Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Alicja w Krainie Zombi
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

"Spadkobiercy Zakonu. Księga 1", tom 2 - Siergiej Sadow

Wojownik


Rozmowę z kupcem miał poprowadzić elf. Zaczął od tego, że w milczeniu położył kindżał przed niewysokim, chudym staruszkiem, którego cały czas świdrował wzrokiem.
— Życzycie sobie czegoś, młodzi ludzie? — Sprzedawca chyba zaczął się denerwować.
— Życzymy. Życzymy sobie odzyskać pieniądze za tę, że tak powiem, broń.
— Ależ to wspaniała klinga! Wykuta przez krasnoludy, z zastosowaniem formuły magicznej...
— Znakomicie, to znaczy, że chętnie przyjmiecie towar z powrotem. Na pewno rychło znajdzie się prawdziwy wojownik, który należycie doceni tę klingę. My jesteśmy tylko chłopcami i nam tak potężne artefakty niepotrzebne.
— Ale towar nie podlega zwrotowi... — W tym momencie spojrzenie staruszka spoczęło na mnie, a raczej na moim mieczu, który wyciągnąłem z pochwy i obracałem w rękach, przyglądając się sprzedawcy. Sens moich manipulacji był bardziej niż jasny, starzec przełknął ślinę. — Jednak dla was, moi panowie, zrobię wyjątek. Oto wasze pieniądze... Nie wiedziałem, że ten miły chłopiec jest z wami, milordzie rycerzu.
— Nic się nie stało — uspokoiłem go. — Teraz już wiecie, a gdybyście kiedykolwiek zapomnieli, jestem do waszych usług. Ale mój przyjaciel ma rację: rzeczywiście potrzebujemy broni, tylko tym razem wybierze ją elf.
— Stajesz się prawdziwym rycerzem — zauważył Mistrz. Nie wiedziałem tylko, czy miała to być pochwała, czy wręcz przeciwnie.
Pół godziny później uszczęśliwiony Ron wyszedł z kramu, przyciskając do piersi szpadę i kindżał. Szpada— krótka, dobrej jakości — idealnie pasowała do niewysokiego chłopca. Popatrzyłem na wniebowziętego Rona i westchnąłem. Człowiek cieszy się z broni, przeznaczonej
do zabijania... Jednak przypominając sobie, co sam czułem, gdy po raz pierwszy wziąłem miecz do ręki, zrozumiałem, że nie mam prawa go osądzać. W końcu sam jestem nie lepszy...
Staruszek wyszedł nas odprowadzić, a może raczej upewnić się, że nie wrócimy.
— Zajrzyjcie jeszcze kiedyś, panowie, zawsze rad będę was widzieć.
— Wątpię, żeby był rad — zauważył wesoło Elwing, gdy odeszliśmy kawałek dalej.
— O, to na pewno! — Ron już zapomniał o niedawnej wpadce, przypasał szpadę i kindżał, i z dumną miną zerkał na miejscowych chłopców, biegnących za nami.
Postanowiłem ostudzić nieco jego zapał.
— Możesz oczywiście chodzić dumny jak paw, tylko proszę, nie wyciągaj broni. I jeszcze jedno: skoro postanowiłeś jechać z nami, musisz zapamiętać jedną zasadę.
Powiem o niej tylko raz i jeśli ją złamiesz, nasza wspólna podróż dobiegnie końca — obiecuję ci to solennie i daję słowo rycerza.
Ron popatrzył na mnie z przestrachem.
— Zasada jest prosta: bez szemrania wykonujesz każdy nasz rozkaz, bez względu na to, jak bardzo dziwny czy niezrozumiały się wyda. Jeśli ja albo Elwing każemy ci kwakać — kwaczesz. Jeśli nie, wsadzam cię do najbliższego dyliżansu jadącego w stronę Amsteru. Zrozumiałeś?
Ron pokiwał szybko głową.
— Pamiętaj, nie idziemy na przechadzkę i od powodzenia naszej misji zależy bardzo wiele, zarówno dla mnie, jak dla wielu ludzi. Widziałem już, jak władasz bronią — ja i Elwing zajmiemy się twoją nauką, możesz być pewien, że na serio. A więc, czy nadal chcesz jechać z nami?
— Nie wrócę.
— W takim razie w drogę.
Ze wsi wyjechaliśmy godzinę później. Miejscowi mieszkańcy nie kryli radości z pozbycia się naszego niepokojącego towarzystwa.
Chcąc nadrobić stracony czas, jechaliśmy szybko i długo, na nocleg zatrzymując się dopiero wtedy, gdy zrobiło się już prawie całkiem ciemno. W kolejnej wsi zatrzymaliśmy się przy pierwszym z brzegu domu i wprosiliśmy na nocleg. Co prawda, obawiałem się, że o tak późnej porze nikt nie zechce nas przyjąć, ale jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie: żaden będący przy zdrowych zmysłach chłop nie odmówiłby spełnienia prośby rycerza. Natychmiast oddano nam izbę, a gospodarze z dziećmi poszli spać na siano. Z przyjemnością zamieniłbym się z nimi miejscami — spanie latem w dusznym domu to żadna przyjemność — ale szybko przekonałem się, że wszelkie moje prośby i namowy są bezskuteczne. Ja jestem rycerzem, moi towarzysze to przyjaciele rycerza, a więc należy nam się najlepsze pomieszczenie.
Przeklinając konserwatyzm mieszkańców, otworzyłem na oścież wszystkie okna i położyłem się na podłodze. Elwing i Ron poszli za moim przykładem.
— Eningu, należałoby wystawić wartę.
— Jejku, Derronie, daj sobie spokój! Nikt z miejscowych nie ośmieli się nas tknąć...
— Nie mówię o miejscowej ludności, lecz o najemnych zabójcach. Zapomniałeś, co się działo w Amsterze?
— Bo Lśniący wiedział, że tam będę i dlatego zdążył przygotować się do spotkania. A teraz nikt nie ma bladego pojęcia, gdzie jesteśmy. Myślę, że wszyscy zabójcy stracili trop.
— Piękne słowa — zauważył cierpko Derron. — Będą wspaniałym epitafium na twoim nagrobku. Tak skutecznie wszystkich zmyliliście, że odnalazł was nawet chłopiec.
Odwróciłem się do ściany i spróbowałem zasnąć. Elf i Ron już spali, a ja ciągle przewracałem się z boku na bok, przeklinając duszne pomieszczenie. Jak można tu spać? Teraz rozumiem, skąd wzięła się zasada odstępowania rycerzom własnego domu — w ten sposób chłopi mścili się za całe zło, jakie wyrządzili im rycerze. No dobrze, ale ja nie zrobiłem im nic złego! Za co ta kara? W końcu zmęczenie wzięło górę i zasnąłem...
Rano, jak tylko słońce wyłoniło się zza horyzontu, obudziło mnie uczucie zagrożenia. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że elf stoi już z łukiem przy drzwiach, tylko Ron nadal spokojnie sapał przez sen, leżąc na wznak z rozrzuconymi rękami.
Przez jakiś czas ja i Elwing milczeliśmy, nasłuchując. Niby cisza, ale wrażenie niebezpieczeństwa stawało się coraz wyraźniejsze. Wstałem, ubrałem się, przypasałem miecz, sprawdziłem noże, a potem podszedłem do otwartego okna i ostrożnie wyjrzałem na zewnątrz. Elwing stanął obok mnie, a ja w milczeniu wskazałem palcem śpiącego Rona. Elf skinął głową i poszedł go obudzić.
W tym momencie drzwi otworzyły się z trzaskiem i jednocześnie wybuchła wrzawa w całej wsi. Na zewnątrz biegali jacyś ludzie, ale nie miałem czasu się im przyglądać — musiałem zająć się nieproszonym gościem.
Ten, kompletnie zdezorientowany w mrocznym pomieszczeniu, spodziewając się, że ma przed sobą zwykłe chłopskie dzieci, podbiegł do mnie, chcąc złapać za rękę. Idiota! Jedyne, co musiałem zrobić, to uchylić się i pociągnąć go na siebie, „przedłużając” rozpoczęty przez niego atak. Teraz nie mógłby się już zatrzymać, nawet gdyby chciał, miał za duży rozpęd. Siła, którą przeciwnik wkłada w cios, obraca się przeciwko niemu — jeden z chwytów sajwe, którego uczył mnie Derron, a który ja nazywałem zasadą aikido.
Nieproszony gość bardzo efektownie poleciał głową naprzód, prosto w otwarte okno. Gdyby miał mózg, mogłoby się to skończyć wstrząsem, a tak, potłucze się tylko, nic mu nie będzie. Wyskoczyłem za nim, a Elwing natychmiast zajął stanowisko przy oknie, gotów mnie osłaniać.
We wsi panował zamęt. Wszędzie widać było uzbrojonych jeźdźców, niektórzy z nich zsiedli z koni i teraz wpadali do domów, wyganiając gospodarzy, wyrzucając rzeczy. Chłopi zbili się w gromadę, z przestrachem patrząc na przybyszów, płakały dzieci.
— Jak na zwykłych rabusiów, są zbyt dobrze uzbrojeni — zauważył Derron. — Zresztą, żaden baron nie ścierpiałby rozbójników na swojej ziemi. Już prędzej jakiś inny baron postanowił zapełnić skarbiec kosztem sąsiada.
— Przecież to zwykła grabież!
— Eningu, jak ci nie wstyd?! Czyż szlachetny baron mógłby zajmować się grabieżą? — rycerz udał oburzenie.
— Jak w ogóle mogłeś tak pomyśleć! To nie jakaś tam grabież, to rekwizycja!
Nagle kamień w mojej obręczy nagrzał się i zaczął pulsować. Jakimś szóstym zmysłem odgadłem, że oznacza to przebywanie w pobliżu innego rycerza.
— Kto tu jeszcze jest? — zadźwięczał w mojej głowie niezbyt uprzejmy głos.
Derron mówił mi, że dzięki kamieniowi można porozumiewać się w myślach z innym rycerzem, ale do tej pory nie miałem okazji tego spróbować. Niesamowite wrażenie... Na szczęście, kontaktując się z Mistrzem i Derronem, przywykłem do podobnych rozmów, więc skoncentrowałem się i odpowiedziałem:
— A kto pyta? — Wiedziałem, że najprawdopodobniej to właśnie rycerz dowodzi żołnierzami, ale ten łupieżczy jak żołnierze patrzyli na młode kobiety, cały ten spektakl denerwował mnie z każdą chwilą coraz bardziej.
Zza domu, na potężnym koniu wyjechał jeździec, od stóp do głowy zakuty w pancerz. Na mój widok zatrzymał się gwałtownie i zdjął hełm, dłuższą chwilę przyglądał mi się ze zdumieniem, a potem splunął wzgardliwie.
— Chłopcze, daję ci pięć minut na wyniesienie się stąd. — Po czym odwrócił się, chcąc jechać dalej.
— Ach, tak?! — Aż do tej chwili nie miałem zamiaru się wtrącać. Śmierć chłopom nie groziła, prawa baronów zabraniały mordowania tych, którzy nie noszą broni i najrozsądniej byłoby stąd wyjechać, jednak ten pogardliwie bezczelny ton zdenerwował mnie. — Zakłócacie mój sen!
Budzicie mnie, choć nie zdążyłem należycie odpocząć po wczorajszej podróży! A potem zamiast przeprosin oznajmiacie: „Masz pięć minut, żeby się stąd wynieść”?! Rycerz odwrócił się i popatrzył na mnie tak, jak zwykle patrzy się na karalucha, który wpadł do zupy.
— O, więc powinienem cię przeprosić?! Chłopcze, chciałem ci zrobić uprzejmość i puścić cię wolno. A ty, zamiast się wynieść, zachowujesz się ordynarnie, a ja nikomu nie wybaczam czegoś takiego. Czy chociaż wiesz, przed kim stoisz, szczeniaku?
— Nietrudno się domyślić. Przed największym grubianinem, jakiego w życiu widziałem.
Rycerza dosłownie zatkało. Zdaje się, że jeszcze nikt nie rozmawiał z nim w taki sposób. Cóż, zawsze to dobrze dowiedzieć się o sobie czegoś nowego.
— Ach, ty... Zabijałem ludzi za mniejsze zniewagi!
— Chętnie uwierzę, głupcy zawsze obrażają się, słysząc prawdę o sobie.
— Co?! Ja, Gajerg Tretnich, nie wybaczam nikomu takiej obrazy! Hej, bierzcie tego zuchwalca, dajcie mu tam parę batów, a potem puśćcie nago, niech sobie pobiega!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-02-22 (1336 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej