Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Nadejście smoków
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Eremanta'' - Joanna Skalska

#1


Narodzinom Marii Anity towarzyszył splot niezwykłych okoliczności. Rok rozpoczął się wyjątkowo surową zimą. Śnieg, nawet w wysoko położonej Eremancie pojawiający się zazwyczaj jedynie na kilka dni, leżał grubą warstwą przez całe miesiące. Wiosna trwała krótko i ledwo przyszła, ustąpiła miejsca upalnemu latu. Dzień po dniu bezlitosne słońce przypiekało górskie zbocza, aż zdychały pozostawione na pastwisku kozy. Winne liście uschły, grona skarlały i obumarły z braku wody. A jesienią, w dniu, w którym na świat przyszła Maria Anita, wzgórza i doliny Serra Maladety zadrżały w potężnym trzęsieniu ziemi.
W domach Eremanty podskoczyły stoły i krzesła. Naczynia spadły z półek, a szyby w drzwiczkach kredensów rozdzwoniły się. Sypialnię matki Marii Anity przedzieliło na pół głębokie pęknięcie w suficie. Biały pył zatańczył w powietrzu i opadł na podłogę. Milcząca akuszerka jedną ręką oparła się o ścianę, a drugą otarła twarz i czoło rodzącej. Potem znów przesunęła się w nogi łóżka. Dziecko mogło urodzić się w każdej chwili.
Kolejny wstrząs poruszył posadami budynku, na nowo inicjując koncert trzasków i brzdęków. Łóżko zadrżało i podskoczyło na roztańczonej podłodze, na chwilę zawisło w powietrzu, aż wreszcie opadło, a wtedy żywy balast opuścił ciało leżącej kobiety. Do hałasów spadających naczyń dołączył przenikliwy płacz noworodka.
Położna, nie zważając na zniszczenia, umyła dziecko, owinęła je w kocyk i ułożyła obok matki. Maria Anita nie przestawała płakać. Jej powieki zacisnęły się w dwie fałdy, otwarte wargi odsłoniły nagie dziąsła, a z gardła wydostawał się przeciągły krzyk. Trzęsienie ziemi się skończyło, grunt pod stopami eremantczyków znowu znieruchomiał, godziny mijały, a niemowlę nie cichło. Matka tuliła je do serca, ojciec kołysał w ramionach, starsze rodzeństwo nieśmiało głaskało po główce, a ono zanosiło się szlochem, mącąc nieskazitelną ciszę wioski. Nie jadło i nie spało. Płakało.
Ale pierwsze łzy z zaciśniętych oczu Marii Anity popłynęły dopiero nazajutrz. Jednak zamiast bezbarwnych kropelek, na policzkach dziewczynki pojawiła się krew.
Rankiem drugiego dnia sądzono, że śmierć dziecka to kwestia godzin. Posłano po księdza, aby udzielił chrztu lub, co bardziej prawdopodobne, odprawił pogrzeb. Jednak kiedy ten przyjechał, Maria Anita wciąż żyła. Świdrujący krzyk zamienił się w ledwie słyszalne kwilenie, ale strużki krwi ciekły z oczu dziewczynki nieprzerwanie. Na ich widok ojciec Herberto padł na kolana.
— To dziecko krwawi, by przypomnieć nam o wylanych na Golgocie łzach Bożej Matki! — wykrzyknął. — Czy czujecie słodką woń unoszącą się w powietrzu?
Odpowiedziała mu cisza. Herberta nie zraziła ignorancja wieśniaków. W głębi duszy był mistykiem gorąco przekonanym o tym, że Bóg naznaczył go stygmatami, i stale poszukującym znaków, które mogłyby potwierdzić ten stan wewnętrzny przed światem. Drobna ranka na czole stawała się śladem po cierniowej koronie, a w zadrapaniach, które zostawiła na jego dłoni gałąź głogu, dopatrywał się kształtu krzyża. Rany te rozczarowywały nietrwałością, ale pozwoliły księdzu zdobyć wprawę w rozpoznawaniu otrzymywanych od Boga charyzmatów od ich nędznych imitacji. Poderwał się z podłogi, sięgnął po niemowlę i zawinął w połę płaszcza.
— Zabieram ją do biskupa — oznajmił.
Nikt nie śmiał zaprotestować, nawet zbolała matka, która dwie noce czuwała nad córką, ale która też, spodziewając się, że dziecko lada moment umrze, już się z nim w duchu pożegnała.
Biskup Vila Famalio, Gervasio Alvarez, wydawał tego wieczoru uroczystą kolację na cześć niezwykłego gościa, podróżnika i przyrodnika Abília Torcata, który kilka lat wcześniej zyskał wielką sławę za sprawą badawczej wyprawy do kolonii i sprowadzenia stamtąd niezwykłej kolekcji zadziwiających okazów flory i fauny. Abílio wracał właśnie do stolicy ze wschodnich rubieży kraju, gdzie przywiodła go śmierć stryjecznej babki, gdy w okolicach Vila Famalio zaskoczyło go trzęsienie ziemi, poważnie uszkadzając powóz i strasząc woźnicę tak, że ten o mało nie wyzionął ducha. Torcato nie miał innego wyjścia, jak zaczekać na naprawę połamanych osi i strzaskanych kół w Vila Famalio. Zatrzymał się w zajeździe Pod Różą, najlepszym, jak mu powiedziano, w mieście.
— Nie uwierzy pan, jakie niedorzeczne historie krążą o nich wśród prostego ludu — mówił biskup, nachylając się ku uczonemu. — Niektórzy na przykład wierzą, że ich kolor jest wynikiem palącego słońca. Inni, wśród nich również światli ludzie, uważają, że w chwili narodzin diabeł ochlapuje ich smołą. Wyobraża pan sobie większą bzdurę, Torcato? Dziecko wychodzi z brzucha kobiety białe, a chwilę później pojawia się czart z wiaderkiem smoły! Smoły, Torcato. Smoły! Tymczasem prawda jest taka, że szatan bierze w posiadanie nie ich ciała, lecz dusze. Ciemny kolor skóry jest tylko bladym refleksem czerni, która przyobleka ich wnętrza, a dla nas, chrześcijan, jest znakiem, że oto mamy do czynienia ze sługą piekieł.
Abílio w milczeniu skubał wąsy. Podróżnik bowiem, od lat łysy jak kolano, z upodobaniem pielęgnował gęsty i smolisty wąs, który nadawał mu niezwykły wygląd.
— Oczywiście nie możemy zostawić tych nieszczęśników w ręku szatana — kontynuował Alvarez. — Naszym zadaniem jest oczyścić ich dusze i uczynić z nich owieczki Boże. Szczere nawrócenie spowoduje, że ich skóra zbieleje.
Biskup zamierzał jeszcze wspomnieć o wybielających właściwościach kąpieli w wodzie święconej, ale jego przemowa została gwałtownie przerwana. Do sali wtargnął ojciec Herberto, rozdarł poły płaszcza i na stole, pomiędzy półmiskami z jedzeniem, położył zawiniątko z Marią Anitą.
Dziewczynka leżała cicho i nieruchomo, z trudem oddychając przez otwarte usta. Spływająca po jej policzkach krew wsiąkała w nałożony na główkę wełniany czepek.
Alvarez nie patrzył na dziecko. Wbił gniewny wzrok w intruza, w którym rozpoznał proboszcza górskiej parafii Sao Felix.
— Cud... — wydyszał ksiądz, który pokonał drogę z Eremanty bez chwili spoczynku, a potem uciekał przed strażnikami w pałacowych korytarzach. Służba stała teraz niepewnie w drzwiach, jakby ze wstydem, czekając na polecenia albo okrzyki niezadowolenia biskupa.
— Dziecko płacze krwią... Cud — powtórzył Herberto.
— Cud? — wycedził biskup — To zwykła bezczelność, by w ten sposób zakłócać kolację wydaną na cześć mojego gościa. A to — wskazał niemowlę — jest mistyfikacja.
— Na własne oczy widziałem naczynie wypełnione krwią... Matka dziecka wycisnęła ją ze szmatki, którą ocierała jego łzy. To cud! — upierał się proboszcz.
— Mistyfikacja! — odparował Alvarez.
Na policzku niemowlęcia wykwitła wielka czerwona łza.
— Interesujące — odezwał się milczący dotąd Torcato.
Dwaj przekrzykujący się mężczyźni jednocześnie odwrócili głowy.
— Jak duże było to naczynie? — zapytał podróżnik.
Proboszcz wskazał na jeden z półmisków na stole.
— Interesujące — powtórzył Abílio i czując na sobie wzrok Alvareza, rozgorączkowanego księdza i służących, dodał — znam się nieco na medycynie i z przykrością muszę stwierdzić, że niemowlę wkrótce umrze. To, czy upływ krwi jest cudem, czy objawem choroby, jest kwestią otwartą – i pewnie taką pozostanie, jeśli pozwolimy dziecku umrzeć. Jego śmierć uniemożliwi odkrycie prawdy, a na dodatek obciąży nasze sumienia, gdyż zamiast je ratować, dyskutujemy nad zagadnieniami teologicznymi.
— Co robić? — Herberto spojrzał na niemowlaka.
— Jest tylko jeden sposób, głupcze — odezwał się biskup. — Trzeba napoić dziecko krwią, która z niego wyciekła.
Abílio z uznaniem pokiwał łysą głową.
— Biskup wciela w życie naukowe podejście, o którym tyle dyskutowaliśmy — powiedział, skłoniwszy się nieznacznie w stronę Alvareza. — Aczkolwiek, jak pewnie ekscelencja pamięta, Risquez w swoim niedawnym dziele o anatomii zaleca wprowadzenie krwi bezpośrednio do żył chorego.
W oczach przysłuchującego się Herberta zatliła się nadzieja. Zarzucił płaszcz na ramiona i ruszył ku drzwiom.
— Nie ma takiej konieczności, zapewniam — zatrzymały go słowa Torcata, który bezbłędnie odczytał zamiary księdza. — Potrzebujemy świeżej krwi, a nie tej zastałej cieczy, w którą na pewno zamieniła się już krew zgromadzona przez matkę. Potrzebujemy... Niech pomyślę...
Przez głowę podróżnika przemknęło kilka możliwości. Po pierwsze, zwierzęta. Czytał o wielu udanych przypadkach przetoczenia krwi owczej, krowiej, a nawet końskiej. Zazwyczaj dawało to mało pożądany efekt uboczny: pacjent zyskiwał cechy zwierzęcia. I tak człowiek, w którego żyły wlano krew owcy, stawał się płochliwy, niepewny i chętnie podążał za każdym, kto okazał mu odrobinę życzliwości. Ci, którzy otrzymali krew krowią, zamieniali się w istoty łagodne, ze skłonnością do wielogodzinnego trwania w bezruchu. Końska krew, zwłaszcza źrebięca, powodowała natomiast nadmierną pobudliwość.
Zjawisko było tak znane, że borykający się z problemem przepełnionego więzienia burmistrz pewnego miasta na wschodzie zaproponował przestępcom wolność i kasację wyroków w zamian za zgodę na wpuszczenie do krwiobiegu kilku litrów owczej krwi. Torcato nie potrafił sobie przypomnieć, czy eksperyment się powiódł i czy rzezimieszki zza krat stały się na wolności potulne jak baranki. Podróżnik chętnie sprawdziłby teraz na własne oczy działanie mechanizmu i wstrzyknął w żyły Marii Anity choćby krew jagnięcą, ale wpadł mu do głowy lepszy pomysł. Skinął głową na służącego.
— Biegnij do zajazdu Pod Różą — rozkazał. — Powiedz dwóm chłopcom, których zastaniesz w moim pokoju, aby przynieśli skrzynię z instrumentami medycznymi.
Niedługo potem w progu sali stanęli wezwani pomocnicy. Jeden miał sześć, może siedem lat, drugi niewiele więcej. Służący biskupa musiał ich wyrwać ze snu, bo jedwabne koszule oraz szyte na miarę kamizelki i spodnie chłopców wyglądały na pogniecione. Starszy pocierał pięścią sklejone powieki, a młodszy ziewał, pokazując białe zęby, świecące niemal w kontraście z czarną jak węgiel skórą.
W jadalni zapadła cisza.
—Bliżej! — Podróżnik przywołał czarnoskórych chłopców, a podczas gdy zbliżali się, dźwigając drewniany kufer, Abílio wyjaśnił — przygarnąłem ich podczas mojej ostatniej zamorskiej podróży. Ich rodzice zginęli w zamieszkach plemiennych, które są prawdziwą plagą w zachodniej części kolonii... — Przerwał i całą uwagę skupił na przeglądaniu zawartości skrzyni. Wreszcie wyciągnął z niej instrument składający się z dwóch przezroczystych rurek połączonych drewnianym łukiem, od którego odchodził niewielki tłok.
— Izaak — Torcato przemówił do młodszego chłopca — przypomnij sobie dzień, kiedy spadłeś z powozu i złamałeś rękę. Usztywniłem ci ramię i kość się zrosła.
— Samuel — wzrok podróżnika spoczął na starszym bracie Izaaka — pamiętasz, jak oblałeś się wrzątkiem, a ja wyleczyłem poparzenia, smarując je maścią? — I zwrócił się do ich obu — teraz wy macie okazję komuś pomóc, tak jak ja pomogłem wam. Obiecuję, że w nagrodę ofiaruję wam po realu... Chociaż mogę zrobić to już teraz.
Torcato wyciągnął z kieszeni dwie monety i wręczył je chłopcom. Potem spojrzał na nich z powagą.
— Chciałbym, żebyście pozwolili mi upuścić waszej krwi i wtłoczyć ją do żył tego dziecka. — Jego ręka wskazała na leżącą na stole Marię Anitę.
Ten gest jak zaklęcie zburzył ciszę, która od wejścia chłopców zawisła nad jadalnią. Z ust Herberta i służby wydostały się okrzyki oburzenia. Jedynie Alvarez wciąż milczał.
W biskupie rozgorzała wewnętrzna walka. Duchowny i przedstawiciel Kościoła mocował się w jego duszy z miłośnikiem nauki, prenumeratorem periodyku poznawczego „Ingenium Novus” i osobą ciekawą wszelkich nowinek ze świata.
— Czyż nie żyjemy we wspaniałych czasach? — pytał czasem swoich sekretarzy hasłami ze spisu treści naukowej broszury. — Właśnie odkryto nową planetę i nazwano ją Grawitacja!
Przy innej okazji oznajmiał:
— Powietrze składa się z dwóch gazów o kontrastowych kolorach, które mieszając się, zyskują przezroczystość.
W nieoczekiwanym pobycie w mieście słynnego podróżnika i odkrywcy widział okazję do spotkania z bratnią duszą. Wyobrażał sobie długie rozmowy, ba, zaciekłe dysputy, które ze sobą przeprowadzą. Tymczasem Torcato głównie milczał, na pytania odpowiadał półsłówkami i ożywił się dopiero na widok płaczącego krwią dziecka. Jednak o ile dostojnik mógł – ewentualnie – wybaczyć gościowi brak chęci do dyskusji, o tyle nie mógł przymknąć oczu na wprowadzenie w jego progi owoców czarciego nasienia! Spojrzał na stopy chłopców. Były obute i wyglądały zupełnie zwyczajnie. Przesunął wzrok wyżej, ale gęste, kręcone włosy na głowach braci uniemożliwiały ustalenie, czy pomiędzy kędziorami nie wyrastały przypadkiem rogi.
Abílio rozpoczął przygotowania do transfuzji. Wyłuskał Marię Anitę spod warstw koców, którymi okryła ją jeszcze matka. Podwinął rękaw koszuli Samuela i zamierzył się, by w czarne przedramię wkłuć ostry koniec jednej z przezroczystych rurek narzędzia.
— Chwileczkę — odezwał się wreszcie Alvarez. — Jako biskup mam obowiązek dbać przede wszystkim o zbawienie moich parafian.
— Ależ oczywiście — skwapliwie przytaknął Torcato. — Izaak! Samuel! Do błogosławieństwa! — zakomenderował, udając, że nie zrozumiał prawdziwych obaw dostojnika.
Biskup spojrzał na dwie pochylone przed nim czarne główki i uderzył pięścią w stół.
— Dość, panie Torcato! — wykrzyknął. — Jak pan śmie proponować mieszanie krwi niewinnego dziecka z krwią tych... tych... antychrystów?!
Podróżnik pobladł. Odwrócił się ku służącym, którzy zamarli we wciąż otwartych drzwiach i próbowali nie uronić ani słowa z toczącej się wymiany zdań. Razem z nimi słuchał proboszcz Herberto.
— Niech Bóg będzie mi świadkiem, że nie spodziewałem się usłyszeć takich słów w Vila Famalio. — Abílio zwiesił głowę w głębokim rozczarowaniu. — Jednak skoro nawet tutaj, nawet w Vila Famalio, padły te fałszywe oskarżenia, zaprezentuję wam świadectwo, które przekonywało najbardziej prymitywnych ludzi, mieszkających w najbardziej zacofanych zakątkach kraju. — Położył dłonie na ramionach czarnoskórych chłopców. — Zaczynajcie.
Z ust Izaaka i Samuela wydostały się pierwsze tony psalmu. „Deus Deus meus ad te de luce vigilo, sitivit in te anima mea, quam multipliciter tibi caro mea...”. Dźwięczne głosy z uczuciem wznosiły się i opadały, wyznając tęsknotę do Jahwe. Ci, spośród świadków tej sceny, którzy przymknęli powieki, gotowi byli uwierzyć, że oto chór aniołów zstąpił z nieba do Vila Famalio. Nie było nikogo, kto wątpiłby w krystaliczną czystość dusz chłopców.
„Rex vero lætabitur in Deo, laudabuntur omnes qui iurant in eo: quia obstructum est os loquentium iniqua” – zabrzmiały ostatnie słowa hymnu, ale demonstracja jeszcze się nie zakończyła. Torcato wykonał ruch ręką niczym dyrygent. Chłopcy wyrecytowali Oratio Dominica oraz Credo, a następnie odśpiewali kolejny psalm. Ich oczy błyszczały natchnieniem, głosy były czyste i silne. Sprawiali wrażenie, jakby mogli śpiewać i deklamować przez wiele godzin, jednak Abílio, który z niepokojem zerkał na leżącą bez życia Marię Anitę, przerwał pokaz.
— Ekscelencjo, czy teraz pozwoli mi ekscelencja spełnić chrześcijańską powinność i uratować życie temu dziecku?
Oczy proboszcza Herberta i wszystkich przysłuchujących się modlitwom służących spoczęły na biskupie. Po długiej chwili Alvarez w milczeniu kiwnął głową.
Torcato nie tracił czasu. Przezroczystą rurką połączył ciała dawcy i biorcy. Maria Anita nawet nie drgnęła, kiedy ostra końcówka zagłębiła się w jej ciele. Od strony Samuela rurka zaczerwieniła się od krwi, po stronie dziecka pojawiła się jedynie nikła strużka. Abílio złapał za umieszczony pośrodku instrumentu tłok i miarowymi ruchami zaczął przeciągać go w górę i w dół. Krew chłopca powędrowała ku ramieniu niemowlaka. Ciszę przerwał niespodziewany hałas i spojrzenia zgromadzonych powędrowały ku wyjściu, gdzie w progu leżała zemdlona kucharka. Do jadalni zwabiły ją niebiańskie głosy Izaaka i Samuela. Razem z resztą służących ze zdumieniem patrzyła przez uchylone drzwi na dwóch czarnoskórych chłopców i leżące na biskupim stole niemowlę, ale nerwy puściły jej dopiero na widok przetaczanej krwi.
Po kilku minutach podróżnik przerwał pompowanie, ostrożnie wyjął rurkę z ciała Samuela i opatrzył niewielką ranę na jego ramieniu. Teraz przyszła kolej Izaaka. Tymczasem ciałko Marii Anity straciło niedawną bladość, oddech stał się głębszy, ale po jej policzkach wciąż spływały krople krwi.
—Interesujące — wymruczał Torcato.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-03-17 (1283 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej