Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Blask księżyca
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Alicja'' - Jacek Piekara

Ludzie często giną…


Alicję po tej trzydniowej przerwie zobaczyłem pewnego słonecznego popołudnia. Ku mojemu zdumieniu dozorca stał przy murze i szpachlą zdzierał obelżywy napis wyrysowany naprzeciwko figurki Matki Boskiej. Chwilę przyglądałem się, jak zawzięcie pracuje, przygryzając język i klnąc z cicha do siebie. Potem wyszedłem na chodnik. Zawsze byłem ciekaw, jak długo w rzeczywistości trwała scena, która rozegrała się przed moimi oczami. Analizując jej przebieg, można dojść do wniosku, iż nie mogła trwać dłużej niż kilka sekund. Ale ja pamiętam ją rozciągniętą w czasie do granic możliwości. Pamiętam każdy kadr, jakbym oglądał film w zwolnionym tempie. Najpierw biegnąca Alicja z torbą ze skaju przerzuconą przez ramię. Dobiegła do skraju jezdni i zatrzymała się na moment. Za nią ciężkim kłusem podążał mój sąsiad z góry, ubrany w wiśniowe spodnie od garnituru i różową nylonową koszulę, spod której wyłaniało się owłosione brzuszysko. Alicja zerknęła za róg, po czym przemknęła przez ulicę, a za nią ruszył ten potężny facet, zapatrzony tylko w jej plecy, niewidzący niczego poza własną wściekłością.
Kierowca terenowego nissana skręcił gwałtownie kierownicą, jednak nie zdołał już zjechać na chodnik. Do dziś pamiętam, jak na zbliżeniu, jego rozszerzone przerażeniem oczy i dłonie ze zbielałymi knykciami zaciśnięte na kierownicy. Sądzę, że tak naprawdę nie mogłem widzieć ani jego źrenic, ani jego dłoni i wszystko to wyobraziłem sobie później. Ale nie mówię, jak przebiegała ta scena, lecz jak ją zapamiętałem. Terenowy nissan zaczepił biegnącego mężczyznę zderzakiem i wyrzucił w powietrze. Mój sąsiad przeleciał niczym wielki szmaciany manekin i spadł na przeciwległy pas, wprost pod koła nadjeżdżającej z dużą szybkością półciężarówki. Nie przypominam sobie w tej scenie żadnych dźwięków. A przecież musiały one być! Głuche uderzenie ciała o metal, mokre plaśnięcie o asfalt, przeraźliwy sygnał klaksonów, krzyk przerażenia. Jedynym dźwiękiem, który pamiętam, był odgłos wymiotów. To kierowca nissana stał przy aucie i rzygał pod koła. Pamiętam nawet te rzygowiny, jakby były muzealnym arcydziełem, które warto przechować we wspomnieniach. Czerwone skórki pomidorów zmieszane z zielenią ogórków i żółtymi ziarenkami kukurydzy. Mój sąsiad z góry wyglądał, jakby jakiś mityczny olbrzym zacisnął w mocarnej pięści jego ciało, po czym puścił je na asfalt i próbował ułożyć. Ale ta sztuka się nie powiodła. Głowa była skręcona pod dziwnym kątem, prawa ręka zdawała się mieć trzy stawy, a cudacznie rozkraczone nogi tworzyły kąt zaprzeczający mechanice ludzkiego ciała. Wokół rosła lepka brudnoczerwona kałuża. Szyby nissana i półciężarówki upstrzone były czerwonymi kropkami, tak jakby rozbiły się na nich dziesiątki tłustych much o odwłokach napęcznianych krwią.
Alicja, krzycząc, wpadła w moje ramiona. Łkała rozpaczliwie i trzęsła się jak w malignie. Wokół samochodów i ciała zaczął gromadzić się tłum. Ktoś narzucił koc na zwłoki, ktoś inny powtarzał ciągle: „Jezu, Jezu, Jezu...”, jak gdyby było to zaklęcie, którego moc mogłaby cofnąć czas. I wtedy, kiedy tuliłem Alicję i głaskałem uspokajająco po ramieniu, usłyszałem tuż przy uchu jej szept.
Spokojny szept. Bardzo spokojny szept.
– Nic mi nie jest, Aleks. Nie martw się, proszę. Nic mi nie jest. Wszystko dobrze, kochany.
I ten chłodny, uspokajający głos był dla mnie większym szokiem niż sam wypadek. Czy właśnie wtedy domyśliłem się, że Alicja z zimną krwią zabiła człowieka, który starał się zrobić nam krzywdę? Chyba nie. Myśl o czternastolatce potrafiącej zrealizować tak misterny plan była jednak zbyt niesamowita. A nawet gdybym już wtedy wiedział wszystko to, co wiem w tej chwili, nie mam pojęcia, czy potrafiłbym się zdobyć na potępienie. Szok był tak silny, iż nie zwróciłem uwagi na słowo „kochany” wypowiedziane z prawdziwą troską. Czy gdybym ją wtedy zapytał, dlaczego mnie tak nazwała, coś by to zmieniło? Nie rozśmieszajcie mnie! Cóż mają pytania do miłości na śmierć i życie?! Chociaż wtedy nie zdawałem sobie sprawy z ceny, jaką przyjdzie za wszystko zapłacić. Nie wiedziałem, bo i nie mogłem wiedzieć, że przed bramami Ciemnego Lasu znajdą się ludzie, którzy wystawią mi rachunek tak wysoki, że będę go spłacał jedynie krzykiem i bólem. No, ale to miało się zdarzyć dużo, dużo później, ponieważ tamtego dnia nie wiedziałem jeszcze, że istnieje Ciemny Las... Bardzo szybko pojawiły się radiowozy oraz karetka pogotowia. Pielęgniarze i lekarz nie mieli nic innego do roboty, jak zbadać ciało i zapakować je do czarnego worka.
Na asfalcie został tylko kredowy rysunek w plamie zastygłej krwi. Kierowca nissana tłumaczył coś policjantom i nie mógł trafić trzymaną w drżącej dłoni zapalniczką do papierosa, aż jeden z mundurowych litościwie przytrzymał mu rękę. Alicja wymknęła się z moich objęć i wzięła mnie pod ramię.
– Chodźmy stąd, Aleks.
Zdarzało mi się już widzieć zwłoki. Pierwszy raz, kiedy byłem dzieckiem i stałem na plaży za opalonymi plecami mężczyzn i kobiet. A w środku wytyczonego przez nich kręgu leżał opuchnięty kształt będący niegdyś człowiekiem, a teraz tylko kupą zepsutego mięsa nasączoną słoną wodą. Nie pamiętam dobrze tej sceny, chyba odszedłem stamtąd dość szybko. Czasami zastanawiam się, czy w ogóle kiedykolwiek się ona wydarzyła, czy też była wizualizacją zasłyszanych opowieści? Potem zdarzało mi się jeszcze widzieć wypadki drogowe i ciała w czarnych worach, ale nigdy nie obserwowałem żadnej tragedii od samego początku do końca. Nigdy nie obserwowałem tego zdumiewającego procesu przemiany, który człowieka mającego plany, marzenia i emocje transformuje w zgniecioną i pokrwawioną lalkę posiadającą w sobie tyle życia co gorący asfalt, na którym leży.
Gdy usiedliśmy w pokoju, Alicja zaparzyła herbatę i przypaliła mi papierosa. Zaciągnąłem się głęboko. Poczułem, że drżą mi palce. To nie było wyczuwalne drżenie, lecz napięcie pochodzące gdzieś z wewnątrz.
– Dlaczego on cię gonił? – zapytałem.
– Kto? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
– No, on... – Wskazałem za okno ruchem głowy.
– Nie sądzę, żeby mnie gonił – odparła ze zdziwieniem. – Po prostu przebiegał przez ulicę.
Spojrzałem w jej niewinne błękitne oczy. Patrzyła na mnie szczerze, a w jej wzroku widziałem troskę. I odrobinę znużenia.
– Ludzie często giną, Aleks – powiedziała spokojnie. – Jesteśmy zrobieni z bardzo nietrwałego materiału. Miałem sobie jeszcze później przypomnieć te słowa.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-03-26 (1227 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej