Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Moje wielkie wampirze wesele
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Magia parzy'' - Ilona Andrews






Julie



Łażenie po podziemiach nigdy nie figurowało na liście rzeczy, które lubię robić dla przyjemności. Przebywanie w ciemnościach kilka metrów pod poziomem ulicy sprawiało, że czas jakoś się wydłużał.
Na przykład teraz wydawało mi się, że idę już chyba z godzinę. Na głowę sypał mi się pył z kruszącego się stropu, ściany obcierały mi ramiona, a znajomy snajper pewnie czekał po drugiej stronie tunelu, ustawiony ku jego wylotowi, z olbrzymią paszczą pełną ropuszych wymiocin. Tylko raz w życiu wpadłam prosto na taką gigantyczną ropuchę, a do tej pory dręczyły mnie nocne koszmary.
Tunel zaczął skręcać. Przecisnęłam się przez zakręt i zobaczyłam światło. Nareszcie! Przystanęłam i zaczęłam nasłuchiwać. Nie doszedł mnie żaden metaliczny dźwięk, który mógłby oznaczać odbezpieczenie kuszy. Nie usłyszałam nic. Kompletna cisza.
Zbliżyłam się do światła i zamarłam. Przede mną rozpościerała się ogromna czeluść. Była szeroka co najmniej na kilometr i miała około ćwierć kilometra głębokości. Innymi słowy, zaledwie kilka metrów od moich stóp znajdował się skraj przepaści, która ciągnęła się na odległość jakichś dwóch kilometrów, a następnie skręcała w lewo. Trudno było nawet przypuszczać, co znajduje się za zakrętem i gdzie naprawdę kończy się ta monstrualna czeluść. Na całej jej długości dno przykrywały stosy metalowych gratów, piętrzące się wysoko po stromych ścianach. Tu i tam z grubej warstwy śmieci wystawały kolce.
Ostre i lśniące, zakrzywiały się pionowo w górę niczym pazury jakiegoś ogromnego, pogrzebanego pod śmieciami niedźwiedzia. Długość tych pazurów trzykrotnie przekraczała mój wzrost. Ponad tą miniaturową kopią Wielkiego Kanionu latały dwa duże, podobne do bocianów ptaki, które zataczały kręgi, jakby unosiły się na niewidocznych prądach powietrznych.
Gdzie ja, do cholery, byłam?
Poniżej, na samym dnie rumowiska, stała wielka metalowa konstrukcja. Z miejsca, w którym się znajdowałam, wyglądała, jakby jakiś olbrzym ścisnął zębami metalowy hangar, by sprawdzić, czy ze środka nie wyjdzie bokami krem. Pomyślałam, że gdybym potrzebowała teraz kryjówki, ten hangar nadałby się znakomicie.
Jeden z ptaków obniżył lot i poszybował w moim kierunku. Z pomarańczowych skrzydeł wyleciała nagle jasna iskra, po czym uderzyła w ziemię i wbiła się w nią z ciężkim, metalicznym brzękiem. Zeszłam po splocie kilku zardzewiałych rur do miejsca, w którym upadła. Znalazłam ją. To było pióro. Perfekcyjnie ukształtowane pióro o czerwonej stosinie i szmaragdowo zabarwionej, ostro zakończonej chorągiewce.
Gdy pstryknęłam w nie palcami, zadźwięczało metalicznie.
O cholera. Lity metal – ukształtowany jak nóż i ostry jak skalpel! Miałam przed sobą pióro stymfalijskiego ptaka.
Wyciągnęłam nóż z futerału przy pasie i podważyłam pióro, chcąc wydostać je z podłoża na tyle ostrożnie, by się nie skaleczyć. Coś podobnego, ptak wprost z greckich mitów! No ale przynajmniej nie była to harpia. Wetknęłam nóż w zapasową pętlę przy pasie, natomiast pióro wsunęłam do futerału noża i zaczęłam schodzić w dół zbocza.
Mitologiczne stworzenia, kiedy już się pojawiały, występowały zwykle w gromadach. Jeśli na przykład człowiek spotkał w lesie słowiańskiego Borutę, mógł być niemal pewny, że w najbliższym stawie mieszka utopiec. A skoro w powietrzu fruwały ptaki z greckich mitów, mogłam się spodziewać, że za chwilę z jakiegoś ciemnego zakamarka wyskoczy na mnie inne mitologiczne stworzenie. Przy czym, jeśli wziąć pod uwagę prześladującego mnie pecha, nie będzie to przystojny grecki heros poszukujący miłości na całe życie (albo chociaż kilka godzin), ale raczej coś paskudnego w rodzaju Cerbera czy najmłodszej z trzech Gorgon – Meduzy. Przyjrzałam się podejrzliwie hangarowi. Zgodnie z tym, co właśnie kołatało mi się po głowie, pewnie był wypełniony ludźmi mającymi węże zamiast włosów.

W połowie drogi na dół świat zalała kolejna fala magii. Powiew wiatru przyniósł cierpki, gorzki fetor. W pewnej odległości ode mnie coś głucho zadudniło, jak pałeczka dobosza uderzająca w bęben z otępiającą regularnością: Kto tam, kto tam, kto tam...
Pięć minut później, spocona jak mops i pokryta plamami rdzy, dotarłam do hangaru. Zza jego ścian dolatywały ciche, łagodne głosiki. Co prawda nie mogłam zrozumieć słów, ale byłam na sto procent pewna, że ktoś jest w środku.
Przyłożyłam ucho do ściany.
– Co z moją mamą? – rozedrgany głosik należał prawdopodobnie do młodej dziewczyny.
– Musieliśmy się rozdzielić – odpowiedział nieco głębszy, prawie męski głos. Cholera, chyba go już gdzieś słyszałam!
– Obiecałeś – powiedziała, tym razem z wyrzutem, dziewczyna.
– Magia sięga szczytu, rozumiesz? Musieliśmy się rozdzielić.
Po krótkiej chwili nasłuchiwania doszłam do wniosku, że głosy należą do naprawdę bardzo młodych osób. Najprawdopodobniej chłopca i dziewczynki rozmawiających o sytuacji na zewnątrz. Jedyne prowadzące do hangaru drzwi wisiały krzywo na powyginanych zawiasach. Z pewnością narobiłabym hałasu, próbując je ostrożnie otworzyć.
Kopnęłam w nie i zdecydowanie wkroczyłam do środka. Hangar był pusty, jeśli nie liczyć ogromnej ilości rupieci, które zalegały na ziemi w sporych stertach. Światło słońca wpadało do środka przez dziury w dachu, dzięki czemu mogłam się zorientować, że w pomieszczeniu nie ma podłogi, a pognieciona metalowa konstrukcja spoczywa na warstwie nagromadzonego i udeptanego pyłu. W samym środku tego brudu znajdował się doskonale regularny krąg z białych kamieni, które słabo migotały, jakby chciały się ukryć przed wzrokiem nieproszonego gościa.
Zaklęcie związane ze środowiskiem. Dobre, a nawet zbyt dobre jak na mój gust.
– Czy ktoś jest w domu?! – zawołałam w przestrzeń.
Zza stosu rupieci wyszło dziecko, wymachując trzymanym za ogon martwym szczurem. Chłopiec był mały, chudy i brudny. Obszarpane ubranie, które wyglądało jakby łatano je wielokrotnie w tych samych miejscach, wisiało na nim jak worek po kartoflach. Brązowe włosy sterczały śmiesznie w różnych kierunkach, przywodząc na myśl igły na wystraszonym jeżu.
Podniósł prawą rękę, by namacać palcami sznur, na którym dyndało mnóstwo kości, piór i paciorków.
Miał wąskie ramiona i patykowate ręce, a mimo to, kiedy tak się na mnie gapił, wyraźnie dostrzegałam w jego oczach wyzwanie. Dopiero wtedy, niemal natychmiast, przypomniałam sobie, skąd znam to spojrzenie.
– Czerwony – powiedziałam do chłopca. – To fantastycznie, że cię tu spotykam.
W oczach dziecka pojawił się błysk. Rozpoznał mnie i opuścił rękę.
– W porzo! – zawołał. – Znam ją.
Ponad śmieciami pojawiła się brudna głowa. Niezwykle chuda dziewczynka zaczęła się wdrapywać na szczyt usypiska. Miała może dwanaście, trzynaście lat i spojrzenie, które zupełnie nie pasowało do drobnego ciała, ale za to wiele mówiło o jej niedożywieniu. Pociągłą twarz okalały splątane, brudne włosy, sprawiając, że cienie wokół oczu wydawały się jeszcze głębsze. Wyglądała, jakby już dawno skaził ją sceptycyzm dorosłych, ale jednocześnie nie zdążyła nim jeszcze zupełnie przesiąknąć. Życie mocno ją doświadczyło, więc najpierw kąsała każdą wyciągniętą w jej stronę rękę, a dopiero potem patrzyła, czy ta ręka nie podawała jedzenia. Widziałam wyraźnie, jak dziewczynka zaciska dłoń na rękojeści noża, a jej oczy mówiły, że jest skłonna go użyć, jeśli tylko zostanie do tego zmuszona.
– Kim jesteś? – spytała, patrząc na mnie.
– Najemnikiem – odpowiedział za mnie Czerwony.
Sięgnął pod koszulkę i wyciągnął plik papierów przewiązanych sznurkiem. Przez chwilę brudnymi palcami szukał czegoś, a potem położył mi na dłoni nieduży prostokąt. Spojrzałam – moja wizytówka z brązowym odciskiem kciuka. Odcisk był mój, krew, którym został zrobiony, należała do Dereka, ślicznego wilkołaka.
Ta wizytówka miała swoją historię. Kiedyś razem z Derekiem próbowaliśmy się dostać do domu po ciężkiej walce, która nie zakończyła się dla nas zbyt pomyślnie. Derek odniósł bardzo poważne rany nóg i potrzebował czasu, by wirus Lyc-V, który posiadali w organizmach zmiennokształtni, zasklepił je i wyleczył.
Kiedy spotkaliśmy Czerwonego, próbowałam właśnie wtaszczyć krwawiącego, nieprzytomnego towarzysza na konia – oczywiście z marnym skutkiem.
Czerwony i jego niewielka banda „dzieci szamana” pomogli mi. Dałam mu wtedy wizytówkę i przyrzekłam pomóc, kiedy będzie w potrzebie.
– Powiedziałaś, że mi pomożesz – przypomniał. – Jesteś mi to winna.
Wiedziałam, że to nie najlepszy moment na spełnianie takich obietnic, ale tak to już bywa. Bardzo rzadko mamy szansę wybrać odpowiedni moment na spłacanie długu. A skoro tak, mogłam tylko powiedzieć:
– To prawda.
– Ochraniaj Julie – polecił mi, a potem zwrócił się do dziewczyny: – Bądź jej cieniem. Wszystko będzie dobrze.




Nie chcę pracować z Curranem



Podczas wybuchów zdarzały się naprawdę niesamowite rzeczy. Choć magia utrzymywała się przez ostatnie dwa, trzy dni, to były one po prostu zabójcze. Przez chwilę żałowałam, że nie jestem zwykłym najemnikiem. Mogłabym wtedy pójść do domu i zaczekać, aż to całe szaleństwo się skończy.
Kiedy tak rozmyślałam, w drzwiach biura stanęła kobieta – szczupła, elegancka i wiotka w ten charakterystyczny dla wysokich ludzi sposób. Nie była zwyczajnie atrakcyjna, była po prostu cudowna. Miała piękne, skośne oczy, idealną cerę, pełne usta i proste kruczoczarne włosy, które spływały lśniącymi kaskadami na ramiona. Nosiła czarną, obcisłą sukienkę, a na widok jej butów po prostu opadła mi szczęka.
Jakby tego wszystkiego było mało, dałabym głowę, że znam tę piękność, tyle że za żadne skarby świata nie mogłam sobie przypomnieć skąd.
– Kate Daniels? – spytała kobieta.
– Tak?
– Myong Williams – przedstawiła się, wyciągając dłoń.
Potrząsnęłam nią niezgrabnie i wskazałam kobiecie krzesło.
– Proszę usiąść.
Usiadła po drugiej stronie biurka, szeleszcząc sukienką. Natychmiast założyła nogę na nogę.
– W czym mogę pomóc?
Zawahała się, nieświadomie poruszając nogami, by lepiej je wyeksponować.
– Przyszłam prosić panią o przysługę – powiedziała w końcu.
– Jakiej natury?
– Osobistej.
Wypowiedziawszy to słowo, zamilkła. Przez chwilę panowała kłopotliwa cisza. Wtedy w mojej głowie otworzyła się jakaś szufladka i nareszcie przypomniałam sobie, skąd ją znam.
– Pamiętam, gdzie cię widziałam – zaczęłam. – Z Curranem. Jesteś dla niego... – cholera, no właśnie, kim? Kochanką, panią serca, króliczkiem? – ...ważną osobą. – Dobry Boże, jaki interes może mieć do mnie konkubina Władcy Bestii?
– Już nie jesteśmy razem – przerwała mój potok myśli Myong.
Nie była już z Curranem. To dobrze. Świetnie. Co ja mówię, fantastycznie! Im większy dystans dzielił mnie od Władcy Bestii, tym lepiej. Pracowaliśmy razem przy sprawie Maniaka z Czerwonego Punktu i o mało się nie pozabijaliśmy.
Myong poprawiła się na krześle. Obciągnęła sukienkę i przymrużyła perfekcyjnie pomalowane oczy.
– Ty i Max... – zaczęła.
Kiedy wymówiła to imię, odczułam lekki niepokój, choć sądziłam, że tamta sprawa należy już
do przeszłości. Spotkaliśmy się z Maxem podczas dochodzenia w sprawie śmierci Grega. Max był przystojny, inteligentny, czasami nawet uprzejmy i bardzo mną zainteresowany. Natomiast ja chciałam... No właśnie, sama, do cholery, nie jestem pewna, czego chciałam. Bliskości? Seksu? Żeby ktoś czekał na mnie w domu? Nasz związek nie skończył się zbyt dobrze. Raczej bardzo źle. Cóż, prawdopodobnie Max mnie znienawidził.
– Max i ja również nie jesteśmy już razem – uspokoiłam ją.
Myong przytaknęła.
– Wiem o tym. Zaręczyliśmy się.
– Kto? – nie zrozumiałam w pierwszej chwili.
– Ja i Max Grzebyk – wyjaśniła spokojnie. – Jesteśmy zaręczeni i mamy zamiar się pobrać.
Świat przez chwilę wirował i w końcu stanął na głowie.
– Pozwól, że sobie to poukładam – poprosiłam. – A więc ty i mój... – określenie „były facet” nie wydawało się właściwe, bo formalnie rzecz ujmując, nigdy nie byliśmy parą. „Ty i facet, który mógł zostać moim chłopakiem” brzmiało co najmniej głupio. – Ty i Max jesteście razem?
– Tak.
„Niezręcznie” byłoby chyba zbyt łagodnym słowem na określenie tego, jak się właśnie poczułam. Nie, nie chodziło o zazdrość – po prostu rozmowa z Myong wprawiała mnie w zakłopotanie, choć sama nie wiedziałam dlaczego. Przywołałam na twarz wymuszony uśmiech i odchylając się na krześle, powiedziałam:
– W takim razie gratuluję. Ale czego chcesz ode mnie? To znaczy – poprawiłam się – co ja mam z tym wspólnego?
Myong wyglądała na skrępowaną.
– Zgodnie z tradycją i prawem muszę uzyskać pozwolenie Currana.
– Chodzi ci o to, że Curran musi wyrazić zgodę na twoje małżeństwo z Grzebykiem? – spytałam nieco zdziwiona. – Mimo że nie jesteście już razem?
– Tak – przyznała dziewczyna. – Należę do Gromady, a takie jest jej prawo.
No tak, ostatnie zdanie wyjaśniało wszystko.
Curran rządził Gromadą żelazną ręką. Każdy zmiennokształtny na Południowym Wschodzie nazywał go Władcą. Chyba że był loupem – wówczas raczej nie miał szansy zwrócić się do niego w jakikolwiek sposób. Wątpię, by w jego obecności zdążył się odezwać, bo Władca Bestii natychmiast rozerwałby go na strzępy. Przyjrzałam się uważnie kobiecie.
– Lis? – spytałam, mając na myśli zwierzę, w które się zmienia.
Myong westchnęła smutnie.
– Wszyscy tak uważają. No cóż, zmieniam się tylko w norkę.
Spróbowałam wyobrazić sobie „norkołaka”, ale nie dałam rady. Najwidoczniej Grzebyk potrafił.
– Nadal nie powiedziałaś mi, dlaczego tu przyszłaś – wróciłam do meritum sprawy.
– Prosiłam już Currana... – wyznała cicho Myong.
– I odmówił?
– Nie. On po prostu nic nie powiedział. Jego milczenie trwa już dwa miesiące. – Pochyliła się i złożyła ręce. – Mój alfa odmówił, gdy go poprosiłam, by spytał za mnie Currana. Miałam nadzieję, że ty mi nie odmówisz i wstawisz się za mną u mojego Pana.
– JA?! – Musiałam wyglądać głupio z całkowitym zaskoczeniem malującym się na twarzy.
– Wiem, że masz na niego pewien wpływ – ciągnęła Myong z przekonaniem. – Uratowałaś mu przecież życie.
A zatem moja piękność chciała, żebym poprosiła jej byłego kochanka – niebezpiecznego zmiennokształtnego, który wzbudzał we mnie cholerne przerażenie – o zgodę na ślub z „facetem, który mógł zostać moim chłopakiem”? Wolne żarty!
– Sądzę, że przeceniasz moje możliwości.
– Proszę.
Myong przygryzła wargę. Palcami lewej ręki chwyciła prawą dłoń i zaczęła ją lekko wykręcać. Dostrzegłam niewielkie, postrzępione szramy na nadgarstku.
Jest leworęczna, przemknęło mi przez myśl. Podcinała sobie żyły, prawdopodobnie srebrnym ostrzem – dramatyczne, ale zupełnie bezsensowne posunięcie.
Rana musiałaby mieć ponad sześć, siedem centymetrów głębokości, żeby zmiennokształtny się wykrwawił.
Dziewczyna patrzyła na mnie, najwyraźniej nieświadoma tego, co zrobiła ze swoimi dłońmi.
– Max mówił, że zrozumiesz – wyszeptała w końcu.
Do diabła! Twierdził, że zrozumiem, ale sam nie przyszedł!
Spojrzałam na Myong. Wyglądała, jakby za chwilę miała stracić równowagę; jakby grunt uciekł jej spod nóg, choć jeszcze nie upadła. Dokładnie taki sam wyraz twarzy widziałam u niej już wcześniej, trzy miesiące temu. Zdarzyło się to dokładnie po tym, jak Maniak z Czerwonego Punktu zadzwonił do Twierdzy Gromady. Curran i ja w końcu odkryliśmy jego tożsamość, a on nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Trzymał słuchawkę przy ustach uprowadzonej kobiety, więc Curran słyszał dokładnie każdy jęk, krzyk, łkanie... Stał się niemym świadkiem niewyobrażalnego cierpienia dziewczyny, której ciało było rozrywane na części aż do momentu, gdy umarła z bólu. Ta kobieta była jedną z kochanek Currana. Uczestniczyłam w tym zdarzeniu, słyszałam wszystko równie dobrze jak Curran. Kiedy umarła, chciałam szybko wrócić do swojego pokoju, żeby nie rozpłakać się przy wszystkich. Właśnie wtedy zobaczyłam Myong. Stała w otwartych drzwiach, obejmowała się ramionami, a na twarzy miała ten sam wyraz kompletnej bezradności, który ujrzałam przed chwilą.
Razem ze wspomnieniami powróciły uczucia: że jestem zbyt głupia, by zobaczyć to, co mam pod nosem, że jestem przestraszona, prześladowana i samotna, że ukrywam się w oblężonym mieście, popełniając jeden błąd za drugim, podczas gdy wokół giną ludzie. To wspomnienie ścisnęło mnie za gardło. Mój puls przyśpieszył. Przypomniałam sobie, że to ja byłam powodem tych wszystkich okrutnych zbrodni. I kiedy spadałam jak kamień na nie pociągnęłam go ze sobą. Zasłużył na to, by być szczęśliwym. Beze mnie.
– Zapytam go – powiedziałam zdecydowanym tonem.
Myong przez chwilę zachowywała się tak, jakby nie zrozumiała tych dwóch krótkich słów, a potem wyszeptała:
– Dziękuję.
– Nie wiem, czy przekonam Currana – zastrzegłam, nie chcąc robić dziewczynie nadziei. – Twój Pan i ja mamy dziwną skłonność do działania sobie na nerwy. – I za każdym razem, kiedy się spotykamy, dodałam w myślach, coś się wali, psuje lub łamie. Na przykład mój dach, mój młot, moje żebra...
Na szczęście Myong nie była telepatką i nie usłyszała ostatniej części zdania, więc zawołała tylko głosem pełnym radości:
– Wiem, że ci się uda! Tak bardzo ci dziękuję! Jesteśmy ci tak wdzięczni!
– Ktoś nadchodzi – rozległ się w moim umyśle głos Maxine.
W drzwiach stanęła dobrze mi znana, koścista postać. Mężczyzna miał około metra siedemdziesiąt pięć wzrostu, nosił wytarte dżinsy i jasną koszulkę.
Na inne cechy charakterystyczne składały się: bardzo krótko przycięte brązowe włosy, pozbawiona zarostu twarz o gładkiej cerze oraz aksamitnie brązowe oczy obramowane zadziwiająco długimi rzęsami. Gdyby nie szczęka, która, robiąc się coraz bardziej kwadratowa, zapowiadała męską twarz, można by z powodzeniem nazwać tego chłopaka „ślicznotką”.
Z drugiej strony (co należało zaliczyć na plus), gdyby przyszło mu przedzierać się przez pokój pełen walczących o niego nastolatek, kilka jego przelotnych spojrzeń wystarczyłoby, żeby wszystkie bez wyjątku padły zemdlone.
Urocza powierzchowność i uwodzicielskie spojrzenie mogły się jednak w tym przypadku okazać cholernie mylące. Derek był zabójcą. Przez osiemnaście lat na tym padole naoglądał się więcej cierpienia i okrucieństw niż niektórzy ludzie przez całe życie, co uczyniło go nieufnym, powściągliwym i zawziętym.
Nie widziałam go od wydarzeń w Czerwonym Punkcie, kiedy to, z powodu mojej niewyparzonej gęby, musiał złożyć przysięgę krwi, która nakazywała mu ochraniać mnie nawet za cenę własnego życia. Po tamtych dramatycznych dniach Curran zwolnił go z przysięgi, ale zobowiązanie przypieczętowane czyjąś krwią nigdy tak po prostu nie znikało, jego moc była w zasadzie wieczna. Podczas tamtego incydentu pierwszy i ostatni raz ośmieliłam się zakpić z hierarchii obowiązującej w Gromadzie.
– Cześć, Kate – pozdrowił mnie chłopak, a potem odwrócił się do mojej rozmówczyni. – Myong? Co ty tutaj robisz?
Na dźwięk jego głosu Myong najpierw podskoczyła, a potem skuliła się na krześle. Zgarbiła ramiona, jakby spodziewała się ciosu, opuściła głowę i podciągnęła kolana. Gapiła się w podłogę, jakby nie śmiała podnieść wzroku. Byłam prawie pewna, że w swojej zwierzęcej formie zsikałaby się teraz ze strachu.
Aha, powiedziałam do siebie, chyba już wiem, która z tych dwóch osób stoi wyżej w hierarchii.
– Nie musisz mu odpowiadać – powiedziałam szybko. – Informacje przekazywane reprezentantowi Zakonu są poufne, chyba że wezwie cię Sąd i nakaże ci ich ujawnienie.
Myong nadal się nie poruszała, wpatrzona w podłogę. Miałam tego dość.
– Możesz odejść – poleciłam jej.
Po tych słowach po prostu wyleciała z biura. Sekundę później usłyszałam, jak zatrzaskują się za nią drzwi prowadzące na główny korytarz. Poszłabym o zakład, że zbiega już po schodach do wyjścia i miałam tylko nadzieję, że nie połamie sobie nóg w tych swoich zabójczych szpilkach. Jej kości potrzebowałyby całych dwóch tygodni, by się zrosnąć i całkowicie zregenerować.
– Mogę wejść? – spytał Derek.
Wskazałam jedno z krzeseł.
– Dlaczego Myong tak się ciebie wystraszyła?
Wzruszył ramionami, siadając.
– Mogę tylko zgadywać.
– Więc zrób to, proszę.
– Teraz pracuję dla Currana. Prawdopodobnie boi się, że ją zakapuję, ponieważ domyślam się, dlaczego tu przyszła.
– A zrobisz to?
Znowu wzruszył ramionami.
– Dopóki nie planuje niczego, co mogłoby działać na szkodę Gromady, to nie mój interes. Swoją drogą, przyjście tutaj nie było jej pomysłem. Należy do osób, którymi trzeba kierować, sama nic nie zrobi.
– O?
Przytaknął skinieniem głowy, a potem dodał:
– To ten dupek kazał jej tu przyjść. Zawsze mówiłem, że jest pozbawioną moralności kanalią.
– Twoja opinia zostanie wzięta pod uwagę – powiedziałam z przekąsem. Dzięki ci, śliczny chłopcze, za takie podsumowanie „faceta, który mógł zostać moim chłopakiem”. Co ja bym zrobiła bez takiego znawcy moralności, jak mój nastoletni wilkołak?
– Dlaczego nie przyszedł osobiście? – kontynuował Derek. – Dlaczego się tu nie pojawił i nie powiedział otwarcie: „Hej, wiem, że się między nami nie ułożyło, ale potrzebuję twojej pomocy”? Ale nie, ucierpiałoby na tym jego ego. Woli wysłać obecną narzeczoną, by błagała byłą dziewczynę, by ta z kolei pomogła mu załatwić pozwolenie na jego własny ślub. Jak trzeba być słabym, żeby się posunąć do czegoś takiego?
Bardzo słabym, pomyślałam, ale głośno powiedziałam:
– Ani słowa więcej.
Derek wyprostował się na krześle. Jego oczy na moment przybrały żółty odcień. To nie było normalne.
Wyciągnęłam Zabójcę z futerału i przesunęłam palcami wzdłuż ostrza. Czułam, jak nieprzezroczysty, niemal biały metal szczypie mnie słabymi magicznymi iskierkami. Kolejny wpływ magii – zmiennokształtni mieli problemy z kontrolowaniem emocji podczas wybuchów. Świetnie, po prostu świetnie. Może dotyczy to też Currana i w słodkim zapomnieniu bez najmniejszego sprzeciwu zgodzi się na ślub Myong?
Aha! Marzenia!
– Dobrze wyglądasz – powiedziałam.
– Dzięki – rzucił Derek.
– Do tej pory nigdy mnie nie odwiedzałeś. Masz jakiś problem?
– Nie – zaprzeczył zdecydowanie, a potem ściszonym głosem spytał: – Czy w tym pokoju można bezpiecznie rozmawiać?
– Jesteś w Oddziale Zakonu. Znasz bezpieczniejsze miejsce?
Derek podszedł do drzwi i ostrożnie je zamknął.
– Przyszedłem tu, żeby złożyć petycję od Gromady.
Nie chcę pracować z Curranem, nie chcę pracować z Curranem, nie chcę pracować z Curranem, tłukło mi się po głowie.
– Przepraszam, ale nie wiem, czy dobrze usłyszałam. Czyżby Gromada potrzebowała mojej pomocy?
– Tak – potwierdził Derek, a w jego oczach zabłysło rozbawienie. – Ktoś nas zerżnął, a nawet nie dostaliśmy buzi.
– O, to bardzo nieładnie z jego strony. A kim jest ten nietaktowny ktoś?
– Nie jesteśmy pewni. Ale masz na biurku jego bełt.
Co?! Aż się pochyliłam w stronę chłopaka.
– Mów dalej.
– Powiedzmy, że dziś rano jeden z naszych zespołów został zaskoczony przez człowieka, który używał tych specyficznych bełtów. Ten człowiek skradł również własność Gromady, a my chcemy ją odzyskać.
– Rozumiem. Ale dlaczego zwracacie się z tym do mnie? – Według moich ostatnich danych Gromada wolała sama rozwiązywać swoje problemy. Do diabła, na zewnątrz mało kto wiedział, że w ogóle miała jakiekolwiek problemy!
– Ponieważ dysponujesz kontaktami i dojściami, którymi my nie dysponujemy. – Derek pozwolił sobie na lekki uśmiech. – A także dlatego, że gdybyśmy sami zaczęli wywracać miasto na drugą stronę, szukając tej osoby, pewni ludzie zaczęliby się zastanawiać, dlaczego to robimy, a wtedy dość delikatna i wstydliwa sprawa kradzieży wyszłaby na jaw. Nie chcemy prać brudów publicznie. Zakon zawsze pomagał nam bez zbytniego rozgłosu.
Świetnie. A więc przegrałam tę bitwę. Greg był jedynym reprezentantem Zakonu, który zasłużył sobie na zaufanie Gromady. Teraz, kiedy mój opiekun nie żył, a ja zyskałam miano przyjaciela Gromady, to zaufanie oczywiście przeszło na mnie. Wiedziałam też, że Zakon chce mieć oko na Gromadę. Coś mi podpowiadało, że rycerze mogliby potraktować prośbę Dereka jako świetny pretekst, by się przyjrzeć zmiennokształtnym.
– Co zabrał kusznik? – spytałam.
Derek zawahał się.
– Posłuchaj – zaczęłam zdecydowanym tonem. – Nie będę nikogo szukać ani na niego polować, dopóki nie dowiem się, co mam odzyskać. A więc co ukradł?
– Ten człowiek zaskoczył zespół obserwacyjno-kontrolny i zabrał mapy.
Zagwizdałabym z wrażenia, gdyby nie fakt, że mój ojciec Rosjanin pewnie wstałby z grobu i spuścił mi łomot za gwizdanie w miejscu publicznym.
Mapy Gromady – legendarna jakość, nienaganna aktualność. Były na nich wyraźnie oznaczone nie tylko nowe okolice i strefy wpływów, ale też każda najwęższa ścieżka i każde interesujące miejsce. Poszłabym o zakład, że tysiące facetów oddałoby lewe jajo za szansę zrobienia fotokopii tego cholernego majstersztyku.
– Ten złodziej musi mieć jaja ze stali... – mruknęłam do siebie.
– Wyglądał na faceta.
– Coś więcej?
– Bardzo szybki.
– To wszystko? Tylko tyle masz mi do powiedzenia?
– Bardzo dobry strzelec.
Westchnęłam.
– A do kogo strzelał?
– Do Jima.
O cholera.
– Wszystko z nim w porządku?
– Strzelił do niego cztery razy w czasie krótszym niż dwie sekundy. Oczywiście Jim nie jest szczęśliwy z tego powodu. Ma swoje czułe punkty. Ale generalnie wszystko z nim w porządku.
Mój mózg zaczął intensywnie pracować, aż w końcu udało mi się poskładać rozsypane części układanki.
– Po tym, jak kusznik zastrzelił nasz cel, Jim miał telefon od zespołu obserwacyjno-kontrolnego. Kusznik śledził Jima, wyprzedził go, obezwładnił członków zespołu i ukradł mapy.
Na twarzy Dereka pojawił się uśmiech, jaki miewają ludzie po ugryzieniu cytryny.
Cholerny sztukmistrz, dobrze kombinował z tym śledzeniem mojego byłego partnera.
– Tak z ciekawości – spytałam jeszcze – ile osób liczył wasz zespół?
– Cztery.
Czyli pięć z Jimem.
– I pozwoliliście mu odejść z tymi mapami? – Jakoś nie mogłam w to uwierzyć.
– On po prostu zniknął.
– Rozumiem, że zmysł węchu nie należy do tych, których najczęściej używacie – zauważyłam złośliwie.
– Nie, Kate, nie rozumiesz. On naprawdę zniknął.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-03-19 (1268 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej