Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Niemy strach
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Starship: Najemnik'' - Mike Resnick

Człowiek z platyny


To naprawdę wyjątkowe miejsce – oświadczył Cole, gdy przemierzali korytarz nieustępujący szerokością tradycyjnej ulicy, mijając kolejne przeszklone wystawy sklepów.
– Jak oni to oświetlają?
– Metal, z którego wykonano sklepienia przeszedł obróbkę chemiczną. I teraz sam generuje światło.
– Fosforyzuje?
Wal pokręciła głową.
– Nie. On nie odbija światła, tylko je produkuje – uśmiechnęła się. – Tutaj dzień trwa całe dwadzieścia cztery godziny, czy ile ich tam ma być na dobę. To miasto nigdy nie zasypia, nigdy nie robi się tu ciemno, a ruch nie zamiera nawet na chwilę.
– Ilu ta stacja ma stałych mieszkańców? – zapytał Cole.
Wzruszyła ramionami.
– Pewnie z sześćdziesiąt tysięcy albo i więcej. Jeśli ktoś zatrzymuje się tutaj na stałe, musi mieć pracę albo ukrywać się przed wymiarem sprawiedliwości, flotą czy zemstą ze strony mieszkańców Wewnętrznej Granicy. Z tego, co mi wiadomo, na tej stacji każdego dnia gości niemal pół miliona ludzi i kosmitów, którzy nie są jej stałymi mieszkańcami.
– Nie miałem pojęcia, że jest aż tak wielka.
– A niby skąd to miałeś wiedzieć? Twoi ludzie mówili, że najpierw walczyłeś przeciw Federacji Teroni, a potem przeniesiono cię aż na koniec Obrzeży.
Ale twoja admirał Garcia doskonale zna to miejsce.
– Była tutaj? – zdziwił się Cole.
– Dwukrotnie – odparła Wal. – Za każdym razem prowadziła rozmowy w sprawie wymiany jeńców z Teroni.
– Słyszałaś tylko o tym czy sama ją widziałaś?
– Raz ją widziałam. A ty kiedyś się z nią spotkałeś?
– Tak – przyznał Wilson, uśmiechając się przy tym ironicznie. – Ale nie potrafiliśmy się dogadać.
– To ona cię zdegradowała?
– I to dwa razy – uściślił kapitan. – Ale z drugiej strony wręczyła mi trzy z medali za odwagę, którymi mnie uhonorowano. Aczkolwiek uczyniła to bardzo niechętnie.
– Szkoda, że dzisiaj jej tutaj nie ma – stwierdziła Walkiria. – Mógłbyś wyrównać kilka dawnych rachunków.
– Ona nie jest moim wrogiem – zapewnił ją Cole. – Chyba najbardziej z nich wszystkich nadaje się do dowodzenia podczas tej wojny. Po prostu różnimy się w ocenie pewnych zagadnień... – przerwał na chwilę. – Ale gdybyś kiedykolwiek usłyszała o przybyciu na tę stację Polonoi nazwiskiem Podok, powinnaś dać mi o tym znać.
– Podok? – powtórzyła Wal. – Słyszałam, jak twoi ludzie wymieniali to nazwisko. Czy on był kapitanem, kiedy się zbuntowałeś?
– Tak... Ale to ona, nie on.
– Wszyscy twierdzili, że zasłużyła sobie na to, aby pozbawić ją dowództwa.
– Bo to prawda – odparł Cole. – Wolała zabić pięć milionów ludzi i zniszczyć ich planetę, byle nie dopuścić do zdobycia składowanego tam paliwa przez flotę Teroni.
– To właśnie o niej słyszałam – stwierdziła Wal. – Musiała być godnym wytworem swojej rasy.
– I to jeszcze jak. Ale nadal służy we flocie, a ja mam zakaz wstępu na terytorium Republiki.
Wal uśmiechnęła się.
– Czy ktoś obiecywał, że życie będzie grało fair?
– Ostatnimi czasy nie – odparł z poważną miną.
Szli dalej, mijając kolejne restauracje i bary.
– Coś tu jest nie tak – zauważył w pewnym momencie kapitan, wskazując na jedną z węższych odnóg korytarza.
– Nie, wszystko wygląda normalnie.
– Czymkolwiek pomalowano tam sklepienie, musiało już się zużyć – zauważył. – Oświetlenie jest tam o połowę słabsze niż tutaj.
– Żeby robić nastrój – wyjaśniła. – Na końcu tego korytarza znajdują się dwa największe burdele tej stacji.
Cole rzucił spojrzenie w półmrok.
– W życiu bym nie powiedział, że znajduje się tam coś wielkiego.
– Zaufaj mi, wiem, co mówię.
– Korzystałaś z nich?
– Kiedyś.
– Jesteś piękną kobietą o egzotycznej urodzie – stwierdził kapitan. – Dziwi mnie, że musiałaś płacić za uciechy cielesne.
– Nigdy nie zapłaciłam za to facetowi – sprecyzowała. – W domu po lewej mają wyłącznie androidy. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Uwielbiam ich wytrzymałość.
– Skoro tak to lubisz... – mruknął Cole i nagle stężał. – Wydaje mi się, że ktoś nas śledzi.
– A co w tym dziwnego? – zapytała. – Jest nas tylko dwoje, a skoro zawędrowaliśmy do tej części stacji, musimy mieć przy sobie pieniądze do wydania.
Bez ostrzeżenia zatrzymała się i odwróciła, a Cole zaraz poszedł w jej ślady. Trzy istoty, jeden człowiek i dwóch Mollutei, zbliżały się do nich powoli, każdy trzymał sztylet w dłoni.
– Patrz na to – szepnęła Wal. – Dobry wieczór szanownym panom samcom – odezwała się do nadchodzących. – Jeśli rzucicie broń i oddacie nam wszystkie pieniądze, nikomu nie stanie się krzywda.
Człowiek roześmiał się od razu. Musiało minąć kilka sekund, aby T -tory przetłumaczyły te słowa, ale po tym czasie także obaj Mollutei wydali z siebie skrzek symbolizujący rozbawienie.
– Cóż – Walkiria postąpiła krok do przodu – nie będziecie mogli potem powiedzieć, że was nie ostrzegałam.
Cole potrzebował pięciu sekund na podjęcie decyzji, czy wdać się w bójkę, czy raczej wyjąć palnik, ale okazało się, że rozmyślał na próżno, gdyż wszyscy trzej napastnicy zostali w tym czasie pokonani i leżeli połamani na twardej powierzchni korytarza, rzężąc w agonii.
– Zabierzemy im pieniądze? – zapytała rudowłosa wojowniczka. – W końcu zamierzali nas obrabować.
– Nie, nie jesteśmy złodziejami, w każdym razie już z tym fachem zerwaliśmy. Przekażemy lokalnej policji, gdzie może ich znaleźć. Zeznania złożymy w późniejszym terminie.
– Już ci mówiłam, na Singapurze nie ma żadnej policji.
– W takim razie wspomnimy o nich w pierwszym napotkanym szpitalu.
– A jeśli nie trafi my na żaden szpital?
Wzruszył ramionami.
– Takie jest ryzyko w złodziejskim zawodzie.
Roześmiała się na cały głos i chwilę później podjęli wędrówkę, nie oglądając się ani razu.
– Miejmy tylko nadzieję, że żaden z nich nie strzeli nam w plecy – powiedział Cole.
– Gdyby mieli przy sobie jakieś palniki albo piszczałki, wyciągnęliby je na samym początku – zapewniła go Walkiria. – Z o wiele większą ochotą oddasz pieniądze komuś, kto może pozbawić cię życia z odległości wielu jardów, niż oprychowi, który musi podejść, żeby cię dziabnąć. – Skinęła głową na potwierdzenie własnych słów. – Tak sobie myślę, że wrócę tą samą drogą, żeby się nawalić.
Przeszli kolejne pięćdziesiąt jardów, potem skręcili w wąski boczny korytarzyk i dotarli do drzwi krzykliwego kasyna noszącego nazwę „U Księcia”. Niski, futrzasty kosmita, należący do rasy, jakiej Cole nigdy wcześniej nie widział, roznosił drinki tłoczącym się przy stołach graczom wszelkiego kształtu i rodzaju.
– Te gnojki nigdy się tego nie nauczą – jęknęła Wal, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Spójrz tylko na ten stół.
– Co to za gra? – zapytał Cole. – Nie znam jej.
– Jabob – wyjaśniła. – Wydaje mi się, że wymyślono ją na Lodinie XI, a może na Moritacie. Kasyno trzepie na niej ogromną kasę. Dłużej utrzymasz swoje pieniądze, gdybyś palił nimi w kominku, żeby się ogrzać, ale wszyscy kosmici szaleją za nią.
– Widzę przy tym stoliku także człowieka.
– On gra dla kasyna.
– Świetnie – mruknął Cole. – Mam nadzieję, że nie przyprowadziłaś mnie tutaj dla hazardu.
– Nie. – Skinęła na jednego z kosmitów z obsługi.
– Przekaż Księciu, że przyleciała Joanna d’Arc.
– Joanna d’Arc? – zapytał kapitan, gdy niziutka istota pobiegła na zaplecze.
– Nosiłam wiele imion, zanim podpowiedziałeś mi to ostatnie – przypomniała mu Wal.
Kosmita wrócił po krótkiej chwili.
– On chce cię widzieć – powiedział przez T -tora.
– Chodź.
Rudowłosa ruszyła na drugi koniec sali. Cole szedł tuż za nią i po chwili dotarli do połyskującej kotary utkanej z niemal namacalnego światła. Gdy Wal znalazła się trzy stopy od niej, zatrzymała się tak raptownie, że kapitan nieomal wpadł na nią.
– Co się dzieje? – zapytał zaskoczony.
Uniosła pustą szklankę z sąsiedniego stolika i rzuciła nią w zasłonę. Szkło natychmiast zostało rozłożone na atomy.
– System bezpieczeństwa – wyjaśniła.
Czekali około pół minuty, a potem usłyszeli, jak ktoś mówi:
– Wejdź, Joanno d’Arc. Komandor Cole, a może znowu kapitan, też może wejść.
Wal zrobiła krok do przodu, a gdy nie zniknęła jak szklanka, Wilson podążył za nią do wielkiego, urządzonego z przepychem pokoju. Kolorowe śpiewające ptaki z różnych planet dzieliły złotą klatkę, która zdawała się unosić w powietrzu. Obok znajdowały się dwa trójwymiarowe, holograficzne i nieruchome obrazy przedstawiające krajobraz obcego świata, a gdy Cole zbliżył się do nich, nagle ożyły, by znów zamrzeć, gdy tylko odwrócił wzrok. Puszysty dywan uginał się pod stopami, ale natychmiast powracał do dawnego kształtu, gdy podnosili nogi. Wiszące kilkanaście cali nad podłogą skórzane fotele natychmiast dostosowywały się do kształtu gościa, który na nich zasiadał. Pod jedną ze ścian znajdował się też znakomicie zaopatrzony bar. Dwa roboty, wyższe nawet niż Walkiria, stały po obu stronach wielkiego, lśniącego biurka, ale nie one były najdziwniejsze w tym pomieszczeniu. Najbardziej niesamowicie wyglądał człowiek siedzący za biurkiem.
Najpierw Wilson uznał, że ma do czynienia z kolejnym robotem, ale po bliższych oględzinach nie był już tego taki pewien. Większość części ciała tej istoty, w tym ręce, nogi, tułów, dłonie, stopy i czaszkę wykonano z połyskującego metalu, najprawdopodobniej platyny. Ale wargi miał zupełnie ludzkie, spod nosa zwisały niepasujące do reszty twarzy, najnormalniejsze w świecie sumiaste wąsy. Lewe oko lśniło nieziemskim błękitem, lecz w prawym miał normalną tęczówkę i źrenicę. Mężczyzna ubrany był w połyskujące spodnie i smoking.
– Nie uprzedziłaś go, Joanno – powiedział.
– Mam sporo radochy, obserwując ich, kiedy przychodzą do ciebie po raz pierwszy – odparła rudowłosa. – A w tym tygodniu noszę imię Wal.
– Kleopatra, Nefretete, Joanna d’Arc... Czy te nieustanne zmiany imion kiedyś ci się znudzą? Kim była ta Wal?
– To skrót od Walkiria – wyjaśniła.
– W takim razie nawet pasuje. – Mężczyzna spojrzał na Wilsona. – A pan jest człowiekiem, za którego Republika oferuje dziesięć milionów kredytów. – Kapitan spojrzał na niego, lecz nic nie powiedział.
– Proszę się nie obawiać, panie Cole – ciągnął dalej gospodarz. – Nie zamierzam wydawać pana Republice. Stacja Singapur przestałaby być tak atrakcyjnym miejscem, gdyby ludzie dowiedzieli się, że nie potrafimy utrzymać sekretów. Pozwoli pan, że się przedstawię. Jestem Platynowy Książę.
– Widzę – odparł kapitan.
– Widzi pan jedynie efekt końcowy. Kiedyś, całe lata temu, wyglądałem zupełnie jak pan teraz. Prawdę powiedziawszy, też służyłem we flocie. Moim okrętem dowodziła Susan Garcia, ta sama, która dosłużyła się w końcu tak wysokich zaszczytów.
– Co się panu przydarzyło? – zapytał Cole wbrew swojej woli.
– Straciłem lewą nogę podczas bitwy o Barbosę – wyjaśnił Książę. – Zastąpiono ją protezą, o ile pamiętam ze stopu tytanu. Co ciekawe, sprawowała się znacznie lepiej niż prawdziwa kończyna. Nie męczyła się, nie odczuwałem w niej bólu, wytrzymywała ekstremalne temperatury i ciążenia... – zamilkł na moment. – Wróciłem do czynnej służby cztery miesiące później, w przeddzień bitwy o Tybor IV.
– Słyszałem o niej – wtrącił Wilson. – Zdaje się, że nasze straty sięgały tam osiemdziesięciu procent.
– Osiemdziesięciu dwóch – sprecyzował gospodarz.
– I ja załapałem się do tej puli. Straciłem tam obie ręce i lewe oko. Ale medykom udało się mnie utrzymać przy życiu wystarczająco długo, żebym dotarł do szpitala polowego, gdzie dosztukowano mi protezy rąk i oka. Te, jak i noga, także sprawowały się znacznie lepiej niż oryginalne części ciała. Zostałem zwolniony ze służby wkrótce potem, widocznie ktoś uznał, że strata oka oraz trzech kończyn jest wystarczającą ofiarą złożoną w imię Republiki. Błąkałem się później po terytoriach Wewnętrznej Granicy, aby w końcu przycumować na stałe do Stacji Singapur. Po drodze zarobiłem sporo pieniędzy, ale nie o tym teraz rozmawiamy, i uznałem, że platyna lepiej odda mój obecny status niż trywialny tytan. Uznałem też, że skoro przetrwałem tyle... nazwijmy to – ulepszeń, nie powinienem się zatrzymywać w pół drogi: wymieniłem drugą nogę, bębenki, naskórek, wszystko poza kilkoma drobnymi elementami. Z mojej oryginalnej postaci zostały tylko usta i kubki smakowe – nie przeżyłbym dnia bez rozkoszowania się smakiem ulubionych potraw i napojów – oraz wargi, ponieważ jestem próżnym człowiekiem. Gdybym nim nie był, nie przeistaczałbym się przecież w tę platynową istotę. No i ten wąsik, z którego kiedyś byłem taki dumny. Prawe oko pozostawiłem z praktycznych względów. Lewym widzę dalej i wyraźniej, mam w nim też tryby podczerwieni i ultrafioletu, ale nie potrafi się tak szybko przyzwyczajać do zmian jasności jak oryginalna źrenica. Ale cała reszta, serce, płuca, może pan wymieniać, co pan zechce, wszystko jest sztuczne. – Nagle roześmiał się. – Z jednym tylko wyjątkiem. Obiecywano mi, że mogę odczuwać rozkosz seksu nawet przy sztucznym członku, ale nie uwierzyłem draniom. Wie pan, gdyby się jednak pomylili, nie miałbym odwrotu... Dlatego zachowałem mojego małego przyjaciela. I dlatego też muszę nosić te śmieszne szorty. Żeby nie gorszyć tak niewinnych duszyczek jak nasza kochana Wal.
– To by wyjaśniało nazwanie pana Platynowym – stwierdził Cole. – A co z tym Księciem?
– To proste. Zarządzam Stacją Singapur. To moje księstwo. Jestem jego księciem.
– Cholernie dużo roboty jak na jedną osobę – zauważył Wilson.
– Nie więcej niż przy dowodzeniu okrętem – zapewnił go Książę. – Obaj mamy władzę nad życiem i śmiercią naszych poddanych.
– Ja nie mam żadnych poddanych.
– Nazwijmy ich zatem, oddając należny honor, podwładnymi – poprawił się człowiek z platyny. – Mam spotkanie z jednym z nich za dwie godziny.
– Niech zgadnę – powiedział Cole. – Z Dawidem Copperfieldem.
– Skąd pan wie?
– Jest jedynym członkiem naszej załogi, oprócz Wal oczywiście, który był już tutaj – wyjaśnił kapitan.
– To znaczy, tak mi się wydaje. Co do pozostałych, jestem pewien, że nie odwiedzali tej stacji.
– Zadziwiające stworzenie z niego, nieprawdaż? – stwierdził Książę. – I jakie zauroczone swoją kolekcją Dickensa!
– Nie przeszkadza panu jego poza? – zapytał Wilson.
– To znaczy, obca i dziwnie wyglądająca istota, ubierająca się jak Pickwick albo Sydney Carlton?
– Co by pan pomyślał o mnie, gdybym skrytykował czyjś wygląd? – odparł Książę i odsłonił w szerokim uśmiechu platynowe zęby. – Tak na marginesie, wie pan, dlaczego chce się ze mną widzieć?
– Żeby zrobić to, co ja teraz robię.
– Nie rozumiem.
– To długa historia – powiedział Cole. – Wystarczy, jeśli powiem, że „Teodor Roosevelt” służy teraz jako baza najemników. Poinformowano mnie, jak i pewnie Dawida, że jest pan źródłem najcenniejszych informacji o tutejszych zleceniodawcach, którzy mogą chcieć skorzystać z naszych usług, a także o sposobach płacenia przez nich, o tym, czy można liczyć, że podadzą nam prawdziwe dane o zleconych zadaniach.
– Nie widzę najmniejszego problemu – stwierdził Książę. – Zazwyczaj biorę dziesięć procent za pośrednictwo, ale od pana wezmę tylko pięć, ponieważ pojawił się pan w towarzystwie tu obecnej Walkirii, ale nade wszystko dlatego, że ma pan na pieńku z Susan Garcią, której rozkazy sprawiły, że moje ręce i noga zdobią teraz spory kawał przestrzeni w Federacji Teroni. Co pan na to?
– Propozycja wydaje się uczciwa – przyznał kapitan. – Ale jest coś jeszcze.
– Jak zwykle zresztą – odparł Książę. – Mogę zgadywać?
– Jeśli to pana uszczęśliwi.
– Nie chce się pan znaleźć w sytuacji, gdy siły wroga będą miały przewagę – powiedział człowiek z platyny. – Było nie było, nie wspomniał pan nic o wsparciu ze strony innych statków albo ludzi.
– To prawda – przyznał Cole. – Ale nie o to mi chodziło. Raczej myślałem o pewnych zastrzeżeniach natury etycznej.
– Zastrzeżenia natury etycznej u najemników? – zawołał rozbawiony Książę. – Toż to koncept rodem z kart powieści!
– Cieszy mnie, że tak łatwo pana rozweseliłem – stwierdził oschle Wilson. – Nie zamierzamy dawać wsparcia militarnego organizacjom zajmującym się handlem narkotykami. Nie będziemy także wykonywali zadań, które mogą przysłużyć się Federacji Teroni. Podobnie jak nie podejmiemy się działań wymierzonych w Republikę i jej flotę. Może i wygnano nas z jej granic, ale całe życie spędziliśmy, służąc naszej ojczyźnie i nie zamierzamy wydawać jej wojny.
– Nie mówiłby pan tego, gdyby miał pan kilka sztucznych kończyn – odrzekł Książę.
– Być może, ale nadal mam wszystkie swoje.
– Niech panu będzie – zgodził się człowiek z platyny.
– Prawdę powiedziawszy, pańskie zastrzeżenia natury etycznej wyeliminowały zaledwie trzy, może cztery procent ludzi, planet i firm, które byłyby zainteresowane waszymi usługami.
– Świetnie – ucieszył się Cole. – Proszę przekazać najlepsze propozycje Dawidowi, kiedy się tutaj pokaże, ale proszę pamiętać, że on nie może podpisać żadnego kontraktu w imieniu „Teodora Roosevelta”. Ma dostarczyć wszystkie propozycje na moje biurko i to ja podejmę ostateczną decyzję. Ale zanim to nastąpi, zapewne odwiedzę pana, aby zadać kilka dodatkowych pytań.
– Taki układ mnie satysfakcjonuje – przyznał Książę. – Jeśli Dawid pokaże się u mnie, odeślę go i każę mu przyjść za dzień albo dwa. Znam ludzi, którzy chcieliby skorzystać z waszych usług, ale na pewno nie uda mi się z nimi skontaktować przed jego wizytą.
– Świetnie – odparł Cole. – Na pewno się jeszcze spotkamy. Wal może zostać z panem, jeśli ma na to ochotę, ale ja muszę już iść. Jestem umówiony na obiad.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-03-02 (1223 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej