Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pół wojny
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Odd i Lodowi Olbrzymi'' - Neil Gaiman



Rozdział 1

Odd



W dawnych czasach żył sobie chłopiec imieniem Odd i choć w obecnej angielszczyźnie słowo to znaczy „dziwny”, w jego imieniu nie było nic dziwnego, nie w tamtych latach i miejscu. „Odd” oznaczało „czubek ostrza” i uważano je za szczęśliwe imię. Sam Odd faktycznie był nieco dziwny. A przynajmniej tak uważali inni wieśniacy. Z całą pewnością natomiast nikt nie mógł go nazwać szczęściarzem.
Jego ojciec zginął podczas morskiej wyprawy dwa lata wcześniej, gdy Odd miał dziesięć lat. Zdarzało się, że ludzie ginęli na wyprawach, lecz ojca Odda nie zabił Szkot, nie zginął w chwale podczas bitwy, jak przystało wikingowi. Zeskoczył z pokładu, by uratować jednego z krępych kucyków, które zabierali ze sobą na wyprawy jako zwierzęta juczne. Wikingowie obładowywali kuce złotem i cennymi zdobyczami, jedzeniem i bronią – wszystkim, co znaleźli – i prowadzili z powrotem na łódź. Uważano je za najcenniejszą i najbardziej użyteczną część wyposażenia. Po tym, jak Olaf Wysoki zginął z rąk Szkota, ojciec Odda musiał zająć się kucami. Nie miał w tym zbytniego doświadczenia, bo z zawodu był drwalem i cieślą, ale starał się jak mógł. W drodze powrotnej, podczas szkwału na Orkadach, jeden z kuców zerwał pęta i wyleciał za burtę. Ojciec Odda skoczył w ślad za nim w fale szarego morza, podholował kucyka z powrotem do statku i, z pomocą innych wikingów, dźwignął na pokład. Sam zmarł następnego ranka. Zabiły go zimno, wilgoć i woda w płucach.
Kiedy statek wrócił do Norwegii, załoga powiadomiła matkę Odda, a ta samego chłopca. Odd jedynie wzruszył ramionami. Nie płakał. Nie odezwał się słowem.
Nikt nie wiedział, co naprawdę czuje. Nikt nie wiedział, co myśli. A w wiosce na brzegu fiordu, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, to niezmiernie irytowało ludzi. W tamtych czasach nie istnieli pełnoetatowi wikingowie – każdy z nich miał jeszcze jakąś pracę. Wyprawy morskie urządzano dla zabawy bądź zdobycia rzeczy niedostępnych w wiosce. Niektórzy mężczyźni w taki sposób znajdowali nawet żony. Matka Odda, która włosy i oczy miała równie ciemne jak jej mąż jasne, przypłynęła do fiordu ze Szkocji. Często śpiewała Oddowi ballady, których nauczyła się w dzieciństwie, jeszcze zanim ojciec Odda odebrał jej nóż, zarzucił ją sobie na ramię i porwał na statek.
Odd zastanawiał się, czy matka tęskni za Szkocją. Kiedy jednak spytał, odparła, że nie, niespecjalnie – jedynie za ludźmi znającymi jej język. Teraz nauczyła się już mowy ludów nordyckich, ale nie straciła obcego akcentu.
Ojciec Odda był mistrzem topora. Miał jednoizbową chatę, zbudowaną z pni w głębi lasu za fiordem, i często wybierał się tam, by po tygodniu wrócić z wózkiem pełnym kłód i kloców, gotowych do suszenia i obróbki. W tamtej krainie bowiem ludzie wszystko co mogli robili właśnie z drewna: drewnianymi ćwiekami zbijali drewniane belki, budując drewniane siedziby i drewniane łodzie. Zimą, kiedy głębokie zaspy uniemożliwiały podróżowanie, ojciec Odda siadał przy palenisku i rzeźbił, zamieniając kawałki drewna w twarze, zabawki, kubki i misy. Tymczasem matka Odda szyła, gotowała i zawsze śpiewała.
Miała piękny głos.
Odd nie rozumiał słów jej pieśni, ale potem tłumaczyła mu je i w jego głowie wirowały obrazy szlachetnych panów dosiadających pysznych rumaków, ze wspaniałymi sokołami i dzielnymi ogarami zawsze drepczącymi u boku, pakujących się w najróżniejsze tarapaty, walczących z olbrzymami, ratujących piękne panny i pomagających biedakom, uciśnionym przez tyranów.
Po śmierci ojca Odda matka śpiewała coraz rzadziej.
Odd jednak nadal się uśmiechał, co doprowadzało wieśniaków do szału. Uśmiechał się nawet po wypadku, który trwale okaleczył mu prawą nogę.
Stało się to trzy tygodnie po powrocie okrętu z ciałem ojca. Odd wziął należący do niego topór, tak wielki, że ledwie był w stanie go dźwignąć, i pomaszerował do lasu, pewien, że wie już wszystko co trzeba o ścinaniu drzew, i zdecydowany wykorzystać ową wiedzę w praktyce.
Później przyznał matce, że być może powinien był użyć do swych ćwiczeń mniejszego topora. I mniejszego drzewa.
Mimo to jednak dokonał rzeczy zdumiewającej.
Kiedy już drzewo runęło mu na stopę, za pomocą topora rozkopał pod nią ziemię, wyciągnął, odciął gałąź, która posłużyła mu za laskę, bo pień zgruchotał kości w prawej nodze. Jakimś cudem zdołał dowlec się do domu, ciągnąc za sobą ciężki topór ojca, metal bowiem był rzadki i cenny na tamtejszych wzgórzach; wszystkie topory kupowano drogo bądź kradziono i Odd nie mógł sobie pozwolić, by zostawić go w lesie.
Minęły zatem dwa lata i matka Odda poślubiła Grubego Elfreda. Elfred bywał nawet miły, kiedy tylko nie pił, miał już czterech własnych synów i trzy córki z poprzedniego małżeństwa (jego pierwsza żona zginęła rażona piorunem) i brakowało mu cierpliwości do okaleczonego pasierba, toteż Odd coraz więcej czasu spędzał w wielkiej puszczy.
Uwielbiał wiosnę, kiedy w dolinach budziły się wodospady, a w lesie rozkwitały tysiące kwiatów. Lubił lato, gdy dojrzewały pierwsze jagody, i jesień, przynoszącą orzechy i małe jabłka. Nie przepadał natomiast za zimą, bo wówczas wieśniacy najwięcej czasu spędzali w wielkiej wspólnej sali, jedząc gotowane jarzyny i solone mięso. Zimą mężczyźni bili się i pierdzieli, śpiewali, spali, budzili się i znów bili, a kobiety kręciły głowami, szyły, robiły na drutach i cerowały.
W marcu ustępowały najgorsze mrozy, śnieg zaczynał topnieć, lód na rzekach pękał i świat budził się do życia.
Ale nie w tym roku.
Zima trwała i trwała, jak ciężko chory uparcie trzymający się życia.
Mijały szare dni, a lód nie miękł, świat zaś pozostawał wrogi i zimny.
W wiosce ludzie robili się coraz bardziej drażliwi. Od czterech miesięcy gapili się na siebie w wielkiej sali. Zazwyczaj o tej porze roku mężczyźni reperowali już łodzie na wiosnę, szykując się do wypraw, a kobiety pracowały w ogrodach, przygotowując je do sadzenia. Stopniowo zabawy zaczęły robić się nieprzyjemne, dowcipy – złośliwe, a bójki – bolesne.
I właśnie dlatego pewnego ranka pod koniec marca – kilka godzin przed wschodem słońca, gdy na dworze panował siarczysty mróz, ziemia wciąż była twarda jak stal, a Gruby Elfred, jego dzieci i matka Odda smacznie spali – Odd włożył najgrubsze, najcieplejsze ubranie, ukradł kawał wędzonego łososia, wiszącego na belce chaty Elfreda, i niewielki garniec z garścią żarzących się węgli z ogniska, zabrał drugi najlepszy topór ojca, który przywiązał rzemieniem do pasa, i pokuśtykał do lasu.
Śnieg był głęboki i zdradliwy, pokryty grubą, lśniącą, lodową skorupą i nawet człowiek o dwóch zdrowych nogach poruszałby się w nim z trudem. Dla chłopaka o jednej nodze zdrowej, a drugiej bardzo chorej, wspartego na drewnianej kuli, każde wzgórze zamieniało się w górski szczyt.
Odd przeprawił się przez zamarznięte jezioro, które powinno było rozmarznąć kilka tygodni wcześniej, i zapuścił się głęboko w las. Dni nadal wydawały się niemal tak krótkie jak w środku zimy i choć niedawno minęło południe, to, nim dotarł do starej chaty ojca, zrobiło się ciemno.
Wysoka zaspa blokowała drzwi. Odd musiał je odkopać drewnianą łopatą, dopiero potem wszedł do środka. Dołożył do garnca hubkę i garść drzazg i dmuchał, dopóki się nie rozpaliły. Potem uznał, że może bezpiecznie przenieść ogień do paleniska, na którym czekały stare, suche drwa.
Na podłodze znalazł kawałek drewna, nieco większy od pięści. Już miał wrzucić go w ogień, lecz jego palce wyczuły ślady rzeźbienia, toteż odłożył go na bok, postanowiwszy, że obejrzy znalezisko za dnia. Nabrał śniegu do niewielkiego kociołka, roztopił nad ogniem i posilił się wędzoną rybą, popijając gorącym naparem z jagód.
Czuł się świetnie. W kącie nadal leżały koce i słomiany siennik, a Odd wyobraził sobie, że w niewielkiej izbie wciąż unosi się zapach jego ojca. Nikt go tu nie bił, nie wyzywał od kalek i durniów, toteż dorzuciwszy do ognia tak, by wystarczyło do rana, położył się i zasnął.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-03-19 (1435 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej