Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Stulecie przemocy
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Czerwona gorączka - Andrzej Pilipiuk

Bananowy sen


Zapadał łagodny, ciepły zmierzch. Zachodzące słońce wybarwiło niebo na karminowo. Jesień na Manhattanie też czasem bywa piękna. Z półki zdjąłem pudełko z fotografiami. Pora przypomnieć sobie to i owo, pora wrócić na chwilę tam, do domu… Położyłem przed sobą pierwszą fotografię i odpłynąłem.
Te części Pragi niewiele się zmieniły od czasów przedwojennych. Długie, wąskie uliczki, przy nich niekończące się rzędy czynszówek, z których płatami schodził tynk. Na początku jesieni, podskakując na kocich łbach, przyjeżdżały rozklekotane ciężarówki lub ostatnie wozy zaprzężone w wychudłe, brudne konie. Ciecie łopatami wrzucali węgiel do piwnic, klnąc przy tym niemiłosiernie. Z brudnych, cuchnących uryną bram wchodziło się na równie brudne podwórka, czasem wylane asfaltem, częściej pokryte paskudnym, lepkim błotem. Za nimi stały kolejne kamienice, środkowy rząd ukryty przed spojrzeniami przechodniów. Niekiedy zamiast podwórka między domami rozciągał się zdziczały sad lub ogródek, skrzętnie ogrodzony płotkiem zrobionym ze starych rurek wodociągowych, drutów, sznurka i innych materiałów wyszperanych ze skupu złomu. Zdarzało się też, że po drugiej stronie podwórza, zamiast rzędu kamienic ciągnął się szereg komórek murowanych z cegieł. Stare, drewniane drzwi i pozapadane dachy przybrały srebrnoszarą barwę. Łatwo było odgadnąć pierwotne przeznaczenie tych pomieszczeń: zanim założono kanalizację, mieściły się tu wychodki.
Czasem wśród domów ziała wyrwa – rana z dawno minionej wojny. O tym, że kiedyś i tu ktoś mieszkał, świadczyły barwne plamy tynku na murach, nadal noszące ślady szlaczków malowanych z wałka. Dawni właściciele nieistniejących już mieszkań używali mocnych, kontrastowych zestawień kolorów. Dziś wyblakłe, pozwalały sobie wyobrazić, jak wyglądały kiedyś tamte pomieszczenia. Obok czerwieniały barwą starej cegły klatki schodowe. Od czasu do czasu w częściowo zatartym wzorze pojawiał się symbol drzewa życia, sugerujący, jakiej byli narodowości ci, którzy umarli już dawno temu. Ludzie, którzy zamieszkali tu po wojnie, byli szarzy i nieciekawi. Tak wyglądał świat mojego dzieciństwa, przestrzeń, w jakiej przyszło mi żyć od urodzenia do chwili, gdy za wieloletnią pracę dla Amerykanów zostaliśmy ewakuowani za wielką wodę.
***
Otworzyłem szarą teczkę. Wewnątrz była druga, mniejsza, opatrzona paskami papierowych pieczęci. Ściśle Tajne, Specjalnego Znaczenia – głosiły nadruki na okładce. Wpisałem datę w odpowiednim miejscu, przeciąłem nożem pieczęcie i otworzyłem. Kilkanaście kartek, przeważnie zapisanych ręcznie w obcych językach. Do każdej przypięte tłumaczenie na angielski. Ująłem kilkustronicowy maszynopis, leżący na samym wierzchu. „Operacja >>Fenix***
Pamiętam tamten dzień, zwykły, szary... Typowy jesienny dzień w połowie listopada. Było zimno, ale wtedy, na początku lat osiemdziesiątych, zimy przychodziły wcześniej i śnieg na świętego Marcina nie był taką rzadkością jak dziś. Pamiętam stalowoszare, zimowe warszawskie niebo nad głową; szary, popękany, przyprószony miałem węglowym chodnik pod nogami; szarożółte ściany starych czynszówek po obu stronach szarej ulicy…
I jeden element jakby z innego świata – lśniąca oślepiającą żółcią skórka od banana, leżąca na zdeptanym trawniku. Stałem długą chwilę, patrząc na nią w zachwycie i z wściekłością jednocześnie. Ślina mimowolnie napłynęła mi do ust, gdzieś z zakamarków umysłu wypłynęło wspomnienie smaku. Ile to już lat nie widziałem bananów? Nawet w Peweksie ich nie sprzedawali. Chciałem schylić się, by choć pochwycić jej zapach, ale czułem, że zbliża się ósma. By zdążyć przed dzwonkiem, musiałem zdrowo przyspieszyć kroku.
***
- Referuj, co zapamiętałeś - polecił szef.
- Archiwum sprawy „Fenix” zawiera informacje o pojawieniu się na naszej planecie enklaw. Nie znamy podstaw fizycznych tego zjawiska. Wygląda, jakby część terenu znalazła się w bąblu, będącym efektem nałożenia się naszej rzeczywistości i czegoś, co może być innym wymiarem, fragmentem obcej planety albo jeszcze czymś innym. Zewnętrzna forma budynków nie ulega zmianie, ale po zamknięciu strefy ścianki działowe i stropy noszą ślady dziwnych odkształceń. Tynki przekręcone farbą do ściany, kable, w których zmiażdżona izolacja znajduje się wewnątrz miedzianych rurek i temu podobne. Nigdy nie odnaleziono żadnych śladów poprzednich mieszkańców zaatakowanych miejsc. Są eksterminowani lub porywani. Przybysze dokonują mniej lub bardziej starannej legalizacji pobytu i wtapiają się między zwykłych ludzi. Być może prowadzą na nas eksperymenty, może tylko obserwują.
- Prawdopodobnie w czasie trwania misji nie mają kontaktu z hipotetyczną centralą – przerwał mi. – Dlatego nawiązują kontakty handlowe z tubylcami, sprzedając im najbardziej deficytowe towary. Przypuszczalnie wytwarzają je w enklawach w oparciu o zapasy surowców. Kupują w zamian to, co jest im potrzebne do życia lub innych, nieznanych nam celów.
Milczeliśmy przez chwilę.
- Nigdy jeszcze nie udało nam się wtargnąć do takiego bąbla – powiedział wreszcie. – W raportach opisano tylko ślady, jakie zdołano zabezpieczyć po jego zniknięciu. Nigdy nie zdołano pochwycić nikogo z wewnątrz. Zostały po nich pojedyncze włosy, fragmenty paznokci i złuszczony naskórek. Posiadają DNA podobne do podstawowego wzorca gatunku homo sapiens.
- Są ludźmi?
- Nie wiemy.









Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów.

Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-04-15 (1605 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej