Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Miasteczko
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Pani Dobrego Znaku'', część 2 - Feliks W. Kres



CZĘŚĆ PIĄTA


Oddech Arilory


Rozdział 25



Namiestnik Wadelar nie był w stanie poruszyć głową.
Nigdy nie chorował. Dolegliwości, które powalały innych, miał za niepoważne. Utrata apetytu, słabość, ból, ślepota... Nigdy tego nie doświadczył.
Nigdy dotąd.
Miał trzydzieści sześć lat i uważał, że ciało już go nie zdradzi. Gdyby chciało okazać nielojalność, okazałoby dawno. Choćby jakiś cień nielojalności.
Było bardzo wierne. Dobre ciało.
– Yy – powiedział.
Tego poranka oddano mu wszystko naraz. Nic nie zginęło przez wszystkie te lata. Otworzywszy oczy, namiestnik natychmiast oślepł – wpadające przez okno światło wiosennego dnia wdarło się w głąb czaszki i poczyniło wewnątrz straszne spustoszenia. Ból przewiercił skronie na wylot. Wadelar stęknął głucho, lecz było jasne, że musi wstać – i iść... Nie wiedział, dokąd. Gdzieś, gdzie była woda.
Przytknięto mu do ust krawędź naczynia. Zaczął pić. Woda! Woda... Wypił i wiedział, że nigdy nie zdoła spłacić długu wobec miłosiernej istoty, która bez żadnych warunków uratowała mu życie.
– Aaa – powiedział z ulgą. – Aa... Aaa.
Wysoki kobiecy głos zabolał. Okrutnica bawiła się z nim, na zmianę pojąc wodą, to znów mówiąc.
– Wasza dostojność, koniecznie trzeba coś zjeść. W przeciwnym wy...
– Nnnn! – krzyknął Wadelar. – N... nnnn...
Na myśl o posiłku żołądek wlazł mu do gardła.
Zbita z tropu kobieta zamilkła. Zemściła się po chwili, po raz drugi świdrując mu mózg swoim wysokim głosem:
– A jednak trzeba koniecznie.
Bezceremonialnie wetknięto mu coś w usta. Chciał krzyknąć i wypluć, ale... poczuł smak. Kto wie?... To mogło mieć sens. Żołądek cofnął się na swoje miejsce i jął potakiwać. Może warto mu było zaufać?... Ostrożnie i jednak nieufnie namiestnik zacisnął zęby na ogórku; kwaśny sok spłynął do gardła.
– Mhm – powiedział.
Kiszony ogórek był dobry. Żołądek chciał przyjąć ogórka.
– Wasza dostojność?
– Jeszcze – niewyraźnie powiedział Wadelar. – Najlepiej chyba sam sok.
Zachrobotał kamionkowy garniec, postawiony u wezgłowia łóżka.
– Zaraz coś znajdę – powiedziała niewolnica. – Kielich jest za duży... Nie mogę nim zaczerpnąć.
Namiestnik rozchylił powieki, westchnął, bohatersko przetoczył się na bok i gdy mignął mu przed oczami okrągły obrys garnca, wpadł weń twarzą. Pił. W zielonobrunatnej wodzie pływał koper i ząbki czosnku.
– Aaa! – powiedział znowu, z powrotem przetaczając się na plecy i zakrywając otwartą dłonią oczy. – Aaaa. Ja... posłuchaj: ja nie wiedziałem.
– O czym, wasza dostojność?
– Nie wiedziałem... że to aż tak. Myślałem, że wszyscy kłamią – przyznał się powoli, z wysiłkiem.
Poranne dolegliwości naprawdę nigdy go nie trapiły. Owszem – czasem trochę chciało mu się pić. Pobolewała głowa, ale umiarkowanie, a już na pewno nie bardziej niż wtedy, gdy pracował do późna, schylony nad dokumentami. Wypijał więc kubek wody. Posilał się ze zwykłym apetytem, a poranny apetyt dopisywał mu zawsze. I śmiał się, nędznik. Niegodziwiec. Żartował z nieszczęśników, którzy obejmowali głowy, uciekali od zapachu pożywienia, pili jakieś paskudztwa.
– O nie, Weseto – powiedział. – To nie od wina. Strułem się, podano nieświeży posiłek.
Niewolnica, ładna jak Perła trzydziestolatka o brązowych oczach, uśmiechnęła się wyrozumiale.
– Tak, tak, wasza dostojność, oczywiście – powiedziała. – Bardzo nieświeży posiłek. Garniec z odtrutką zostawiam, ale jednak przyniosę jakiś kubek. Nie mogę patrzeć, jak próbujesz się utopić, panie.
Wyszła.
Blask dnia nie był już tak porażający. Namiestnik mógł bezpiecznie leżeć z otwartymi oczami, ale głowa wciąż bolała tak strasznie, że z trudem potrafił zebrać myśli. Rozczulił się na widok wracającej niewolnicy. Zaczerpnęła lekarstwa i podała mu, a potem podtrzymała głowę – delikatna, kochana. Opiekunka i uzdrowicielka. Dygoczącą dłonią doniósł płyn do ust. Nauczył się już mówić i odzyskał trochę władzy w rękach. Przyszła pora na naukę chodzenia... ale czuł, że jeszcze na to za wcześnie.
Odkrył, że nie leży w swoim łóżku. Spoczywał na stopniu przegradzającym komnatę. Garniec z ogórkami stał poniżej. Niezbyt duży, ale dla drobnej kobiety na pewno bardzo ciężki. Przydźwigała go specjalnie po to, by ratować pana.
– Obiecaj mi – powiedział – że nie odejdziesz bez ważnego powodu, już jutro albo pojutrze. Wyzwolę cię, Weseto.
Spoważniała.
– O nie, wasza dostojność. To bardzo poważna sprawa. A teraz to nie jest dobra chwila na podjęcie takiej decyzji.
– Nie podjąłem jej dzisiaj. Jestem Armektańczykiem, Weseto...
Nie miał siły tłumaczyć. Ale powiedział prawdę: decyzję podjął już dawno. Niewolnicy nadawali się najwyżej do pracy w kamieniołomach. W domu służba powinna być wolna. Zbyt wielu Armektańczyków zapomniało o tej mądrej regule.
Odbiło mu się po ogórkowej wodzie.
Nigdy nie stać go było na taką dziewczynę jak Weseta. W hodowlach nazywano je niewolnicami pierwszego sortu. Przeważnie nieudane Perły – podobno ten najwyższej rangi certyfikat uzyskiwało zaledwie co piąte, a nawet co dziesiąte dziecko. Niewolnice pierwszego sortu były drogie. Ale teraz, kupowane z drugiej ręki, kosztowały tyle co nic. Wojna. W całym Dartanie wyzbywano się niewolników. Ogromnie wzrósł popyt na przyboczne strażniczki i strażników, ale śliczne perełki mogły co najwyżej paść łupem rozbestwionego żołdactwa. Wojna, w której wszyscy walczyli ze wszystkimi, żadnego miejsca nie czyniła bezpiecznym. Opuszczone przez rycerzy i ich poczty majątki były plądrowane przez bandy zbiegłych najemników, a czasem pospolitych rabusiów. Sprzedawano wszystko co zbędne, bo wartość miał tylko żywy pieniądz. Wadelar kupił Wesetę za śmieszną cenę i od początku wiedział, że chce mieć taką... taką panią domu. Kochankę. Ale nie niewolnicę.
– Pani Akea... – zaczęła.
– Pani Akea ma syna – przerwał. – A ja chcę mieć chociaż ciebie. Ale nie jak domowego ptaka, kruka w klatce. Jestem wszystkim zbędny. Nieudacznik. Dla Kirlanu nikt. Dla żony... też już nikt. Wyszło na jaw, że nie zapewnię wielkiej przyszłości Lenetowi. Przecież, Weseto, jestem nieodpowiedzialny. Zamiast piąć się do góry, przynosić do domu worki srebra, chcę tylko świętego spokoju. Najchętniej tylko oglądałbym swoje matematyczne tablice... Nieudacznik. Gdzie schowałaś wino, Weseto?
– Wypiłeś wszystko, wasza dostojność. Ty i twoi... goście?...
Powątpiewanie w głosie niewolnicy wydawało się uzasadnione. Goście... Połowy z nich nie znał. Jacyś znamienici (podobno) uchodźcy z Dartanu. A wino... nie, nie chciał wina. Wyobraził sobie smak, zapach i zrobiło mu się niedobrze.
– Wszystko jedno, dzisiaj czy jutro, w każdym razie wyzwolę cię. Potrzebuję kogoś, kto mnie chce z wyboru. Zostań ze mną albo idź dokąd ci się podoba. Możliwe, że już niedługo przestanę być namiestnikiem, a wtedy będę kompletnym utracjuszem. Niczego nie mam, więc najwyżej wrócę pod ojcowski dach. Rozwód, a nawet kochanka... wszystko mi tam wybaczą, matka od początku nie lubiła Akei. Gorzej z wnukiem, którego dziadek już upatrzył sobie na wojaka albo urzędasa. – Wadelar zaśmiał się, złapał za głowę, zacharczał i zamilkł na chwilę. – I gorzej z nieudacznictwem. Zamiast służyć Wiecznemu Cesarstwu... kupiłem sobie klejnocik. Ojciec popatrzy na ciebie i powie: „Wadelarze, skoro stać cię na taką służkę, stać cię także na jej utrzymanie”, he, he, he... „Twoi bracia, mój synu...” powie jeszcze. He, he... – Znowu musiał trzymać się za głowę. – Lepiej idź już, Weseto. Jak tylko dojdę do siebie, wezwę świadków, spiszę akt wyzwoleńczy i będziesz mogła zrobić co zechcesz.
Usiadł z najwyższym trudem i długo trwał w bezruchu, samymi końcami palców uciskając skronie. Pod opuszkami okropnie coś tętniło. Nie wiedział, że może tak tętnić.
Obok stopnia leżał podbity futrem płaszcz. Posmutniała niewolnica podjęła go z posadzki.
– Wasza dostojność, ja chciałam... Ale nikomu nie pozwoliłeś się ruszyć z tego stopnia, dlatego przyniosłam płaszcz... – próbowała się wytłumaczyć.
Wyciągnął rękę i trochę na oślep dotknął kolana dziewczyny. Poklepał łagodnie.
– Dziękuję ci. Posiedzę tu sobie trochę, a potem szukaj mnie w kancelarii. Niech tam przyjdzie pisarz. Nie, nie chodzi o twój akt, to spiszę później, teraz... w końcu mam jeszcze jakieś sprawy urzędowe i nie mogę zostawić bałaganu żonie, kiedy już zajmie moje miejsce... Idź, Weseto.
Pokiwała głową i poszła.
Od czterech miesięcy Akea miała uprawnienia śledczej Trybunału. Wątpił, by od razu powierzono jej namiestnictwo. Ale tymczasową nominację mogła dostać na pewno. Doświadczonych urzędników brakowało jak nigdy dotąd. Wszystkich posyłano do Dartanu, do okręgów, gdzie wojna jeszcze nie dotarła. Stanowisko w spokojnej Akali mogło poczekać, zajmowane tymczasowo przez niedoświadczoną, ale bezgranicznie lojalną urzędniczkę, która wybornie umiała donosić nawet na własnego męża. O tak, o tak, tak! Takich ludzi potrzebował Kirlan! Na takich ludziach opierał się Armekt. Kraj wojowników; kraj zdobywców Szereru...
Z wielkim trudem stanąwszy na nogach, Wadelar uczył się chodzić. Poszło łatwiej, niż się spodziewał. He! Nie był jeszcze taki do niczego... Ale z głową jednak działo się coś niedobrego. Gdy wieńczyła ciało w pozycji siedzącej, nic w niej nie wirowało. Co innego na stojąco, a już najgorzej, gdy próbował iść.
Znowu poczuł nudności. Nudności; czy naprawdę nudności, namiestniku?... Nudności miały pewnie brzemienne kobiety.
Rzygać mu się chciało i tyle.
Zaczerpnął tchu, przykucnął, bo bał się schylić. Zaczerpnął kubkiem wody z garnca, wypił. Zabrał dwa ogórki, odpoczął i powlókł się do kancelarii. Lecz po drodze zmienił kierunek i przyspieszył, pędząc zupełnie nie do kancelarii. Jednak był otruty. Wszystko jedno czym. Wkrótce, z łokciami opartymi na kolanach a czołem na dłoniach, bulgotał, furczał i pryskał jakąś straszną cieczą, do której niechybnie dosypano piasku. Współczuł służbie, która będzie opróżniała i myła wyciągnięty spod deski ceberek, ale najbardziej współczuł sobie. W malutkim pomieszczeniu z przebitym oknem bez szyb znaleziono miejsce na kosz z kwiatami. Chyba właśnie więdły. Skurczony potworek z olbrzymimi oczami, którego wizerunkiem ozdobiono drzwi po obu stronach, wytrzeszczał ślepia na brata-bliźniaka.
O nie... Nie oszczędzono mu niczego.
Po jakimś czasie, wycieńczony i obolały, znów człapał do kancelarii. Kancelarii Pierwszego Namiestnika Trybunału Imperialnego w Akali.
Na stole leżały cztery listy i jakaś petycja.
W rogu stołu umieszczono stos kart i kilkanaście rulonów. W drugim rogu list i dwie karty.
Sprawy nowe, sprawy zaległe, sprawy załatwione.
Przyszedł pisarz i zaczął rozkładać swe klamoty na pulpicie przy oknie. Wadelar zamachał ręką i go odprawił.
Wziął jeden z nowych listów do ręki, odłożył, wziął petycję. Zamożni mieszkańcy Akali prosili o wcześniejsze zamykanie miejskich bram. To nie do niego. Do Terezy albo do rady miejskiej. Wziął drugi list.
I odłożył, bo wszystko miał gdzieś.
Nie, nie wszystko... Siedział, tępo gapiąc się na listy, aż dotarło do niego, skąd jest trzeci. Pochwycił, złamał pieczęć i łakomie zagłębił się w treści.

Jego Dostojność T.L.Wadelar
Pierwszy Namiestnik...

Czcigodny Kamracie!
Co jest?
Twoja zawsze oddana przyjaciółka
Arma

Zaczął się śmiać. Posłała z tym kuriera Trybunału.
Zamilkł i zawstydził się. Mocno przetarł palcami powieki. Nie odpowiedział na dwa poprzednie listy. Była późna wiosna, a pierwszy przyszedł jeszcze zimą. Nie odpowiedział dlatego, że... tak bardzo, bardzo chciał odpowiedzieć. Sto spraw, o których chciał napisać. Aż sto spraw... Brakowało mu czasu, żeby usiąść i spokojnie opowiedzieć o wszystkim. No właśnie, spokoju i czasu, ale najbardziej spokoju. Myślał sobie: jutro... nie, pojutrze. Potem znów: jutro, pojutrze...
Wziął do ręki pióro, sięgnął po czystą kartę i inkaust. Szybko skreślił nagłówki i napisał:

Armo, wszystko się wali, prawie nie ma już Pierwszej Prowincji, więc nie będzie i Wiecznego Cesarstwa...

Pisał szybko, bez zastanowienia, jakby się bał, że może nie zdążyć. Że znów mu zabraknie spokoju.
***



Dartan walił się, jak wzniesiony na plaży zamek z piasku.
Podbite przed wiekami królestwo nigdy nie zatraciło swojej odrębności. Nie zatraciła jej żadna z krain Szereru; Armektańczycy wszędzie i wszystkim narzucili swoje prawa, armektański ład i porządek – lecz nic więcej. Żaden kraj nie stał się częścią Armektu ani drugim Armektem. Olbrzymi grombelardzki półwysep od zawsze był ziemią niczyją, bez tradycji, bez królów, bez praw... Góry i góry, na ich zboczach wioski pasterskie, poniżej trochę pól uprawnych. Pięć miast, z których cztery wyrosły wokół starych twierdz rozbójniczych, piąte zaś było portem – tak armektańskim, jak to tylko możliwe. W miastach i wioskach u stóp gór panował armektański ład (lecz nie obyczaje); były to dobra imperialne, zarządzane przez urzędników imperium. Górami nikt nie zarządzał, miecz po staremu był tam prawem, obyczaje zaś każdy przynosił swoje własne. Panujące w górzystej Drugiej Prowincji porządki najbardziej, jak na ironię, przypominały te, które zaprowadzono na Wyspach. Piratów ścigano, tak jak w górach rozbójników. Rybackie wioski przejęło cesarstwo, wolnych rybaków i chłopów zmuszono do składania daniny – co czynili wcale ochoczo, bo ciężary nie były nadmierne, za to prawa, choć nieliczne, jednak przysługiwały. Każdy mógł zgłosić się do służby w legii, licząc na wojskową karierę, a była to kariera mogąca zakończyć się tak wysoko, jak to tylko możliwe, bo nawet u stóp tronu. Każdy też miał prawo rozporządzić swoją własną osobą i życiem; niewolniczym rynkiem rządził wyłącznie popyt i niejedna wiejska dziewczyna ratowała byt swego rodzeństwa, a także starych rodziców, posyłając brzęczący trzosik srebra otrzymany od przedstawiciela hodowli – potem zaś wiodła wcale dostatnie życie kupieckiej posługaczki, służki w jakimś prywatnym majątku, a nawet, jeśli była dość ładna, prostytutki w armektańskim domu publicznym. Tak było na Wyspach, bo porządki garyjskie, choć zaprowadzone w tej samej Morskiej Prowincji, wyglądały zupełnie inaczej. Garrę zdobyto w krwawej wojnie morskiej – tak krwawej, jakiej nie widziała historia Szereru. Armektańczycy nie znali takich wojen – wojen, w których całe legiony, zaokrętowane na pokładach żaglowców, znikały w wodnych otchłaniach. Nie było rannych, nie było niedobitków i nie było chwały, bo nikt nie mógł jej głosić. Wojenna tradycja Armektu potrzebowała zarówno wygranych, jak i pięknie, bohatersko przegranych bitew, których uczestnicy po kres swoich dni mogli opowiadać: „Byłem tam!”.
Lecz gdy stu majtków i stu żołnierzy przepadało bez wieści wraz z okrętem, nie wiadomo gdzie ani kiedy? Gdy zwycięska bitwa pociągała za sobą utratę ośmiu żaglowców na dziesięć i tak samo wyglądały straty wśród żołnierzy?...
Podbitą Garrę przeorano żeleźcem katowskiego topora, a następnie posiano na tym strasznym polu niezliczone nakazy i zakazy, z których wkrótce wyrosła nienawiść. Garyjczycy zawsze pogardzali wszystkim co kontynentalne, a pod panowaniem Kirlanu utwierdzili się w tej pogardzie. W Armekcie zbyt późno zrozumiano, że ostatnia z podbitych krain nie ma nic wspólnego z Dartanem i Grombelardem. Bo Garyjczycy bardziej godni byli szacunku niż przedstawiciele jakiegokolwiek innego narodu Szereru. Przed wojną, za murem niechęci do kontynentalnych krain, wyrosło morskie państwo najbardziej ze wszystkich podobne do... Armektu. Zamieszkujące wielką wyspę ludy, dumne ze swej historii, świadome swej tożsamości, zasługiwały na szacunek, nie na ucisk. Lecz dzika żądza odwetu i pospolity strach przed wznowieniem zmagań na wodzie tylko ten jeden raz, w całej historii armektańskich wojen i podbojów, zaważyły na decyzjach zdobywców Szereru – i już nie było odwrotu. Garrę dało się utrzymać tylko siłą. I tak ją utrzymywano.
A Dartanu nie trzymano wcale.
Kiedyś, wyniosłe magnackie i rycerskie rody służyły swemu królowi tylko nominalnie. Blask Domu, świetna przeszłość rycerskich przodków, wzrost znaczenia rodu zawsze były w Dartanie ważniejsze niźli siła królestwa, jego historia i przyszłość. Od niepamiętnych czasów każdy ciągnął tam w swoją stronę, króla uznawano albo nie, obierano własnego i detronizowano, bezkrólewie było codziennością, a pretendenci do tronu ruszali przeciw sobie na czele wielkich armii, popierani przez Domy, którym obiecali wzrost znaczenia, zwalczani przez rody, którym obiecał ktoś inny. Osadzano wreszcie na tronie słabego władcę, ten zaś nie był w stanie – ani nawet nie chciał – zapobiec odnawianiu odwiecznych zatargów, niedorzecznie zastarzałych, których przyczyny ginęły w pomroce dziejów, a wydobyte na światło dzienne wydawały się aż niewiarygodne. Czy można było najechać dobra sąsiada dlatego, że przed dwoma wiekami prapradziad, goniąc własnego jelenia, zapędził się za nim do cudzego lasu? Oczywiście, że można! Syn Domu, który by nie podjął sprawiedliwej wojny odziedziczonej po przodkach, zasłużyłby na pogardę – a największą w oczach przeciwnika.
Wszystko to przecięła przegrana wojna z Armektem.
Kirlan, rozejrzawszy się po Złotym Dartanie, zaprowadził własne porządki. Już nie było słabego monarchy, mającego władzę odpowiednią do znaczenia tych magnackich Domów, które go popierały – zamiast niego siedział w Rollaynie Książę Przedstawiciel Cesarza.
Zwaśnione rody po staremu odwołały się do jego sprawiedliwości, żądając rozsądzenia sporu, tak jak wcześniej odwoływały się do króla.
Król wydawał werdykt, którego jedna strona natychmiast nie uznawała. Cesarski Przedstawiciel postąpił podobnie, mianowicie przekazał sprawę sądom, sądy wydały wyrok, Przedstawiciel zaś utrzymał go w mocy. Legioniści imperium pojawili się w dobrach nie zgadzającego się z wyrokiem, dalej próbującego mieczem dochodzić swoich praw magnata i jako nieposłusznego cesarskiego wasala po prostu wywłaszczyli go z dóbr, zabierając wszystko, nawet zbroję z grzbietu i konia spod siedzenia. Pierwsza taka interwencja przyczyniła się do wybuchu drugiej wojny dartańskiej; oburzeni stronnicy pokrzywdzonego gotowi byli ruszać na Rollaynę. Ale Armekt dopiero co wygrał pierwszą wojnę i nie znał żadnych powodów, dla których miałby przegrać drugą, sporo mniejszą. Nim rycerze zjechali się na wyprawę, karne armektańskie legiony przymaszerowały do ich dóbr – i zabrały wszystko, nawet konie i zbroje... Była jeszcze trzecia wojna dartańska, ale zgasła, nim wybuchła. Stało się zupełnie jasne, że już nie ma słabego króla, zastąpił go ktoś inny, kto z niezmąconym spokojem gotów jest wywłaszczyć cały Dartan, bo ma najsilniejszą armię świata, sto razy liczniejszą od największego prywatnego pocztu i dziesięć razy lepiej zorganizowaną.
Tak oto waśnie rodowe przeniosły się do sal sądowych, osobiste zniewagi zaś można było po rycersku pomścić na turniejach, których znaczenie niepomiernie wzrosło, zwłaszcza że Kirlan bardzo przychylnie odnosił się do takich sposobów dowodzenia racji; przecież trzeba było otworzyć jakąś furtkę dla ujścia owego żywiołu niezgody, leżącego u fundamentów dartańskiej tożsamości. Magnaci grzmocili się więc turniejowymi mieczami po turniejowych zbrojach, w których było rzeczą prawie niemożliwą ponieść uszczerbek na zdrowiu, pokonanych przeciwników po rycersku oszczędzali i brali do niewoli, przeciwnicy tak samo po rycersku wypłacali okup, a sam Książę Przedstawiciel Cesarza chętnie głosił chwałę zwycięzcy, wspaniałomyślność zaś wobec pokonanego podnosił jako największą z cnót... Nowa tradycja łatwo weszła na miejsce starej, bo była sporo tańsza, a równie honorowa. Mogłaby zaistnieć już dawno, gdyby Dartanem rządził władca mający faktyczne prawo rozsądzania sporów, do którego sprawiedliwości rzeczywiście można się było odwołać i który potrafiłby wyegzekwować wyrok przy użyciu własnego wojska, nie zaś skrzykniętych rycerzy, mających swoje zdanie na temat każdego rodowego zatargu – więc bez mała będących w sporze stroną... Nowe obyczaje utrwaliły się, przy powszechnej aprobacie. Złoty Dartan stał się najspokojniejszą prowincją Wiecznego Cesarstwa. Na straży praw w prywatnych dobrach stali prywatni żołnierze; Legia Dartańska – podobnie jak w Armekcie większość oddziałów Legii Armektańskiej – przemieniła się powoli w rodzaj straży miejskiej, bo liczne legiony o wojennych stanach były tyleż kosztowne, co zbędne.
Ale Dartan pozostał Dartanem. Może bardziej niż Armekt Armektem... Naród zdobywców Szereru mógł zaproponować Dartańczykom co najwyżej tradycję żołnierza-Jeźdźca Równin, służącego Wojnie-Arilorze, zależnego tylko od swoich dowódców; dumnym magnatom i rycerzom trudno było tym zaimponować, gdy przeciwnie, dworskie ceremoniały, rodowe monogramy, pyszne rezydencje i dodające splendoru, niemożliwie kosztowne niewolnice, okazały się bardzo potrzebne w Armekcie. Nie było już koczowniczych plemion, nie było walczących armektańskich księstw, po podboju Grombelardu i Garry zabrakło wojen. Zamiast nich trwało Wieczne Cesarstwo, a w nim wieczny pokój. Wielcy wodzowie ustąpili pola wielkim panom, a ci nie mogli już dowodzić swej wartości przy użyciu mieczy. Liczne mieszane małżeństwa niewiele zmieniły w Złotej Prowincji, a bardzo dużo w Armekcie, który stał się bez mała drugim Dartanem. Drugim i trochę... gorszym.
Wieczne Cesarstwo okrzepło; w jego granicach wszystkim było znośnie, a nawet zupełnie dobrze. Tylko za morzem wybuchały powstania, gaszone jedno po drugim. Chłopskie bunty w Dartanie tłumiły prywatne wojska, czasem przy niewielkim wsparciu ze strony Legii Dartańskiej. Było to zresztą wsparcie niechętne i bez mała symboliczne; Kirlan nie po to zezwalał na utrzymywanie licznych prywatnych pocztów, by angażować legie w prywatnych majątkach. Ale też prawie nigdy nie proszono cesarskiego przedstawiciela o pomoc w uśmierzeniu rewolty. Imperialni żołnierze pilnowali tylko dóbr należących do cesarstwa i przeganiali chłopskie bandy, które się tam zapędzały.
Sielanka trwała długo, skończyła się zaś w kilka miesięcy.
Kłopotliwa dla Kirlanu sprawa Puszczy Bukowej była właśnie kłopotem – ale niczym więcej. Problem dało się rozwiązać na bardzo wiele sposobów. Przede wszystkim, jak słusznie przewidziała księżna Dobrego Znaku, można było wywrzeć nacisk na sądy w Rollaynie. W najgorszym wypadku, gdyby to nie wystarczyło, Legia Dartańska rzeczywiście powinna wyegzekwować prawa nowych właścicieli – ale gdyby nie wyegzekwowała, to co?... Pod byle pretekstem można było odwlekać interwencję, uporządkować ważniejsze sprawy, zdobyć środki na rozbudowę kilku miejskich garnizonów do wojennych stanów, a wreszcie udzielić żądanego wsparcia pocztom nowych właścicieli. Nikt nie liczył się z wybuchem wojny poza granicami Puszczy Bukowej. Kto mógł widzieć w tym jakikolwiek zysk?
Waśń pomiędzy odgałęzieniami rodu K.B.I. dojrzała nieomal z dnia na dzień. Nikt w Armekcie nie rozumiał, co się stało. Jak za dawnych czasów, prywatne wojska dokonały zbrojnego najazdu na ziemie sąsiadów. W mgnieniu oka – chciałoby się rzec: z iście dartańską sprawnością – skłócone Domy pozyskały sojuszników i powstały dwa potężne, zwalczające się stronnictwa. Silniejsze rozpadło się wkrótce i dało początek trzem nowym: ktoś tam dostrzegł możliwość upieczenia własnej sztuki mięsa przy tym ogniu, kto inny wycofał się ostentacyjnie, obiecując wsparcie to jednej, to znów drugiej stronie konfliktu, w zamian za określone korzyści.
W środku tego wszystkiego tkwiła Legia Dartańska – armia złożona z pieszych i konnych patroli. Dawno już nie było groźnych, uzbrojonych po zęby legionów, które przed wiekami z taką łatwością rozpędzały awanturników. Nie było kuszników ani ciężkiej piechoty, nie było konnych ani pieszych łuczników. Jak Dartan długi i szeroki, po ulicach miast i drogach przemieszczali się, konno lub pieszo, uzbrojeni tylko w miecze legioniści, z bardzo ładnymi tarczami przechowywanymi w arsenałach garnizonów – tarczami przeznaczonymi do parad, bo w prostokątnych, owalnych lub trójkątnych polach, na tle dartańskiej czerwieni, przepięknie odznaczały się srebrne gwiazdy Wiecznego Cesarstwa... Oprócz tego byli w Rollaynie halabardnicy malowanej Gwardii Dartańskiej, dobrze wyszkoleni, ale niemający żadnego wojennego doświadczenia, a w miastach portowych Dartańska Straż Morska – jedyna formacja, która znała smak walki, bo na morzach ścigano czasem okręty, a nawet eskadry pirackie. Lecz piechota morska potrzebna była na pokładach żaglowców, a nawet gdyby zabrano stamtąd tych żołnierzy – ich przydatność w walkach lądowych budziła wątpliwości. Brakowało zresztą czasu na przeprowadzenie reorganizacji wojsk. Rozpoczęta jeszcze zimą wojna domowa z nadejściem wiosny nabrała rozmachu. Wkrótce wyszło na jaw, że stronnictwo K.B.I.Enewena na pewno będzie górą, mając do dyspozycji fundusze, o jakich nie mogli śnić przeciwnicy. Przekupywano neutralne Domy, zaciągano nowych żołnierzy, opłacano niezliczonych szpiegów. Przybrawszy sobie, starym dartańskim obyczajem, tyleż kwiecistą co niezrozumiałą nazwę, Stronnictwo Ahe Vanadeyone – Wskrzeszonych Rycerzy Królowej – rosło w siłę, zaprowadzając własne porządki w całym północno-zachodnim Dartanie, od Seneletty aż po Lida Aye nad Morzem Zamkniętym. To już było coś więcej niż zatarg zwaśnionych rodów. Księcia Przedstawiciela Cesarza i jego żołnierzy poproszono o opuszczenie Rollayny. Jego godność Enewen wyrażał w ten sposób troskę o bezpieczeństwo wicekróla Pierwszej Prowincji, ubolewając, że nie potrafi tego bezpieczeństwa zapewnić...









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-01-29 (1184 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej