Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Mechaniczny książę (wyd.2)
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Infekcja'' - Scott Sigler



# 1

Tego rodzaju muzyki na pewno się nie spodziewali.
Heavy metal? W porządku. Wkurwiający sąsiadów punk rock? OK. Nawet rap, którego Dew Phillips nie kumał.
Wszystko, tylko nie Frank Sinatra.
Nikt nie słucha Sinatry na cały regulator. Tak głośno, że aż szyby drżą.
Jesteś… jesteś we mnie.
Dew Phillips i Malcolm Johnson z nieoznakowanego czarnego buicka obserwowali dom, który był przyczyną ich muzycznego kaca. Szyby w oknach dosłownie drżały, szkło pulsowało w rytm basu, trzęsąc się za każdym razem, kiedy donośny głos Sinatry wydawał dźwięk.
– Żaden ze mnie Freud... – powiedział Malcolm – ale pokuszę się o stwierdzenie, że w tym domu rezyduje jakiś pojeb.
Dew skinął głową, a następnie wyciągnął colta kaliber 45 mm i sprawdził stan magazynku. Był pełny jak zawsze, ale i tak musiał się upewnić. Czterdzieści lat w zawodzie robi swoje. Malcolm uczynił to samo ze swoją berettą. Był od swojego partnera o połowę młodszy, ale obaj ów odruch zawdzięczali tej samej fabryce – służbie armii USA, dodatkowo wzmocnionej szkoleniem CIA. Malcolm był dobrym chłopakiem. Był bystry i w odróżnieniu od innych gówniarskich agentów potrafił słuchać.

– Pewnie masz rację, ale przynajmniej ten jeszcze żyje – odparł Dew, wsuwając pistolet do kabury.
– Miejmy nadzieję, że żyje – skwitował Malcolm – Telefon wykonał cztery godziny temu. Od dawna może być już sztywny.
– Trzymam kciuki – powiedział Dew. – Jeżeli jeszcze raz będę musiał oglądać nadżarte zwłoki, to puszczę pawia.
Malcolm się zaśmiał.
– Puścisz pawia? To by było coś. Nadal masz ochotę na tę laskę z CZZC? Jak ona się nazywała? Montana?
– Montoya.
– A tak, Montoya – potwierdził Mal. – Jeżeli tak dalej pójdzie, to będziemy ją często odwiedzać. Jest całkiem niezła, jak na laskę w tym wieku.
– Jestem od niej starszy o co najmniej piętnaście lat, więc skoro ona jest podstarzała, to ja jestem mumią.
– Bo jesteś mumią.
– Dzięki za przypomnienie – powiedział Dew. – A tak poza tym Montoya należy do grupy kobiet wykształconych. Jest poza zasięgiem takiego starego pryka jak ja. Zresztą, nie jest w moim typie.
– Nie znam twojego typu. Na randki to ty raczej nie chodzisz. Mam nadzieje, że ja nie jestem w twoim typie.
– Nie jesteś.
– Bo wiesz, jeżeli tak, to żona będzie zazdrosna. Nie to, żeby było w tym coś złego...
– Odpuść sobie – rzucił Dew. – Pośmiejemy się później. Teraz mamy robotę do wykonania.
Słuchawka wisiała przy jego szyi. Włożył ją do ucha i sprawdził łączność.
– Tu Phillips, jak mnie słychać?
– Głośno i wyraźnie – odezwał się brzęczący głos ze słuchawki. – Wszystkie jednostki gotowe.
– Tu Johnson, jak mnie słychać? – zapytał Malcolm.
Dew usłyszał ten sam brzęczący głos potwierdzający łączność.
Malcolm sięgnął do kieszeni marynarki, wyjmując z niej mały skórzany wizytownik. Wewnątrz znajdowały się dwa zdjęcia. Na jednym była jego żona Shamika, na drugim Jerome, ich sześcioletni syn.
Dew czekał. Malcolm spoglądał na zdjęcia rodziny przed każdym wyjściem na akcję. Przypominał sobie powód, dla którego wykonywał tę robotę. Powód, który sprawiał, że zawsze był skupiony i ostrożny. Dew trzymał w portfelu zdjęcie Sharon, jego córki, lecz nie miał zamiaru go oglądać. Pamiętał jak wygląda. Poza tym, nie chciał o niej myśleć przed wykonaniem zadania. Chciał ją odizolować od rzeczy, które musiał zrobić. Rzeczy, których wymagała od niego ojczyzna.
Malcolm zamknął, a następnie schował wizytownik.
– Jak się w to wpakowaliśmy? – zapytał.
– Stary poczciwy Murray po prostu mnie uwielbia. Ty tu tylko sprzątasz.
Mężczyźni wysiedli z czarnego buicka i ruszyli w kierunku niewielkiego, jednopiętrowego domu należącego do Martina Brewbakera. Pięciocentymetrowa warstwa śniegu zalegała przed wejściem. Dom znajdował się nieopodal rogu Curtis i Miller, na trasie do Toledo. Miejsce to nie było ani sielskie, ani anielskie. Czteropasmówka Western Avenue produkowała mnóstwo hałasu. Mnóstwo, lecz wciąż niewystarczająco dużo, by zagłuszyć wyjącego Franka Sinatrę.
Na wszelki wypadek w pogotowiu czekały trzy furgonetki, a w każdej cztery grupy uzbrojonych po zęby facetów w kombinezonach ochronnych. Jedna furgonetka u zbiegu Curtis i Western Avenue, następna u zbiegu Curtis i Mozart, i kolejna przy Dix i Miller. To rozwiązywało problem ewentualnej ucieczki samochodem. Brewbaker nie posiadał żadnego zarejestrowanego motocykla, a gdyby spróbował ucieczki na północ przez zamarznięte jezioro Swan, przywitaliby go chłopcy z furgonetki numer cztery, czekającej na Whittier Street. Martin Brewbaker nigdzie się jednak nie wybierał.
Czy Dew i Malcolm posiadali skafandry ochronne? Gdzie tam. To miało być ciche, dyskretne zadanie. Inaczej cała dzielnica dostałaby szału i prasa zleciałaby się natychmiast. Dwóch matołów w żółtych kombinezonach, pukających do drzwi Pana Porządnego Obywatela posiada tę cechę, że cholernie rzucają się w oczy. Nie to, żeby Dew nie chciał przywdziać pieprzonego płaszczyka. Siedząc po uszy w tym gównie wiedział, że musi być gotowy na wszystko. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, odizolują Brewbakera, po cichu doprowadzą go do szarej furgonetki numer jeden, tam załadują jego dupę do środka i pomkną w kierunku szpitala Toledo, gdzie już czekają na nich z kwarantanną.
– Wchodzimy frontowymi drzwiami – powiedział Dew.
Słowa nie były skierowane do konkretnej osoby, lecz mikrofon w słuchawce dokładnie przekazał informację wszystkim zainteresowanym.
– Zrozumiano, Phillips.
W końcu stali przed szansą złapania kogoś żywcem.
Być może w końcu dowiedzą się o co, kurwa, w tym wszystkim chodzi.
– Pamiętaj, Mal – odezwał się Dew. – Jeżeli sprawy przybiorą zły obrót, nie strzelaj w głowę.
– Nie strzelać w głowę. Pamiętam.
Przez moment Dew łudził się, że nie będzie zmuszony pociągnąć za spust, po chwili jednak ogarnęło go dziwne przeczucie, że nie będzie miał innego wyjścia.
W końcu, po wielotygodniowym pościgu za zarażonymi ofiarami, odnajdując wyłącznie martwe ciała, rozkładające się zwłoki lub zwęglone szczątki, nareszcie stanęli przed szansą złapania kogoś żywego.
Martin Brewbaker, biały, lat trzydzieści dwa, żonaty z Annie Brewbaker, białą dwudziestoośmiolatką. Dziecko, Betsy Brewbaker, lat sześć.
Dew słyszał rozmowę Martina w porannym programie. Jednak nawet po przesłuchaniu nagrania, nie byli wciąż pewni. Facet mógł być zupełnie zwyczajny. Po prostu lubił sobie posłuchać Sinatry na cały regulator.
Próbowałem… nie poddawać się,
Powtarzałem sobie, "to się nigdy nie uda".

– Dew, czujesz zapach benzyny?
Dew nie zdążył się nawet zaciągnąć powietrzem. Wiedział, że Malcolm ma rację. Zapach benzyny dochodzący z mieszkania. Jasna cholera.
Agent Phillips spojrzał na partnera. Benzyna czy nie, czas wkroczyć. Chciał jeszcze szepnąć do Malcolma, lecz cholernie głośny Sinatra wszystko zagłuszał. Musiał go przekrzyczeć.
– Ok, Mal, wchodzimy szybko! Ten dupek chce pewnie podpalić to miejsce, tak jak poprzednicy. Musimy go dopaść, zanim mu się uda!
Malcolm skinął głową. Dew odsunął się od drzwi. Nadal był w stanie je wyważyć, lecz Malcolm był młodszy i silniejszy. Poza tym tego typu akcje go rajcowały, więc pozwolił mu się zabawić.
Malcolm odchylił się i solidnym kopem wyważył drzwi. Odłamki drewna wyznaczały trasę wyłamanej zasuwki. Mal wszedł jako pierwszy, Dew tuż za nim.
W środku, Sinatra wydzierał się wniebogłosy, rysując grymas bólu na twarzy Dew.
Pomimo ostrzegawczego głosu, który przychodzi nocą
Powtarzając do mego ucha,

Mały pokój prowadził do jadalni, a następnie do kuchni. W kuchni zwłoki kobiety. Kałuża krwi. Otwarte oczy. Poderżnięte gardło. Na jej twarzy malował się wyraz zdziwienia. Nie przerażenia, ale zdziwienia lub raczej zmieszania, jakie wywołuje trudne hasło z Koła fortuny. Twarz Mala nie zdradzała żadnych uczuć i z tego powodu Dew był dumny. Nic już nie mogli dla niej zrobić.
Czy nie wiesz głuptasie, że nie możesz wygrać,
Wykorzystaj swój umysł, pozbądź się złudzeń.

Przedpokój prowadził w głąb domu.
Stopy Dew zachlupotały, gdy kroczył po kosmatym dywanie. Wszędzie wokół była rozlana benzyna, która nadawała dywanowi odcień jeszcze ciemniejszego brązu.
Ruszyli dalej.
Pierwsze drzwi po prawej. Mal je otworzył.
Sypialnia dziecka, a w niej kolejne zwłoki. Tym razem małej dziewczynki. Miała sześć lat. Dew wiedział o tym, czytał akta. Żadnych śladów zdziwienia na jej twarzy. Żadnych emocji… Po prostu bezmyślny wyraz oczu. Lekko otwarte usta. Krew rozlana po drobnych policzkach. Czerwona plama na dziecięcej koszulce.
Tym razem Mal się zatrzymał. Dziewczynka była w tym samym wieku, co jego syn, Jerome. Dew wiedział, że gdyby Mal mógł, w tym momencie zatłukłby skurwysyna, a on by go nie powstrzymywał.
Klepnął partnera w ramię. Nie przyszli tu zwiedzać. Wychodząc z pokoju, Mal zamknął drzwi do sypialni dziewczynki. Pozostało dwoje drzwi. Jedne po prawej, drugie na końcu korytarza. Muzyka wciąż głośno dudniła, agresywnie, nie do wytrzymania.
Lecz za każdym razem, gdy tak czynię,
myśl o Tobie powstrzymuje mnie nim zacznę.

Mal otworzył drzwi po prawej. Pusta sypialnia.
Zostały ostatnie. Dew wziął głęboki oddech, wypełniając nozdrza oparami benzyny. Mal nacisnął klamkę.
W środku znajdował się Martin Brewbaker.
Psychoanaliza autorstwa Mala była trafiona. W tym domu rezydował pojeb.
Z szeroko otwartymi oczyma i z uśmiechem na twarzy, na łazienkowej podłodze siedział Martin Brewbaker. Ubrany w przesiąkniętą benzyną bluzę Cleveland Browns oraz jeansy. Nie miał na sobie butów. Nogi na wysokości kolan miał związane paskiem. W jednej dłoni trzymał pomarańczową zapalniczkę, w drugiej czerwoną siekierę. Tuż za nim czerwony i srebrny kanister, których wyciekająca zawartość tworzyła lśniącą kałużę na czarno-białym linoleum.
Ponieważ ... jesteś we mnie.
– Spóźniliście się, pieski – zaskrzeczał Brewbaker. – Uprzedzały mnie, że przyjdziecie. Ale wiecie co? Nigdzie nie idę, nie zabieram ich. Mogą sobie, kurwa, same tam pójść.
Uniósł siekierę i machnął nią z impetem. Grube ostrze przeszyło skórę i jeans spodni tuż pod kolanem, miażdżąc kość. Krew bryznęła po całej podłodze, łącząc się z kałużą benzyny. Odcięta kończyna odpadła na podłogę.
Wrzask przejmującego bólu, wydostającego się z gardła Brewbakera, zagłuszył improwizującą orkiestrę Sinatry. Krzyk wydobywał się z jego ust, lecz oczy były opanowane, wpatrzone w Dew.
Wszystko to wydarzyło się w ciągu sekundy. W następnej chwili siekiera ponownie powędrowała w górę i spadła w dół, odcinając drugą nogę również poniżej kolana. Brewbaker odchylił się do tyłu, brak kończyn zachwiał równowagę jego ciała. Przesuwając się do tyłu, jego krótkie kończyny tryskały zewsząd krwią, która rozpryskiwała się na wannie i suficie. Dew i Malcolm instynktownie zasłonili twarze, ratując się przed krwawym prysznicem.
Brewbaker zapalił zapalniczkę, po czym przyłożył jej płomień do podłogi. Benzyna zapaliła się od razu, tworząc ścianę ognia, ciągnącą się wzdłuż korytarza. Nasiąknięta benzyną bluza szaleńca stanęła w płomieniach. W jednej krótkiej chwili, Mal schował broń do kabury, zdjął płaszcz i ruszył na ratunek.
Dew krzyknął ostrzegawczo, ale było już za późno.
Mal zarzucił płaszcz na Brewbakera, starając się ugasić płomienie. Siekiera znowu poszła w ruch, tym razem lądując grząsko w brzuchu agenta CIA. Pomimo śpiewu Sinatry, Dew usłyszał stłumiony dźwięk i wiedział, że siekiera zakotwiczyła w kręgosłupie jego partnera.
Wykonał dwa kroki w kierunku płonącej łazienki.
Brewbaker spojrzał na niego jeszcze szerzej otwartymi oczyma, z jeszcze szerszym uśmiechem na twarzy. Chciał coś powiedział lecz nie zdążył.
Z odległości pół metra Dew Philips wpakował w niego trzy idealnie wyważone porcje ołowiu. Kule lądujące w piersi szaleńca odrzuciły go na podłogę umazaną krwią i benzyną. W chwili, gdy walnął plecami o kibel był już martwy.
– Potrzebne mi wsparcie i to już! Wszystkie jednostki do mnie, ranny funkcjonariusz!
Dew schował pistolet, uklęknął i przełożył partnera przez ramię. Wstał z taką siłą, jakiej się po sobie nie spodziewał. Ciało Brewbakera, za wyjątkiem prawego ramienia, stało w płomieniach. Dew chwycił za jego prawą rękę. Przedzierając się przez płonący korytarz, lekko uginał się pod ciężarem dwóch mężczyzn. Zmierzał do wyjścia.


Dew wyczołgał się z płonącego domu. Mroźne powietrze chłodziło jego rozpaloną twarz, podczas gdy piekielny żar przeszywał mu plecy.
– Wytrzymaj, Mal – powiedział do krwawiącego przyjaciela, po czym przerzucił go przez prawe ramię. – Wytrzymaj stary, pomoc już nadchodzi.
Dew poślizgnął się i niemalże upadł na ośnieżony trawnik, ale jakimś cudem udało mu się utrzymać równowagę i dotrzeć do krawężnika. Przeszedł przez ulicę, zataczając się jak pijak. Kopnął ciało Brewbakera do niezbyt głębokiej zaspy, gdzie zaskwierczało jak zapałka wrzucona do drinka. Dew uklęknął na jedno kolano i ułożył Malcolma na ziemi.
Niegdyś biała koszula Mala przybrała w okolicach brzucha odcień głębokiej purpury. Siekiera wbiła się wystarczająco głęboko, by przeciąć wszystkie trzewia. Dew widział już wcześniej takie rany i nie miał zbyt wielkiej nadziei.
– Dalej, Mal – wyszeptał. – Pamiętaj o Shamice i Jerome'ie. Nie możesz zostawić rodziny.
Ujął gorącą i mokrą dłoń towarzysza. Była pokryta pęcherzami po oparzeniach. Pisk opon uniósł się w powietrzu i kilka vanów zatrzymało się przed domem. Kiedy otworzyły się drzwi, około dwunastu facetów ubranych w obszerne kombinezony ochronne wyskoczyło na mokry chodnik. Wymachiwali karabinami maszynowymi FN-P90, poruszając się z wyćwiczoną precyzją, zataczając krąg wokół Dew i Malcolma oraz płonącego domu. Niektórzy z nich ruszyli prosto w stronę Malcolma.
– Widzisz, kolego? – powiedział Dew. Jego usta były tuż przy uchu Malcolma.
– Widzisz? Kawaleria przybyła, będziesz w szpitalu nim się obejrzysz. Jeszcze chwila, stary.
Malcolm zajęczał. Jego głos był cichy, niczym szept unoszony przez wiatr.
– Ten dupek... Martwy? – Usta Malcolma, a raczej to, co z nich zostało, ledwo się poruszały.
– Martwy jak cholera – rzucił Dew. – Trzy kulki prosto w serce.
Malcolm zakaszlał, posyłając na ziemię strugę ciemnej krwi. Faceci w kombinezonach przenieśli go do jednej z furgonetek.
Dew widział jak żołnierze załadowali żarzące się ciało Brewbakera do innego wozu, natomiast on wsiadł, a właściwie został wepchnięty do ostatniego z nich. Kiedy drzwi się zamknęły, usłyszał syk i furgonetka zamieniła się w hermetyczną kabinę. Miało to zapobiec wydostaniu się powietrza na zewnątrz, na wypadek gdyby był zarażony jakimś nieznanym wirusem. Zastanawiał się, czy znów umieszczą go komorze powietrznej i poddadzą obserwacjom w poszukiwaniu kilku znanych symptomów infekcji lub czy właśnie nie dopadły go jakieś nowe, o których nikt nie słyszał. Nie obchodziło go to wcale, tak długo jak byli w stanie pomóc Malcolmowi. Jeżeli Mal by nie przeżył, nigdy by sobie tego nie wybaczył.
Mniej niż dwadzieścia sekund od całego zdarzenia, mknęli już ulicą, zostawiając w tyle płonący dom.


# 2


Kiedy się ocknął, widelec nadal tkwił w jego ramieniu. Koszulka powróciła do pierwotnej pozycji, zahaczając o widelec i wyginając go pod kątem. Koniec kuchennego sztućca dotykał jego kości policzkowej. Rana nie bolała, ponieważ był kompletnie odrętwiały. Nie wiedział, jak długo leżał nieprzytomny.
Grymas bólu zawitał na jego twarzy, kiedy prawą ręką złapał za widelec i delikatnie usunął go z mięśnia czworobocznego. Gdy widelec wychodził, Perry usłyszał wydobywający się z rany mokry, ssący dźwięk. Cienkie stróżki krwi popłynęły po jego obojczyku i wpłynęły mu pod pachę. Przednia część podkoszulka zmieniła swój kolor z białego na jaskrawoczerwony z cienkimi pasmami ciemnego fioletu. Rana kłuta sama w sobie nie byłaby aż taka zła, ale przekręcony widelec wyrwał z ciała spory kawałek. Perry dotknął palcami rany, starając się ustalić rozmiary uszkodzeń, nie włączając przy tym guzika bólu. Palcami wyczuł martwy Trójkąt, który nie był już twardy, lecz miękki i sprężysty.
Jego szpony z całą pewnością nadal kotwiczyły w jego ciele, być może przyczepione do obojczyka, żebra lub nawet mostka. Jeżeli tak właśnie było, to przy próbie szarpnięcia mógłby przebić płuco lub nawet serce. To nie wchodziło w grę. Ale to coś było martwe i z tego powodu Perry czuł nieopisaną chorą satysfakcję. Jednak myśl o tym, że do jego ramienia przyczepione są zwłoki tego czegoś, nie dawała mu spokoju, szarpała resztkami jego normalności, kurczowo trzymała się umęczonej duszy.
Perry ostrożnie podniósł się i podskakując, dotarł do łazienki. Sponiewierana noga już tak mocno nie bolała, lecz wciąż nie dawała o sobie zapomnieć. Szkoda, że tej rozgrywki nie mógł przesiedzieć na ławce rezerwowych, pozwalając zmiennikom zająć jego miejsce na boisku.
Czas zabawić się z bólem.
Wetrzyj ziemię w ranę i wracaj do gry.
Poświęć swoje ciało.
Smugi wyschniętej, brązowej krwi udekorowały podłogę linoleum. Pomimo iż większość wody opadła, kawałki pomarańczowej skóry nadal unosiły się w brodziku.
Krew ściekała mu z ramienia. Perry wyjął z półki za lustrem butelkę wody utlenionej. Butelka była prawie pusta, ale wody wystarczyło na tyle, by oczyścić ranę. Postawiwszy butelkę na umywalce, Perry próbował zdjąć z siebie koszulkę, lecz powstrzymał go nagły przeszywający ból w lewym ramieniu. Powoli podniósł rękę. Była bardzo obolała, ale dzięki Bogu nadal potrafił nią poruszać.
Używając tylko prawej ręki, niezgrabnie ściągnął z siebie przemoczoną krwią koszulkę, zrzucił ją na podłogę, a następnie kopniakiem posłał ją w róg, tam gdzie nie będzie musiał jej już oglądać.
Perry marzył o prysznicu, jednak nie chciał czyścić brodzika, a pływające do wysokości kostki strupy przyprawiały go o mdłości. Musiał sobie jakoś poradzić.
Spod umywalki wyciągnął czystą myjkę. Nie zamierzał używać niczego, co wcześniej dotykało strupów lub Upierdliwej Piątki. Z tym wyjątkiem, że teraz to już nie była przecież Upierdliwa Piątka. Na ustach Perry'ego pojawił się uśmiech zwycięstwa. Pozostała czwórka. Czwórka Jeźdźców.
Czwórka Jeźdźców Apokalipsy.
Uśmiech zniknął. Nowa nazwa wcale nie sprawiła, że czuł się lepiej.
Głowa pulsowała jak umierająca gwiazda. Namoczył białą myjkę i spróbował zmyć zaschniętą krew z klatki piersiowej, żeber, ramienia oraz spod pachy. Przetarł również lekko ranę. Myjka w mgnieniu oka przybrała okropny odcień różu.
Rana nie wyglądała aż tak strasznie, jednak Trójkąt wyglądał okropnie. Jego „twarz” była rozdarta, razem ze skórą, która go pokrywała. Na pierwszy rzut oka nie można było odróżnić kawałków ciała Trójkąta od jego własnego, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się Perry dostrzegł, że tkanka tego czegoś była bledsza od jego własnej, miała szaro-różowy odcień przechodzący w biel. Z całą pewnością nie wyglądało to zdrowo. Perry uświadomił sobie, iż gdyby ktoś zadźgał go widelcem na śmierć, to on też nie wyglądałby zdrowo.
Perry przepłukał ranę wodą utlenioną, z czego większość szybko spłynęła w dół po jego piersi, wsiąkając w spodnie i bieliznę. Była zimna. Nie przejmował się tym. Przemył syczącą ranę myjką.
Zostały mu już tylko trzy plastry – w sam raz na opatrzenie rany. Chwycił za rozerwaną skórę tuż nad głową Trójkąta i okleił ranę plastrem. Białe, wsiąkliwe łatki natychmiast przybrały różowy kolor. To była powierzchowna rana, za minutę lub dwie krew powinna zakrzepnąć.
Woń plastrów lekko podniosła go na duchu. Zapach przywoływał dziecięce wspomnienia. Kiedy był dzieckiem, to gdy się zadrapał lub przeciął, kiedy krwawił, jego mama zawsze przyklejała mu do rany plaster. Wówczas ból ustępował, a on mógł wrócić do zabawy. Chyba że jego ojciec chciał mu dać nauczkę za to, że płakał.
Oznaki słabości nie były mile widziane w domu Dawseyów. Perry nie potrafił zliczyć, jak często dostawał lanie, poprzedzone ojcowskim „już ja ci się popłaczę”!
Mimo bólu plastry dodały mu trochę pozytywnej energii. Uspokajający zapach sztucznego tworzywa wypełnił jego nozdrza.
Poddając się kojącej mocy plastrów, Perry zorientował się nagle, że wokół panowała cisza. Nie tylko w jego mieszkaniu, lecz również w jego głowie. Nie słyszał niewyraźnego odgłosu, zgrzytania czy najmniejszych zakłóceń. Absolutna cisza. Nawet nie próbował sobie wmówić, że nie żyły. Nadal je w sobie wyczuwał. Czuł lekkie brzęczenie z tyłu czaszki. Nie były martwe, ale odczuwał coś dziwnego. Może one… spały.
Jeżeli spały, to może mógł do kogoś zadzwonić? Wezwać gliny? Może FBI? Te małe skurczybyki przeraźliwie obawiały się ludzi w mundurach. Jednak w jakich mundurach, tego niestety nie wiedział. Skoro były nieprzytomne, mógł coś zrobić.
Musiał coś zrobić.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-03-26 (1179 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej