Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Krainy Podmroku
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Żmijowa harfa - Anna Brzezińska



O poranku owego dnia, który miano później nazwać Krwawym Spichrzańskim Karnawałem, jaśminowa wiedźma pojęła wreszcie ogrom swego nieszczęścia. Siedziała na stołku, bardzo łysa i bardzo rozżalona, i puchła od płaczu.
– Niczym owcę mię postrzygli – lamentowała. – Niby barana. Tutaj święto najznamienitsze we wszelkich Krainach Wewnętrznego Morza, a jak ja się ludziom na oczy pokażę? Taka oszpecona?
Ot, nieszczęście z babami, pomyślał Twardokęsek. Wczoraj leżała na szrobie, na stos ją wieść mieli, a teraz nie dość, że z wieży wyszła, jeszcze karnawału się jej zachciewa.
– Trza do miasta iść. – W drzwiach stanął niziołek, a za nim nieśmiało wsunęła się Zarzyczka. – Do balwierza, kędziornika, nowe włosy kupić.
– Naprawdę? – Wiedźma nakryła dłońmi odstające uszy i zerknęła nań z nadzieją. – Włosy?
– Bardzo akuratne – przytaknął z powagą karzeł – skoro imć Szydło, znaczy się ja, pięknej pannie obiecuje. A i sam zaprowadzę chętnie, toż trzeba niewiastę w przygodzie ratować. Zwłaszcza tak nadobną. Wiedźma pokraśniała i skromnie popatrzyła na niego spod opuszczonych rzęs. Twardokęsek bezradnie wzniósł oczy ku niebu. Starczy się babie przypochlebić, pomyślał niechętnie, a ze szczętem z rozumu schodzi i kryguje się jak, nie przymierzywszy, kwoka na grzędzie.
– Tyś już raz, bratku – wtrąciła cierpko Szarka – niewiastę w nieszczęściu prowadził, ale coś nie za bardzo doprowadził. Bo ledwo się zbóje na schodach pokazali, czmychnąłeś bez śladu. Ciesz się, że mi złość przeszła, ale tak czy inaczej oddawaj pieniądz, który ci wczoraj Jaszczyk zapłacił: jako rzekłeś, włosy kupić trzeba, będzie, jak znalazł. A towarzystwem twoim też nie pogardzimy, co to, to nie. Przyda się ktoś, kto i Spichrzę, i miejscowe obyczaje zna.
– Chciałam wam jeszcze raz podziękować – cicho powiedziała Zarzyczka. W bezkształtnej, brunatnej sukni wydawała się drobna i wyczerpana. – Ocaliliście mi wczoraj życie. Choć doprawdy nie wiem, dlaczego.
– Ratowanie uciśnionych dziewic – Szarka uśmiechnęła się leciutko – nie było moim zamiarem. Przechodziłam tamtędy. Widzicie, przekupiłam pewnego śmiesznego pokurcza – łypnęła złośliwie ku karzełkowi – chyba Szydło go wołali, żeby mnie wprowadził do cytadeli. Niestety, skurwysyn czmychnął w zamęcie, oby mu chwost oparszywiał.
– Taka wdzięczna niewiasta, a przeklina jak furman. – Karlik skrzywił się z potępieniem. – Po prawdzie to wam nie przystoi, moja piękna pani.
– A odkądże jestem twoją panią, niziołku?
– Odkąd się mojej dawniejszej pani zmarło. A co, nie słyszeliście jeszcze – zdziwił się fałszywie – że jaśnie pani Jasenka własną ręką życia się zbawiła? Nóż przy niej znaleźli pomorcki.
– Przystańcie do nas, księżniczko – odezwała się nieoczekiwanie wiedźma. – Zrazu pokupimy włosy, a potem mam chęć pochodzić między budami, pojeść lukrecji, popatrzeć na pątników. Jedliście kiedy smażoną lukrecję?
– Nie – księżniczka pokraśniała nieznacznie – ale...
– A widzicie. – Wiedźma się rozpromieniła. – W Żary trzeba lukrecji popróbować, żeby cały rok był słodki. I sytego, maślanego ciasta, żeby rok był tłusty. I dobrze popieprzonej koźliny...
– Tylko już nam nie mów, po co! – przerwała Szarka.
Zarzyczka roześmiała się.
– A wedle południa będzie wielki pochód – dodał karzeł. – Ludziska pospółkiem przejdą przez miasto z wizerunkami żmijów, złotych węży nieba. Oglądaliście kiedy paradę pątników, księżniczko?
– Nie. – Potrząsnęła głową. – W Żalnikach Wężymord zakazał wiosennych pochodów.
– Tedy musicie z nami pójść. – Jaśminowa wiedźma objęła ją w pasie. – Sami widzicie. Twardokęsek zaniepokoił się. Jak na razie, pomyślał, to nic dobrego nam nie przyszło z komitywy z jaśnie książętami. A za kuternóżką włóczy się mrowie pomorckich kapłanów i, nie daj bóg, znów kto spróbuje ją ubić. Choćby samej nie zadźgali, przecie któremu z nas może się co złego przytrafić. A zadźgają, niezawodnie na nas wina spadnie. Po kiego biesa potrzebna nam księżniczka?
– Straże nie puszczą. Nie przemkniemy się taką gromadą. – Spojrzał znacząco ku Szarce, licząc po cichu, że choć u niej kołacze się jakiś rozsądek.
Rozczarował się.
– Puszczą – odparła dufnie. – Puszczą, bo wcale nie zamierzam się przemykać. Przeciwnie, główną bramą pójdziemy, samym środkiem. Póki się nie będziecie strachliwie po bokach rozglądać, nikt nas nie zaczepi.
– Tak samopas? – upewniła się Zarzyczka. – Bez eskorty?
Szarka popatrzała na nią ni to z rozbawieniem, ni smutno.
– Ja was chyba muszę, księżniczko, w kompanii objaśnić – powiedziała na koniec. – Oto Twardokęsek, zbójca z Przełęczy Zdechłej Krowy, miejscowy dopust i bicz boży. – Zbójca zasromał się nieznacznie, ale zaraz wedle zwyczaju pokłonił się przed Zarzyczką. Ku jego zdumieniu, oddała ukłon – iście, prawdziwa księżniczka, pomyślał. – Ogolona i pazerna na lukrecję osóbka to jaśminowa wiedźma, która dwie noce temu paliła nad Modrą szczuraków. – Wiedźma uśmiechnęła się niepewnie. – A ja noszę na głowie obręcz dri deonema. Żeby zaś objaśnień dopełnić, trzeba też i resztę naszych towarzyszy pokazać.
– Przestańcież! – syknął z naciskiem zbójca, którego owe prześmiewki zgoła przestawały bawić.
– A czemu niby? – Szarka skrzywiła się. – Toż chyba się nie wstydzisz, Twardokęsek? – Właśnie coś ryżego spod stołu łyskało. Ucapiła za kark kociaka wiedźmy; zwierzak syczał wściekle w uścisku, wił się i wykręcał. – Owo niepozorne stworzonko to wiedźmia bestia. Zwierzołak. – Twardokęskowi wydało się, że Zarzyczka przestała oddychać. – A w winorośli nad portalem drzemie jadziołek. Ot, cała kompania. Czy wciąż chcecie, księżniczko, iść z nami na miasto?
– Jak powiadają w Żalnikach, kiedy nie można biesa pokonać, trzeba się z nim pobratać – odparła z bladym uśmiechem Zarzyczka.
Zbójca popatrzał na nią, jakby z umysłu zeszła.
– Wybaczcie – nieoczekiwanie miękko powiedziała Szarka. – Złoszczę się. Nie na was, nie na siebie nawet. Ale przeszłam szmat drogi, a to, czego szukam, wymyka mi się z palców.
– Jak nam wszystkim – rzekła Zarzyczka.
Wiedźma zgarnęła wolną ręką Szarkę i pchnęła ją ku drzwiom.
– Chodźmy wreszcie – poprosiła kapryśnie. – Przecie to Żary, spichrzańskie Żary! A póki co oglądałam tylko cuchthauz w Wiedźmiej Wieży...
Twardokęsek przystanął na chwilę, kiedy wychynęli na dziedziniec. Dzień był jasny, aż słońce kłuło w oczy. Trzy kobiety podchodziły pod bramę cytadeli i w jaskrawym świetle ich sylwetki nagle wydały się zbójcy zupełnie obce, odmienne i bardzo odległe, jakby wycięte z pergaminowej karty.
Szarka rzuciła kilka słów halabardnikowi, który usiłował zastąpić im drogę. Jej złotorude, rozpuszczone włosy wiły się na ramionach, opadały aż po głowice mieczy. Nabijany ćwiekami kubrak norhemnów połyskiwał w słońcu, na czole lśniła odsłonięta obręcz dri deonema. Była cała złota, roziskrzona.
Wiedźma trzymała się pośrodku. Uniosła twarz ku żalnickiej księżniczce, marszcząc nos i coś żarliwie opowiadając. Raz po raz potykała się, przydeptując zbyt długą suknię w kolorze burgunda, którą nie wiedzieć jakim sposobem uprosiła u służebnych. Na głowie miała zamotaną czerwoną chustkę Szarki. Odwróciła się i przez ramię pomachała do Twardokęska. Nawet stąd dostrzegał gęste piegi na jej twarzy i gołych ramionach.
Zarzyczka szła w cieniu, przy samym murze, chuda i niewiele tylko wyższa od wiedźmy. Teraz, na dziedzińcu, widział, jak mocno utyka na prawą nogę. Prawdziwa księżniczka, zdał sobie z zadziwieniem sprawę, a gdyby nie wymyślnie upięte włosy, nie zatrzymałby na niej człek oka. Nie była ładna. Przy tamtych dwóch wydała się Twardokęskowi podobna do świątynnych posługaczek.
Wciąż trzymając się za ręce, minęły furtkę.
Nad bramą ktoś zatknął szmaciany proporzec z wymalowanym żółtą farbą wizerunkiem żmija.
– Nie gap się w słońce – Szydło bezceremonialnie szturchnął zbójcę pod żebro – bo ci do reszty rozum wypali.


Fragment udostępniony przez Agencję Wydawniczą Runa.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-03-29 (1765 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej