Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Lord Prestimion
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wielka Księga Horroru cz.2'' - antologia

Caitlín R. Kiernan: Wszystkie domy zniknęły, zalało je morze


Zaparkowałem na pustej działce na końcu ulicy, przy której stał magazyn, w nadziei, że żaden przechodzień mnie nie zauważy – a zwłaszcza że nie zauważy mnie przejeżdżająca policja. Szedłem szybko, nie biegnąc, ponieważ ktoś, kto biegnie, jest podejrzany i nieuchronnie przyciąga uwagę tych, którzy wypatrują podejrzanych spraw. Nie byłem tak pijany, jak mogłem być, nawet nie tak, jak powinienem być. Usiłowałem zająć czymś umysł, odnotowując mniej znaczące szczegóły ulicy, nieba, pogody. Śmieci zmieszane z wodorostami i żwirem – niedopałki papierosów, plastikowe butelki po napojach (przypominam sobie Pepsi, Coca-Colę i Mountain Dew), papierowe torby i kubki z fast foodów (McDonald’s, Del Taco, KFC), odłamki szkła, nierozpoznawalne kawałki metalu, zardzewiała tablica rejestracyjna z Oregonu. Niebo było boleśnie błękitne, mdlące. Jedynie wysokie pierzaste chmury zaburzały jego duszące pastele. Wzdłuż ulicy nie stały żadne samochody, nie zauważyłem żywego ducha. Kilka pojemników na śmieci, znak stopu, wielki stos kartonów moczonych deszczem tyle razy, że nie dało się już dokładnie określić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. I kołpak.
Gdy w końcu dotarłem do magazynu – najpierw stał się świątynią na wpół zapomnianych bogów, potem miejscem przestępstwa, a teraz zmieniał się w coś jeszcze innego – dałem nura w wąską uliczkę oddzielającą go od opuszczonego magazynu i budynku spedycyjnego firmy Monterey Peninsula (założonej w 1924 roku). Z tej strony znajdowały się drzwi z niezbyt solidnym zamkiem. Przy odrobinie szczęścia, pomyślałem, nikt tego nie zauważył, a jeśli nawet, nie zawracał sobie głowy naprawianiem.
Serce mi dudniło, miałem zawroty głowy – usiłowałem to zwalić na mdlący kolor nieba – a w ustach metaliczny posmak, jak po świeżo zaplombowanym zębie.
W alejce było chłodniej niż na Pierce Street. Słońce znajdowało się już dość nisko na zachodzie, od pewnego czasu musiał tu padać cień. A może ta alejka zawsze tonęła w cieniu i nigdy nie było w niej ciepło. Znalazłem drzwi wejściowe dokładnie tam, gdzie miałem nadzieję je znaleźć. Trzy lub cztery minuty majstrowania przy rozlatanej mosiężnej gałce wystarczyły, by je otworzyć. Wewnątrz magazynu panował mrok i jeszcze większy chłód niż na zewnątrz. Powietrze śmierdziało ziemią i kurzem, złymi wspomnieniami i pustką. Stałem w progu przez chwilę lub dwie, myśląc o głodnych szczurach i pijanych włóczęgach, bredzących ćpunach z ołowianymi rurkami, sieciach trujących pająków. Potem odetchnąłem głęboko i wszedłem do środka, z cienia w bardziej zdecydowaną ciemność, większy chłód i wszystkie przyziemne zagrożenia.
Wszystko umknęło z mojego umysłu oprócz Jacovy Angevine i jej wyznawców – o ile można ich tak nazwać – odzianych w biel, a także istoty, którą widziałem na ołtarzu, kiedy byłem tu jeden jedyny raz, w świątyni Otwartych Wrót Nocy.
Zapytałem o to kilka tygodni przed końcem, podczas naszej ostatniej wspólnej nocy. Skąd ona się wzięła, kto ją zrobił. Jacova przez chwilę leżała bardzo spokojnie, słuchając fal lub tylko zastanawiając się, która z odpowiedzi mnie zadowoli. W świetle księżyca wpadającym przez motelowe okno wydawało mi się, że się uśmiecha, ale nie byłem pewien.
– Jest bardzo stara – odezwała się w końcu. Już niemal zasypiałem i musiałem się na powrót rozbudzić. – Nikt żyjący nie pamięta, kto ją zrobił. Myślę jednak, że naprawdę istotne jest tylko to, że została zrobiona.
– Jest obrzydliwa jak cholera – wymamrotałem sennie.
– Wiesz o tym, prawda?
– Jasne, ale ukrzyżowanie też jest. A także krwawiące posągi Marii Panny i wizerunki Kali. I egipskie bóstwa o głowach zwierząt.
– No dobra, nie kłaniam się żadnemu z nich – odpowiedziałem coś w tym rodzaju.
– To, co boskie, zawsze jest odrażające – wyszeptała, po czym odwróciła się do mnie plecami.
Przed chwilą byłem w magazynie na Pierce Street, prawda? A teraz leżę w łóżku z prorokinią z Salinas. Ale nie będę rozpaczać, bo nie ma powodu, żeby się skupiać na jednej rzeczy, żeby przystosować się do restrykcyjnej iluzji linearnej narracji. To nadciąga. Nadciągało cały czas. Jak powiedział Job Foster w czwartym rozdziale Ostatniego lichwiarza Bodega Bay: „Ja tylko tak opowiadam historie, przecież wiesz. Zaczynam od początku. Niczego nie opuszczam”.
Gówno prawda, oczywiście. Podejrzewam, że nieszczęsny Job Foster o tym wiedział i że ja też to wiem. Zadaniem pisarza nie jest „opowiedzieć wszystko”, a nawet zadecydować, co zostawić, lecz czego nie powiedzieć. Cokolwiek zostanie, ta skromna suma boskiego podziału to przeklęta chimera, którą nazywamy „opowieścią”.
Nie buduję, lecz tnę. Wszystkie historie, czy to ogłaszane prawdziwymi, czy to uznane za fałsz, są fikcyjne, oderwane od jakichkolwiek obiektywnych faktów poprzez wspomniane cięcie. Kilogram ciała. Stos trocin. Niepotrzebne odłamki marmuru z Carrary. Same resztki. Przeklęty człowiek w pustym magazynie.
Zostawiłem otwarte na oścież drzwi, nie miałem odwagi zamknąć się w tym miejscu. Zrobiłem już kilka kroków. Pod butami głośno chrzęściły odłamki szkła z rozbitego okna, kruszące się w pył, gdy przypomniałem sobie o latarce, którą miałem w kurtce. Jednak jej blask ledwo rozjaśnił ciemność, niemal wcale, przypomniał mi tylko o oślepiających białych promieniach z Tiburona II sunących po mule na dnie kanionu. No dobrze, pomyślałem, przynajmniej coś widzę, o ile jest tu cokolwiek, co można zobaczyć. Jakiś inny, nie tak znajomy głos w mojej głowie natychmiast zażądał odpowiedzi, czemu, u diabła, chciałbym w ogóle coś zobaczyć. Drzwi otwierały się na wąski korytarz, betonowe ściany w kolorze miętowej zieleni i niski sufit. Przeszedłem nim do końca – nie więcej niż dziesięć metrów, najwyżej dziesięć – mijając puste pomieszczenia, w których kiedyś mogły znajdować się biura, i dotarłem do otwartych stalowych drzwi oznaczonych blednącym pomarańczowym napisem tylko dla personelu.
– To jedynie pusty magazyn – wyszeptałem, oddychając głośno. – To wszystko, pusty magazyn.
Wiedziałem, że to nieprawda, już nie, od dawna nie, pomyślałem jednak, że może kłamstwo podniesie mnie na duchu bardziej niż światło latarki, którą trzymałem w dłoni. Joseph Campbell napisał: „Narysuj okrąg wokół kamienia, a kamień stanie się inkarnacją tajemnicy”.
Coś w ten deseń. A może ktoś inny to powiedział, tylko ja źle zapamiętałem. Rzecz w tym, że Jacova narysowała okrąg wokół tego miejsca, wiedziałem o tym, tak jak narysowała go wokół siebie, tak jak ojciec narysował go wokół niej...
Tak jak ona narysowała go wokół mnie.
Drzwi nie były zamknięte. Za nimi znajdowało się ogromne, opuszczone serce budynku, płaska równina cementu przedzielona stalowymi wspornikami. Przez liczne okienka na wschodniej i zachodniej ścianie wpadała odrobina światła, mniej, niż się spodziewałem. Wydawało się słabe, rozcieńczone w stęchłym powietrzu. Przesuwałem latarkę w tę i z powrotem, oświetlając podłogę u swoich stóp. Ktoś zamalował wszystkie kunsztowne, kolorowe rysunki umieszczone tam przez Otwarte Wrota Nocy. Gruba warstwa szarego lateksu pokrywała zawiłe, przeplatające się linie, które, jak wierzyła Jacova, tworzyły most, przejście – właśnie tego słowa użyła. Wszyscy widzieli zdjęcia tej podłogi, chociaż jeszcze nikt się z tymi malunkami nie uporał. Yantra. Labirynt. Zakrętasy, splątana masa morskich stworzeń wyciągających się w stronę odległego czarnego słońca. Symbole hinduistów, Majów i Chinooków. Precyzyjne kontury topograficznej mapy kanionu Monterey. Wszystko to z osobna i wszystko razem, równocześnie. Słyszałem, że pewna antropolog z Berkeley pisze książkę o tej podłodze. Być może opublikuje zdjęcia, które zdołają przekazać jej potworną wspaniałość. Może lepiej by było, gdyby tego nie zrobiła. Może ktoś powinien palnąć jej w łeb.
To samo mówiono o Jacovie Angevine, lecz moralni, myślący ludzie niemal nie są w stanie wyobrazić sobie takiego zabójstwa, póki holokaust nie stanie się faktem dokonanym.
Te drzwi również zostawiłem otwarte, po czym powoli ruszyłem w stronę środka pustego magazynu, miejsca, w którym znajdował się ołtarz, gdzie boska maszkara Jacovy spoczywała na aksamicie koloru masakry. Ściskałem latarkę tak mocno, że zaczęły mi drętwieć palce prawej dłoni.
Za mną rozległ się dźwięk szurania piasku o podłogę, jakby czyjeś kroki. Odwróciłem się gwałtownie. Stopy mi się poplątały, prawie upadłem na tyłek, prawie upuściłem latarkę. Jakieś trzy czy cztery metry ode mnie stało dziecko. Zobaczyłem, że drzwi prowadzące z powrotem na alejkę są zamknięte. Dziewczynka nie mogła mieć więcej niż dziewięć, dziesięć lat. Była ubrana w poszarpane dżinsy i koszulkę umazaną błotem albo czymś, co wyglądało jak błoto w półświetle magazynu. Włosy miała krótkie, blond lub jasnobrązowe, trudno powiedzieć.
Większą część jej twarzy skrywał cień.
– Spóźniłeś się – powiedziała.
– Jezu Chryste, dziecko, wystraszyłaś mnie niemal na śmierć.
– Spóźniłeś się – powtórzyła.
– Spóźniłem się na co? Przyszłaś tu za mną?
– Bramy są już zamknięte. Nie otworzą się już nigdy, ani dla ciebie, ani dla nikogo innego.
Spojrzałem na drzwi, które zostawiłem otwarte. Podążyła za moim wzrokiem.
– Zamknęłaś te drzwi? – zapytałem. – Nie przyszło ci do głowy, że zostawiłem je otwarte z jakiegoś powodu?
– Czekałam tak długo, ile się ośmieliłam – odparła, jakby to miała być odpowiedź na moje pytanie, po czym odwróciła się z powrotem twarzą w moją stronę. Zrobiłem jeden krok w jej kierunku, może dwa i przystanąłem.
W tej samej chwili doświadczyłem uczucia lub uczuć, które autorzy powieści tajemnic i horrorów, od Poe po Theo Angevine’a, usiłowali przekazać – niemal bolesne ciarki, kiedy włosy na karku, ramionach i nogach stawały mi dęba, lodowaty węzeł w żołądku, dreszcze, poruszenie w kiszkach i pęcherzu, ucisk w kroczu. Ścięło mi krew w żyłach. Można wywlec wszystkie te pieprzone schematy, a i tak nie wyrażą tego, co czułem, stojąc tam i patrząc na dziewczynkę, która patrzyła na mnie, zaś słabe światło wpadające przez okna odbijało się w jej oczach.
Spoglądając prosto w jej twarz, bałem się jak nigdy dotąd. Ani w strefach działań wojennych, gdy ryczały syreny przeciwlotnicze, ani podczas wywiadów, które przeprowadzałem z lufą pistoletu przystawioną do skroni lub do karku. Ani czekając na wyniki biopsji, po tym jak odkryłem dziwny pieprzyk. Ani nawet tamtego dnia, kiedy poprowadziła ich w morze, a ja siedziałem w barze na Brooklynie i oglądałem to w CNN.
I nagle już wiedziałem, że dziewczynka nie przyszła tu za mną z alejki, nie zamknęła drzwi. Ona tam była cały czas. I wiedziałem też, że nawet setki warstw farby nie zdołałyby unicestwić labiryntu Jacovy.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-01-27 (1385 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej