie albo na mostku, odpuszczą sobie wchodzenie na pokład.
Christine dała mu znak, że minęło dokładnie dziewięćdziesiąt sekund. Przerwał połączenie z Forrice’em, skinął ręką i znów stanął twarzą w twarz z Windsailem.
– I co pan ma mi do powiedzenia? – zagaił pirat.
– Zanim wyrażę zgodę, proszę obiecać, że nikomu z mojej załogi nie stanie się krzywda – powiedział Cole.
– Interesują nas wyłącznie wasze działa i ładunek – odparł Windsail. – A skoro już o tym mowa, co macie w ładowniach?
– Nic – powiedział kapitan. – Wracamy właśnie na Daleki Londyn.
– Lepiej, żeby to była prawda, kapitanie Baker – ostrzegł go pirat. – Jeśli pan mnie okłamał, ja też nie dotrzymam warunków.
– Chwileczkę – poprosił Cole, udając naprawdę zdruzgotanego.
– Tak?
– Przewozimy sto sześćdziesiąt trzy dzieła sztuki obcych ras dla galerii Odyseusz z Dalekiego Londynu.
– Dziękuję za informację, kapitanie Baker. Zapewne utraci pan ładunek, ale za to ocali pan załogę. Spotkamy się z wami za około trzy minuty. Poprowadzę osobiście grupę abordażową na wasz mostek, gdzie rozkaże pan w mojej obecności, aby oddano nam cały ładunek i przysięgnie w imieniu swoich ludzi, że nie dojdzie do żadnych ataków w czasie demontażu dział.
Czy wyraziłem się wystarczająco jasno?
Cole spoglądał na niego w milczeniu.
– Czy to jasne? – powtórzył złowieszczo Windsail.
– Tak – odparł kapitan.
– Świetnie. Zatem do zobaczenia za kilka minut.
Pirat przerwał połączenie.
– Dawać mi Odoma! – wrzasnął Cole.
Hologram mechanika stanął przed nim kilka sekund później.
– Panie Odom, chcę, żeby pan na mój sygnał odciął całe zasilanie w jednym z szybów wind.
– Mam ją pozbawić poduszki grawitacyjnej? – zapytał mechanik.
– Ma pan ją pozbawić wszystkiego, nawet tlenu.
– Nie ma sprawy. O który szyb chodzi?
– O ten, który wybiorą piraci, żeby dostać się na mostek.
– Upadek z tej wysokości zabije ich, zanim zdążą się podusić – zauważył Odom.
– Cóż mogę na to odpowiedzieć? Decydując się na piractwo, trzeba też liczyć się z podobnym końcem...
– Zamilkł na krótką chwilę. – Przyszło mi na myśl, że będziemy musieli wysłać z nimi kogoś, żeby nie wywęszyli pułapki. Śliski byłby idealny do wykonania tego zadania. Dzięki Goribowi może wytrzymać bez tlenu nawet kilka godzin. Czy możemy mu zorganizować coś, czego będzie się mógł przytrzymać, gdy zniknie grawitacja? Jak tylko spadną na dół, może pan ponownie wszystko włączyć. Oczywiście oprócz tlenu.
– Nie dam rady umieścić tam czegoś, czego oni nie zauważą – powiedział Odom.
– Mogę zaryzykować, sir – wtrącił Śliski. Jego hologram pojawił się po drugiej stronie mostka. – Jeśli będę gotowy na ten moment, powinienem wylądować na nich i tym sposobem zamortyzować upadek.
– Nie podejmę takiego ryzyka – powiedział Cole. – Masz do wykonania inne zadanie. Jesteś jedynym członkiem tej załogi, którego nie mogę poświęcić.
– Sir – odezwał się Sokołow, jego hologram pojawił się obok Tolobity. – Pracowałem ze Śliskim w przedziale bojowym i słyszałem, co pan powiedział. Mogę się tym zająć.
– Ma pan dzisiaj wyjątkowo samobójcze zacięcie, poruczniku? – zapytał Cole. – Wybrałem Śliskiego, ponieważ potrafi wytrzymać bez tlenu nawet do kilku godzin. Pan nie może się pochwalić podobną umiejętnością.
– Nie, sir – przyznał Sokołow – ale zamiast tego mogę tak namieszać po drodze, że jestem gotów iść o zakład, iż sami mnie wykopią z tej windy.
– Stawką w tym zakładzie będzie pańskie życie – powiedział kapitan. – Jest pan pewien, że chce to zrobić? Możemy im przygotować naprawdę gorące przyjęcie na mostku, jeśli zajdzie taka potrzeba, ale wówczas mamy na to najwyżej półtorej minuty.
– Proszę pozwolić mi spróbować, sir. Oni wejdą na mostek z odbezpieczoną bronią. Ryzykuje pan
większą ilość ofiar.
– Jeśli nawet przeżyje pan upadek, w szybie nie będzie powietrza – przypomniał mu Cole. – Możemy nie zdążyć na czas z pomocą.
– W końcu jesteśmy na wojnie, sir – odparł Sokołow.
– Może nie na tej samej, na którą się pisałem, ale jej zasady niewiele się zmieniły. Piraci są naszym wrogiem i muszę zrobić wszystko, żebyśmy z nimi wygrali.
– Dobrze, czas mi się skończył – oświadczył kapitan zdecydowanym tonem. – Proszę zaczekać na nich przy włazie i miejmy wszyscy nadzieję, że jest pan tak dobrym aktorem, za jakiego się uważa.
Pół minuty później „Achilles” dobił do „Teodora Roosevelta”. Wysunięto rękaw łączący włazy i obie jednostki zaczęły wspólnie wykonywać kolejne kręgi. Nawet Cole musiał przyznać, że piraci wykonali kawał dobrej roboty manewrowej.
Po chwili Montegue Windsail, wyglądający dokładnie jak statysta z tanich produkcji holo, wkroczył dumnie na pokład okrętu-pułapki, prowadząc ze sobą siedmiu członków załogi, wyłącznie ludzi.
– Witam, kapitanie Windsail – pozdrowił go hologram Cole’a zaraz po tym, jak pojawił się na przeciwnym końcu krótkiego korytarza. – Człowiek, którego wysłałem, aby was powitał przy włazie, nazywa się Władimir Sokołow. Zaprowadzi was do windy łączącej ten pokład z mostkiem.
– Dlaczego on jest uzbrojony? – zapytał dowódca piratów. – Zawarliśmy umowę. Nikomu z pańskich ludzi nie spadnie włos z głowy, jeśli dotrzymacie jej ze swojej strony.
– Piraci zabili mi brata i żonę – wycharczał porucznik.
– Nie ufam wam, cholerne gnoje.
– Może zostali zabici, ponieważ nie zechcieli oddać na czas broni? – zasugerował mu Windsail. – Wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli natychmiast odłożysz swoją.
– Nie liczcie na to – odparł hardo Sokołow. – Otrzymałem rozkaz zaprowadzenia was do windy.
Ruszajcie.
– Za tobą – stwierdził Windsail.
– Nie odwrócę się plecami do piratów – odparł porucznik. – Właźcie do windy i trzymajcie ręce na widoku.
– To jest winda? – zapytał kapitan piratów, wskazując na najbliższy szyb.
– Tak.
– Zatem wydaje mi się, że nie skorzystamy z twoich usług.
– Otrzymałem rozkaz, aby iść z wami – oświadczył chłodno Sokołow. – Kapitan Baker kazał mi dostarczyć was prosto na mostek i mam zamiar to zrobić. Nie przeginaj chłopie, pomyślał Cole. Już ci powiedzieli, żebyś nie wchodził. Trzymaj się tego.
Ale Sokołow najwyraźniej nie zamierzał go słuchać.
– Ja tu teraz dowodzę – oświadczył tymczasem Windsail. – I rozkazuję ci zostać. Nie potrzebuję uzbrojonego wroga stojącego pomiędzy mną a mostkiem.
– Pieprz się! – ryknął nienawistnie porucznik. – Nie przyjmuję rozkazów od piratów!
– Władimir – Wilson uznał, że musi się wtrącić w tym momencie – zrób, co ci każe kapitan Windsail.
– Ale, sir...
– Słyszałeś, co powiedziałem – dodał Cole.
– Tak jest – burknął porucznik, obrzucając hardym spojrzeniem piratów.
– Dziękuję, kapitanie – powiedział Windsail, wprowadzając siedmiu podwładnych do kabiny. Gdy poduszka grawitacyjna uniosła się do połowy szybu, Cole zawołał: „Teraz!” i ośmiu mężczyzn spadło z wysokości czterech pięter. Ich krzyki umilkły wraz z wypompowywanym z szybu powietrzem.
– Nie byli najbystrzejszymi adeptami tego zawodu – stwierdził Cole. – Christine, włącz wszystkie sensory i sprawdźcie razem z Domak, ilu ich jeszcze pozostało na pokładzie „Achillesa” i gdzie się teraz znajdują. Śliski! – zawołał zaraz potem. – Czas zaczynać robotę.
Przed jego twarzą pojawiło się w powietrzu oblicze Forrice’a.
– Możemy już przystąpić do abordażu? – zapytał Molarianin.
– Za moment – odparł kapitan. – Musimy najpierw zlokalizować wszystkich brzydkich chłopców.
Lada chwila zrozumieją, że ich ludzie nie żyją.
– Chyba powinniśmy się pospieszyć – zasugerował Cztery Oczy. – Mogą się wystraszyć i prysnąć.
– Nic im z tego nie przyjdzie – stwierdził Cole. – Nasze okręty są teraz jednością. – Sir? – wtrąciła się Christine.
– Tak?
– Jest ich jeszcze sześciu na pokładzie. Zgromadzili się w sterowni.
– Masz na myśli mostek?
– Luksusowe jachty nie posiadają mostków, tylko coś, co przypomina z grubsza sterownię.
– Słyszałeś, Cztery Oczy. Są w sterowni. Christine, rzuć przekrój tego jachtu na wszystkie ekrany prywatne i publiczne. Forrice, Luthor, Jabol i reszta grupy, przestudiujcie je uważnie, żebyście wiedzieli, gdzie się udać.
– To za mała jednostka, żeby zdołali się przed nami ukryć – uspokoił go Molarianin. – Albo się poddadzą, albo ich pozabijamy.
– Daj im chociaż szansę na dokonanie wyboru – poprosił Cole. – Christine, połącz mnie z „Achillesem”, przekaz audio i wideo na wszystkich częstotliwościach.
– Jest pan na wizji – powiadomiła go kilka sekund później.
– Do załogi „Achillesa”, mówi Wilson Cole, kapitan „Teodora Roosevelta”, którego wasz dowódca
wziął omyłkowo za uszkodzony frachtowiec. Tylko was sześciu pozostało przy życiu. Za chwilę wysyłamy na wasz pokład grupę abordażową... – Zamilkł na moment. – Macie trzy wyjścia. Możecie skorzystać z okazji i przyłączyć się do załogi „Teodora Roosevelta”, do niedawna okrętu wojennego floty Republiki, a obecnie... – przez chwilę szukał odpowiedniego określenia – jednostki operującej na własną rękę. Możecie się też poddać, nie przystępując do nas. W tym wypadku skonfi skujemy waszą broń i wysadzimy was na najbliższej planecie posiadającej atmosferę tlenową i pożądaną grawitację. Możecie też odmówić oddania się w nasze ręce i ponieść surowe konsekwencje tej decyzji. Daję wam pięć minut do namysłu. Ten kanał komunikacyjny pozostanie do tego czasu otwarty.
Na mostku zapanowała cisza. Po mniej więcej trzech minutach pojawił się na nim hologram Śliskiego.
– Zadanie wykonane, sir – zameldował.
– Wróciłeś już na pokład? – zapytał Cole.
– Tak jest – odparł Tolobita. – Udaję się właśnie do przedziału bojowego.
– Wysadzaj ładunki.
Chwila przerwy.
– Zrobione, sir.
– Do załogi „Achillesa” – powiedział Cole. – Jeśli to pomoże wam w podjęciu decyzji, informuję was, że właśnie wysadziliśmy wasze działa pulsacyjne.
Minęły kolejne dwie minuty, ale z pokładu „Achillesa” nie nadeszła żadna odpowiedź. Wilson przesunął dłonią po szyi i Christine natychmiast przerwała połączenie.
– Możemy ruszać? – zapytał Forrice.
– Coś jest nie tak – odparł Cole. – Jest ich sześciu i nie posiadają żadnej ciężkiej broni, którą mogliby pokonać załogę regularnego okrętu wojennego. Pozwólmy im się jeszcze podenerwować przez chwilę.
– Jak pan sądzi, co tam się teraz dzieje? – zapytała Christine.
– Nie mam pojęcia – odparł kapitan. – To nie są działania wojenne. Ci ludzie mogą zechcieć wysadzić swój jacht w przypływie patriotyzmu albo złości. Łupy, które mają w ładowniach, nie są warte poświęcania naszych ludzi. Coś przeoczyłem i nie poślę tam nikogo, dopóki nie zrozumiem, na czym polega mój błąd.
– Sir! – zawołała Christine, wpatrując się w sensory i marszcząc brwi. – Tam dzieje się coś bardzo dziwnego.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-01-04 (1234 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej