Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Szóstka Wron
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Ciemności, przybywaj'' - Fritz Leiber

Rozdział 1


Brat Jarles, kapłan z pierwszego, najszerszego kręgu, nowicjusz w Hierarchii, z wysiłkiem przełknął ślinę, dławiony złością. Ze wszystkich sił starał się nałożyć na twarz maskę obojętności – oszukać nie tylko plebejuszy (do tego szkolono wszystkich członków Hierarchii), ale też swoich braci w kapłaństwie.
Każdy kapłan, który nienawidziłby Hierarchię jak on teraz, gdy wstrząsały nim paroksyzmy wściekłości, musiałby być chyba obłąkany. Tyle że kapłan nie mógł popaść w obłęd, a przynajmniej taki, o którym Hierarchia nic nie wie – ona jest wszechwiedząca.
Czyżby więc był nieudacznikiem? Przed wdrożeniem go do kapłańskiej posługi precyzyjnymi, skrupulatnie obliczonymi działaniami przebadano najgłębsze pokłady jego osobowości, jak gdyby atomowym wziernikiem. Kapłan nie mógł się odwracać od swojego powołania.
Nie, nie, to musiał być obłęd, a Hierarchia celowo, z zupełnie nieodgadnionych powodów, pozostawiała go w nieświadomości.
Istniała też możliwość, że mimo wszystko to on ma rację.
Ledwie błysnęła mu ta nieprzyjemna myśl, Wielki Plac w Megateopolis niejako spuchł w jego oczach i zaszedł mgłą. Plebejusze stali się szarymi, rozmytymi plamami, a przechodzący tu i ówdzie kapłani – plamami szkarłatnymi, ukwieconymi różowością dobrze odżywionej twarzy.
Usiłując zachować spokój ducha i patrzeć niezmąconym wzrokiem, z trudem skupił uwagę na kamieniu pamiątkowym niedawno wzniesionego budynku w plebejskiej części miasta. Napis głosił: 139 W.B.
Żeby nieco ochłonąć, postanowił zająć umysł rachunkami. Rok 139 Wielkiego Boga byłby 206 rokiem złotej ery, gdyby jeszcze tak liczono lata. Byłby zarazem 360 rokiem ery atomowej, jak również 2305 Cywilizacji Zarania i – jakże nazywał się ów bóg? – Chrystusa.
– Hamser Chohn, plebejusz z 5. Dzielnicy! Wystąp, synu!
Brat Jarles skrzywił się. Ilekroć był w podłym nastroju, tak jak dziś, ów piskliwy głos doprowadzał go do szewskiej pasji. Że też przydzielono mu do pary właśnie brata Chuliana! A swoją drogą, dlaczego kapłani nie mogli pracować w pojedynkę, tylko zawsze dwójkami?!
No tak, przecież znał odpowiedź. Rzecz w tym, żeby się nawzajem szpiegowali, składali szczegółowe raporty jeden na drugiego. Dzięki temu Hierarchia o wszystkim wiedziała.
Odwracając się, starał się ani na moment nie uchylić maski. Uciekł spojrzeniem od twarzy czwartego z plebejuszy ustawionych w kolejce przed nim i przed bratem Chulianem.
Otyły, niebieskooki, gładko ogolony kapłan z obwisłymi policzkami przeglądał harmonogram robót, prymitywnie wydrukowany z myślą o plebejuszach, którzy nie mieli zielonego pojęcia – i bardzo dobrze – o czytających taśmach. Teoretycznie brat Chulian nie powinien budzić jakiejkolwiek odrazy. Był po prostu zwyczajnym szeregowym kapłanem z drugiego kręgu. Nadętym młokosem, nikim więcej.
A jednak i nadętego młokosa można znienawidzić, jeśli roztacza nad dorosłymi plebejuszami władzę duszpasterza, nauczyciela i rodzica. Co miało również swoje dobre strony. Otóż ta specyficzna praca, którą brzydził się Jarles, do tego stopnia wzmagała w bracie Chulianie poczucie własnej wartości, że był skłonny wykonywać ją samodzielnie.
Niski, gruby kapłan oderwał wzrok od harmonogramu robót i spojrzał na młodego, postawnego plebejusza, który nerwowo miętosił bezkształtny kapelusz w swoich krzepkich, stwardniałych dłoniach i co chwila wycierał je o siermięgę.
– Synu mój – zapiał z chytrą miną – przez trzy miesiące będziesz pracował w kopalni. Danina na rzecz Hierarchii zostanie ci więc obniżona do połowy twoich osobistych zarobków. Jutro skoro świt zgłosisz się do właściwego diakona. Hamser Dom!
Młody plebejusz z trudem przełknął ślinę, ukłonił się dwa razy i prędko odsunął się na bok.
Jarles znów zawrzał gniewem. Kopalnia! Przy tym bladły pola, a nawet drogi! Nieszczęśnik zapewne wiedział, co go czeka… a mimo to po usłyszeniu nakazu wydawał się zadowolony. Zrobił przymilną minę niczym opisywane w książkach z dawnych czasów wierne człowiekowi, udomowione zwierzęta z rodzaju Canis, obecnie wymarłe.
Jarles dużym wysiłkiem woli umknął spojrzeniem w bok, unikając pewnej twarzy, teraz trzeciej w kolejce. Twarzy kobiety.
O zachodzie słońca na Wielkim Placu wydłużały się posępne cienie. Tłumy się rozchodziły. Jedynie ostatni przedstawiciele kilku dzielnic czekali, żeby usłyszeć, co jeszcze skrywa harmonogram robót. Tu i tam plebejusze w siermięgach lub szerokich koszulach – mężczyźni w niewygodnych rajtuzach, kobiety w ciężkich spódnicach – pakowali resztki domowych wyrobów, przytaszczonych na sprzedaż lub wymianę. Ładowali je sobie na ramiona lub objuczali nimi niskie, krzepkie muły, a potem oddalali się wąskimi, brukowanymi uliczkami plebejskiej części miasta. Niektórzy nosili filcowe kapelusze z szerokim rondem. Inni nakładali kaptury już teraz, przed nadejściem wieczornego chłodu.
Kierując wzrok na plebejską część Megateopolis, Jarles przypominał sobie ryciny miast czarnowiecza, czy może średniowiecza – jakkolwiek nazywano tamten okres w dziejach Cywilizacji Zarania. Tutaj jednak domy były przeważnie parterowe i pozbawione okien, panował ład i porządek. Chociaż był tylko kapłanem z pierwszego kręgu, wiedział, że ich podobieństwo nie jest czysto przypadkowe. Hierarchia nie tolerowała przypadkowości. Wszystko musiało mieć swoje uzasadnienie. Nieopodal, kuśtykając, przeszła starucha w łachmanach i szpiczastym kapeluszu. Plebejusze odsuwali się od niej. Mały chłopczyk zawołał:
– Babka Jujy! Wiedźma! Wiedźma! – rzucił w nią kamieniem i umknął.
Jednakże Jarles lekko się do niej uśmiechnął. Odwzajemniła uśmiech, krzywiąc w nieprzyjemny sposób pomarszczone wargi nad bezzębnymi dziąsłami; wydawało się, że haczykowaty nos i ostry podbródek wychodzą sobie na spotkanie. Zaraz też ruszyła przed siebie, obmacując kosturem bruk, żeby nie wpaść na jakąś przeszkodę.
Jeśliby spojrzeć w drugą stronę, Megateopolis jawiło się w magicznej wręcz krasie. Tam bowiem wznosiły się połyskliwe zabudowania sanktuarium, wśród których dominował niewiarygodny gmach katedry, zwróconej frontem do placu.
Jarles podniósł spojrzenie na Wielkiego Boga i przez króciutką chwilę jego gniew osłabł w obliczu tego samego bogobojnego lęku, który olbrzymia podobizna wywołała w nim, kiedy był tylko plebejskim dzieckiem – na długo przed tym, jak zdał testy i zaczął zgłębiać sekrety kapłanów. Czy Wielki Bóg mógł dostrzec jego bluźnierczą złość tymi swoimi ogromnymi, przenikliwymi, nieco chmurnymi oczami?
Zabobonne fantazjowanie nie przystawało nawet nowicjuszowi w Hierarchii…
Nawet bez Wielkiego Boga katedra była przeogromną budowlą z niebotycznymi kolumnami i oknami strzelistymi niczym świerki. Tam jednak, gdzie należałoby się spodziewać iglicy lub dwóch wież, wznosiła się figura Wielkiego Boga: górna połowa gigantycznej ludzkiej postaci, straszna w swoim spokoju i majestacie. I wcale nie mąciła ogólnego stylu budowli. Ciężkie fałdy szat niżej stawały się kolumnami katedry, wykonanymi z tego samego szarego tworzywa sztucznego.
Górowała nad całym Megateopolis na podobieństwo, rzecz by można, jakiegoś nieziemskiego centaura. W zasadzie z każdej uliczki można było wypatrzyć surowe, lecz wielkoduszne oblicze, otoczone łagodną aureolą niebieskiego światła. Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że Wielki Bóg skrupulatnie bada małe skrzaty zgromadzone na Wielkim Placu, jakby w każdej chwili mógł się schylić, porwać któregoś z nich i obejrzeć go sobie z bliska.
„Jakby”? Każdy plebejusz wiedział, że w tej kwestii nie ma miejsca na „jakby”.
Nawet jednak tej potężnej postaci nie udało się sprawić, by Jarles odczuł choćby cień dumy na myśl o chwale i wspaniałości Hierarchii i żeby cieszył się z tego, iż otwarto przed nim jej podwoje. Wręcz przeciwnie, jego uczucia dusiły się w skorupie gniewu gorzejącego nowym ogniem, czerwonym i nieznośnym jak habit, który miał na sobie.
– Sharlson Naurya!
Jarles wzdrygnął się, słysząc to nazwisko, wygdakane przez brata Chuliana. Nadeszła chwila, której się obawiał: musiał wreszcie na nią spojrzeć. Inaczej wyszedłby na tchórza.
W okresie nowicjatu każdy borykał się z wieloma kłopotami, nim zdołał zerwać resztkę emocjonalnych więzi z plebejuszami: krewnymi, przyjaciółmi i tymi, którzy znaczą więcej niż przyjaciele. Smutna rzeczywistość była taka, że Naurya nie mogła dłużej zajmować miejsca w jego sercu. Ani on w jej, co uświadomił sobie z niejakim przerażeniem, gdy prędko obrócił głowę i spojrzał jej prosto w twarz. Albowiem wydawało się, że go nie poznała i nie zwróciła na niego uwagi, chociaż był tym samym człowiekiem, jeśli nie liczyć habitu i ogolonej czaszki. W odróżnieniu od mężczyzn stała całkiem spokojnie, bez oznak nerwowego skrępowania. Swoje dłonie, pokryte odciskami od krosna, skrzyżowała na podołku. Twarz, blada w zestawieniu z grzywą czarnych włosów, nie wyrażała jakichkolwiek uczuć… chyba że Sharlson maskowała się jeszcze lepiej niż on.
Coś nieokreślonego – obecnego w jej wyprostowanych plecach, ukrytego na samym, samiutkim dnie zielonych oczu, posiadających jakąś ukrytą wiedzę – przedarło się przez skorupę jego gniewu i przeniknęło badawczo do serca.
– Naurya, córuś moja – zagruchał napuszenie Chulian – mam dla ciebie dobrą wiadomość. Spotkało cię nie lada wyróżnienie. Przed tobą sześć miesięcy służby w sanktuarium.
Ani twarz, wciąż kamienna, ani żaden gest ciała nie zdradzał jej myśli, lecz upłynęło kilka sekund, nim odpowiedziała: – Nie zasługuję na to wyróżnienie. Nie jestem godna. Prostej tkaczce nie powinno się powierzać tak zaszczytnych obowiązków.
– To prawda – rzekł bez ogródek Chulian, potrząsając swoją łysą, dyniowatą głową, osadzoną na sztywnej rurze kołnierza – lecz Hierarchia może wywyższyć każdego, nawet tego, kto pochodzi z samych nizin. Stwierdzono, że jesteś godna podjąć to święte wyzwanie. Raduj się, córeczko moja, raduj się z całej duszy!
Odpowiedziała głosem tak samo poważnym i spokojnym jak za pierwszym razem:
– Uważam, że jestem niegodna. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Nie mogę się zgodzić.
– Nie możesz, córuś moja? – zakwękał Chulian groźnym tonem. – Czy nie chcesz?
Niemalże niezauważenie Naurya kiwnęła głową. Stojący za nią plebejusze wytrzeszczyli oczy i przestali nerwowo wykręcać sobie palce.
Miękkie, wąskie usta brata Chuliana wydęły się w wyrazie oburzenia. Z głośnym chrzęstem zmiął harmonogram robót w dłoni okrytej czerwoną rękawiczką.
– Masz świadomość tego, co czynisz, córko? Masz świadomość, że sprzeciwiasz się dekretom Hierarchii, a co za tym idzie, Wielkiemu Bogu, któremu służy Hierarchia?
– W głębi serca wiem, że jestem niegodna. Nie mogę.
Tym razem kiwnęła głową stanowczo. Jarles znów się czuł, jakby szturchnięto go w żebra.
Chulian zerwał się z ławki, na której siedział z Jarlesem.
– Niech żaden plebejusz nie waży się podważać zdania Hierarchii, która się nigdy nie myli! Wyczuwam tu coś więcej niż tylko zwykły upór, ba, coś więcej niż grzeszną zatwardziałość. Tylko w jednym wypadku wezwany plebejusz boi się wejść do sanktuarium. Wyczuwam… działanie czarnych mocy! – obwieścił teatralnie i uderzył się w pierś płaską dłonią. Szkarłatny habit natychmiast się nadął, aż w każdym miejscu odstawał od ciała na szerokość dłoni. Efekt, w zamierzeniu mający przestraszyć, zahaczał o groteskę i nadawał mu wygląd nadętego gołębia. Nad ogoloną głową rozbłysła fioletowa aureola.
Plebejusze wyraźnie pobladli. Naurya tylko uśmiechała się półgębkiem i przewiercała Chuliana zielonymi oczami.
– A tego, co się wyczuwa, bardzo łatwo dowieść! – ciągnął triumfalnie mały, napuszony kapłan.
Wartko zbliżył się do swojej ofiary. Odęta szkarłatna rękawiczka zacisnęła się na jej ramieniu, choć wydawało się, że go nie dotyka. Jarles jednak widział, jak kobieta przygryza wargę z bólu. Szkarłatna rękawiczka śmignęła w dół, rozdarła ciężką siermięgę i tym samym obnażyła ramię.
Na białej skórze były widoczne trzy okrągłe znamiona. Jedno pulsowało żywą czerwienią, pozostałe dwa też szybko nabierały koloru.
Jarles miał wrażenie, że Chulian zawahał się na moment, wpatrując się w nie z zaskoczeniem, zanim wziął się w garść i wrzasnął piskliwym głosem:
– Czarne moce! A oto dowód!
Jarles podniósł się z ławki niepewnie. Złość, którą dotąd w sobie dusił, doprowadzała go do mdłości, przyprawiała wręcz o wymioty. Uderzył się w pierś i zaraz na całym ciele poczuł jednorodny nacisk pola, jakby się kąpał w kadzi z ciepłym woskiem. Kątem oka dostrzegł blask swojej aureoli. Zamachnął się pięścią w szyję Chuliana. Mogłoby się wydawać, że pozornie ślamazarny cios nie dosięgnął celu, lecz Chulian przewrócił się i potoczył po ziemi. Kiedy się turlał, nadmuchany habit chronił go przed potłuczeniami. Wyglądało to tak, jakby się obracał w czerwonej, gumowej kuli.
Jarles po raz drugi uderzył się w pierś. Habit oklapł, aureola znikła. W tym samym momencie jego gniew wybuchł z siłą wulkanu, który unicestwił maskę hipokryzji.
A niech go przeklną! Niech go oślepią i ogłuszą, niech nałożą nań ekskomunikę! Niech zaciągną go, krzyczącego, w podziemia sanktuarium! Hierarchia nie interweniowała, gdy ogarniało go szaleństwo, a więc dobrze, niech mają! Zobaczą, do czego jest zdolny szaleniec!
Wskoczył na ławkę i podniósł ręce, domagając się uwagi.
– Plebejusze z Megateopolis, słuchajcie!
Jego słowa uśmierzyły w zarodku paniczną ucieczkę. Zwracały się do niego osłupiałe spojrzenia. Ludzie nie pojmowali jeszcze, co się stało, ale kiedy przemawiał kapłan, należało słuchać.
– Wmawia się wam, że niewiedza jest czymś dobrym. A ja wam powiadam, że złym! Wmawia się wam, że myślenie jest rzeczą złą. A ja wam powiadam, że dobrą! Wmawia się wam, że waszym przeznaczeniem jest harować dzień i noc, aż strzeli wam kręgosłup lub ręce pokryją się pęcherzami. A ja wam powiadam, że przeznaczeniem wszystkich ludzi jest szukanie udogodnień w życiu. Tolerujecie rządy kapłanów. A ja wam powiadam, że powinniście sami o sobie stanowić! Wierzycie, że kapłani posiadają nadprzyrodzoną moc. A ja wam powiadam, że nie posiadają takiej mocy, którą i wy nie moglibyście władać! Wierzycie, że kapłani są powołani do służby Wielkiemu Bogu i przekazywania jego poleceń. Ale jeśli gdzieś jest Bóg, to każdy z was, gdy wsłucha się w swoje serce, wie o nim więcej niż najwyższy arcykapłan. Mówi się wam, że Wielki Bóg rządzi wszechświatem, niebem i ziemią, a ja wam powiadam, że Wielki Bóg jest fałszerstwem!
Niczym trzask bicza krótkie, ostre zdania rozbrzmiewały w najdalszych zakątkach Wielkiego Placu. Kierowały się na niego wszystkie spojrzenia. Nie rozumiano jego słów, lecz znać było, że są sprzeczne z naukami kapłanów. Budziły lęk, raniły uszy, a jednak zapadały głęboko w serce. Wszędzie, nawet w kolejkach do pracy, plebejusze szukali wzrokiem najbliższego kapłana, a że ci niczego nie zakazywali, zbliżali się do Jarlesa.
On zaś rozglądał się w niepomiernym zdziwieniu. Spodziewał się, że zostanie migiem uciszony. Przyświecał mu ten jeden cel, żeby powiedzieć ile się da – czy raczej, korzystając z chwilowej swobody, dać upust frustracjom.
Tymczasem jeszcze nie dosięgły go ciosy. Żaden kapłan w zasięgu wzroku nie zrobił kroku w jego stronę ani najmniejszym gestem nie dał po sobie poznać, że widzi coś niestosownego. W tej sytuacji jego gniew, wciąż nieugaszony, kładł mu na usta dalsze słowa:
– Plebejusze z Megateopolis! Proszę was o coś ze wszech miar trudnego. Trudniejszego niż praca w kopalni, chociaż nie wymagam, byście bodaj palcem kiwnęli. Chcę, żebyście mnie wysłuchali, rozważyli moje słowa i poszukali w nich prawdy, sprawiedliwie osądzili moje racje i tym osądem kierowali się w przyszłości. Trudno wam pojąć, co to wszystko oznacza, ale musicie przynajmniej spróbować. Jak szukać prawdy w moich słowach? Ano porównajcie je z tym, co przynosi wam codzienne życie, a nie z tym, co wam się wmawia. Jak osądzać? Decydując, czy chcecie tego lub tamtego, gdy już się dowiecie, co to jest. Kapłani mówią, że to prowadzi na manowce. Nie zważajcie na kapłanów! Nie zważajcie na to, że noszę szkarłatny habit. Słuchajcie mnie uważnie!
No, teraz mu się oberwie! Z pewnością nie pozwolą mu dalej mówić. Mimowolnie zerknął na postać Wielkiego Boga, lecz ta beznamiętna persona przykładała taką samą uwagę do wydarzeń na placu, jak człowiek przyglądający się poczynaniom mrówek zbiegających się do kostki cukru.
– Wszyscy znają dzieje złotej ery – ciągnął drżącym głosem, nabrzmiałym sekretami czekającymi na ujawnienie. – Ilekroć idziecie do katedry, słuchacie opowieści, jak to Wielki Bóg udzielił ludziom boskich zdolności, żeby żyli jak w raju, nie znając smutku i znoju. Jak to ludzie stali się agresywni i pazerni, jak chcieli coraz więcej i grzeszyli na wszelkie możliwe sposoby, jak ich chlebem codziennym była zbrodnia i rozwiązłość. Jak to Wielki Bóg, pełen miłosierdzia, powściągał swój gniew w nadziei, że narody się opamiętają. Jak to harda i zepsuta ludzkość postanowiła w końcu najechać inne gwiazdy i sforsować bramy niebios. Wówczas, o czym kapłani niestrudzenie wam opowiadają, Wielki Bóg powstał ze swojego tronu rozwścieczony i odsiał garstkę ludzi, którzy nie grzeszyli przeciwko niemu i zachowywali jego święte prawo. To z nich utworzył swoją Hierarchię i to im dał nadprzyrodzone zdolności, jeszcze większe niż wcześniej. Resztę, czyli grzeszników, upokorzył, starł na proch i oddał we władanie Hierarchii, ażeby ci, którzy z własnej woli nie chcieli żyć cnotliwie, zostali do tego przymuszeni. Następnie zdecydował, że z każdego pokolenia Hierarchia będzie wybierać mężczyzn skłonnych żyć przykładnie i wynosić ich do godności kapłańskiej, pozostali zaś mają ciężko pracować w błogiej nieświadomości pod łagodnym, lecz nieugiętym przewodnictwem kapłanów. – Przyglądał się badawczo twarzom oniemiałych słuchaczy. – To wszystko jest wam doskonale znane. Ale nikomu z was się nie śniło, co naprawdę przed wami zatajono!
Gdyby nie gniew, judzący go do działania, Jarles skończyłby na tym przemówienie, wróciłby do sanktuarium i dobrowolnie zszedł do podziemi, rozczarowany zachowaniem plebsu, dowodzącym głupoty i otumanienia. Najwyraźniej pojmowali wszystko na opak. Na początku wydawali się tylko wstrząśnięci i skołowani, chociaż słuchali uważnie, jak zawsze. Później, kiedy wezwał ich do myślenia i osądzania, zaczęli okazywać przestrach, podejrzewając, że cała ta arlekinada jest przedwstępną zapowiedzią jakichś morderczych robót, najprawdopodobniej cięższych niż kierat w kopalni. Historyjka o złotej erze uśpiła ich czujność. Słyszeli coś, z czym byli oswojeni. Ostatnie zdanie brutalnie wyrwało ich z uśpienia. Znów mierzyli go tępym, bojaźliwym wzrokiem.
Ale czego właściwie mógł się spodziewać? Gdyby chociaż udało mu się zasiać ziarno ciekawości w sercu jednego plebejusza!
– Owszem, mieliśmy na ziemi złotą erę, to akurat jest prawdą, choć już wtedy było dużo smutku i znoju. Przynajmniej wszyscy mieli trochę wolności i mogli uzyskać jej więcej, choć przy tej okazji pojawiły się kłopoty, poważne kłopoty, aż w pewnym momencie naukowcy się wystraszyli i… Ale wy nawet nie wiecie, kim jest naukowiec, co? Tak samo nie wiecie, kim jest lekarz, prawnik, sędzia, nauczyciel, uczony, mąż stanu, pracownik administracji czy choćby, niech skonam, artysta! Ponieważ ich zadania przejęli kapłani. Skupili w jednym ciele wszystkie zawody i wszystkie klasy. Nie domyślacie się nawet, kim faktycznie powinien być kapłan. W tamtych czasach istniały religie i oddawano cześć Bogu: nie tylko w złotej erze i długich, poprzedzających ją wiekach, ale od samego początku, odkąd człowiek wyruszył na podbój planety, aż ujarzmił ją ręką i rozumem. Ówcześni kapłani zajmowali się wyłącznie sferą duchową i moralną człowieka, przynajmniej ci mądrzy i dobrzy. Pozostałe prace wykonywali ludzie innych profesji. I nie uciekali się do użycia siły. Ale za daleko się zapędziłem. Chętnie opowiem wam o naukowcach i końcu złotej ery. Naukowiec myśli. Zastanawia się nad naturą zdarzeń. Obserwuje zdarzenia. A jeśli wie, że coś się może zdarzyć, i jeśli jest to coś, czego oczekują ludzie, czasem udaje mu się ustalić, kosztem ciężkiej pracy i długiego myślenia, jak sprawić, żeby to się zdarzyło. Żadnego hokus-pokus, żadnych nadprzyrodzonych mocy. Obserwuje, myśli, pracuje.
Przestał już dociekać, czemu go dotąd nie uciszono. Starał się tylko dobierać właściwe słowa, żeby wdarły się siłą lub wkradły niezauważenie do świadomości słuchających. Wszystko, byle zobaczyć światełko zrozumienia na czyjejś twarzy.
– Naukowcy złotej ery bali się, że ludzkość stacza się w mrok barbarzyństwa i niewiedzy. Dotąd należeli do elity, lecz ich pozycja zaczęła tracić na znaczeniu. Postanowili na pewien czas przejąć kontrolę nad światem. Nie byli dość silni, żeby zrobić to jawnie, nie mieli natury wojowników. Wpadli więc na pomysł ustanowienia nowej religii, wzorowanej na starych, lecz opartej o naukę. W przypadku dawnych religii przekleństwa i błogosławieństwa rozgrywały się w umysłach ludzi. W religii, którą stworzyli naukowcy, przekleństwa i błogosławieństwa działały otwarcie, narzucały się siłą! Pytacie o dowody? Powinniście zapytać! Oto one!
Przeleciał dłonią od kołnierza na sam dół ciężkiego, szkarłatnego habitu. Pojawiło się obrzeżone metalem rozcięcie. Szybko strząsnął z siebie wierzchnie odzienie i ukazał się nagi, jeśli nie brać pod uwagę czerwonych spodenek. Liczni plebejusze zadrżeli na ten widok i z zakłopotaną miną cofnęli się bojaźliwie. Oglądanie kapłana bez habitu uchodziło za bluźniercze zachowanie. Wprawdzie kapłan rozebrał się rozmyślnie, lecz nie wykluczali, że mimo wszystko zostaną obarczeni za to winą.
– Wmawia się wam, że osoba kapłana z natury rzeczy jest nienaruszalna, że jego święte ciało tchnie boską aurą, kontrolowaną za pomocą siły woli. No to patrzcie!
W ustalony sposób pacnął pusty habit na wysokości piersi. Natychmiast się wydął. Odepchnął go od siebie. Szata majestatycznie odpłynęła od ławki. Plebejusze rozpychali się dziko, nie szczędząc sobie kuksańców, byle nie trącić baloniastego habitu.
Ten zaś zatrzymał się dwie stopy nad ziemią, gdzie kołysał się lekko w dół i w górę, przypominając do złudzenia leżącego kapłana. Nawet szkarłatne rękawiczki odpowiednio się wydęły. Tyle że nie widać było błyszczącej, wygolonej głowy w nieziemskim otoczeniu świetlistej, niebieskiej aureoli, w powszechnym mniemaniu stanowiącej uzewnętrznienie świętych myśli kapłana.
Spanikowana tłuszcza zwarła się ciasnym kręgiem wokół tego kuriozum, lecz w pewnej odległości – bezpiecznej i pełnej uszanowania, na co mieli nadzieję.
Jarles kontynuował swoją tyradę tonem gorzkim jak lekarstwo:
– Może pójdziecie do hierarchicznego nieba, jak próbuje ten habit. Chociaż nie widzę, żeby inni próbowali. To najzwyklejsza sztuczka. Rozerwijcie tę szatę (tu jeden z plebejuszy rozdziawił usta ze zgrozą, sądząc, że to polecenie, które odnosi się bezpośrednio do niego), a znajdziecie siateczkę cieniutkich drucików. Na cóż druciki Wielkiemu Bogu? Ano do wytwarzania tak zwanego interaktywnego, wielozadaniowego, repulsywnego pola krótkiego zasięgu. Czyli czegoś, co odpycha. Czegoś, co chroni kapłana przed zranieniem, a jego tłustym paluchom da takiego kopa, że w pojedynku na rękę nie dorówna mu kowal. Pole również podtrzymuje aureolę. Co tak ze strachu wytrzeszczacie gały, matoły? To tylko sztuczka, powiadam! A skąd to wszystko wiem? – mówił dalej grzmiącym głosem. – Powinniście zadać mi to pytanie. No cóż, kapłani mi powiedzieli. Tak, tak, kapłani! Wiecie, co spotyka młodego człowieka, kiedy zda testy i jako nowicjusz zostanie przyjęty do Hierarchii? – Zauważył, że to do nich dotarło. Poruszywszy ten ekscytujący temat, wyostrzył nareszcie przytępioną ciekawość plebsu. – Spotyka go wiele rzeczy, o których nie macie pojęcia. Opowiem wam o jednej z nich. Wyjawia się mu stopniowo, małymi dawkami, lecz kategorycznie, że Wielki Bóg nie istnieje. Że nadprzyrodzone moce nie istnieją. Że kapłani są naukowcami rządzącymi światem, by im się dobrze żyło. Że jeśli będzie spełniał swoją powinność, czyli pomagał im, osiągnie sukces i przywileje. Intryga naukowców ze złotej ery powiodła się. Ich nowa religia objęła cały świat. A gdy już trzymali świat w kleszczach, mogli go formować według swojego zamysłu. Z myślą o sobie zbudowali raj z klasztornym reżimem, a zastanawiając się, w jakim świecie umieścić pospólstwo, cofnęli się do czasów zwanych średniowieczem i natrafili na bardzo przydatną rzecz, zwaną pańszczyzną. Oczywiście nieco ją przypudrowali, trochę też uporządkowali i unowocześnili, a przy okazji dołożyli kilka elementów zwykłego niewolnictwa. Jednak istota rzeczy pozostała niezmieniona. Tym sposobem mogli utrzymywać w poddaństwie ludzi zastraszonych, niczego nieświadomych, przepracowanych, a mimo to wdzięcznych. Obronili się przed barbarzyństwem, a jakże! Sami je innym narzucili! Średniowiecze miało pewną szczególną atrakcję, z którą i dziś się stykacie. Moi oświeceni nauczyciele nie przybliżyli mi tej kwestii, ale ja przejrzałem ich na wylot. Czary! Nie bójcie się, bałwany! To ich kolejna sztuczka, bez dwóch zdań. Niektóre dawne religie dopuszczały istnienie ciemnych mocy, aby zbijać kapitał na zabobonach i lękach naiwnej ludności. Dlatego nasi kapłani pozwalają postrzelonym staruchom, takim jak babka Jujy, szwendać się po świecie i udawać, że umieją przepowiadać przyszłość, rzucać uroki i warzyć napoje miłosne. Znakomity sposób, żeby wzmocnić przesądy i dać wytchnienie zestresowanym plebejuszom. A także doskonała kukła, którą można spalić za pomocą wymyślnych naukowych egzorcyzmów. I wymówka do likwidowania niewygodnych typów jak ta dziewczyna, którą dziś oskarżono na waszych oczach.
Rozejrzał się, szukając jej wzrokiem, lecz musiała już wyrwać się z tłumu. Brat Chulian także znikł. Z wolna zapadał zmierzch. Białe morze twarzy zaczynało się rozmazywać. Z zaskoczeniem zauważył, że zaszło słońce. Od strony gospodarstw na wzgórzach dmuchnął zimny wiatr. Zadygotał, półnagi.
A Hierarchia nadal wstrzymywała swoje mściwe ramię. Kapłani, cienie w kolorze burgunda, stali parami na obrzeżach placu i nic nie robili, tylko się przyglądali.
Miał wrażenie, że na kilku bladych twarzach, skierowanych na niego, odbija się ślad czegoś więcej aniżeli pusta ciekawość czy trwożne zdumienie. I jak wędrowiec w arktycznych śniegach dba o maleńki płomyczek, swój jedyny ratunek przed śmiercią z wyziębienia, kryjąc go w dłoniach, chuchając na niego z nieskończoną delikatnością, obsypując go kruszynami hubki – tak samo Jarles troszczył się o ów ślad rzeczywistego zrozumienia, który niby widział, a który mógł jeszcze okazać się zwykłą grą cieni.
– Niektórzy z was słyszeli, czemu Sharlson Naurya została oskarżona o czary. Odmówiła, kiedy kazano jej służyć w sanktuarium. Odmówiła śmiało, choć w skromnych słowach. Wtedy kapłan Wielkiego Boga wyciągnął do niej swoje tłuste, delikatne palce, silniejsze od palców kowala, wypalił na jej ramieniu znamię czarownicy i dopiero wtedy rozciął materiał ubrania. Zapewne wszyscy się domyślacie, co ją skłoniło do odmowy. Wszyscy wiecie, kto tam mieszka. – Wskazał tonącą w mroku uliczkę pod murami sanktuarium. Spojrzenia słuchających pobiegły w tamtą stronę. – Nazywają je upadłymi siostrami. Dziewczyny wybrane przez władze Hierarchii do zakonów żeńskich, które tak bardzo grzeszyły wobec Wielkiego Boga, że nie można ich było dłużej tolerować w świątyni, a zarazem odsyłać do domu i pozwalać na szerzenie zgorszenia. Dlatego nieskończenie miłosierny Wielki Bóg przydzielił im miejsce, gdzie mogą mieszkać w odosobnieniu. – W jego głosie dźwięczała ironia. – Czy muszę jeszcze tłumaczyć? Niektórzy z was tam chodzili za przyzwoleniem kapłanów. – W tłumie rozległy się ciche pomruki. – Kto odbiera wam, plebejusze z Megateopolis, śliczne córeczki, by zaciągnąć je do zakonu? Kto zagania was na pola, na drogi, do kopalni, gdzie tracicie najlepsze lata życia i padacie z wycieńczenia? Kto karmi was fałszywymi rozrywkami, żebyście zapomnieli o bólu?
Tym razem pomruki przerodziły się w gniewane szemranie. Prawie każdy okazywał wzburzenie, co prawda bierne, lecz potencjalnie niebezpieczne. Na obrzeżach placu jaśniały fioletowe błędne duchy, bordowe cienie wyraźnie napęczniały. Jarles prędko wykorzystał tę okoliczność:
– Widzicie, jak włączają tę swoją nietykalność? Nadymają się, tak na wszelki wypadek. Boją się was, plebejusze z Megateopolis! Panicznie się was boją! Dzięki swoim świętym urządzeniom kapłani mogliby uprawiać wszystkie pola na planecie, opleść ją siecią idealnych dróg, dosłownie zryć ją kopalniami. I nikt nie musiałby sięgać po łopatę czy kilof. Wciskają wam jeszcze jedną bajeczkę. Kiedy Hierarchia upora się wreszcie z oczyszczaniem ludzkości, Wielki Bóg ogłosi początek nowej złotej ery, złotej ery wolnej od nikczemności. Wobec tego pytam was, a w szczególności osób starszych, czy nie macie wrażenia, że złota era z każdym rokiem bardziej się oddala? Czy kapłani nie odsuwają jej coraz dalej w przyszłość? Bo na razie to tylko próżne marzenia, którymi możecie ukołysać do snu płaczące dzieci, konające ze zmęczenia po pierwszym dniu pracy. Być może naukowcy złotej ery rzeczywiście zamierzali zreformować ludzkość, kiedy minęła groźba nawrotu barbarzyństwa. Moim zdaniem tak było. Teraz jednak kapłani marzą tylko o jednym: sprawować władzę, dopóki ludzkość nie wyginie, słońce nie ściemnieje i lody nie skują ziemi!
W tym jednak momencie zdał sobie sprawę, że szmery ucichły, a plebejusze, zamiast patrzeć na niego, kierują wzrok w górę. Ich twarze opromieniała mętna, niebieska poświata, nadająca im wygląd topielców. Tym razem to jego wzrok podążył za nimi.
Wielki Bóg pochylał się, pozbawiając blasku pierwsze, słabe gwiazdki na wieczornym niebie, aż jego tytaniczne oblicze zwróciło się wprost na nich. Błękitny nimb rozgorzał całym swoim upiornym światłem.
– A oto największa ze sztuczek! – zawołał Jarles. – Bóg wcielony! Wszechmogący automat!
Ale oni już go nie słuchali. Kiedy przestał mówić, zaczął szczękać zębami z zimna. Skulił się z ramionami przy ciele, samotny na swojej ławeczce, która teraz wydawała się bardzo niska.
Na ludzi padł strach. Stało się. Nie przyszło nam do głowy, że to tylko sprawdzian. Niesprawiedliwy, chociaż kapłani nigdy, nigdy nie są niesprawiedliwi. Trzeba było nie słuchać. Trzeba było poskromić emocje. Zgrzeszyliśmy i teraz zostaniemy ukarani. Popełniliśmy grzech niewybaczalny: pomyśleliśmy źle o Hierarchii.
Ramię Wielkiego Boga wystrzeliło w dół niby spadająca iglica, wstrzymana w locie. Wyciągnięty palec, gruby jak kłoda, wskazywał wydęty habit, odrzucony przez Jarlesa, nadal unoszący się dwie stopy nad ziemią.
Z aureoli poprzez gigantyczne ramię i wzdłuż ręki przemieściło się chyżo iskrzące niebieskie światło, które wystrzeliło z palca niczym błyskawica. Pusty habit rozbłysnął, zaskwierczał, wydął się odrobinę bardziej i pękł z suchym trzaskiem jak pęcherz z wodorostów w ogniu.
Ów dźwięk w połączeniu z rozpryskiem żarzących się strzępów tkaniny wyrwał z bezruchu przerażony motłoch. Ludzie rozbiegli się na wszystkie strony, ruszyli pędem ku wąskim, ciemnym gardzielom uliczek – obojętne których, byle uciec z placu.
Syczący snop światła, przesuwając się wolno w stronę ławki, na której ciągle stał Jarles, przypiekał bruk, pozostawiał po sobie rozpaloną do czerwoności bruzdę: znak i pamiątkę na wieczne czasy po słusznym gniewie Wielkiego Boga.
Kapłan czekał na swój los. Wtem opadł na niego czarny kształt i dał się słyszeć odgłos przypominający trzepot olbrzymich niewidzialnych skrzydeł. Wokół zbuntowanego kapłana zamknęła się pokrzywiona sfera, upstrzona i wysmarowana czarnym atramentem. Z zewnątrz ledwo, bo ledwo, ale wciąż było widać jego półnagie ciało.
Pokrzywiona sfera upodobniła się do dwóch złączonych pazurzastych dłoni.
Snop niebieskiego światła, wypływający z palca Wielkiego Boga, zaczął poruszać się szybciej i padł z trzaskiem na sferę, z której rozsypały się niebieskie iskry. Wśród tych wyładowań postać buntownika nadal była widoczna niczym owad cudem ocalony od śmierci w płomieniach.
I rozbrzmiał potężny głos, drwiący i roześmiany, przy czym można było odnieść wrażenie, że oddech tajemniczej istoty wypełnia plac lodowatym powietrzem. Uciekający plebejusze stawali jak wryci, odwracali się i patrzyli obezwładnieni trwogą na widowiskowy bój światła i ciemności.
– Pan Zła rzuca wyzwanie Wielkiemu Bogu! Pan Zła obejmuje pieczę nad tym człowiekiem!
Złączone dłonie oderwały się od ziemi, skoczyły w górę, w dal, i znikły z pola widzenia.
Salwa szatańskiego śmiechu była tak głośna, że wydawało się, iż rozkołysze świątynię.


Jeśli jesteś ciekaw ciągu dalszego, książkę kupisz tutaj.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-04-01 (1238 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej