Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ja inkwizytor. Głód i Pragnienie
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wilcze dziedzictwo. Ukryte cele'' - Magda Parus

Rozdział 2


Oriana stała w ogrodzie, wpatrzona w usiane gwiazdami niebo. W takich chwilach potrafiła sobie wmówić, że znajduje się w dziczy, z dala od politycznych rozgrywek i ciężaru trudnych decyzji. Wolna i bezpieczna.
Usłyszała kroki. Spodziewała się, że Lars przyjdzie. Co jakiś czas dołączał do Oriany późnym wieczorem, kiedy kontemplowała niebo, żeby wymienić z nią kilka uwag na temat dziewczynki, czy szerzej, przebiegu operacji. Dawno się nie pojawiał, właściwie oczekiwała go od paru dni, zaniepokojona nagłą izolacją kapłana. Odkąd zgubili Colina, Lars był podenerwowany. Nie mógł ścierpieć, kiedy zawodził punkt planu uważany przezeń za pewnik.
Zgodnie z pierwotnym zamysłem do ostatniego etapu mieli przejść po dwóch latach. W obliczu niespodziewanego buntu Colina musieli przyspieszyć finał, jednakże Emily nie była jeszcze gotowa, dlatego obecne, niezależne od nich opóźnienie działało poniekąd na korzyść operacji. Oczywiście, pod warunkiem, że Colin wkrótce się odnajdzie.
— Jego brat odezwał się do Richarda — poinformował ją beznamiętnie Lars. Nigdy nie silił się na wstępy. — Jest w Polsce. Nie wspomniał, czy Colin także.
Powstrzymała uśmiech. Brat należał do planu, stanowił zabezpieczenie na wypadek, gdyby Colin się im wymknął. Jako że Lars odrzucał taką możliwość, pierwotnie skłaniał się ku likwidacji Mata Stewarta. Zarazem nie chciał niczego zaniedbać, dlatego w końcu uległ argumentacji, że lepiej zostawić sobie dodatkową furtkę, zwłaszcza gdy koszt takiego działania jest niewielki. Teraz dzięki bratu odzyskają Colina.
— Zaproponował spotkanie? — zapytała Oriana, skrywając triumf.
— Tak, pierwszy termin wyznaczył na sobotę wieczorem. Richard jest w Norwegii, zdąży dojechać. Będzie wiedział, jak to rozegrać.
Domyślała się, że Lars jest bardzo podekscytowany, choć nie zaobserwowała u niego nawet minimalnie przyspieszonego tętna.
— Skieruje Colina na trop? — upewniła się.
— Musimy wybrać stosowne miejsce. Autentyczne, gdzie pokażemy Colinowi jakąś sztuczkę, żeby utwierdzić go w przekonaniu, że trafił właściwie.
— Liczysz na to, że Colin pojawi się w sobotę — skonstatowała.
Orianie obecność chłopaka na spotkaniu nie wydawała się taka oczywista. Zgodnie z ostatnim raportem, jaki otrzymali od Erasmusa, Colin wraz z bratem zajęli się poszukiwaniem eksperymentalnych dzieci z projektu Dietera. Ze względu na wrogie nastawienie Mata do jego osoby, Erasmus musiał się z nimi rozstać. Nie odezwał się więcej. Lars oddelegował dwóch pośledniejszych agentów, żeby go poszukali, ale zrobił to raczej dla formalności. Erasmus go nie interesował.
Zatem rzeczywiście, ostatni raz widziano Colina w towarzystwie brata. Od tamtego czasu minął wszakże miesiąc, a przeszło trzy tygodnie, odkąd zaginął chłopczyk od Dietera, na marginesie — bardzo obiecujący. Czyżby bracia wywieźli malca do Polski i tam też ukryli partnerki? Jeśli nawet tak było, Colin przypuszczalnie zrobił swoje i wyruszył w dalszą drogę, zostawiając dziecko i dziewczyny pod opieką brata.
Na pewno jednak oni dwaj utrzymywali ze sobą kontakt, tak więc jeśli Benson nie zobaczy się z Colinem w najbliższą sobotę, namówi Mata, żeby zorganizował kolejne spotkanie, tym razem w większym gronie. Orianie bardziej prawdopodobna wydawała się ta druga sytuacja, Lars prezentował odmienny pogląd.
— Jego brat już wie, kim jest Richard — oznajmił. — Nie zdecyduje się przyjść sam. W najgorszym razie Colin pozostanie w odwodzie, ale tego Richard szybko się dowie.
Przez Larsa przemawiała w tej chwili pogarda wobec ludzi. Jako człowiek, Mat nie miał prawa zdobyć się na odwagę, by stanąć twarzą w twarz ze świadomym. Oriana przeczytała na temat tego chłopaka dostatecznie dużo, żeby podejrzewać go o podobne szaleństwo. Powstrzymała się jednak od komentarza. Wkrótce się przekonają, kto przybędzie na spotkanie z Bensonem.
— Jak ją oceniasz? — odezwał się znowu Lars. — Poradzi sobie?
Zdziwiła się, że chce poznać jej zdanie, miast zawierzyć własnemu osądowi. Oriana pełniła zaledwie rolę guwernantki, która nie wtrąca się do zajęć podopiecznej z mistrzem.
Po krótkiej chwili zrozumiała, że Lars pyta ją jako kobietę. Właśnie z tego powodu przydzielił ją do Emily — ze względu na tożsamość płci, a nie dlatego, że — jak pierwotnie sądziła — w powszechnym mniemaniu kobieta potrafi zajmować się dziećmi lepiej niż mężczyzna.
Aktualnie żadna wadera nie piastowała stanowiska wyższego niż Oriana, tak więc wybór na opiekunkę dziewczynki akurat jej wydawał się oczywisty. Operacja była zbyt ważna i tajna, żeby angażować mniej zaufaną osobę. Niekiedy wszakże Orianę nachodziły wątpliwości, czy Lars rzeczywiście bezgranicznie jej wierzy. Zdarzało mu się wygłosić komentarz, który brzmiał jak otwarta deklaracja, że wie o jej działalności. Mimo to wprowadził ją w najgłębsze tajemnice kapłanów, punkt po punkcie objaśnił cały plan. Do tego stopnia zależało mu na niezależnej opinii?
— Domyślam się, że pytasz, czy podoła psychicznie — odezwała się wolno Oriana. Zakres umiejętności dziewczynki Lars znał o wiele lepiej od niej. — Jest bardzo silna i jak na swój wiek dojrzała, wręcz zbyt dojrzała dla naszych celów...
Lars prychnął cicho. No tak, bywał przerażająco przenikliwy w pewnych kwestiach, w innych zaś prezentował zdumiewającą tępotę. Przejawiał na przykład tendencję do lekceważenia kobiet. Orianę wykluczył z tego grona, ogólnie jednak zasada pozostawała w mocy. Dzieci również nie uznawał za pełnoprawne istoty. Emily zaś była zarazem kobietą i dzieckiem, nie uważał jej więc za godną siebie przeciwniczkę.
— Zmierzam do tego, że powinniśmy małą przekonywać, rzeczowymi argumentami, a nie manipulować nią, oddziałując na emocje — ciągnęła Oriana. — Moim zdaniem przejrzy tego rodzaju manipulację, a wtedy straci do nas zaufanie.
Dlaczego nazwała Emily "przeciwniczką"? Orianie coś się w tej dziewczynce nie podobało i być może chodziło właśnie o tę jej... nadmierną niezależność. Jakby mała ułożyła własny plan. Czyżby chciała maksymalnie rozwinąć swe zdolności, a potem uciec? Domyśliła się już, że kapłani wyznaczyli dla niej konkretne zadanie, zapewne więc czekała, aż wyłożą jej, na czym ono polega. Kiedy zaś dowie się, że sprowadzą tutaj Colina, ujrzy w tym doskonałą okazję do ucieczki.
Dziewczynka była szalenie bystra; jeśli Lars zlekceważy tę okoliczność, popełni nieodwracalny w skutkach błąd. Oriana musiała jednak postępować bardzo ostrożnie, żeby jej słowa nie zostały uznane za próbę wywierania nacisku na kapłana.
Czy już nie posunęła się za daleko?
— Na razie za wcześnie na wyjaśnianie dziewczynce, czego od niej oczekujemy — stwierdził po dłuższym milczeniu Lars. — Nawet jeśli Colin stawi się na sobotnie spotkanie, chcę zapoznać się z raportem Richarda i dopiero na tej podstawie decydować o kolejnym kroku.
— Ufasz jego osądowi?
Lars utkwił w niej przenikliwe spojrzenie i po raz kolejny Oriana nie zdołała pozbyć się wrażenia, że dawno ją rozszyfrował. Nie pozwoliła sobie jednak nawet na nieostrożne mrugnięcie; zresztą rychło opuściła wzrok, żeby nie pojedynkować się z kapłanem. Lars oczekiwał podporządkowania, Orianie zaś wystarczyła świadomość, że w rzeczywistości nie podlega nikomu i słucha nakazów wyłącznie własnego sumienia.
Pocieszała się, że Lars często blefuje. Spoglądał na swych rozmówców tak, jakby znał ich najskrytsze myśli, potem zaś pilnie odnotowywał ich reakcje. Oriana nie zamierzała dać mu się sprowokować. Poza tym była kobietą. Sądziła, że akurat ją Lars darzy umiarkowanym szacunkiem, ale być może się myliła i on zwyczajnie nie dopuszczał do siebie myśli, że ktoś tak zasadniczo gorszy od kapłanów płci męskiej zdobyłby się na prowadzenie własnej gry.
Czekała. Lars w końcu jej odpowie.
— W tym konkretnym przypadku ufam — rzekł wreszcie. — Richard w pełni popiera operację. Zależy mu na doprowadzeniu jej do pomyślnego finału równie mocno jak nam.
Jego słowa znowu zabrzmiały dwuznacznie, jakby informował Orianę, że z dokładnie tych samych powodów obdarzył zaufaniem ją samą.
Zgadza się, Oriana szczerze popierała operację. Na początku. Teraz jednak, kiedy finał był tak blisko, zaczynały ją ogarniać wątpliwości. Nie miały solidnych podstaw i wynikały raczej z podszeptów intuicji, której nie zwykła traktować poważnie, niemniej narastały w niej z każdym dniem. Na razie zastanawiała się, czy dopuścić je do głosu.
Obserwowała Larsa kątem oka. Przeważnie oddalał się, kiedy uznał rozmowę za zakończoną. Czyżby chciał powiedzieć coś jeszcze? Nie zanosiło się na to. Dziwne. Nie chciało jej się wierzyć, by zwyczajnie szukał wsparcia. Podjął się trudnego zadania, ale nigdy nie wywarł na Orianie wrażenia osoby, której ono ciąży.
Zbierał opinie, wysłuchiwał argumentów, niejednokrotnie się do nich stosował, lecz postępował tak ze względu na skrupulatnie budowany wizerunek rozsądnego przywódcy, otwartego na krytykę i pomysły podległych mu osób, nie zaś dlatego, że sądził, iż potrzebuje rady. Nawet sytuacje takie jak ta z bratem Colina niewiele Larsa uczyły; wkrótce dojdzie do wniosku, że sam, rozważywszy wszystkie za i przeciw, zdecydowałby się wykorzystać chłopaka jako zabezpieczenie, a doradcy jedynie uprzedzili jego myśl.
Teraz stał obok Oriany w milczeniu i podobnie jak ona kontemplował niebo. Nie wiedziała, co o tym myśleć.


***


— Powinnaś się trochę przebiec — zaproponował Colin.
Milczała. Nawet na niego nie spojrzała, jakby się wcale nie odezwał. Mimo to próbował dalej:
— Niekoniecznie ze mną. Tin, proszę cię. Jesteś takim samym tworem natury, jak każda inna istota żywa. Nie jakimś jej wybrykiem. Tin... Masz określone cechy i wynikające z nich potrzeby. Umiesz zmieniać postać i powinnaś to robić, dla samej siebie, dla poprawy samopoczucia. Potrzebujesz biegu, poczucia wolności. Wierz mi. Cokolwiek usiłujesz sobie wmówić...
— Nie mam ochoty.
Zatem jednak go słyszała. Zacisnął pięści, bardziej przybity niż wściekły. Nie wiedział, z której strony ją podejść. Błagać ją, pocieszać czy może na nią wrzasnąć? Bał się, że jeśli dokona niewłaściwego wyboru, ostatecznie zerwie nadwerężoną już więź między nimi.
A swego czasu Tin twierdziła, że jest taka silna. Taka odporna.
— Przynajmniej spróbuj — odezwał się znowu. — Nie spodoba ci się, dasz sobie spokój. Dopóki chociaż raz nie pobiegniesz...
— Colin. — Zabrzmiało to, jakby mówiła: "Nie dręcz mnie". Spojrzała na niego przelotnie, po czym znowu utkwiła wzrok w poszyciu z sosnowych igieł.
— Pojutrze wypada pierwszy termin spotkania, jaki wyznaczył Bensonowi Mat. — Colin zdecydował się uderzyć z innej strony. Jeśli choć trochę jej na nim zależało... — Nie wiem, czy nie wpakuję się w zasadzkę. Wyczuwasz coś może? Mogłabyś się wsłuchać...
— Nie.
Dlaczego bez przerwy dawała mu do zrozumienia, że wini go za zachowanie Antoine'a? Co takiego Colin zrobił? Nakłonił normalnego, troskliwego, kochającego tatusia, by ten podjął próbę zabicia uwielbianej córki? Do diabła, przecież nie była blondynką!
W gruncie rzeczy jednak domyślał się, jak ona interpretuje sytuację. Gdyby Colin nie pojawił się w jej życiu, albo gdyby przynajmniej nie powstała między nimi tak silna więź, Tin żyłaby sobie spokojnie w Langwedocji, sprzedawała wino, pisała artykuły do durnej wiejskiej gazetki i przygotowywała tatusiowi obiady. Pozostałaby ukochaną córeczką Antoine'a. Cholerna szczęśliwa dwuosobowa rodzinka.
Nie przyjmowała do wiadomości, że piętnaście lat spędzonych przez nią z tym Francuzem było kłamstwem. Gdyby facet rzeczywiście kochał Tin, gdyby naprawdę traktował ją jak córkę, pojawienie się Colina nie zmieniłoby jego nastawienia.
Colin zdawał sobie sprawę, że ona nienawidzi przede wszystkim siebie — tej części, której nienawidził Antoine. Pieprzony wariat sądził, że da się wytyczyć granicę: Tin-dziewczyna i Tin-świadoma. Teraz zaś ona szła tym samym tropem, jakby w głębi duszy nie wiedziała, że stanowi niepodzielną jedność.
— Tin, twój upór jest dziecinny — odezwał się znowu. — Przecież bieg, sam bieg, w najmniejszym stopniu nie jest... folgowaniem krwiożerczym instynktom.
Popatrzyła na niego wymownie.
Nie miał pojęcia czy — po raz pierwszy od miesiąca — wychwycił jej myśl, czy też sam doszedł do wniosku, że to raczej on zachowuje się dziecinnie, nakłaniając ją do zmiany postaci, skoro wyraźnie powiedziała, że nie ma na to ochoty.
— Cholera, Tin.
Znowu utkwiła wzrok w ziemi pod stopami. Siedziała na ławeczce przed domkiem, który wynajęli wczoraj wieczorem, a Colin sterczał nad nią, jakby usiłował ją zdominować i w ten sposób wymusić na niej wyprawę do lasu.
Psiakrew, sam już się gubił, które z nich dwojga zachowuje się irracjonalnie. W końcu nic wielkiego się nie stało, jednego drania mniej na świecie. Zamiast wpędzać Tin w idiotyczną depresję, owo zdarzenie powinno otworzyć jej oczy na prawdę o Antoinie.
Colin najchętniej posłałby Tin do psychiatry. Niechby fachowiec wytłumaczył jej, że robi z siebie kretynkę. Minął miesiąc, a ona ciągle nie mogła się pozbierać! Ale cóż, psychiatra nie wchodził w grę.
Zostawił ją i wyszedł za bramę ogrodzenia z pojedynczych bali.
Trafili do wyjątkowo przyjemnego, niewielkiego ośrodka wypoczynkowego. Tworzyły go: jeden większy, drewniany budynek, pomalowany na biało i stylizowany na dawny zajazd, oraz pięć jego miniaturek, rozsianych po stosunkowo niewielkim terenie. Miejsce miało tę zasadniczą zaletę, że od kolejnych zabudowań dzieliło je siedemset metrów leśnej drogi. W dodatku o tej porze roku, przed sezonem, ich czworo było tu jedynymi gośćmi. Odosobnione, otulone lasami domki — Colin nie wymarzyłby sobie lepszych warunków dla Tin. A ona tego nie doceniała.
Nie, przesadzał. Chyba jej się tu podobało, wzbraniała się tylko przed skorzystaniem z możliwości, jakie oferował podchodzący pod same okna las.
Wynajęli jeden z pięciu mniejszych domków, z trzema sypialniami, salonikiem i niewielką kuchnią. W dużym budynku znajdowały się pokoje gościnne, sala wspólna z kominkiem i jadalnia, gdzie latem zapewne podawano gościom posiłki; gospodyni oprowadziła ich po nim, informując, że gdyby chcieli urządzić sobie wieczór przy kominku, nie ma problemu, byleby uprzedzili ją o tych planach dzień wcześniej.
Dotarli w te okolice wczoraj późną nocą, bo pięć godzin jazdy, jakie zasugerował komputer, w praktyce rozrosło się do siedmiu. Rozważali już nocleg w hotelu, zauważyli jednak tablicę ze zdjęciem ośrodka na ścianie domu, w którym nadal paliło się światło. Kobieta, raczej zarządzająca tym miejscem niż jego właścicielka, chętnie z nimi pojechała, łamaną angielszczyzną poinformowała o obowiązujących gości zasadach, spisała ich dane, zostawiła klucze do domku i odjechała, obiecując pojawić się rano z prowiantem. Rzeczywiście, przed dziesiątą dowiozła im świeży chleb, nabiał i wiejskie wędliny, bardzo przyzwoite, choć jak dla Colina nadmiernie doprawione. Zakładał jednak, że bez problemu znajdzie w okolicy żarcie bez przypraw.
Po południu wybrali się we czwórkę na spacer. Colin żywił cichą nadzieję, że Tin, zauroczona pięknem otoczenia, poczuje zew natury. Do diabła, po raz pierwszy w życiu znalazła się w prawdziwym lesie! To znaczy, po raz pierwszy od dnia, kiedy wpadła w łapy Antoine'a.
Cóż, chyba rzeczywiście za bardzo się pośpieszył z namowami. Jeden spacer, a Colin już chciałby ją widzieć w wilczej skórze. Tin w końcu dojrzeje do biegu, nauczy się rozkoszować zwierzęcą postacią.
Przyjazd tutaj był genialnym posunięciem. Szkoda tylko, że stanowił poniekąd zasługę Mata.
Colin rozebrał się w gąszczu, ukrył ciuchy pod krzakiem, przemienił się i ruszył przez las. Nieistotne, że księżyc był akurat w nowiu. Po miesiącu spędzonym w betonowym mieście, wśród drażniących hałasów i smrodu spalin, każde stąpnięcie po leśnej ściółce dostarczało Colinowi czystej rozkoszy, każda wychwycona woń wprawiała go w rozmarzenie, każdy dźwięk koił uszy.
W dodatku te lasy były pełne zwierzyny. Wyczuwał jelenie, sarny, zające, dziki, lisy. Ach, zapolowałby na dzika! Taki przeciwnik stanowiłby miłe wyzwanie. Zdecydował jednak, że ograniczy się do zająca. Nie powinien się zanadto obżerać, skoro pojutrze rano czekało go trudne zadanie, do którego strategię musiał dopiero przemyśleć.


***


Przyjechał do Warszawy z dwugodzinnym wyprzedzeniem. Zostawił auto poza centrum i trochę pokluczył środkami komunikacji miejskiej, żeby zgubić swój trop w tłumie. Nie chciał, by ewentualny agent organizacji namierzył go na dworcu, a potem po nitce zapachu trafił do toyoty i przyczepił do niej nadajnik.
Powłóczył się po hali dworca, labiryncie między peronami, zajrzał na same perony. Okropne miejsce. Hałas, smród, tłumy ludzi. Colina natychmiast rozbolała głowa, obawiał się, że wkrótce zawiodą go słuch i węch, zbombardowane zbyt wieloma intensywnymi doznaniami. Nie zwęszył agenta, ale też na to nie liczył — nie przysłano by tu osobnika, który nie opanowałby do perfekcji sztuki kamuflażu. Nie zauważył, żeby ktoś go śledził lub obserwował, ale również w tym przypadku naiwnością ze strony Colina byłoby spodziewać się, że dostrzeże zawodowca.
Nie sądził jednak, aby wysłannicy kapłanów planowali go zabić, co najwyżej chcieli na nowo złapać jego trop, który zgubili, gdy Caramel doprowadził do rozbicia poprzedniej, zaopatrzonej w nadajnik toyoty Colina. W drodze powrotnej czekało go zatem ponowne kluczenie.
Jechał tu z nastawieniem, że Benson się pojawi, choć w gruncie rzeczy wydawało się to mocno wątpliwe. Mat zaproponował agentowi trzy terminy spotkania, a pierwszy, dzisiejszy, przypadał zaledwie cztery dni po wysłaniu przez chłopaka mejla. Nawet gdyby Benson odebrał pocztę tego samego dnia, raczej nie zdążyłby dotrzeć do Warszawy ze Stanów, gdzie ponoć przebywał. Szczerze mówiąc, nawet jeśli okłamał Mata i kręcił się po Europie, miał marne szanse stawić się dziś na czas. Colin ewentualnie powinien oczekiwać nasłanych przez drania współpracowników.
Usiadł w pizzerii w hali dworca, skąd widział punkt informacji kolejowej, przy którym Mat wyznaczył Bensonowi spotkanie. Skorzystał z okazji, żeby coś zjeść, choć wolałby inny rodzaj żarcia. Cóż, wróci w Bory Tucholskie, to sobie upoluje kolejnego zająca. Albo tym razem właśnie dzika?
Odpędził myśli o polowaniu, zły, że buja w obłokach, zamiast skupić się na akcji. Wsłuchał się w siebie, ponaglając przeczucie, żeby wreszcie się odezwało. Mat miał słuszność: skoro Colin wyzwolił się spod wpływu Udona, skoro usłyszał podpowiedź przeczucia w sprawie wyprawy do Dundee, dlaczego, u diabła, nie sugerowało mu ono następnych kroków? Dlaczego nie chciało wyjawić, czy Benson się dziś pokaże?
Skupił się na pytaniu o pseudołowcę i ewentualną pułapkę, zastawioną na dworcu na niego samego. Nic, totalna pustka. Cholera. Ponawiał pytanie, coraz bardziej wściekły... i w efekcie niemal przegapił moment nadejścia Bensona. Zauważył agenta w chwili, gdy ten zatrzymał się w pobliżu punktu informacyjnego, rozglądając się po hali dworca, bacznie, ale bez śladu zdenerwowania, jakby nie spodziewał się ze strony Colina wrogich gestów. Ciekawe.
Colin podniósł się wolno od stolika. Rachunek uregulował, kiedy kelnerka przyniosła zamówienie, teraz więc bez pośpiechu wyszedł do hali. Nie krył się, ale też nie próbował machać do Bensona. Jeszcze czego.
Chwilę później agent go zauważył. Uśmiechnął się i ruszył ku Colinowi, jakby chodziło o spotkanie dwóch dobrych kumpli.
W Colinie natychmiast wezbrała złość, skoncentrował się zatem na wyciszaniu emocji. Gdyby Benson był człowiekiem, wystarczyłyby pozory: spokojny głos, uprzejmy wyraz twarzy, ale jako świadomy, agent momentalnie odnotuje, że rozmówcy przyspieszył puls, i potraktuje go jak naburmuszonego nastolatka.
— Colin — rzekł Benson tonem na modłę: "Co za niespodzianka!", zatrzymując się dwa kroki od niego. Nie wyciągnął dłoni na powitanie, jednak trzymał obie ręce na widoku, sygnalizując, że nie ma złych zamiarów.
Mat ponoć nie wspomniał agentowi, że brat się do niego odezwał, ani przed spotkaniem z Colinem w Paryżu, ani pisząc tego nieszczęsnego mejla. Oczywiście, chłopakowi nie należało do końca wierzyć. Zdradliwy gnojek. W każdym razie jak na osobę zaskoczoną nagłym pojawieniem się Colina, Benson zachowywał niezwykły spokój.
— Jack — powiedział Colin, siląc się na równie swobodny, niemalże serdeczny uśmiech. — I pomyśleć, że ostatnio oglądałem cię z dziurą w piersi.
Benson roześmiał się niczym ze świetnego żartu. Wzruszył ramionami.
— Wiesz, jak jest — stwierdził. — Dostajesz rozkaz i go wypełniasz.
— Nie, nie wiem, jak to jest.
Agent znowu się zaśmiał. Jeśli zamierzał reagować w ten sposób na każdą wypowiedź Colina, zapanowanie nad emocjami okaże się cholernie trudne.
— Prawda — przyznał Benson. — Nigdy nie cechowała cię przesadna subordynacja.
Colin zacisnął zęby. Zgoda, sam się draniowi podłożył, chodziło mu jednak o fakt, że rozkazy padające z ust Gordona czy Fisha różniły się od tych, jakie kapłani wydają tajnym agentom. Wprawdzie akurat przedstawienie z pozorowaną śmiercią Bensona trudno byłoby określić niemoralnym, ale Colin pił w tej chwili do innego rozkazu.
— Kolegów mojego brata także zabiłeś bez szemrania? — zapytał zatem.
— Nie pochwalałem tej decyzji — odparł Benson, tym razem bez uśmiechu. — Niestety, choć czasem bierze się moją opinię pod uwagę, nie mam prawa głosu.
— Ale to ty ich zabiłeś — naciskał Colin.
— Liczyła się decyzja. Kiedy zapadła, kwestia wykonawstwa nie była istotna.
Ciekawe, jak do tej deklaracji odniósłby się Mat. Nadal uważałby, że Jack Benson to świetny gość, bijący Colina na głowę?
— Miłe miejsce — Benson rozejrzał się po obskurnej hali dworca — ale może znajdziemy pub gdzieś na zewnątrz?


***


Kiedy Colin próbował wyobrazić sobie, jak przebiegnie spotkanie z Bensonem, zupełnie brakowało mu koncepcji. Znany mu Jack Benson, łowca, porządny gość, był jedynie rolą, a grający ją osobnik mógł się równie dobrze okazać przyzwoitym facetem, wplątanym w realizację zadań sprzecznych z jego sumieniem, jak i bezwzględnym, odrobinę psychopatycznym zawodowcem, który z radością powitał rozkaz likwidacji bandy wpatrzonych w niego nastolatków.

Ponieważ Colin nie potrafił się zawczasu zdecydować, czy bardziej prawdopodobne jest, że oni dwaj odbędą uprzejmą rozmowę, czy też — że rzucą się sobie do gardeł, nie czuł się zdziwiony przyjacielskim zachowaniem Bensona. Zadawał sobie natomiast pytanie, w jakim stopniu jest ono szczere. Dlaczego agent tu przyjechał? Wypełniał kolejne zadanie czy tym razem działał samowolnie?
— Nigdy nie pytasz o sens rozkazu? — zagadnął Colin, ze wzrokiem utkwionym w bezalkoholowe piwo.
Unikał patrzenia Bensonowi w oczy. W przypadku dwóch alf byłoby to oczywiste wyzwanie, a chwilowo chciał utrzymać przyjacielską atmosferę rozmowy.
— Dyskutować z kapłanem? — Agent uśmiechnął się.
Colin nie wiedział, czemu upozorowana śmierć Bensona rusza go bardziej niż wyrok na kumpli Mata. Zakpili sobie z niego z Gordonem, trudno, na tle innych dokonań tej dwójki akurat ów fakt wydawał się zdarzeniem pomniejszej wagi. A jednak... dlaczego zrobienie z Colina głupka było dla kapłanów takie ważne?
Nie podobało mu się, że jego osoba okazuje się w tej sprawie coraz bardziej istotna. Zgoda, upozorowana śmierć Bensona ani się umywała do podejrzenia, że Udo rozszarpał Godfreya tylko po to, by wyzwolić Colina spod ojcowskiego wpływu, niemniej stanowiła kolejny element układanki, niepasujący do obrazu sytuacji, jaki Colin odmalował sobie jeszcze w Stanach, kiedy usłyszał o nietypowych właściwościach swej siostry.
— Działasz jak maszyna? — drążył. — Wykonujesz zadanie, nie zastanawiając się, jaki ono ma cel?
— Cel niekiedy wynika z charakteru misji. Posiadasz parapsychiczne zdolności, które Udo starał się wytłumić, zgadza się? To był pierwszy test, czy mu się udało. Plama mojej krwi na piersi była prawdziwa, ale poza tym nie zastosowałem żadnych sztuczek. Oddychałem normalnie, biło mi serce. Powinieneś był to usłyszeć... Albo raczej słyszałeś, ale Udo zaprogramował cię tak, że odrzuciłeś informację przekazaną przez zmysły, a wewnętrzny głos nie powiedział ci, że się mylisz.
Najwyraźniej Udo nie do końca orientował się, jak działa przeczucie. Choćby Colin je zachował, nie musiało informować go o tym, że właśnie wziął udział w przedstawieniu. Mimo wszystko jednak... czy nie wydało mu się wtedy, że ze śmiercią Bensona coś nie gra? Tak, chyba przeczucie próbowało się przebić do świadomości Colina. Niestety, bezskutecznie.
— I dla tak błahego powodu został zniszczony Jack Benson, łowca na usługach agencji? — zapytał Colin.
— Agent rządowy udający łowcę — poprawił Benson, znowu się śmiejąc, cicho, nieco kpiąco, jakby Colin palnął głupstwo.
Czyżby facet usiłował sprowokować go do wybuchu? Podobnie postępował w Stanach: także testował Colina. Wówczas Colin sądził, że to łowca sprawdza, czy zwierzynie można zaufać — i niewykluczone, że Benson po prostu wczuwał się w rolę. Ale wydawało się też całkiem prawdopodobne, że już wtedy chodziło o coś innego. Kapłani chcieli poznać poziom samokontroli Colina? Przypuszczalnie tak, pytanie tylko: w jakim celu?
— Kto widział moją śmierć? — odezwał się wreszcie Benson. — Tylko ty. Dla pozostałych po prostu zniknąłem na jakiś czas. Mało łowców tak postępuje? W firmie poprosiłem o urlop, sprawy prywatne.
— Tajny agent bierze sobie, ot tak, urlop — prychnął Colin.
— Jaki mieli wybór? Oficjalnie to praworządna jednostka, nie wypadało im mnie szantażować... nawet gdyby mieli czym. Naprawdę aż tak interesuje cię ta kwestia?
— Sam nie wiem, co powinno mnie najbardziej interesować — mruknął Colin.
Nie ufał facetowi i po omacku szukał argumentu, który przeważyłby szalę na jedną lub drugą stronę.
Ponownie ogarnęła go złość na Tin. Gdyby okazała się silniejsza, nie straciłaby przeczuć i teraz towarzyszyłaby Colinowi duchem, nasłuchując tego, co wewnętrzny głos miałby jej do powiedzenia na temat intencji Bensona.
— A gdybym się zorientował, że biorę udział w marnie przygotowanym przedstawieniu? — zapytał Colin.
Benson westchnął, jak ktoś zmęczony naleganiami rozkapryszonego dziecka. Colin zmrużył oczy, ale postanowił go przeczekać.
— Wtedy zapewne Udo nie pozwoliłby ci zachować swobody — wyjaśnił wreszcie agent. — Albo spróbowałby ponownie cię zdominować. Jesteś bardzo cennym okazem...
— Ach, doprawdy — wtrącił z przekąsem Colin.
Zatem Benson powtarzał argumenty kapłana, niewątpliwie zgodnie z otrzymanymi instrukcjami. Chyba że jemu także Udo wcisnął bajeczkę o byku rozpłodowym...
— Jesteś silną alfą, Colin — stwierdził Benson. Sprawiał wrażenie zdziwionego jego reakcją. — Udo nie chciał cię likwidować, nie mógł jednak pozwolić, żebyś zanadto mącił. Natomiast uwięzienie cię... Na to także za dużo wiedziałeś, bo przecież do pilnowania cię nie oddelegowano by nikogo na tyle wtajemniczonego w sprawy kapłanów, żeby twoje rewelacje nie zrobiły na nim wrażenia. Nie dysponują aż taką liczbą ludzi.
Colin przyglądał mu się z namysłem. Psiakrew, że też nie potrafił rozpoznać u typa kłamstwa. Drań faktycznie wierzył w tak banalne wyjaśnienie?
— Ja zdążyłem dojść do wniosku, że kapłani czegoś ode mnie chcą — powiedział Colin, odchylając się na oparcie krzesła. — Czegoś wiążącego się z Emily.
— Czego? — zapytał Benson, ewidentnie zaskoczony. Lub doskonale grający zaskoczenie.
Chyba że ty mi powiesz — odparł Colin. Nie zamierzał dzielić się z agentem teorią Caramela, że kapłanom zależy na nim, żeby w razie potrzeby wpłynął na siostrę. Sam coraz mocniej wątpił w takie wytłumaczenie. — Po co tu przyjechałeś? Kazali ci? Czy zaraz zaczniesz mi wmawiać, że postanowiłeś się zbuntować z sympatii do mnie?
Agent westchnął, także opierając się wygodnie. Spoglądali sobie w oczy, wyzywająco, jak dwie silne alfy na chwilę przed starciem. W końcu Benson opuścił wzrok.
— Przede wszystkim, mogłem tylko mieć nadzieję, że cię tu dziś spotkam, albo przynajmniej, że Mat zdoła mnie z tobą skontaktować — powiedział. — Między innymi dlatego mu pomogłem, żeby poprzez niego dotrzeć do ciebie. Oraz żeby zaskarbić sobie nieco twojej przychylności. — Uśmiechnął się ironicznie, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, jak bliski zabicia Mata był Colin. Zapewne jednak chodziło raczej o to, że zdaniem Bensona Colin rzadko bywał komukolwiek przychylny. — Cieszę się, że stawiłeś się osobiście. Znając twojego brata, wykorzystałby informacje, które usiłowałbym ci przez niego przekazać. Zmarnowałby je, pchając się tam, gdzie nie powinien się znaleźć.
— Planujesz wystawić mi kapłana? — zapytał Colin.
Cholera, w co gość pogrywał? Sądził, że poda Colinowi namiar, a ten grzecznie podrepcze prosto w zasadzkę?
— Dawno temu przed kapłanami postawiono określone zadania — powiedział po dłuższym namyśle Benson. — Mają zapewnić spokojne istnienie społeczności i jej dobro rzeczywiście jest dla nich celem nadrzędnym. Czasem wymaga ono likwidacji nieświadomego, niekiedy nawet świadomego...
— Na przykład Patricka? — wtrącił ironicznie Colin.
Chodziło o członka straży, czy może raczej jej współpracownika, który oficjalnie zginął z ręki łowcy. Z ręki Jacka Bensona. Jak się okazuje, dla dobra społeczności.
— Na przykład — potwierdził spokojnie Benson. — Chociaż miałem akurat na myśli twojego ojca.
Agent zamilkł na dłuższą chwilę, jakby zachęcał Colina do ulżenia sobie po raz kolejny, żeby wreszcie mogli przejść do konkretów.
— Kapłani chronią społeczność, a przy okazji także ludzi — podjął Benson, zrozumiawszy wreszcie, że Colin nie pozwoli sobą dyrygować. — Wypełniają swą misję sumiennie i w dobrej wierze. Problem polega na tym, że niekiedy ich wyobrażenie na temat tego, co jest właściwe, wydaje się kontrowersyjne.
— Tobie — uzupełnił Colin.
— Tak, odnoszę wrażenie, że kapłanom czasem brakuje kontaktu z rzeczywistością.
— Przecież rozkaz to rozkaz, a ty nie zadajesz pytań — wytknął mu Colin.
— A co by mi przyszło z otwartego buntu? — zdziwił się Benson. — Wyrażam głośno swoją opinię, to i tak dużo. Oni nie lubią osób z własnymi poglądami, nawet jeśli są one zgodne z ich stanowiskiem. Sprzeciwiając się wykonaniu rozkazu, podpisałbym na siebie wyrok.
— W głębi serca jednak czujesz, że powinieneś pomścić kolegów Mata? — ironizował Colin. — I pomóc mi w walce z bezwzględnymi kapłanami?
— Twoja siostra to potężna broń — odparł z ledwie słyszalnym westchnieniem Benson. — Bez żadnego szkolenia doprowadziła do przebudzenia ponad trzydziestu nieświadomych, a u sporej części przebywających w jej pobliżu świadomych wywołała rozkojarzenie. Jeśli jej umiejętności się rozwijają, docelowo będzie umiała zdominować każdego świadomego. Dzięki niej kapłani staną się całkowicie bezkarni. Zdołają zmusić najsilniejsze alfy do biernego wykonywania najbardziej kontrowersyjnych poleceń. Nie podoba mi się myśl o byciu ich marionetką.
— STANĄ SIĘ bezkarni? — powtórzył Colin.
Benson skrzywił się, jakby wypsnęło mu się coś, czego absolutnie nie powinien był mówić. Milczał dłuższą chwilę.
— Teraz przynajmniej ktoś patrzy im na ręce — powiedział wreszcie. — Kapłani są w zasadzie nietykalni, niekiedy jednak można im odrobinę pokrzyżować plany. Jeżeli dzięki twojej siostrze zyskają kontrolę nad każdą alfą w społeczności...
— Kto? — przerwał mu Colin. — Kto im patrzy na ręce?
Czy Benson oznajmiał mu właśnie, że należy do wspomnianej przez Caramela tajnej grupy oporu? Tej samej, na której czele stał Gordon — i w której szeregach nastąpił rozłam w związku z rozbieżnością zdań na temat przyszłości Colina? I mimo to łajdak upierał się, że kapłanom zależy jedynie na jego genach silnej alfy?
— Są takie osoby — odparł niechętnie Benson. — Nie planują buntu, próby przejęcia władzy. Zależy im jedynie na tym, żeby kapłani nie zatracili się w przekonaniu o własnej nieomylności.
Czy Colin powinien przyznać, że wie o istnieniu owej grupy? I przy okazji opowiedzieć o nasłanym przez Gordona zabójcy? Nie, niczego w ten sposób nie zyska, a Benson mógł blefować, usłyszawszy o opozycji od swoich szefów.
— Osoby — powtórzył Colin tonem sugerującym, że jego zdaniem pod tym określeniem kryje się tylko Jack Benson. — I te osoby chcą dostać moją siostrę?
— Nie, wyłącznie kapłani wiedzą, jak zapanować nad jej mocami. Oczywiście... gdybyś ją odnalazł i okazałoby się, że ona dostatecznie dużo się w międzyczasie nauczyła, mogłaby stać się cenną sojuszniczką w potyczkach z kapłanami. Wydaje mi się jednak, że korzystniejsze dla wszystkich stron, a zwłaszcza dla niej, będzie ulokowanie jej w spokojnym miejscu, z dala od społeczności. Taki masz plan, prawda?
Colin skinął głową. Benson faktycznie nie dbał o przysługi, jakie mogłaby wyświadczyć mu Emily? Czy raczej bał się, że nie zdołałby jej kontrolować? Colin zdecydowanie skłaniał się ku drugiemu wyjaśnieniu, a w związku z tym nie sądził, żeby Benson zadowolił się wywiezieniem małej w "spokojne miejsce". Drań chciał jej śmierci. Najpierw wszakże musiał odnaleźć Em, a do tego potrzebował Colina. Choćby z tego powodu, że Bensona dziewczynka zapewne w ogóle by do siebie nie dopuściła.
— Zależy mi, żebyś odnalazł siostrę i zabrał ją od kapłanów — ciągnął Benson. — Jak najszybciej, zanim całkiem ją przekabacą. Jeśli już to zrobili, czeka cię użycie wobec niej siły.
Siły, no właśnie.
— A ty podasz mi adres, pod którym ją przetrzymują? — spytał Colin, znów ironicznie.
— Gdybym miał pojęcie, gdzie ją trzymają, już dawno spróbowałbym ją odbić — odparł chłodno Benson. — Chyba nie zaprzeczysz, że góruję nad tobą doświadczeniem w relacjach z kapłanami?
Drań wytykał mu amatorszczyznę! Colin zacisnął pięść, skrytą pod blatem stolika. Nie, psiakrew, nie pozwoli się sprowokować.
— Wiem natomiast o jednym miejscu, w które czasem zaglądają kapłani — ciągnął Benson. — Chodzi o twoją siostrę. Może kiedy się tam znajdziesz, zdołasz przełamać to, co zrobił ci Udo, i odzyskasz swoje parapsychiczne zdolności.


***


Colin wyjechał z Warszawy późną nocą. Po rozstaniu z Bensonem kluczył trochę po mieście, choć nie sądził, żeby ktoś go śledził. Jeśli Benson rzeczywiście postanowił zdradzić kapłanów, zataił przed nimi to spotkanie, jeżeli zaś działał z ich polecenia, tak czy owak miał pozyskać zaufanie Colina, czemu nie sprzyjałoby napuszczenie na niego agentów.
Trudno powiedzieć, która z tych dwóch możliwości była gorsza. Jeśli Benson uważał Emily za zagrożenie, spróbuje ją zabić — i Colina także — przy pierwszej nadarzającej się okazji. Najpierw jednak pomoże Colinowi uwolnić małą, tak więc przy zachowaniu czujności Colin miał szansę wyrwać siostrę z łap kapłanów, a potem uprzedzić atak Bensona. Jeżeli zaś agent wypełniał polecenia przełożonych, dziewczynce raczej nic nie groziło, natomiast Colin mógł się wpakować w niezłe gówno, gdyby się okazało, że kapłani chcą od niego czegoś mniej przyjemnego niż przekonanie Emily, że powinna z nimi grzecznie współpracować.
Westchnął. W tej chwili musiał brać pod uwagę obie ewentualności, a taka niepewność była zdecydowanie najgorsza.
Miejsce, w które zaglądają kapłani. Benson wysyłał go na jakąś duńską wysepkę, co samo w sobie śmierdziało zasadzką. W dodatku chodziło o skupisko kamieni, jakby Colin nie dość się namęczył, podziwiając cholerne Stonehenge.
— Nie, nie, one nawet nie przypominają Stonehenge — zapewnił Benson, kiedy Colin pokusił się o takie porównanie, oczywiście bez nawiązywania do odbytej przez siebie wycieczki. — Wyglądają bardzo niepozornie. To pięć głazów, tworzących nieregularne półkole. Znalazły się tam przypuszczalnie w sposób całkowicie naturalny, a powstałe w nich wgłębienia i żłobienia także przypisuje się siłom przyrody. Z turystycznego punktu widzenia nie stanowią atrakcji. Co najwyżej może tam dotrzeć wielki entuzjasta dawnych wierzeń, świadom, że tego rodzaju twory natury wykorzystywano do oddawania czci bóstwom. Jednakże w dostępnych ludziom źródłach nie znajdziesz potwierdzonej informacji, że akurat te głazy kiedykolwiek służyły podobnym celom.
— Dlaczego więc akurat one tyle znaczą dla kapłanów? — zapytał z powątpiewaniem Colin.
Agent wzruszył ramionami.
— Podobno drzemie w nich dawna magia, ale nie powiem ci, czy kapłani uznają jej obecność za fakt albo przynajmniej szczerze w nią wierzą, czy też odwiedzają owo miejsce wyłącznie dla zachowania pozorów. Po kapłanach oczekuje się pełnienia obrzędów, a na Fionii mogą oddawać się takim praktykom w miarę bezpiecznie.
— Kto oczekuje? — nie ustępował Colin. — Przecież nikt nie wie o istnieniu kapłanów.
— Ja wiem — odparł z uśmiechem Benson. — Podobnie jak każdy, kto cokolwiek znaczy w organizacji. Oraz cała rzesza szarych członków, którzy boczną drogą weszli w posiadanie tajemnicy. Zdziwiłbyś się, jak wiele jest takich osób. Właśnie dla nich kapłani urządzają te przedstawienia, jeśli rzeczywiście są to tylko przedstawienia. Na takich "jeśli" bazują. Jako racjonalista, podchodzę sceptycznie do kwestii istnienia bóstwa i konieczności odprawiania określonych rytuałów, kapłanom jednak udało się zasiać we mnie ziarno niepewności. Gdyby wewnątrz organizacji wybuchł bunt i w efekcie kapłani zostali odsunięci od władzy... czy nie okazałoby się, że nowi świeccy włodarze dostali w spadku boga, z którym nie potrafią sobie poradzić?
Colin pozostał sceptyczny, lecz nie mógł odrzucić równie obiecującego tropu.
Złościło go tylko, że Tin będzie triumfować: dawne miejsce kultu, dokładnie tak, jak mówiła. Chociaż Benson sugerował, że akurat tych głazów nie warto szukać w ogólnodostępnych przewodnikach, tak więc nawet z jej pomocą Colin nigdy by tam nie trafił. Poza tym Tin tak się zachwycała Stonehenge, że być może ożywi się, usłyszawszy o kolejnym kręgu — i wrócą jej przeczucia. Albo przynajmniej zechce zobaczyć te głazy, a więc otworzy swój umysł, żeby Colin przekazał jej obraz. Krótko mówiąc: przeważały korzyści.
— Kapłani posiadają na Fionii bazę? — dociekał Colin. — Rodzaj świątyni?
— Z tego, co wiem, jedynie tam zaglądają. Magia kręgu wiąże się z pełnią księżyca, ale nie jestem pewien, jak często odprawiają te swoje obrzędy. Wybrałem się tam tylko raz, kilka lat temu, z ciekawości. Przez trzy dni pełni nikt się nie pokazał. Więcej nie ryzykowałem.
— Mówisz mi, że równie dobrze mogę sobie poczekać pół roku, zanim zjawi się tam kapłan? — prychnął Colin.
— Może tobie się poszczęści.
Do najbliższej pełni zostało półtora tygodnia, Colinowi już tyle wydawało się cholernie długim wyczekiwaniem. Jeżeli spędzi trzy noce, stercząc na próżno na jakiejś piekielnej łące...
Skarcił się za brak optymizmu. Benson miał rację: niby czemu nie miałoby mu dopisać szczęście? Zresztą, Colin nie zamierzał czekać do pełni. Pogada z Tin i spróbuje zainteresować ją tematem, a potem wyruszy na Fionię. Po co dawać kapłanom czas na przygotowanie zasadzki?
Do domku w Borach Tucholskich dotarł nad ranem. Wysiadając z samochodu, zastanowił się, czy Tin usłyszała, że przyjechał. Wyobraził ją sobie, jak cichutko wymyka się z pokoju, który dzieliła z Carol, żeby powitać swego chłopaka. Stał chwilę przy toyocie, licząc na to, że lada moment drzwi się otworzą. Tak wiele wymagał?
Westchnął i ruszył do wejścia. Nie to nie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-02-24 (1201 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej