Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Haiti
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Nocarz'' - Magdalena Kozak

Rekrut


Trzeciego dnia rano porzygał się już po drugim kilometrze. Morawski przebiegł parę kroków z rozpędu, zawrócił i zatrzymał się przy podopiecznym.
– W życiu nie spotkałem jeszcze takiego patałacha. – Westchnął i zmarszczył brwi z dezaprobatą. – Kto tu pana do nas ściągnął?
– Nieważne – odparł zapytany, dysząc i ocierając usta ręką. – Na pewno nie miał racji.
– Nigdy pan niczego nie trenował oprócz tych paru skoków do wody, co? – rzucił kapitan bezlitośnie. – A koledzy na podwórku spuszczali regularne manto?
Nie twój zasrany interes, pomyślał Jurek, prostując się.
– Tak jest! – rzucił służbiście.
Pobiegł przed siebie, potykając się prawie co krok.
– To nie ma sensu – rzucił Morawski, biegnąc lekkim, swobodnym truchtem tuż obok. – Po co to panu? Tylko się pan ośmiesza tutaj. – Spojrzał spode łba i syknął cicho: – Wracaj do domu, dziewczynko.
Tamten zacisnął tylko wargi. Udał, że nie usłyszał ostatniej kwestii. Biegł dalej, zmuszając się rozpaczliwie do każdego kroku.
– To nie pana wina, że ma pan takie beznadziejne ciało. – Kapitan westchnął, kręcąc głową z udawanym politowaniem. – Nigdy za bardzo nie szło panu bieganie,co? No, ale mógł pan chociaż próbować coś z tym zrobić...
– Właśnie próbuję – wyrzęził Jurek z trudem.
Droga, którą biegli, zatętniła nagle od zwielokrotnionych rytmicznych kroków. Oddział czarno ubranych mężczyzn przemknął koło nich zwinnie. Jurek popatrzył za nimi, ledwo zdążył policzyć, nim zniknęli za zakrętem. Dziesięciu.
– Kto to? – spytał zdyszany.
Chciałby móc tak biegać, lekko i bez trudu. Niestety, nie w tym wcieleniu. Musiałby umrzeć i narodzić się na nowo. I dostać zupełnie inny pakiet startowy niż ten, który obecnie przypadał mu w udziale.
– Operacyjni – rzucił Morawski krótko.
– Piątka? – W oczach Jerzego zaświeciło nieskrywane ożywienie zmieszane z zazdrością.
– Nieee... – pokręcił tamten głową. – Nasi. Nocarze.
– Że co? – nie zrozumiał szeregowy.
– Oddział specjalny do zwalczania wampirów – wyjaśnił Morawski, przystając. – No to się wpierdoliłeś po uszy, młody. – Naraz odpuścił sobie oficjalną formę zwracania się do niego per „pan”. – Widziałeś nocarzy i wiesz, że istnieją. Nie wyjdziesz stąd nigdy, chyba że w trumnie. Gratuluję.
Arlecki stanął również. Popatrzył na przełożonego poważnie.
– Oni polują na wampiry, tak? – zapytał spokojnie. – A my szukamy dla nich informacji.
Kapitan patrzył na niego kpiącym wzrokiem.
– I jak ci się podoba ta historyjka? – rzucił, po czym zaczął biec przed siebie. – No, zapierdalaj pan, Bondzie! – ponaglił, wracając do oficjalnej formy „pan”;w tym kontekście brzmiało to wyjątkowo szyderczo. – Znowu się pan spóźnisz na śniadanie i ojczyzna będzie cię szukała po kiblach, mdlejącego z głodu. Nie wypada, po prostu nie wypada, zwłaszcza kandydatowi na oficera ABW...
– Mylą się panu rekruci, kapitanie – odparł zimno Jurek, ruszając za nim. – Nigdy nie zemdlałem z głodu. Mam żołądek strusia i jem byle co.
– I dobrze – mruknął Morawski. – Jeszcze się to panu przyda. Jak zdasz, oczywiście – dodał cicho, znów przez „ty”. – O ile zdasz.
Rekrut milczał, biegnąc obok. Chwilowo nie zadawał żadnych pytań.


***


– Pozabijać skurwysynów, pozabijać – mamrotał Wojtek swą codzienną mantrę. – Wytłuc co do jednego.
– Czy one ci coś kiedyś zrobiły? – nie wytrzymał w końcu Jurek. – Skąd ta obsesja? Za co ich tak nienawidzisz? Spotkałeś w życiu wampira, chociaż raz?
– No jak możesz tak mówić! – ujęła się Maria natychmiast. – Czytasz przecież książki, oglądasz filmy. Rozumiesz chyba, że wampiry i ludzie zawsze byli wrogami. A na dodatek one są odrażające...
– Sprzeczność interesów, to dla mnie jasne – powiedział Arlecki spokojnie. – Skoro wampiry zabijają ludzi, ci mają wszelkie powody, by się bronić. Ale trudno mieć przy tym do kogokolwiek pretensje. Wampiry chcą żyć, a więc muszą jeść. Jak oglądasz na Discovery lwa goniącego antylopę, to komu kibicujesz? Po czyjej stronie jesteś, lwa czy antylopy?
Potrząsnęła głową w oburzeniu.
– To nie ma nic do rzeczy – rzuciła gniewnie. – Lew musi jeść, fakt. Trudno od niego wymagać, żeby zdechł z głodu ze względu na litość nad antylopą. Ale wampir to człowiek, który przeszedł na tę ciemną stronę poniekąd z wyboru. Mógłby się przecież zabić, żeby nie mordować.
– Z punktu widzenia zjedzonej dzisiaj na śniadanie szyneczki jesteś straszliwym seryjnym mordercą – odparował nieustępliwie. – I co? Zabiłaś się?
Popatrzyli na niego wszyscy troje... i nagle zrozumiał, że oto właśnie popełnił poważny błąd. Zdemaskował się: nie jest po ich stronie i nigdy nie będzie. Wiedzą już o tym, wiedzą na pewno. Może i lepiej, skończy się wreszcie ta gra.
– Jeżeli one nas atakują, musimy się bronić – wypalił więc wprost. – Ale nie dorabiajmy do tego sztucznej ideologii, dobrze?
– Jesteś doskonałym kandydatem na wampira – odparła z przekąsem. – Właśnie takich... relatywistów potrzebują najbardziej!
– Och, pani porucznik! – rzucił sarkastycznie. – Jakże żałuję, że nikt mi tego jak dotąd nie zaproponował. Utraciłem, zdaje się, życiową szansę. A pani miała może taką okazję? Zaoferowano pani życie wieczne, niezniszczalne piękno i nieustającą młodość? Jak rozumiem, nie skorzystała pani... – urwał, rzut oka na jej twarz podpowiedział mu, że zapędził się za daleko.
Przez chwilę milczała z bardzo dziwną miną, silny rumieniec zabarwił jej twarz. W końcu otrząsnęła się i wybuchnęła głośnym śmiechem. Wojtek i Staszek dołączyli do niej, zaśmiewając się niczym z doskonałego dowcipu.
– Młody jest w porządku – stwierdziła Maria, wstając. – Ma poczucie humoru. No i nie jest łatwo go wkręcić, no, no, no.
Podeszła do Jurka, podała mu rękę. Uścisnął ją machinalnie, obserwując koleżankę uważnie, nie dowierzał bowiem tej nagłej przemianie. Maria usiadła na swoim miejscu, patrząc na niego promiennie. Potem rzuciła krótkie spojrzenie współpracownikom. Koledzy poszli czym prędzej w jej ślady, podeszli do niego, uścisnęli mu rękę, poklepali po plecach, po czym wrócili za biurka.
Jurek zaczął układać papiery. Wysilił się na miły, serdeczny uśmiech. Skoro to tylko taki mały chrzest bojowy, to dziękuję, cała przyjemność po mojej stronie. Miło było się z państwem powygłupiać.
Ale coś mu się wydawało, że to wcale nie były żarty. Intuicja wrzeszczała wręcz, ostrzegała przed wyjątkowo paskudną pułapką. Czuł, jakby coś nieuchwytnego oplatało go śliską, wilgotną siecią.
Co tu jest, kurwa, grane? – zachodził wciąż w głowę. Wrabiają mnie... Ale w co?
– No, to skoro możemy z tobą normalnie rozmawiać – powiedział Staszek – to słuchaj. Dziś w nocy, najpóźniej jutro, będzie poważna akcja.
– Tak? – Jurek wpatrzył się w niego z zainteresowaniem.
Poczuł, jak rośnie w nim nieśmiała nadzieja. Może rzeczywiście dowie się, o co w tym wszystkim chodzi.
– Dowiedzieliśmy się, że w Warszawie pojawi się wampirzy Lord – obwieścił Staszek triumfalnie. – Ultor, Lord Wojownik, będzie tu krótko, może tylko przez jeden, góra dwa dni. Spotka się ze swoimi wampirami z Rodu. Może też z innymi, kto wie.
Arlecki przełknął ślinę, nadzieja na szczerą rozmowę zgasła błyskawicznie. A zatem brniemy w to dalej. Ciekawe, jak to się wszystko skończy. Dobrze, chcecie, zagramy. Raz kozie śmierć, nie ma już nic do stracenia.
– Jak rozumiem, zajmą się nim nocarze? – zaryzykował, obserwując bacznie kolegów.
Nie zdziwili się wcale, słysząc o nocarzach, ani też nie poruszyło ich, że on zna tę nazwę. Nocarze, normalna rzecz, każde dziecko o nich wie.
– O, to, to. – Staszek pokiwał głową gorliwie. – Nocarze, pewnie ich już widziałeś. Bardzo sprawni, świetnie wyszkoleni. Zajmą się Ultorem jak należy.
– Jak silny jest ten Lord? – rzucił Jurek, starając się, by w jego głosie brzmiało jak najszczersze zainteresowanie. – I co on robi takiego, że aż tylu chłopa na jego jednego potrzeba? Zabija samym wzrokiem czy co?
– Nie zniesiesz jego spojrzenia – powiedział Staszek. – Nie dłużej niż jakieś parę sekund. Jeślibyś go kiedykolwiek spotkał, nie patrz mu w oczy.
– A jak go spotkasz, powiedz: Salve, Domine! – poradził Wojtek. – To go może usposobi do ciebie przychylnie, kto wie.
Popierdoliło ich, pomyślał Jurek po raz nie wiadomo który patrząc po kolegach z uprzejmym uśmiechem, chociaż wewnątrz dygotał, jakby zziębnięty do szpiku kości. Albo szykują jakiś grubszy przekręt.
– I w ogóle bądź grzeczny – dorzuciła Maria poważnie. – Pamiętaj, Ultor to nie jest byle pętak. W końcu ma te paręnaście setek lat. Trzymaj fason, jakby co.
Pokiwał głową gorliwie, starając się nie okazywać żadnych innych uczuć. To jednak jakiś przekręt, a oni go wrabiają, przemknęło mu przez myśl. Od dawna nie przyjmowali nikogo nowego, a teraz proszę, jaki ładny kozioł ofiarny się trafił. Specjalnie, jakby na zamówienie. A niech to szlag.
Przed oczami przemknęła mu twarz profesora Zielińskiego, który najpierw przy okazji każdej służbowej wizyty w szpitalu strasznie go gnoił. Potem wyłagodniał i pod pierwszym lepszym pretekstem skontaktował go z jakimś swoim znajomym. Ten zaś zrekrutował go do ABW, bez specjalnego trudu zresztą. Arlecki propozycję zostania funkcjonariuszem przyjął z zachwytem, od lat marzył, żeby się wyrwać z tej beznadziejnej, monotonnej egzystencji.
A teraz mełł w zębach chińskie przekleństwo: „Obyś żył w ciekawych czasach”, ubolewając przy tym nad własną głupotą. Zachciało mu się, pętakowi. Wyobraził sobie, że taki będzie wspaniały polski James Bond. A tu co, wykończą go po piętnastu minutach pierwszego aktu i koniec przedstawienia, dziękujemy. Przynajmniej koniec dla niego, oni zapewne będą się bawić dalej. Ale cóż, wiadomo, ABW to nie przedszkole. Przetrwają silniejsi. Słabi nie powinni pakować się w takie historie, inaczej sami są sobie winni. Przecież każdy wchodzi w to na własną odpowiedzialność.
– Dzięki za dobre rady – mruknął do kolegów, wracając do komputera.
Zabrał się do pracy, w ponurym milczeniu skanując wzrokiem kolejne dokumenty. Także i oni nie odzywali się już więcej. Tylko od czasu do czasu rzucali w jego stronę krótkie, zagadkowe spojrzenia.
Po raz kolejny zatopił się w przemyśleniach. Co tu się dzieje? W jakim celu, z jakiego powodu go zrekrutowano? Nigdy nie wykazywał się szczególną tężyzną fizyczną ani też nie uprawiał żadnych sportów, no może oprócz tych skoków do wody dawno temu. Wątpił jednak, żeby akurat dzięki tej niespecjalnie bojowej umiejętności uznano go za dobrego kandydata na funkcjonariusza ABW. A zatem walory fizyczne odpadały, co zresztą udowodnił mu Morawski ponad wszelką wątpliwość. Cóż więc innego brali pod uwagę, zapraszając go do siebie? Nie mógł przecież wykazać się nadzwyczajną inteligencją, owszem, na testach wypadał dobrze, aczkolwiek też nie przesadnie wysoko. Do Mensy nie miał szans startować, byłaby to zwyczajna strata czasu. Jakieś predyspozycje psychiczne? Owszem, potrafił być dosyć elastyczny, a przy tym konsekwentny, być może to właśnie dostrzegł w nim profesor, skoro skontaktował go z ABW. Ale z drugiej strony Jurek nigdy nie wykazał się jakąś szczególną sprzedażą w swoim regionie, a to niezbyt dobrze świadczyło o skuteczności jego działań.
A zatem o co w tym wszystkim chodzi? Czemu oni go tutaj chcieli, do czego był im potrzebny? Po co ta cała szopka z wampirami, ich lordami i facetami ze speckomando, ganiającymi w czerni po lesie? Jakie jest jego miejsce, jego rola w tym przedstawieniu?
Ze swojej strony wiedział doskonale, czemu do nich przyszedł. Dusił się w tym bezbarwnym, nijakim życiu i desperacko potrzebował zmiany. Fura, skóra i komóra nie znaczyły nic, rzucił je w kąt natychmiast, kiedy tylko dostał propozycję pracy w ABW. Przyszedł tu za wyjątkowo śmieszne pieniądze, bo tęsknił do czegoś innego, wyjątkowego, i miał nadzieję, że to coś czeka na niego właśnie tutaj.
Ale czemu oni go wzięli?
Zadawał sobie to pytanie od samego początku i jak dotąd wciąż nie potrafił znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi.
Może oprócz jednej, o której myślał dopiero na końcu, kiedy odpadały wszelkie inne propozycje. Wzięli go, bo był sam. Rodzice zginęli, dziewczyna odeszła jakiś czas temu, na żadną inną nie miał chwilowo ochoty.
Był sam jak palec, to fakt.
Więc w razie czego nikt nie będzie zadawał zbyt wielu niewygodnych pytań. Idealny kozioł ofiarny, ot co.
Bynajmniej nie była to pokrzepiająca myśl. Ale, jak na razie, innego rozwiązania po prostu nie było. Albo jeszcze nie zdołał na nie wpaść.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-02-25 (1297 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej