Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Groźne Jaskinie
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wielka Księga Horroru cz.2'' - antologia

David Morrell: One


Tatko był mądry. Latem, kiedy dach z darni odmarzał i wypadały z niego węże, łapał je w koce rozwieszone pod sufitem. Zwykle węże bycze, ale czasem grzechotniki. Jakby ktoś potrząsał paczką nasion. Tatko mówił, że wciąż były śpiące po zimowym śnie, dlatego nie bał się do nich zbliżać. Z każdego koca robił worek i wynosił wijący się ciężar na najdalszy koniec pastwiska i tam wrzucał do strumienia. Od topniejącego w górach śniegu woda była głęboka i rwąca, porywała węże. Mama ostrzegała nas, żebyśmy nigdy nie chodzili w dół strumienia, gdzie je wyrzucało. Chciała je zabijać, ale tatko mówił, że były zbyt śpiące, żeby chciały nam zrobić krzywdę, i że nie powinniśmy ich zabijać, skoro nie musieliśmy. Węże spadały na nas, bo tato wykopał tył chaty w zboczu. Ziemię rozrzucił na darni, na belkach dachu. Dzięki temu latem panował w środku chłód, a zimą ciepło, mieliśmy też osłonę przed wiatrem, który przy złej pogodzie wył w dolinie. Po pewnym czasie wyrosła tam trawa, ale ziemia pozostała miękka, więc węże kopały w niej norki. Zawsze je słyszeliśmy, zanim spadały, więc mieliśmy ostrzeżenie. Poza tym nie było ich wiele i trwało to tylko przez kilka tygodni wiosny. Mądry tatko wytwarzał najlepsze mydło w całej dolinie.
Wszyscy wiedzieli, jak zrobić miękkie. Dodać wody do popiołu drzewnego, żeby rozpuścić potaż. Potem przelać wodę przez warstwę słomy, by odcedzić brud i dodać do gotującego się tłuszczu zwierzęcego. Kiedy mieszanina wystygła, brało się pianę z samego wierzchu.
To było mydło. Ale na naszej ziemi znajdowała się odkrywka soli. Tatko eksperymentował, dodając sól do wrzącej wody i tłuszczu. Mikstura, gdy już wystygła, robiła się twarda. Dodawał też piasku i wszyscy sądzili, że na tym polega jego sekret, ale nikomu nigdy nie udało się zrobić twardego mydła, bo tak naprawdę sekretem była sól. Obiecaliśmy, że nikomu nie powiemy.
Mieliśmy dziesięć kurcząt, konia, krowę, owcę, psa i kota. Pies był owczarkiem szkockim. On i kot pojawili się u nas dzień po dniu, nie wiadomo skąd. Sadziliśmy sałatę, groszek, marchew, fasolę, ziemniaki, kukurydzę i kabaczki. Musieliśmy postawić wokół ogrodu solidne ogrodzenie, żeby go ochronić przed królikami. Ale ptaki wciąż usiłowały wyjeść nasiona, więc tatko sprzedał twarde mydło i kupił płachty, które rozłożył nad ziemią. Ptaki się zniechęciły, a tatko zastrzelił te króliki, które nadal próbowały. Powiedział, że musiał to zrobić, aby ratować ogród, a poza tym była z nich dobra potrawka.
Nigdy nie głodowaliśmy. Tatko wykopał pod chatą piwniczkę, w której trzymaliśmy marchew, ziemniaki i kabaczki na zimę. Mama robiła konserwy z groszku i fasoli, a wieczka plombowała woskiem, tak jak pokazał jej tatko. Mieliśmy nawet starą jabłoń, która rosła tam jeszcze przed naszym przybyciem. Mama piekła najlepsze ciasta, część owoców przechowywaliśmy. Wszyscy pracowaliśmy. Tatko pokazywał nam, co mamy robić.
W gorące letnie noce, kiedy razem z mamą uczył nas czytać na Biblii, czasem słyszeliśmy wycie dobiegające od strony wzgórz. Auu, auu, auu, auu. Ujadanie do księżyca.
– Psy Boga – mówił tatko. – Tak je nazywają Indianie.
– Czemu? – zapytała Judith.
– Bo są praktycznie niewidzialne. Tylko Bóg je widzi.
– Jak wyglądają? – chciał wiedzieć Daniel.
– Głuptas – odpowiedziałam. – Skoro tylko Bóg je widzi, skąd ktokolwiek może wiedzieć, jak wyglądają?
– Cóż, ludzie widzieli je parę razy – wyjaśnił tatko. – Są brązowe. Mają spiczaste uszy i czarne czubki ogonów.
– A jak są duże? – zapytała Judith, obejmując się ramionami.
– Trochę większe niż Chester. – Chester to był nasz pies. – Przypominają psy, ale można je poznać po tym, że biegnąc, kulą ogon pod siebie, a psy zadzierają do góry.
– Ktoś tu chyba dobrze im się przyjrzał – zauważyłam.
Tata skinął głową.
– Widziałem jednego dawno temu. Zanim spotkałem waszą matkę. Siedziałem sam przy ognisku. Wyłonił się z ciemności i patrzył, stojąc na granicy światła. Musiał wywąchać królika, którego gotowałem. Po chwili zawrócił. Zanim zniknął w ciemności, oglądnął się na mnie, jakby mnie o coś obwiniał.
– Bałeś się? – zapytał Daniel.
– Pora spać – oświadczyła mama. Rzuciła tatkowi zdecydowane spojrzenie.
– Nie, nie bałem.
Była pełnia. Wycie dochodziło ze wzgórz przez kilka godzin.
Następnego lata panowała susza. Inni farmerzy stracili studnie i musieli się przenieść, ale topniejący w górach śnieg wciąż zasilał nasz strumień wystarczająco, by utrzymać ogród. Osiki na zboczu miały jednak gorzej. Wyschły tak bardzo, że spłonęły od uderzenia pioruna. Nocą na wzgórzach migotały światła. Do doliny docierał dym. Judith miała trudności z oddychaniem.
W końcu nadeszła burza. Łaska boska, stwierdziła mama, patrząc, jak deszcz przegania dym i gasi płomienie na wzgórzach. Rankiem po pierwszym przymrozku
Daniel wbiegł do chaty.
– Tatku, szybko – powiedział.
Nasza owca leżała pośrodku pastwiska z rozerwanym gardłem i pogryzionym brzuchem. Wszędzie była krew i strzępy wełny. Pozostałe zwierzęta, dygocząc, trzymały się na dystans.
Widziałam pulsujące żyły na szyi tatki, kiedy spoglądał w stronę wzgórz.
– Na noc zamkniemy krowę i konia w zagrodzie przy chacie. Na padlinie jest mięso. Ruth – zwrócił się do mnie – przynieś siekierę i nóż. Daniel i ja musimy rozebrać owcę. Weź nożyce – powiedział do matki. – Zbierzemy to, co zostało z wełny.
Następnego ranka tatko kazał nam zostać w domu, a sam poszedł sprawdzić, co z resztą zwierząt. Długo nie wracał. Mama ciągle podchodziła do jedynego okna w domu. Słyszałam, jak tatko kopie. Kiedy wrócił, miał ponurą twarz.
– Kurczęta. Wszystkie martwe. – Odwrócił się do mamy. – Same głowy i pióra, nic więcej nie zostało. Nawet na zupę mięsa nie będzie. Zakopałem je.
– A co z jajkami?
– Ani jednego.
Tej nocy tatko nabił strzelbę, założył palto i poszedł do szopy, w której zamknął konia i krowę. Auu, auu, auu, auu. Patrzyłam w sufit i słuchałam ujadania. Ale dochodziło z daleka, echo odbijało się od jednego krańca doliny do drugiego. Kiedy tatko wrócił następnego ranka, wiał zimny wiatr. Ziemię przyprószył śnieg. W oczach tatka było napięcie, ale mówił z wyraźną ulgą.
– Wygląda na to, że ruszyły dalej – powiedział, odkładając strzelbę.
– Sprzedamy mydło i kupimy nowe kurczęta – odparła mama i nalała mu kawy.
Do południa zrobiło się chłodniej. Chmury otuliły grzbiety gór.
– Zanosi się na wczesną zimę – stwierdził tatko.
– Dzięki Bogu – powiedziała mama. – Po takiej suszy w górach przyda się wilgoć. Strumień potrzebuje śniegu.
Podczas kolacji usłyszeliśmy na zewnątrz trzask drewna i rżenie konia. Tatko upuścił widelec i chwycił strzelbę. Nie zdążył jej nawet załadować. Mama podała mu latarnię. Patrzyliśmy przez okno, jak światło huśtało się w tę i nazad, kiedy tatko spieszył w stronę zagrody przy szopie.
Biegł dalej. Minął ogrodzenie. Światło latarni robiło się coraz mniejsze, aż w końcu w ogóle nie było go widać w ciemności. Słuchałam wiatru. Drgnęłam, gdy rozległ się strzał. A potem znów słyszałam tylko wiatr. W powietrzu unosił się śnieg. Mama coś szeptała, obserwując przez okno noc. Chyba „proszę, Boże”. Czekaliśmy.
– Ruth, przynieś Danielowi palto i latarnię – nakazała mi mama. – Musi wyjść i zobaczyć, czy tatko nie potrzebuje pomocy.
Ale wcale nie musiał.
– Patrzcie! – odezwała się Judith, stając na czubkach palców i wskazując coś dłonią.
Dostrzegliśmy plamkę światła. Robiła się coraz większa, poruszana wiatrem i ręką tatka. Kiedy tatko wszedł do środka, pokój wypełniło zimno. Judith zakaszlała.
Tatko zamknął drzwi na klucz i odstawił latarnię.
– Coś tak bardzo przestraszyło konia, że połamał ogrodzenie i próbował uciec.
– Próbował? – zapytał Daniel.
Tatko patrzył przez okno.
– Cokolwiek przeraziło konia, powaliło go, ale nie zdążyło zbyt wiele zjeść. Strzeliłem, uciekły w mrok.
– One? – zapytałam.
– Nie strasz dzieci – wtrąciła mama.
– Muszą wiedzieć, żeby były ostrożne.
– Już są.
– Więc muszą być bardziej.
– One, tatku? – zapytał Daniel. – Psy Boga? Biegły z podkulonymi ogonami?
Tatko skinął głową.
– Teraz to są Psy Diabła. Chyba jednego trafiłem. Znalazłem krwawy ślad, ale to mogła być krew konia kapiąca im z pysków. Wszyscy stali w bezruchu.
– Judith, weź siekierę i nóż – powiedział tatko. – Daniel i ja musimy rozebrać konia, zanim one wrócą.
– Rozebrać? – powtórzyła Judith.
– Będziemy jeść końskie mięso? – spytał Daniel.
– Mięso to mięso. Kiedy nadejdzie zima, będziemy potrzebowali tyle jedzenia, ile zdołamy zdobyć.
W otaczającej nas ciemności mama i ja drżałyśmy, trzymając latarnie, które kołysały się na wietrze, podczas gdy tatko i Daniel cięli konia na kawałki. Tatko kazał nam nieustannie obserwować mrok, na wypadek gdyby one wróciły. Obok niego leżała zawinięta w koc strzelba. Tylko Judith nie pracowała. Trzęsła się zbyt mocno, by utrzymać latarnię w zamieci.
– Patrzcie na ślady łap na śniegu – zauważył Daniel.
– Wiem – odparł tatko. – Nienaturalne.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-01-26 (1409 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej