Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony
 
Katalog - dodano
 Oblężenie i nawałnica
- Leigh Bardugo
 Zniszczenie i odnowa
- Leigh Bardugo
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Tern'' - Nik Pierumow

Rozdział 1


Duch Wiatru wyrwał się wreszcie na wolność z meandrów ciasnych wąwozów, nie mogąc powstrzymać się dłużej, zawył wściekle. W dole rozciągała się bezkresna równina, błyszczały zakola rzeczułek, błękitne owale maleńkich jezior otulone zielenią, niezrzucających liści drzew. Wyjąc z zachwytu, Duch coraz bardziej przyspieszał szalony lot. Naprzód, naprzód, poprzez masy powietrza, naprzód, do samego horyzontu i do tego, co za nim!
Duch chciałby mknąć tak wiecznie, upajając się własną mocą i szybkością, nie znając granic, nie bacząc na kresy, i żeby w dole stale rozciągał się pstrokaty kobierzec ziemi. Jednak Duch wiedział, że wspaniałość tych cudów nie jest nieskończona. Jeśli długo, długo lecieć w ślad za ciałem niebieskim, prześcigając ciemne ptaki Nocy, to wcześniej czy później wzniesie się przed nami Wielki Kres. Granica, której nie pokona nawet on, istota wolnego żywiołu. A tam, za tym Kresem – Nicość. Nawet nie mrok i nie pustka. Nicość, gdzie nie istnieje ani życie, ani światło, ani mrok. Nawet śmierci tam nie ma, dlatego że śmierć to nie tylko koniec, ale też wielki Początek, a za Kresem wszystko na wieki zastygło w dziwnej nie-śmierci i nie-życiu.
Zresztą Duch nieszczególnie się tym przejmował. Przestworza świata są wystarczająco wielkie. Jest gdzie szaleć i dąć.
Mknął z zachodu na wschód, nabrawszy rozpędu nad Morzem Tysiąca Zatok, nad jego brzegami. Z prawej i lewej strony rozpościerały się, porosłe niskim lasem, pagórkowate równiny, z Rearskich Gór spływało wiele krótkich, ale rwących rzek. Rzeki pełniły funkcje naturalnych granic, oddzielając od siebie niewielkie, ale wojownicze królestwa. Ducha nie obchodziły ich nazwy, ale każdy kupiec albo nawet zwykły wielorybnik, pływający po tutejszych wodach, znał na pamięć wszystkie państwa Południowego Brzegu: Worszt, Kilion i Masano, Gwian, Alea i Semtea; a jeszcze dalej Aksedor, Doarn i Meodor. I na końcu, ostatnie z Wolnych Królestw południowego brzegu północnego Przymorza – niewielkie, ale dumne Dolie.
Tam, gdzie Rearskie Góry ciasno schodziły się do morza, gdzie rzeka Sichot rozdzieliła ziemie rządzone przez żywych i te, na których panowali martwi władcy, niebo obficie plamiły niezliczone dymy. W dole szalały pożary i dogorywały pogorzeliska, gdzieniegdzie wzbijając się jedną wielką łuną.
Wojna, kolejna wojna podobnych z podobnymi, tych, co błąkają się po ziemi na dwóch nogach – ale Ducha to nie interesowało. Szczęśliwie uniknął kilku prób nałożenia na niego zaklęcia przyzywania przez śmiertelnych magów, podporządkowania, zagnania w niewolnicze jarzmo. Kiedy dwunożni się kłócą, to dobrze – ich czarodzieje są zbyt zajęci, żeby zwracać uwagę na świat duchów.
Kto tam na kogo napadł, kto w sprawiedliwej walce ochraniał swój dom i ognisko, a kto zdradziecko zadał cios w plecy, niczego niepodejrzewającego sąsiada – duch nie wiedział i wiedzieć nie chciał. Po prostu przeleciał nad zadymionym horyzontem, pozostawiając w krótkim czasie pas pogorzelisk daleko w tyle.
Strumyczki i rzeczki zlewały się w wartkie rzeki, posiadłości i kolonie ustępowały miejsca osadom, te z kolei, ścisnąwszy się jak igłonosy – miastom. Wznosiły się ponure, szare bastiony; strażnicze baszty, wysokie i cienkie jak rybie ości. Dziesiątki i setki ceglastoczerwonych kominów zionęło gryzącym dymem – żółtym, brązowym, zielonkawym. Duch Wiatru skrzywił się z obrzydzeniem, przyspieszył, chcąc jak najszybciej zostawić w tyle złe miejsce.
To rozpościerały się ziemie Nekropolis – kraju, którego potęgi lękały się nawet istoty wolnych żywiołów. Duch szybko zawrócił na południe, wzdłuż przygranicznej rzeki Delchar – oczywiście przygraniczną była ona tylko dla dwunożnych mieszkańców tych miejsc.
Wyminął wschodni kraniec Rearskich Gór i teraz mknął z powrotem na zachód, nad obszernymi włościami Wszechbrzeża, wiecznego wroga i rywala mrocznego Nekropolis. Tutaj także rozsianych było wiele pokracznych manufaktur; długich i niskich, niczym robaki, wgryzające się w ciało ziemi.
Ale cuchnące grody rozpływały się w dali, przemknął nurt potężnej Aerny, a przed nim znowu wzniosły się brunatne skupiska gór – przed duchem gościnnie, szeroko rozpościerał się Taengski Grzbiet, o szczytach, prostych i ostrych niczym miecze. Zabłysły, wieńczące kamienne giganty, śnieżne korony, wieńce lodowców, które dawały życie wodnym potokom, szczodrze dzieląc się z nimi własną, przezroczystą krwią.
Na skraju urwiska, na przyprawiającej o zawrót głowy wysokości, duch Wiatru dostrzegł drobniutką postać. Ale co obchodzą wolnego syna powietrza bezskrzydli mieszkańcy ziemi! Po prostu wzbił się wyżej, nie chcąc błąkać się po wąwozach i dolinach. Sylwetka została daleko w dole i błyskawicznie zniknęła z pola widzenia.
Dziewczyna odjęła ręce od twarzy – chłodny poryw górskiego wiatru smagał ostro niczym brzytwą. Ona zaś nieustraszenie stała pół kroku od przepaści, która spadała w dół dziesiątkami lig pionowej kamiennej ściany. Las u jej podnóża dotoczył się falami zielonego morza do surowych granitowych pokładów, gdzie korzenie nie mogły już znaleźć wilgoci i zatrzymały się.
Dziewczyna ostatni raz spojrzała w dół i z westchnieniem odeszła od przepaści. Prawdopodobnie, dopiero co weszła na ten straszny wierzchołek.
Nieludzko chudą, wąskobiodrą, wręcz chłopięcą, postać ciasno opinało zielono-brązowe odzienie, bezładnie upstrzone szerokimi plamami w kolorze żywej trawy i liści. Za pas służyła jej giętka żywa gałąź. Pełne wdzięku maleńkie stopy opinały lekkie sandały z przeplatającymi się rzemyczkami wiązadeł, sięgając aż do kolan.
Więcej nic nie miała przy sobie – ani broni, ani torby.
Jedno spojrzenie na nieznajomą wystarczyłoby, żeby zrozumieć, że nie jest człowiekiem. Wąska twarz o drobnych, chociaż regularnych rysach, szeroko rozstawione bursztynowe oczy z pionowymi źrenicami. Krótkie, nieprawdopodobnie gęste włosy, sterczące szorstką szczotką niby kolce jeża. Długie, zwinne palce zakończone drobnymi pazurkami w miejscu paznokci. Zapadnięte policzki i gęste, zbiegające się u nasady nosa, brwi – ich zewnętrzne końce ciągnęły się ukosem przez skronie, nadając rysom dziewczyny podobieństwo do drapieżnego ptaka w rodzaju sowy.
Lud zastygłej przy urwisku piękności zwano sidchami we wszystkich krainach szerokiego świata, świata Siedmiu Zwierząt, jak mówili jego mieszkańcy. Jednakże nazwa ta zachowała się tylko w „starych miejscach”, na przykład na Szmaragdowej Wyspie albo we wspomnianych już Wolnych Królestwach; mieszkańcy większych miast Wszechbrzeża czy Nekropolis dawali pierwszeństwo innej nazwie świata – Rajleg. Podobnie jak i imionom nowych bogów, dokładniej imieniu boga – wielkiego i niepoznawalnego Oma, twórcy istniejącego i nieistniejącego, który obalił Siedem Zwierząt, jakoby tylko strzegących świata dla swojego prawdziwego pana i pani, władcy i władczyni demonów, Szchara i Żingry, którzy powinni byli w swoim czasie pożreć Rajleg ze wszystkimi jego podrobami.
Brr, okropna bajka.
Sidchowie nie posiadali nieśmiertelności prawdziwych aelwów-noori, ale żyli dłużej niż ludzie i mieszkańcy podziemi – niskiego wzrostu, przysadziści, a których ludzie dla uproszczenia określali gnomami.
Daleko, daleko w dole, bystre oko potrafiłoby dostrzec cienką nić drogi, na wpół ukrytą za koronami drzew. Jeszcze bystrzejsze, zauważyłoby skrzynkę z jakiegoś powodu zastygłą na poboczu. Nad skrzynką unosiła się smużka prawie przezroczystego dymu.
Sidcha patrzyła w dół i widziała coś zupełnie innego. A dokładnie – jak przy drodze pali się zakryty wóz, przewrócony na bok w rowie, przed nim, bezkształtnymi ciałami zastygły padnięte ciąguny. A po obu stronach dymiącego powozu, w przydrożnym błocie walały się martwe ciała w jaskrawych, czerwono-pomarańczowych liberiach.
Dziewczyna w końcu odeszła od skraju przepaści. Zdecydowanie odwróciła się do niej plecami i sprężystym, lekkim krokiem ruszyła na zachód, w dół po stoku, ku ponuro zwisającym gałęziom górskich świerków, nastroszonych długimi na dłoń, jasnosrebrzystymi igiełkami. Nagi kamień urwiska ustępował miejsca miękkiemu leśnemu gruntowi, gęsto pokrytemu opadłym igliwiem.
Żyjąca od urodzenia pośród nieprzebytego zielonego gąszczu, sidcha poruszała się bezszelestnie. Płynność jej ruchów z rzadka przerywana była nagłym odwróceniem się, czy też gwałtownym, krótkim ruchem głowy. Przenikliwe spojrzenie żółtych sowich oczu rejestrowało bacznie każdą, najmniejszą zmianę w otoczeniu.
Jeszcze dziesięć kroków i za plecami dziwnej istoty zamknęła się nieprzenikniona zasłona. Nigdzie nie było najmniejszego śladu ścieżki, ale sidcha kroczyła pewnie jak od dawna znaną drogą, kierując się ku głębokiej, gęsto porosłej świerkami szczelinie między olbrzymimi górskimi szczytami, wznoszącymi się prosto ku obłokom.
Słyszała i czuła las, jak nigdy nie mógłby odczuwać nawet najlepszy z ludzkich traperów – zauważała delikatny ślad górskiego skoczka, gniazdo rudzika w rozwidleniu gałęzi, dziuplę sowy uszatki. Zwierzęta i ptaki nie bały się jej – jednak nie spieszyły na spotkanie, ponieważ gość pozostawał panią i władczynią, a nie jedną z nich. Zresztą, prawdziwi sidchowie nigdy nie polowali ani dla pożywienia, ani dla rozrywki.
Sidcha szła, nie zatrzymując się i nie zwalniając kroku. Nie przerywając marszu gasiła pragnienie w czystych i bystrych górskich strumykach, gdzie między kamieniami przemykały wyłupiastookie rybki, które powinny żyć na znacznych głębokościach, a nie w płytkich, górskich potokach. Niepotrzebne świadectwo magii, która wyrwała się na wolność z nieumiejętnych ludzkich rąk. I żeby tylko ryby… „Odpady magicznych praktyk”, nowopowstałe plemiona taengów i kłossów teraz zalewały, niegdyś znajdujące się pod ochroną, Galmarskie Równiny.
Tutaj nie było jeszcze źle. Na bogatych, dawno zasiedlonych terenach pojawiła się Zgnilizna.
Przejawiała się tym, że u zdrowych kobiet ni z tego, ni z owego rodziły się niemowlęta o strasznym wyglądzie, pokryte strupami, cuchnące, bardziej przypominające robaki aniżeli ludzi, ze „zgniłym”, jak mówiono wśród ludu, wnętrzem – pustym i czarnym. Mało które z tych stworzeń dożywało do wieczora, a jeśli zdarzało się, że w pobliżu znajdował się medyk albo czarodziej ze znakiem Wysokich Arkanów, któremu udawało się przeprowadzić sekcję – nieznośny zapach zwalał z nóg wszystkich, w promieniu dwudziestu kroków.
W wielu miejscach nieszczęsne matki prowadzono prosto i bez sądu na spalenie jak wiedźmy. Bardzo często ich los podzielali i ojcowie.
Dwie-trzy dziesiątki okrążeń słońca wcześniej, podobne sytuacje były jeszcze rzadkością. Potem okropne stworzenia zaczęły pojawiać się coraz częściej i już nie umierały tak po prostu, cicho, pod koniec dnia. Niektóre z nich żyły przez tydzień, próbując pełzać jak robaki. Niektóre rodziły się już z dwoma rzędami igiełkowatych zębów. Oczywiście, nie wszędzie tak to wyglądało. I większość niemowląt w granicach ludzkich ziem porzucała matczyne łona takimi, jakimi powinny być. Ale strach już rozpanoszył się w umysłach.
W dziewiczych lasach i na zaoranych polach, to tu, to tam, ziemia zaczynała się wzdymać, pęczniejąc jak powierzchnia bagna od gazów. Dlatego nazwano je bąblami ziemi. Wzdymały się i pękały, a na wolność wyrywały się z nich całe hordy wstrętnych, bladych wielonóżek wielkości ręki, wyposażonych w szczęki. Wielonóżki pożerały wszystko: kłosy na polach i bydło na łąkach, poszarzałe kolce ogrodzeń i nowo wzniesione płoty. Szczęście, że paskudne stworzenia żyły tylko od zachodu do zachodu słońca.
Oczywiście walczono z nimi. Magowie, jeśli tylko zdążyli, palili paskudztwo ogniem, zalewali zabójczymi truciznami i nie można było powiedzieć, że to nie działało – jednak nowe bąble pękały w innych miejscach i prawie zawsze blisko ludzkich osad.
Dosyć szybko zauważono, że ziemia częściej wylewa robactwo tam, gdzie urodził się „przegniły” od wewnątrz dzieciak. Albo tam, gdzie taki wkrótce ma się urodzić.
Dotychczas zaraza objęła tylko ludzkie ziemie. Na tych, które były we władaniu innych ras, wszystko pozostawało po staremu – a dokładniej, tam Zgnilizna przejawiała się w inny sposób, nie tak potwornie i nie tak niszcząco.
Rodzinne lasy sidchów uniknęły podobnych klęsk, ale w pobliskich wsiach, w ciągu ostatnich kilku okrążeń słońca, bąble pękały już dwa razy.
Zresztą, w dzikich i niezamieszkanych miejscach, za Taengiem, jak niosły słuchy, nie zdarzało się nic takiego.
Sidcha szła i szła, zwolniwszy tempo dopiero, kiedy na drugim brzegu strumienia, dumnie lekceważąc niebezpieczeństwo, pojawił się prawdziwy władca tych miejsc – wspaniały śnieżny szabloząb. W jego paszczy pobłyskiwały kły długości półtora dłoni dorosłego człowieka, wygięte na podobieństwo słynnych szabli południowego Ksawra.
Sidcha i zwierzę kilka chwil patrzyli sobie w oczy. Szabloząb był odważny i nie miał zamiaru ustępować. I dopiero, kiedy w rękach dziewczyny poruszyła się żywa gałązka-pas, leśny władca uznał, że lepiej wycofać się z dostojeństwem, z dumnie uniesioną głową, nie podwijając ogona. Zwierzęcy instynkt podpowiadał mu, co to naprawdę za „pas” i do czego jest zdolny. Tym bardziej w rękach sidchy pełnej krwi.
Dziwna istota kontynuowała wędrówkę.
Noc zastała ją w samej głębi górskiego lasu. Sidcha nie łamała gałęzi i nie szykowała sobie żadnego legowiska, kładąc się prosto na pościeli z opadłego igliwia. Gałązka-pas rozpięła się i natychmiast otoczyła śpiącą nieprzerwanym kołem.
Obok siebie sidcha położyła ostro zakończony konar znaleziony w gąszczu.
Dziewczyna błyskawicznie zasnęła – spokojnie jak księżniczka w rodzinnym zamku, chroniona dziesiątkami mocnych drzwi i setkami wiernych mieczy.
Zachód dopalił się szaleństwem czerwonych płomieni, ciało niebieskie odeszło za Kraj Świata na spoczynek, odnawiając swój Ogień Nieugaszony, w nocne prawa wstąpiły gwiazdy. Gwiazdozbiór Szczypawki rozżarzył się nagłym błyskiem nowej komety – długi ogon na skos przekreślił grzbiet niebiańskiej istoty; wielu astrologów uznałoby to za niedobry znak. Wielu magów sądziło, że Zgnilizna jest „bezpośrednim następstwem szkodliwego komet oddziaływania”. Przecież od momentu, kiedy niebiosa rozkwitły wielobarwnymi zbłąkanymi gwiazdami, Zgnilizna to przybierała na sile, to znowu na chwilę słabła, poddając się wpływowi wędrujących po nieboskłonie ogni, które to zjawisko otrzymało w astrologii nazwę Niebiański Sad.
Sidcha spała spokojnie. Nie kuliła się w kłębek, nie podciągała kolan pod brodę – przeciwnie, leżała z szeroko rozłożonymi rękami, jakby próbowała objąć rozpostarte naprzeciw niej niebo.
Jeden za drugim zza horyzontu wytoczyły się Gończe – dwa maleńkie księżyce, stworzone jeszcze w niepamiętnych czasach przez Siedem Zwierząt, żeby oświetlały drogi wędrującym nocami. Lekka, srebrzysta dłoń księżycowego promienia ostrożnie musnęła wysokiego czoła śpiącej, miękko przebiegła po gęstych brwiach, pieszczotliwie pogładziła ostre pędzelki na ich końcach…
W następnej chwili na twarz sidchy padł już prawdziwy cień. Ktoś lub coś odgrodził ją od księżycowego światła.
Śpiąca nie poruszyła się. Za to błyskawicznie przebudziła się otaczająca ją strażnicza gałązka. Mogło się wydawać, że na przybysza rzuciła się ukrywająca się pod igliwiem żmija; uniosły się wielokrotnie splecione obręcze, gotowe spętać nieproszonego gościa tak, że ten nie będzie w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą.
Jednak nocny przybysz okazał się szybszy. Coś krzyknął gardłowym głosem, mignęły wyrzucone przed siebie ręce, splecione w skomplikowanym geście – po okolicznych zaroślach, po opadłym igliwiu i mchu rozsypały się drobinki srebrzystych ogników. Strażnicza witka dziwnej istoty natknęła się na nagle rozbłysłą białym światłem zaporę – iskry rozsypały się gwałtownie i opadły martwym, ciemnym pyłem, zaczarowana gałązka pośpiesznie wycofała się.
Sidcha już nie udawała, że śpi. Zastygła, przyczaiwszy się z wypuszczonymi pazurami, gotowa do ataku niczym dzika kotka. Zaostrzony konar błyskawicznie znalazł się w jej rękach, a ostrze mierzyło prosto w pierś przybysza.
Bursztynowe oczy sidchy błysnęły żółtym, idącym z głębi oczodołów, światłem. Teraz dziwna istota widziała dokładnie nocnego gościa. Wyglądało na to, że intruz okazał się zupełnie kimś innym, niż się spodziewała. Gęste brwi uniosły się, dziewczyna z nieukrywanym zdziwieniem patrzyła na tego, który pojawił się przed nią.
Przybysz… wyglądał niezwyczajnie. Z daleka albo w ciemnościach uznano by go za człowieka albo gnoma, ale wystarczyło przyjrzeć się dokładniej i pierwsze wrażenie znikało. Zbyt szerokie ramiona, zbyt mocna pierś, zbyt długie ręce i te potężne mięśnie, które przydałyby chwały każdemu atlecie. Ramiona, łokcie, kolana i szyja nieznajomego pokryte były wyrastającymi prosto z pobłyskującej smagłej skóry kolczastymi płytkami twardej kości, jak u smoka. Gładkie włosy opadały do ramion, zaplecione w trzy warkocze. Na prawym policzku widniał rodowy znak – język płomieni. Wystarczyło, że sidcha nań spojrzała i od razu pojęła, że nie jest to specjalnie wytatuowany rysunek.
Przybysz miał na sobie tylko biodrową przepaskę i szeroki skórzany pas, na którym wisiała drewniana manierka kunsztownej roboty. W prawej ręce trzymał dokładnie wypolerowany kij długości wzrostu właściciela.
Przez chwilę stali naprzeciwko siebie, spięci jak gotowe do walki zwierzęta. Nocny gość pierwszy wolno położył kij na ziemi, rozłożył ręce na boki i uniósł je, pokazując sidsze puste dłonie.
– Kim jesteś? – wyrwało się dziewczynie. Mówiła w argo, zestawionym ze słów niemal dziesiątka różnych narzeczy, rozpowszechnionym w prawie całym Rajlegu. Z tego żargonu chętnie korzystali i ludzie-kupcy, i sidchowie-tropiciele, i gnomy-rudoznawcy, i jeszcze dziesiątki innych plemion, obdarowanych darem mowy.
– Rozumiem twój język. Możesz mówić w pierwotnym – padła odpowiedź. Słowa zadźwięczały czysto, śpiewnie i tylko język i krtań przybysza wyraźnie przeznaczone były do innej mowy.
Pociągnięte do skroni brwi uniosły się ze zdumieniem.
– Znasz język sidchów?
– Wygląda na to, że znam.
– Skąd?!
– Wiele żądasz, Żółtooka.
– Odbiłeś moje strażnicze zaklęcie… znasz naszą mowę… wyglądasz jak dhuss, na policzku masz klanowy znak dhussów, ale żaden dhuss nie wypowie ani słowa w języku mojego ludu!
– Zgadza się, nie wypowie. Nie jestem dhussem, tak po prostu – ponuro uśmiechnął się przybysz.
– Kim w takim razie jesteś?!
– A co za różnica, sidcho? Nie jestem twoim wrogiem, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś. Możemy spróbować porozmawiać, zobaczysz, może będziesz mogła mi zaufać. A jeśli nie – narzucać się nie będę, nie myśl sobie.
Dziewczyna zawahała się. Powiodła wokół ostrą gałęzią i pod kolczastymi gałązkami zawisły girlandy drobnych ogników. Dawały one wystarczająco światła, ale gdyby ktoś skrzydlaty przelatywał teraz nad górską doliną, nie zauważyłby najmniejszego przebłysku.
– Szedłeś za mną, prawda? – przygryzając wargi, zapytała dziewczyna. – I to dosyć długo, mam rację? Ale nie jesteś jednym z łowczych… – odczekała chwilę, bacznie wpatrując się w rozmówcę – prędzej sam jesteś zdobyczą. Czuję… smutek i ból, i stratę, i strach…
– Że też musisz tyle wiedzieć – uśmiechnął się nocny gość. – Wiele widzisz, Żółtooka. Pomyliłaś się tylko co do jednego – ja niczego się nie boję.
– Ty się nie boisz. Boi się twoja pamięć – potakująco skinęła sidcha. – I nie o siebie, o innych…
– Widziałem, co się stało z tym powozem – nieznajomy twardo spojrzał w gorejące żółte oczy, zmieniając temat. – Widziałem zabite breony i woźnicę, i forejtora*. I jak wszystko płonęło. Kiedy zobaczyłem dym, w pierwszej chwili pomyślałem; czy to nie bąbel tam pękł, czy nie palą się aby wszechbrzescy łowcy robaków. A jednak nie.
– No tak… – podjęła sidcha. – A jednak nie, mówisz… Powóz spalił się, jak widziałeś. Tym, którzy nim powozili, także się nie powiodło. Takie jest życie; jeśli nie ty, to ciebie.
– Widziałem – przybysz nie ruszał się, ale pod jego bacznym spojrzeniem sidsze nagle zrobiło się nieswojo. – Za co zabiłaś tych nieszczęśników?
– Nieszczęśników?! – poderwała się dziewczyna. – Breony? Ty ich żałujesz, czy co? Te tępe jaszczury?! A jeśli żałujesz, to co teraz?! Zemścisz się na mnie za ich śmierć?
– Breony nie są jaszczurami i nie są tępe – spokojnie zaoponował nieznajomy. – Gdyby rzeczywiście takie były, nie posłano by ich w konwoju do pilnowania schwytanej sidchy, zapewne wtajemniczonej w wiele sekretów magii żywiołów swojego ludu. A co do zemsty… Twoja śmierć nie wróci im życia, to po pierwsze. A po drugie… sądzę, że miałaś ważne powody, by nie chcieć dostać się do Dir Tanolli.
– Ważne… o tak, miałam, w dodatku bardzo ważne! – wściekle wysyczała sidcha, strosząc się niczym rozzłoszczona kotka. – Tak samo jak ty, zapewne, miałeś ważne powody, żeby nie ruszyć w swoją drogę, a poleźć za mną. Czyżbyś postanowił zapracować na nagrodę od Łowców?!
– Nie mów głupstw – ostro powiedział dhuss, twierdzący, że nie jest dhussem. – Nie jestem najemnikiem ani Łowcą Mocarstwa, a już tym bardziej nie sługą Nekropolis. To, co się stało, to twoja sprawa i tylko twoja. Twojego sumienia. Nie jestem sędzią, nie będę się wtrącał. Oczywiście, chciałbym wiedzieć, co tam zaszło, ale opowiedzieć o tym lub nie – to twój wolny wybór, wolna wola.
Sidcha pokiwała głową.
– Jednak, sądząc po wszystkim, wieźli ciebie do Dir Tanolli, znamienitej Szkoły Żywiołów, a wszystkim wiadomo, że sidchowie są tam w cenie. Potocznie Dir Tanolli nazywa się zupełnie inaczej – Garbarnia. Zgnilizny w starych miejscach jest coraz więcej, w związku z czym potrzeba i więcej magów, zdolnych z nią walczyć. Sądzę jednak, że tobie do Dir Tanolli niespieszno.
A tutaj – taki szczęśliwy zbieg okoliczności. Droga wiedzie przez las, gęsty i głuchy. Zaraz obok ciągnie się Taengski Grzbiet, za przełęczą zaś są jeszcze dziksze miejsca. Maleńkie osady, wioseczki, kilka podziemnych szybów. Większych ludzkich siedlisk nie ma, a najbliższe – Semme – nie liczy nawet dwóch tysięcy mieszkańców. Pozostałe tereny zamieszkują wędrowne plemiona tych, których we Wszechbrzeżu przyjęto nazywać „odpadami magicznych praktyk”.
– Dhussy…
– W tym także dhussy – spokojnie potwierdził przybysz. – A także taengowie, gwerdy, kłossy, których ludzie nazywają często trollami i wiele innych. Wnioskuję, że społeczność odszczepieńców wydała ci się lepsza od towarzystwa adeptów Garbarni. Cóż, nic dziwnego. Chociaż wątpię, czy towarzystwo, na przykład, taengów przypadłoby ci do gustu.
Żółte oczy zwęziły się niebezpiecznie.
– Jesteś nazbyt przenikliwy, Naznaczony. Czy to dlatego wałęsasz się sam po górach i gęstwinach? Któż zechciałby znać takiego wszechwidzącego?
Dhuss uśmiechnął się. Nie był to jednak uśmiech zbyt wesoły. Stało się też zauważalne, że jest jeszcze bardzo młody.
– Tak, zgadza się – po chwili milczenia przemówiła ponownie sidcha. – Lepsze już… towarzystwo dhussa-wygnańca niż… niż Garbarnia. Dlaczego klan cię odtrącił, Naznaczony?
– Jestem podobny do dhussa, jednak nim nie jestem, Żółtooka. I już chociażby z tego powodu żaden klan nie mógł mnie wykląć. Żadnego klanu nigdy nie miałem i mieć nie mogę.
– Acha, gadaj zdrów… A na twoim policzku, to co? Z drzewa spadłeś?
Nieznajomy popatrzył wymownie na sidchę.
– Na policzku mam znak klanu Morry. Jak on się tam pojawił, to już inna historia. Ale powiedz mi, czy kiedykolwiek spotkałaś dhussa, znającego sidchean, twój język? Gdzie widziałaś dhussa, zdolnego zatrzymać ochronną witkę czystej krwi sidchy?
Dziewczyna milczała.
Jej rozmówca uśmiechnął się; szczerze, życzliwie, było to jednak trudne do zauważenia, ponieważ uśmiech ten szpeciły potężne kły, pasujące bardziej jakiemuś drapieżnemu zwierzęciu.
– Ach – wzdrygnęła się sidcha. – I ty mówisz, że nie jesteś dhussem?
– Mimo wszystko nadal twierdzę, że nie jestem dhussem! – tracąc cierpliwość warknął przybysz. Nachmurzył się, lecz już po chwili przecinające czoło zmarszczki wygładziły się. – A może jednak opowiesz, jak się tu znalazłaś? A wtedy pomyślimy, co robić dalej. Jestem gotowy cię wysłuchać, Żółtooka – zakończył już zupełnie innym tonem, spokojnie, wręcz łagodnie. – Ognia, jak wiem, nie tolerujecie, naszego jedzenia nie uznajecie, dlatego nawet poucztować w czasie rozmowy nie możemy. Przede wszystkim, jak ciebie zwą, łaskawa sidcho?
– Neiss – niezbyt chętnie odezwała się dziewczyna. – A ciebie?
– Tern. – Nocny gość nagle czujnie uniósł głowę. I od razu skoczył jak oparzony. Chwycił za kij. – A niech to… Jak to się stało? Jak ona się przede mną ukryła?
– Co? – zdziwiła się sidcha, lecz równocześnie także stała się czujna.
Tern odwrócił się do niej, jego oczy spoglądały uważnie.
– Neiss, czyżbyś nie wiedziała, że za tobą przez cały ten czas ktoś pełznie?
– Co? – wzdrygnęła się dziewczyna. – P-pełznie? Kto pełznie?
– Tego się zaraz dowiemy! – Tern skoczył w bok i od razu zniknął pod nisko zwisającymi gałęziami, z łatwością unikając długich kolców.
– Ej! Ty dokąd?! Wracaj! – zawołała za nim sidcha.
Noc nie odpowiedziała.
Neiss skoczyła na równe nogi, podrywając z ziemi ochronny pęd. Dla prawdziwie urodzonej sidchy nie stanowiło problemu podjęcie śladu nocnego gościa, choćby nawet i dhussa, którego krewni doskonale umieli, kiedy trzeba, zwieść oczy każdego prześladowcy.


Zaczarowana witka zakręciła się jak prawdziwa żmija złapana za ogon. Nozdrza dziewczyny drgały, chciwie wciągając woń górskiego lasu, splatające się i zlewające aromaty dziesiątków, jeśli nie setek, rzadkich traw, pączków młodych świerków, puszczających korzenie pędów wielolistnika… Tutaj wszystko wypełnione było zapachami, wielością zapachów. Zwierzęta i ptaki, trawy i mchy, krzaki i powoje – skały żyły, niosąc na kamiennych ramionach tysiące małych żyć żyjątek, a starożytny grzbiet z głęboką obojętnością odnosił się do samotnej sidchy-uciekinierki.
Żadnych śladów Zgnilizny. Nie, nie na darmo mówiono, że jest to nasłane na ludzi przekleństwo za wieczny bród ich dusz i niecność zamiarów.
Sidcha czuła to wszystko i jeszcze o wiele więcej, nie była jednak w stanie, ku swojemu ogromnemu zdumieniu, wyłuskać tylko jednego – śladu dziwnego dhussa, zapewniającego, że nie jest dhussem.
Minęło niewiele czasu i Tern ponownie zjawił się przed Neiss; wyłonił się nagle, jakby utkał się z nocnego zmroku i górskiej mgły. Uginał się pod jakimś ciężarem, ale stąpał, jak poprzednio, bezgłośnie.
Dopiero teraz sidcha poczuła to, co powinna była odczuć już dawno, od samego początku – ostry i gryzący zapach krwi, zmieszanej z czarodziejskimi trującymi miksturami. Krwi połączonej z magią. Woń uderzyła niczym obuchem, Neiss zakręciło się w głowie, zachwiała się pod naporem ogarniających mdłości, nieomal upadając na ziemię.
– Okazuje się, że miałaś interesujących towarzyszy podróży – chłodno zauważył Tern, ze spokojną, beznamiętną starannością, zdejmując z ramion zdobycz i opuszczając ją na ziemię. – Wychodzi na to, że się pomyliłem. Myślałem: Garbarnia, Dir Tanolli, tam cię ciągną… A najważniejsze, jak sprytnie za tobą pełzła. Niczego nie zauważyłaś, nie poczułaś nawet, dopóki, jak widać, siły zupełnie jej nie opuściły.
– O kim mówisz? Kogo siły zupełnie opuściły?
– Popatrz sama – krótko rzucił Tern, pomijając pytania milczeniem.
Neiss mimowolnie cofnęła się o krok, przyczajając się jak do skoku i na wszelki wypadek wysuwając pazury. Ten niepojęty dhuss mógł okazać się naprawdę niebezpieczny. Było w nim coś… rażąco niewłaściwego. Dzikus, którego plemię, wykształceni i wyrafinowani sidchowie, dawno już podejrzewali o kanibalizm, w żaden sposób nie mógł, nie miał wręcz prawa przewyższać jej, prawdziwie urodzonej.
Jednakże dhuss o imieniu Tern stał spokojnie, w podniesionej lewej ręce (którą można by nazwać łapą) niezbyt mocno świecił się srebrzysty ognik. A u jego stóp…
Zawinięta w utkaną z szarych i czarnych kawałków kurtkę i takie same spodnie, na suchym igliwiu leżała dziewczyna. Białe oblicze, bez śladu krwi, ogromne, szeroko otwarte antracytowe oczy, w których teraz nie odbijało się nic, oprócz bólu. Odzież w strzępach, zesztywniała od zaschniętej krwi.
– Gończa Nekropolis – chłodno skomentował Tern, dotykając z obrzydzeniem usianą dziwnymi, bezspornie złymi runami, stalową obręcz otaczającą szyję rannej. – Pełzła po twoich śladach, Neiss. Pełzła, ranna, po mojemu nawet śmiertelnie ugodzona. Co może, służąca Mistrzom Śmierci robić w towarzystwie breonów Dir Tanolli?
Neiss spuściła głowę.
– Cóż, znowu przyjdzie mi domyślać się samemu. – Tern przykucnął, grube z wyglądu palce szybko i zwinnie przebiegły od skroni do obojczyków rannej. – Wóz i służba z Dir Tanolli. W każdym razie, niczym się od nich nie różniąca. Breony znajdują się w służbie Garbarni od wieków, kiedy jeszcze panowało Siedem Zwierząt. Jednak strzeże uwięzioną sidchę nie kto inny, a Gończa Nekropolis. Bardzo wątpię, żeby tamtejsi Mistrzowie dobrowolnie pozostawili eskortę do dyspozycji pryncypała Szkoły Żywiołów. Mocarstwo Wszechbrzeża ledwie przystało na jako taki sojusz z Nekropolis – zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę, ile razy omal nie poprzegryzali sobie nawzajem gardeł, w nie tak znowu dalekiej przeszłości. Nie, tutaj sprawa jest bardziej zagmatwana. Ciebie nie wieźli do Garbarni, a trochę dalej. Do samego Nekropolis. No i co, mam rację? Nie klucz, Neiss, powiedz lepiej prawdę. – Dhuss nie przestawał zajmować się ranną i na sidchę prawie nie patrzył, dopiero przy tych słowach podniósł badawcze spojrzenie. – Słowo honoru, nie rozumiem, dlaczego tak się zapierasz. Jeśli złapały cię Gończe Mistrzów Śmierci, co tu ukrywać? Mnie, uwierz, wystarcza własnych tajemnic i zagadek. Obciążać się jeszcze twoimi zupełnie nie jest mi po drodze.
– To po co się wypytujesz? – odgryzła się Neiss. – Myśl sobie o mnie, co chcesz, dhussie. To nie twoja sprawa. Spotkaliśmy się i rozstaniemy. Każdy pójdzie swoją drogą. Bez żadnych pytań. Nie jesteś prokuratorem Wszechbrzeża. Kto mnie wiózł, dokąd i po co, tego wiedzieć nie musisz. Sama wydostałam się z potrzasku, sama, słyszysz?! Ty mnie nie uratowałeś, na rękach po górach nie taszczyłeś. W odróżnieniu od niej – sidcha z obrzydzeniem skinęła w kierunku nieruchomej Gończej. – O nią troszczysz się, jak widzę, z pełnym zaangażowaniem.
– Jest ranna. Słaba. Straciła mnóstwo krwi. Jak mogę ją porzucić? A ty, Neiss? Mogłabyś?
Leżąca na ziemi dziewczyna-Gończa ledwo zauważalnie poruszyła się.
– A co mnie ona obchodzi? – obojętnie wzruszyła ramionami sidcha. – to stworzenie nekromantów. Niech zdycha, tutaj na drodze. Czyżbyś się ze mną nie zgadzał?
Oczy dhussa, uparcie nie życzącego sobie, żeby go zaliczano do dhussów, gniewnie się zwęziły.
– Ona jest słaba, ranna – powtórzył. – Bezbronna i, zauważ, że teraz ma niewielki pożytek ze swojego miecza. Pełzła za tobą, ociekając krwią, nie wiem jak, ale pokonała skalną ścianę, a przecież dostać się tutaj, to i dla zdrowych nie lada wyzwanie. Pełzła, już zupełnie nie licząc na to, że znowu cię pochwyci. Ale mimo to pełzła. Nie domyślasz się, dlaczego, prawdziwie urodzona sidcho?
– Nie, nie domyślam się, i głowy łamać sobie nad tym nie zamierzam – Neiss pogardliwie wydęła wargi. – Zacznę jeszcze myśleć o tych… tych… wypaczeniach ludzkiej natury. Trzeba je unicestwić, wszystkie, co do jednej. A umierać powinny wolno, w mękach, tak, żeby poczuły, chociaż małą część tego, co czyniły same. Ale unicestwione być powinny i to wszystkie, co do jednej, inaczej świat nigdy nie odzyska spokoju. A właściwe, dlaczego ją ratujesz, Tern? Czy także marzysz o tym, żeby nałożyć taki oto miły naszyjniczek?! Powiedziałam, niech zdycha. Nie obchodzi mnie wcale.
– Cóż, mnie tak. – Dhuss pochylił głowę, wpatrując się w bladą twarz rannej. Jego koślawe, z wyglądu niezgrabne palce, ponownie przebiegały po szyi i piersi Gończej. Dało się słyszeć ciche potrzaskiwanie, błysnęło kilka perłowych iskierek. – Mnie obchodzisz i ty, i ona.
– Ej! – wzburzyła się sidcha. – Zupełnie rozum straciłeś? Leczysz ją, czy co? Czy wiesz, co ona z nami zrobi, jak tylko dojdzie do siebie? Ja tylko dlatego sobie z nią poradziłam, że zaatakowałam ją znienacka!
– Zaatakowałaś znienacka Gończą Nekropolis? – Tern ze zdziwieniem uniósł brwi. – Trudno uwierzyć, prawdziwie urodzona Neiss. Gończej Nekropolis nie da się zaskoczyć. W przeciwnym wypadku to nie Gończa.
Sidcha dumnie zadarła nos:
– Nie chcesz wierzyć, nie musisz, mnie tam wszystko jedno…
– Posłuchaj – surowo przerwał jej dhuss – ona popełzła za tobą dlatego, że swoich, najwidoczniej, bała się jeszcze bardziej. Spójrz na obręcz. Run jest mało, tylko trzy. Ostatnia – wielka aks. A pierwsza? Widzisz – , mała zerd, potem – znowu mała, wajt… W czymś się wyróżniła, ale niewystarczająco, wolnego miejsca jest zbyt dużo. To młoda Gończa. Trzy runy, a z nich tylko jedna wielka, a jedna z małych podstawowa; stopień zatem w hierarchii nieznaczący, początkowy. Zadanie jej dali proste; sprowadzić otumanioną zaklęciem albo ziołami sidchę, a potem czy to branka sama przebiła zaklęcie, czy to alchemicy nieprawidłowo ocenili siłę zioła – nie wiem, co się stało, jednak sidcha doszła do siebie długo przed miejscem przeznaczenia. A Gończa niczego nie zauważyła… zapewne.
Neiss nie odpowiedziała. Oczy jej tylko błyszczały bursztynowym płomieniem, rywalizując jasnością z płonącym w dłoni dhussa srebrzystym ogniem.
Ranna istota poruszyła się i jęknęła. Dźwięk wydobył się nędzny, żałosny i słaby. Zupełnie niewłaściwy u brutalnej i pozbawionej uczuć Gończej, nieznającej ni miłosierdzia, ni współczucia, ni zwątpienia, ni wahania.
Szczęka Neiss zadrżała. Pazury wyciągnęły się do samych granic.
– Uspokój się, dzika. Ona – skinął na leżącą – nic złego już ci nie zrobi.
– A skąd to możesz wiedzieć? – zasyczała Neiss.
– Wiem – krótko odpowiedział dhuss, nie przestając zajmować się Gończą.
– Patrzcie, proszę, jaki wszechwiedzący! A jeśli ona cię wypatroszy, to co wtedy? Czy też będziesz taki niezłomny?
– Z prawdziwą Gończą w otwartej walce sobie nie poradzę – niespodziewanie spokojnie i lekko przyznał się dhuss.
– Nie może być! – przedrzeźniała go Neiss. – Żeby dhuss, ot tak, po prostu przyznał, że…
– Ile można powtarzać, że nie jestem dhussem?
– Tak, teraz jestem gotowa w to uwierzyć – jadowicie rzuciła sidcha. – Żaden prawdziwy dhuss do czegoś takiego by się nie przyznał.
– Nie jestem dhussem. I podobne szyderstwa mnie nie dotykają – spokojnie odezwał się Tern. – Aha! Znalazłem! Głęboko, jednak, jak się wciągnęło…
Gwałtownie się wyprostował. Zakrwawione palce trzymały coś w rodzaju krótkiej, grubej igły, teraz wydającej się prawie czarną. Z igły wolno odrywały się ciężkie, tłuste krople.
– Surowo ją potraktowałaś – pokręcił głową dhuss, podnosząc oczy na sidchę. – Neander Xazix, pewne i nieprzełamywalne, inaczej zwane Igłą Do Serca.
– A po co ich żałować – Neiss wyszczerzyła drobne zęby. – Nieludzie i nieumarli to gorzej niż nikt.
Skąd ten dhuss może wiedzieć, jak w języku sidchów zwie się to zabójcze i uznawane za nieprzełamywalne zaklęcie?
– Krew ma czerwoną i gorącą – złym głosem rzucił Tern. – U zombie i pozostałych nieumarłych taka nie występuje.
– Ona jest gorsza niż nieumarli. Zombie są bezmózgie, takimi ich stworzono. A ona…
– Ją także taką stworzyli – zauważył Tern. – Ona także nie jest winna.
– Tak, ona nie jest winna, ci co ją posłali też nie są winni, magowie, co wymyślali te zaklęcia, też nie, dlatego, że kierowało nimi wyłącznie zamiłowanie do czystego poznania…
– To nie miejsce na filozoficzne dysputy – dhuss z obrzydzeniem przełamał pokrytą ciemną krwią igłę. – Obowiązkiem tego, który posiada wiedzę jest pomóc cierpiącemu. Tak głosi Kodeks Dalejny…
– Słyszałeś o Kodeksie Dalejny? – wzdrygnęła się sidcha.
– Nie lubię nierozumnych – wznosząc oczy ku niebu, oznajmił milczącym kolczastym gałęziom Tern.
– A ja to niby nierozumna jestem? – poderwała się Neiss.
Rozmówca prawdopodobnie uznał, że odpowiadać na to pytanie jest poniżej jego godności.
Ranna Gończa tymczasem znowu poruszyła się i jęknęła. Cienkie ręce i nogi, z wyglądu bardzo kruche, zadrżały w konwulsjach. Ciasno owinięta szarą płócienną opaską głowa, uniosła się, Gończa ostro wyrzuciła powietrze z płuc, razem z krwią.
– Rozprułaś jej płuco – z wyrzutem powiedział Tern. – Nawet zabić nie mogłaś jak należy. Żeby od razu i bez męczarni.
– Bez męczarni? Chciałam, żeby to stworzenie męczyło się jak najdłużej! Żeby na swojej wstrętnej skórze poczuło, żeby do cna przeniknęło ją cierpienie! – wykrzyknęła Neiss, gwałtownie odwracając się.
– Bardzo godnie, to rzeczywiście przynosi zaszczyt szlachetnym sidchom, bardzo godnie. – Tern znowu pochylił się nad ranną, ręce jego ponownie prześliznęły się po zakrwawionej odzieży. Gończa drżała i pojękiwała cicho. Palce spazmatycznie zacisnęły się, wbijając się w ziemię, drąc ją, jakby starały się dostać, nie wiadomo do czego.
– I druga igła… I trzecia… – dhuss wprost spojrzał na sidchę i wyrecytował: – Ani jedna żywa istota, jakiego by przestępstwa nie popełniła, nie zasłużyła na męki. Jeśli skazana jest na śmierć wyrokiem sprawiedliwego sądu, kaźń powinna odbyć się miłosiernie. Torturując i zamęczając swoich wrogów, jeśli nawet uczynili nam wielkie zło, stawiamy się na równi z nimi…
– Recytujesz jak z pisma – uśmiechnęła się wyniośle sidcha. – Ciebie samego trzeba by zaprowadzić do Garbarni, tam byś zobaczył, jaką etykę wykładają magowie. Powiedzieliby ci tam uczeni, gdzie możesz wsadzić sobie swoją etykę… tak samo jak i zasady.
– Zasady po to są zasadami, żeby nikt i nic nie mogło zmusić cię do wsadzenia ich sobie tam, gdzie mówisz – spokojnie odezwał się Tern. – Acha… czwarta… no, wszystkie, gotowe.
Gończa Nekropolis tymczasem stopniowo dochodziła do siebie. Oczy bardzo powoli odzyskiwały świadomy wyraz; wielkie, wyraziste, czarne jak podziemny, płonący kamień. Jeszcze zupełnie niedawno pokrywała je błona nieprzytomności, teraz spojrzenie pojaśniało.
– Kch-to… – wychrypiała Gończa. – Kchto tchy?
– Szkodzi ci mówienie – delikatnie odpowiedział dhuss spokojnym głosem doświadczonego uzdrowiciela, rozmawiającego z ciężko chorym pacjentem.
– Gchdzie-e…
– Ona jest tutaj – Tern całkowicie zignorował wściekły gest Neiss.
– Oncha-a… zab-chije…
– Uspokój się. Nikt nikogo nie będzie zabijać. W każdym razie, dopóki ja tu jestem, niczyja krew się nie poleje. Ani twoja, ani jej. Obiecuję ci.
– Jch-a… nchi-e… uchro-nchi-łam…
– Zapomnij o tym. Co było, to było. Leż spokojnie. Wiem, bardzo chce ci się pić, ale na razie nie powinnaś. Poczekaj, aż zaklęcie zrobi swoje. Wtedy możesz osuszyć choćby wszystkie okoliczne strumienie.
– Jaki troskliwy – fuknęła Neiss.
Sidcha drżała z oburzenia; wypuszczone pazury, ugięte kolana, ciało gotowe do skoku. I dokładnie w tym samym momencie, właściwym wszystkim sidchom, półzwierzęcym instynktem wyczuła, że na tego dhussa lepiej się nie rzucać. Nawet, jeśli udałoby się zaskoczyć go znienacka.
– Leż, leż spokojnie – Tern delikatnie poklepał Gończą po ramieniu. – Zaraz ci się polepszy. Zaśniesz i duchy spokoju spłyną na ciebie, unosząc duszę na gwiezdne wysokości, gdzie płoną miliardy ogni, gdzie nie ma ani zła, ani bólu…
Głos Terna zmienił się w urzekającą, usypiającą litanię. Ulegając rozkazowi, powieki Gończej powoli opadły, antracytowe oczy zamknęły się.
– Śpi – z zadowoleniem rzucił dhuss-uzdrowiciel. Uśmiechając się, powiódł palcem po klanowym znaku na policzku. Neiss zdawało się, że na jedną chwilę znak rozświetlił się od wewnątrz.
Sidcha obserwowała Terna z rosnącą trwogą, zmieszaną z mimowolnym szacunkiem. Wsadziła w Gończą cztery igły, zaklęła na nieuchronną i męczeńską śmierć nie jeden raz, a po czterykroć – a ten niepojęty, niewiadomo skąd przybyły dhuss (dzikus, kanibal, potwór, zgodnie z wyobrażeniami sidchów) bawiąc się, ocalił stworzenie Nekropolis. Przebił bojowe zaklęcie, które Neiss, nie bez powodu, uznawała za swoją dumę. Przecież nigdy by jej nie pojmali, gdyby wcześniej nie napoili? Dokładnie spili, inaczej jak Gończa Nekropolis by ją znalazła? I potem, w drodze, ciągła słabość, niemijający sen, porównywalny ze śmiercią. A kto mógł ją spić – tak, tylko jeden człowiek, handlarz, u którego robiła zakupy tuż przed samym uprowadzeniem… Przeklęty Alawrus! No nic, do niego jeszcze się dobierze, przecież teraz jest wolna.
Właściwe, sidchy nic już tutaj nie trzymało. Do świtu jeszcze daleko, ale odejść może nawet teraz. Wiązać się z tym niepojętym dhussem? Trzeba się go raczej strzec, a zatrzymać jej pewnie nawet on by nie potrafił. Odejdzie. Tylko dokończy w miarę możliwości zaczęte dzieło.
Wyglądało na to, że dokładnie „w miarę możliwości”.
– Dobrze, dhussie, Ternie, czy jak cię tam zwą – chłodno powiedziała w końcu. – Ty sam rób, co chcesz, mnie jest wszystko jedno. Ale tego stworzenia żywego puścić nie mogę. Rozumiesz to, czy nie?
– Nie, nie rozumiem – spokojnym głosem odpowiedział Tern, bez żadnych ceregeli rozciągając się na posłaniu z opadłego igliwia. – Dlatego, że czyniąc zło rannemu, popełnia się jeszcze większe zło. Poczekasz, aż jej się poprawi i wyzwij ją wtedy na honorowy pojedynek, jeśli już tak pragniesz jej śmierci.
– Co?! Ją? Na godny pojedynek?! – wybuchnęła sidcha. – Skąd ty się wziąłeś dhussie, który nie jesteś dhussem! Z nieba spadłeś?
– To pytanie nie ma nic wspólnego ze sprawą, Neiss. Ja nie życzę źle ani tobie, ani jej. Wszystkie wojny i temu podobne to wielka głupota i zło. Rozumni nie powinni zabijać rozumnych. Ta prosta prawda nigdy nie przyszła ci do głowy? Ktoś przecież powinien pierwszy zatrzymać to krwawe koło. „Do mnie należy zemsta i ja mam prawo odwetu!” – drwiąco przedrzeźnił kogoś. – Ta dziewczyna, Gończa, jest o wiele bardziej nieszczęśliwa, niż ty. Zapewne kupili ją na targu niewolników, widocznie okazała się zdrowsza od dziesiątków wycieńczonych, sparszywiałych chorych. Wmuszali w nią trujące zioła – przyzwoity i honorowy alchemik nigdy takich nie sporządzi, nawet pod groźbą śmierci i tortur. Odprawiano nad nią okropne obrzędy. Ona jest w niewoli potężnych zaklęć. Od samego dzieciństwa nie widziała niczego… z tego, co powinna była widzieć. Zrobiono z niej potwora, ale jest człowiekiem, jest żywa, a to znaczy, że niczego jeszcze nie zmarnowano.
– W jakim zapadłym, zapomnianym klasztorze wbito ci do głowy takie brednie? – zawyła sidcha. – Czy nie wiesz, jak wstępuje się w szeregi służby Nekropolis? Mistrzowie przecież nie tylko skupują na rynku dzieciaki! „Przyjdźcie do nas, wszyscy, którzy jesteście słabi – my damy wam siłę. Przyjdźcie do nas, wszyscy skrzywdzeni – damy wam możliwość zemsty. Przyjdźcie wszyscy, którym zbrzydł ten świat – razem go spalimy, rozsypiemy popiół i wzniesiemy się do nieba, do tronu wielkiego Oma!” Te stworzenia same złażą się do Nekropolis! Żeby otrzymać siłę, prawo do torturowania, męczenia i zabijania! Niczego innego im nie potrzeba! Zapomniałeś, że ta bestia zdążyła już otrzymać trzy runy?! A ty chcesz jej wszystko wybaczyć?! Nigdy! Po moim trupie, dhussie! Będziemy walczyć!
– Puste słowa – skrzywił się Tern. – My oboje nie jesteśmy sędziami, a tym bardziej katami. I walczyć z tobą nie będę, nie licz na to. Wszystko, co zrobiłem, to okazałem pomoc rannej. Po za tym nie zapominaj, że według prawa Nekropolis ona jest już skazana, co najmniej na zombirowanie. Ty się wyśliznęłaś, zadanie zostało spartaczone. Żaden z Mistrzów nawet nie będzie chciał słuchać jakichkolwiek wyjaśnień z jej strony. Rozumiesz, że ona jest obecnie zbiegiem w położeniu o wiele gorszym niż twoje? Ty masz gdzie wrócić, ona już nie.
Sidcha odwróciła się. Pięści mocno zaciśnięte, pazury schowane.
– Ja także nie mam dokąd wracać – odezwała się głucho. – Wszyscy moi… Cała moja Gałąź… Rękami tej oto… potwory…
Nastąpiło milczenie. Tern wolno podniósł się i stanął obok sidchy.
– Wybacz. Nie wiedziałem… Boleję razem z tobą – przemówił cicho. – Wznieśmy Żałobne Słowo, jak stanowi Kanon Odchodzących.
– Już przestałeś mnie dziwić – westchnęła sidcha, muskając kąciki oczu i strącając nieposłuszne łzy. – I ustanowiony przez Dalejnę Kodeks Leczących znasz i Żałobne Słowo… a rozprawiasz jakbyś rzeczywiście był z nieba. Wrogów żałuj, rannych nie dobijaj… Jakbyś nie wiedział, że oni ciebie sami chętnie dobiją.
– Zostawmy to – jak poprzednio, cichym głosem odpowiedział dhuss. – Wznieśmy Żałobne Słowo.
– A ty… wierzysz, że jest tam coś, poza śmiercią? – nagle jakoś bojaźliwie zapytała Neiss. – My przecież gaśniemy tak łatwo jak ogniki w nocy, ni śladu, ni błysku. I żadni magowie nie mogli znaleźć tego, co w starożytnych czasach Siedmiu Zwierząt nazywało się „duszą”…
– Ja wierzę, że nie gaśniemy – cicho, ale twardo i niewzruszenie odpowiedział Tern. – Nie ma jak tego udowodnić, można tylko wierzyć. Ktoś wierzy w dobrych, nieznanych bogów, niewidocznych i nie ukazujących się, ktoś kłania się wszechmogącemu Omu Jedynemu, ktoś do tej pory czci Zwierzęta, ktoś inny uważa, że każda okolica i kraina ma swoich władców, ktoś jeszcze… zresztą, nieważne. Wznieśmy Żałobne Słowo. Jak zwała się twoja Gałąź?
– Deleon Xian – szepnęła sidcha, osuwając się na kolana.
– Dobrze – wszedł w jej intonację dhuss i cicho zaczął deklamować Żałobne Słowo.
Jak należało, robił to w języku sidchów. We właściwym, ceremonialnym języku, wzniosłym sidcheanie, Abro Sidchean, lepiej, niż mogłaby powiedzieć to sama Neiss. Idealny ton, bezbłędne przejścia; gdzie on mógł to wszystko poznać?! Ten dhuss mówił, jakby uczył się mowy sidchów od urodzenia.
W Słowie mówiono o tym, jak kwitła i pachniała Gałąź pod dobrym światłem, jak oddychała ona w aromatycznym leśnym mroku. Odchodzili w mgłę przodkowie, a potomkowie zajmowali ich miejsce, zmieniały się igły i liście na drzewach, ale Gałąź była wieczna i pozostanie wieczna, nawet jeśli opadnie z niej ostatni żywy listek, bowiem rośnie nieśmiertelnie, a żadne nieszczęście nie może wykarczować głębokich przedwiecznych Korzeni.
Otwórzmy serce smutkowi, otwórzmy serce radości; otwórzmy oczy dla światła i otwórzmy je dla mroku. Dopóki płyną strumienie i mkną wiatry, dopóki zima zmienia się w wiosnę, a lato w jesień, do tej pory nie powinien żal pozbawić nas sił, bowiem my wspominamy tych, którzy odeszli, żeby zyskać ponownie siły do życia.
Zakończywszy Słowo Neiss i dhuss długo milczeli. Cisza sączyła się między opadającymi kolczastymi gałęziami, nad ciemnymi masywami gór jaśniały gwiazdy, na skos przekreśliwszy gwiazdozbiór Szczypawki, ostrym mieczem zawisnąwszy nad światem, jaskrawo płonęła kometa.
– Chodźmy spać – powiedział wreszcie Tern. – Gończa pośpi co najmniej do południa. Obiecaj Neiss, że nie uczynisz jej krzywdy.
Sidcha milcząco kiwnęła głową, walcząc z nadchodzącym szlochem.
– Obiecaj – natarczywie powiedział dhuss.
– A co ty tam rozumiesz! – nie wytrzymała sidcha. Łzy jednak trysnęły z jej oczu. – Czy tobie kiedykolwiek zabito wszystkich, ty klocku drewniany?! Nie?! W takim razie milcz i nie stawaj między mną a zemstą!
– Porozmawiamy o tym jutro – nieomal błagalnie przemówił Tern. – Jasne ciało niebieskie czasami pomaga… chociaż inne rzeczy są możliwe tylko nocą.
Sidcha odwróciła się, zupełnie po dziecinnemu pociągając nosem i ocierając łzy wierzchem dłoni.
– Porozmawiamy o tym jutro – łagodnie powtórzył dhuss. – Wydaje mi się, że wszystko pójdzie inaczej, niż wydaje się tobie…


* * *



Ranek uderzył w oczy wirami światła, wiatr przygnał fale woni z dzikich, swobodnych gór, bystra woda szemrała powitalnie. Dhuss pił długo z rozkoszą, prychając, rozbryzgując wodę i pluskając. Neiss – ostrożnie, niczym przybyła do wodopoju płocha łania. Gończa Nekropolis, tak jak uprzedzał Tern, cały czas jeszcze spała. Neiss zdziwiła się sama sobie – zamknęła oczy z twardym postanowieniem, by obudzić się w środku nocy i… Jednak sen okazał się na tyle głęboki i spokojny, że sidchę pełnej krwi obudził dopiero poranny blask świtu.
Górski las ożył, zatrajkotały, zaszczebiotały rudziki, przeleciała nad głową para strzelczyków, z krzaków wyszedł poważny pasiasty ryskun, zerknął na dziwną drużynę i podreptał za swoimi sprawami. Stąd, z przełęczy pomiędzy dwoma kamiennymi olbrzymami, widniało tylko słabe światło – dokładnie tam, gdzie skały kończyły się pionowym urwiskiem, a pod nimi biło w niepokonaną zaporę morze równinnych lasów i zagajników. Przez noc, podpalony przez Neiss powóz spalił się do cna, a wiatry rozniosły dym daleko na wszystkie strony.
Sidcha nie potrzebowała jedzenia, wystarczały jej, w razie konieczności, młode leśne pączki. Sezon grzybowy jeszcze się nie zaczął, zwykłemu człowiekowi niełatwo byłoby zdobyć w lesie jedzenie. Dhuss, ku jej ogromnemu zdumieniu, także zadowalał się odciętymi młodymi pędami – igły na nich już zdążyły odrosnąć, ale jeszcze nie stwardniały.
– Nigdy nie widziałam dhussa z upodobaniami żywieniowymi jak sidcha! – zaszydziła dziewczyna. – Jak to mówią: „Znałem ja jednego gnoma, który chciał być aelwem?”
– Jestem kim jestem – z niezmąconym spokojem odpowiedział Tern. – Krew nie jest ważna, ważne, co masz tutaj – dotknął swojej skroni.
– Wiem, wiem, ciebie nie przekonam – prychnęła Neiss. Jej wzrok padł na spokojnie posapującą Gończą. – No, a co zamierzasz z nią zrobić? Wyleczyć, utulić i puścić wolno? Żeby kontynuowała… Ona jest winna krwi moich braci i sióstr, jej krew należy do mnie, nie zapomniałeś?
– Neiss – przerwał jej dhuss. – Wybacz proszę, czy ty ogłuchłaś, czy mnie w ogóle słuchałaś? Dla Nekropolis ona już jest stracona. Tym bardziej Mistrzowie nie pożałują sił i czasu, żeby ją odszukać, postawić na Placu Zaklętego Spoczynku Nekropolis, czy gdziekolwiek, gdzie urządzają publiczne kaźnie. Jako nauczkę dla innych rozczłonkują ją, a następnie przemienią w zombie. Ona nie ma gdzie wracać. W każdym razie, porzucić ją teraz, to szczyt bezduszności.
Neiss pogardliwie prychnęła.
– A gdzie masz zamiar skierować swoje kroki ty, leśna pani pełnej krwi? – z kolei starał się dowiedzieć dhuss. – Dalej na zachód za Przełęczą Taeng jest dużo miejsca, mało ludzi, ale zupełnie nie ma sidchów, z waszego plemienia są tylko aelwy w niedostępnej Rinn-A-Elin. Są taengowie, gnomy, ogry, gwerdy, trolle-kłossy w Kesserskim Lesie – do tych ostatnich chyba cię nie ciągnie – i jeszcze wszelaka drobnica, często niechętna nieproszonym gościom. Ja, ze swojej strony, kieruję się do mądrego astronoma i alchemika, mędrca Ksarbirusa. Być może będzie potrafił wspomóc radą i ciebie?
– Nie potrzebne mi są niczyje rady! – wybuchła sidcha. – Ani twoje, ani twojego guru. Co ci w ogóle przyszło do głowy, żeby sidcha pełnej krwi szukała porady u człowieka?
– Głupio odmawiać z powody miałkich uprzedzeń, Neiss. Ale to twoja sprawa. Namawiać nie będę. Chyba nie jesteś teraz zdolna zabijać niewinnych na prawo i lewo.
– Jak to?! A gdybym była zdolna?
– Wtedy bym cię nie wypuścił.
– Ciekawe, jakbyś to… – ze złością zaczęła sidcha i zacięła się pod ciężkim spojrzeniem Terna. Z jakiegoś powodu zupełnie nie miała ochoty ryzykować i sprawdzać prawdziwości jego słów. – Krótko mówiąc, dokąd idę, nie twoja sprawa, przemądrzały dhussie. Dokąd szłam, tam i pójdę. I tobie tłumaczyć się nie będę.
– Jak sobie życzysz, pełnej krwi leśna pani. Chcę cię tylko uprzedzić, że taengowie i kłossy są jeszcze bliżej leśnych sił, niż sidchowie i dlatego twoja strażnicza gałąź w decydującym momencie może obrócić się w dawno zgniłą witkę.
Dziewczyna znacząco uniosła gęste brwi.
– A o ile pamiętam, od wszech czasów sidchowie i kłossy nie żyli w wielkiej zgodzie. Podobnie jak sidchowie z taengami. Z tych czasów, powiadają, u kłossów zachował się jeden miły obyczaj – przywiązywania schwytanych sidchów nad świeżymi zasiewami żerskoka i potem stawiania zakładów, ile ukąszeń wytrzyma ofiara. Taengowie z kolei lubią urządzać triumfalne palenie sidchów, którzy wpadli im w ręce. Czaszki wrogów na ogół wygotowują i robią z nich ochronne talizmany. Słyszałaś kiedyś o czymś takim?
– Nawet jeśli i nie słyszałam, to co z tego? Co ty sobie myślisz, że jak mnie nastraszysz, to na kolanach do ciebie przypełznę prosić o ochronę?! Nie jestem taka. Źle trafiłeś!
– Wiem, że nie przypełzniesz. Przecież nie będziesz siedzieć latami na przełęczy, chociaż lasy tutaj i piękne, i czyste.
– Zapomniałeś, kim jestem, dhussie? – rzekła wyniośle.
– Nie, nie zapomniałem. Mam nadzieję, że ty także sobie przypomnisz, kim byłaś – rokującą wielkie nadzieje czarodziejką swojego ludu, a nie śmiertelnie przerażonym zbiegiem, gotowym choćby dwieście lat ukrywać się po chaszczach i wąwozach, byle tylko nie wpaść w oko łupieżcom Nekropolis!
– Skąd ty możesz wiedzieć, jakie nadzieje ze mną wiązano?!
– Na prostą sidchę nie polowaliby Mistrzowie Śmierci, ryzykując wszystkimi możliwymi komplikacjami z Mocarstwem Wszechbrzeża.
Neiss zasyczała. Bursztynowe oczy błysnęły, pazury same się wysunęły.
– Ręczę, że daleko nie zajdziesz. Jeszcze trzy dni drogi i zacznie się zejście w kierunku Galmarskich Równin. Jeśli nie masz w głowie żadnego rozsądnego planu, to lepiej trzymajmy się razem.
– Niech cię wrony rozdziobią, dhussie-wszechwiedzący – wysyczała Neiss. – Nie pojmuję, w imię czego do tej pory z tobą rozmawiam. Z tobą, który leczy nekromanckie stworzenie! Każdy mój pobratymiec strąciłby ci głowę za coś takiego bez wahania!
– Może i starałby się strącić – Tern, uśmiechnął się i wzruszył przy tym potężnymi ramionami. – Cóż, ty pełnej krwi we wszystkim masz wolną wolę. Idź, gdzie cię serce prowadzi. Ale wcześniej się zastanów…
– Nad czym tu się zastanawiać?! Pomagasz Gończej, czyli jesteś taki sam jak ona! Może też jesteś nekropolisowym pomocnikiem?
– Tak, dobry pomocnik – dał ci się wyspać, zamiast spalić twoją gałąź, związać, otumanić i spokojnie zatargać do samego Nekropolis, gdzie czeka zasłużona nagroda.
– Może jesteś szpiegiem!
– Taaa. Nie, nie oponuję, to oczywiście olśniewający pomysł – świadomie pozwolić ci uciec, zlecając eskortowanie ciebie młodej i niedoświadczonej Gończej, a w ślad za wami wysłać doświadczonego szpicla… Ale, chwała wszystkim bogom, prawdziwym i wymyślonym, nasi sławni nekromanci nie są do czegoś takiego zdolni. W przeciwnym wypadku podporządkowaliby sobie już cały kontynent.
– Dosyć – ucięła dziewczyna. – Dalej każdy idzie w swoją stronę. Ty, skoro musisz, zostań i lituj się nad twoją zombiaczką, ja ruszam dalej. Droga daleka. Został mi jeden dług do spłacenia – tam, we Wszechbrzeżu.
– Szczęśliwej drogi, Neiss, ale wydaje mi się, że popełniasz błąd.
– Kiedyś sama się o tym przekonam – wyniośle rzuciła sidcha, nie odwracając głowy. – Za swoje błędy przywykłam odpowiadać sama.
– Cóż, powodzenia – Tern odwrócił się.
Neiss z dumnie podniesioną głową odeszła. Jeden krok, drugi i zniknęła z pola widzenia, szybko rozpływając się za srebrzystymi kolczastymi zasłonami.
Dhuss ciężko westchnął. Kilka chwil patrzył w kierunku, w którym podążyła dziewczyna, kiwał głową, coś tam mamrocząc do siebie. Potem stanowczo otrząsnął się niczym mokry pies (złe języki przypisywały pochodzenie dhussów od rodzonych psów starożytnych bogów, samych Siedmiu Zwierząt) i wrócił do Gończej.
Ta jakby tylko czekała na tę chwilę. Antracytowe oczy otworzyły się.
– Obudziłaś się? – uśmiechnął się Tern. – No, jak tam po wczorajszym? Wyciągnąłem wszystkie igły, ślady mogą jeszcze boleć kilka dni, ale jeśli to prawda, co opowiadają o Gończych Nekropolis, to nic już boleć cię nie powinno. No, napij się – wyciągnął zdjętą z pasa drewnianą menażkę, zapewne jedyną posiadana przez niego rzecz poza długim bojowym pasem.
Cienkie, blade palce ostrożnie wyciągnęły się w jego kierunku. Łapczywie chwyciły menażkę i niemal wyrwały ją z ręki dhussa. Gończa przypadła ustami do szyjki, jakby w jej gardle nie było kropli wody nie wiadomo od ilu już dni.
– A… yy… och…
– Pij, pij. To jest dobra woda. Nie to, co to paskudztwo, którym poją was w Nekropolis.
Gończa wreszcie oderwała się od menażki. Po kształtnym, ostrym podbródku z dołeczkiem, ściekały przezroczyste krople. Czarne oczy skierowały się na wybawiciela.
– Dziękuję – powiedziała. Teraz jej mowa była czysta i twarda, jak u mieszkańców północy z wybrzeża Morza Tysiąca Zatok. – Dziękuję ci, nieznajomy. Moje życie niewiele jest warte, ale jednak…
Dziewczyna wykonała niezauważalny, rozpływający się, niemal niedostrzegalny okiem, ruch. Z obu rękawów szarej kurtki wyskoczyło po jednym igiełkowatym ostrzu długim na dłoń.
– Wdzięczna jestem za ocalenie i proszę o naprostowanie mojej drogi – klingi skrzyżowały się, a ona sama opadła na jedno kolano i skłoniła głowę.
– Wstań, Gończa. Może na początek powiesz, jak cię naprawdę zwą. A może zostałaś sprzedana, gdy byłaś tak mała, że już nie pamiętasz?
Węgliście czarne oczy zapłonęły równie mocno jak bursztynowe.
– Nie, wybawicielu. Zwą mnie Stein. Coś tam, oczywiście, pamiętam, chociaż dostałam się do Nekropolis jeszcze jako dziewczynka. Masz rację, sprzedano mnie. Rodzice umarli, krewnym wystarczało swoich gęb do wykarmienia. I wtedy, bardzo w porę, do naszego miasteczka przyjechali ludzie z Nekropolis, by werbować nowych…
– Skąd pochodzisz? – przerwał jej Naznaczony.
– Gwaron.
– Gwaron?... Królestwo Aksedor?
– Doskonale się orientujesz w położeniu krain, wybawco. Ale jak mam nazywać ciebie, tego, któremu jestem wdzięczna?
Dhuss uśmiechnął się:
– Nie widzę sensu, żeby coś ukrywać i nie wierzę w szczególną, magiczną moc imion. Jestem Tern.
– Tern? Dziwne imię… dhussy takich imion nie miewają.
– Masz całkowitą rację. Nie jestem dhussem, chociaż jestem do nich podobny.
– A skąd jesteś, Tern?
– Z daleka, Stein. Z tak daleka, że nawet sobie nie wyobrażasz.
– Dziwne, przecież po naszemu mówisz swobodnie…
– Znam wiele narzeczy.
– Skąd?
– No cóż – uchylił się od odpowiedzi wprost Tern. – Przyszło mi podróżować przez wiele krain i miejsc…
– A wyglądasz całkiem młodo…
– To mam po dhussach, oni i przed śmiercią wydają się młodzi. Co teraz masz zamiar robić, Gończa… Stein?
– Nie nazywaj mnie Gończą – zmarszczyła brwi. Ostrożnie spróbowała wstać i wyglądało na to, że wielce zdziwiła się, kiedy jej się to udało. – Wygląda na to, że mi się poszczęściło, jak… jak… – wolno uniosła ręce, zakryła twarz dłońmi i tu jej głos załamał się. – Czy naprawdę to się skończyło?... Naprawdę? Ja… jestem wolna?
Dhuss odrobinę zmrużył oczy, jakby się zdziwił.
– Nie jesteś wolna – przemówił, ostrożnie dobierając słowa. – Po prostu straciłaś wiele tego, co płynęło w twoich żyłach zamiast krwi, wszyte zbiorniczki wywaru jeszcze nie wyrównały ubytków. Szybko staniesz się taka jak wcześniej. Stein, nie oszukuj się. Na tym opiera się moc Nekropolis. To byłoby zbyt proste, gdyby dla uwolnienia Gończej wystarczyłoby tylko dobrze upuścić jej krwi!... Nie, to nie tak. Ale wiem, co powinniśmy zrobić. Właściwie nie trzeba nic więcej, poza tym, co i tak zamierzałem; zresztą w jednym masz rację – tobie rzeczywiście niewiarygodnie się poszczęściło. Sidcha Neiss wsadziła w ciebie cztery Igły Do Serca i ani jedna nie okazała się śmiertelna. Jakimś sposobem przeżyłaś, chociaż powinnaś wykrwawić się do rana. Zamiast tego, popełzłaś w ślad za uciekinierką. No a potem…
– A potem ty mnie uratowałeś – nie odrywając błyszczących oczu od dhussa, odezwała się Stein. – Uratowałeś Gończą Nekropolis, wstrętnego potwora, twór złej magii przeciwny wszystkim ludziom, wiedziony…
– Przestań, proszę.
– Ty wierzysz mi, tak po prostu?
– Igły sidchów oddały ci jedną przysługę, za którą, po sprawiedliwości, powinnaś podziękować Neiss.
– A niby jaką? – Tern nie wyróżniał się wysokim wzrostem, ale miniaturowa, podobna do maleńkiej rzeźbionej statuetki, Stein, musiała i tak mocno zadzierać głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
– Ból przebił większą część nałożonych na ciebie zaklęć, Stein. Jak już powiedziałem, straciłaś mnóstwo krwi, a razem z nią większość eliksirów, wmieszanych w twoje żyły. Dlatego teraz możemy rozmawiać, a nie walczyć.
– Skąd ty to wszystko wiesz? – zdumiała się Stein. – Gdzie tego uczą? Chcę tam trafić!
– Tam, gdzie o tym wszystkim nauczają, bynajmniej nie dopuszczą kogo popadnie – westchnął Tern.
– O! Ciebie wypędzili? – starała się odgadnąć dziewczyna.
– To długa historia, Stein.
– To czemu jej nie opowiedzieć? Chociażby i po drodze. Jeśli chcesz, opowiem pierwsza swoją historię. Co ty na to? Idziemy?
Tern jakoś dziwnie spojrzał na Stein. W tym momencie wydała się być najzwyklejszą dziewczyną, jakby nie ciągnął się za nią krwawy cień przeszłości w służbie Nekropolis, którego mroczna sława rozeszła się od jednej ziemskiej granicy do drugiej.
Stein jakby odgadła jego myśli.
– Tak, oczywiście – jej ramiona opadły przytłoczone poczuciem beznadziei. – Rozumiem. Ocalić ranną to jedno, a zaufać to drugie. Masz rację. Większość służy Nekropolis wcale nie dlatego, że ich czymś tam otumaniono.
– Wiem – przytaknął Tern. – Otumanienie powoli przechodzi. Kiedy Gończa naprawdę przekształci się w potwora, wtedy zostają tylko bojowe eliksiry – dla nadania siły, bystrości, celności… Staje się monstrum, oczywiście nie na zewnątrz. Od środka. Słyszałem o takich, które wyciągały niemowlęta z kołysek i pożerały na oczach matek. Jedne – od razu na surowo, inne przeciągały przyjemność i piekły… – głos Terna drgnął, w oczach błysnął mu ciemny płomień.
– Zgadza się – Stein opuściła głowę. – Otumanienie mija. Mnie też to mówili… podpowiadali. Tylko, kiedy… kiedy to się dzieje, żadne siły nie wystarczą, żeby pokonać truciznę. I nie pomoże nawet najlepszy z magów.
– Nie obwiniaj siebie – Tern uspokajająco dotknął jej ramienia. – Oczywiście, niemało narozrabiałaś… ale przecież nie odpowiadałaś wtedy za siebie.
– T-tak… o-oczywiście – zająknęła się Stein i odwróciła wzrok. – Oczywiście… nie odpowiadałam…
– I co teraz masz zamiar robić?
– Nie wiem – wzruszyła zrezygnowana ramionami. – S-słowo honoru, nie wiem. Nie mam gdzie iść i do kogo. Tym bardziej, jeśli mówisz, że wszystko z powrotem wróci…
– Obawiam się, że tak, Stein. Jeśli wszystko, co słyszałem o Nekropolis jest prawdą, to ciebie trzeba jak najszybciej uwolnić od jadów i trucizn, które nosisz w sobie. Pomóc ci nie mogę, tutaj potrzebny jest doświadczony, znający się na rzeczy alchemik. Na szczęście w tutejszych stronach akurat jeden taki mieszka – mistrz Ksarbirus. Do niego właśnie podążam. Więc jak, pójdziesz ze mną?
– Pójdę – zgodziła się bez wahania dziewczyna.
– Nawet nie zapytasz, co potem?
– Ocaliłeś mi życie, zatem o co tu pytać?
– A jeśli zaproponowałbym ci zająć się tym samym, co Gończe?
– Żartujesz – odżegnała się Stein. – Ty… ty jesteś czysty, Tern, nie wiem, w jakich świętych wodach się obmyłeś, ale powinieneś się udać do paladynów, jesteś bezcenny.
– Do paladynów… – westchnął Tern. – Prawdziwi paladyni skończyli się już dawno temu. A ci, którzy zostali… fałsz, pochlebstwa i strach. Nic więcej. Zakon Prawdy istnieje tylko z nazwy. W odróżnieniu od rycerzy Kielicha albo Róży, którzy szybko zorientowali się, co do czego oraz z kim i przeciwko komu należy się przyjaźnić na tym świecie.
– Masz dużo wiedzy, by to osądzać – pokiwała głową Stein.
– Nie osądzam, Stein. Po prostu wiem, widziałem na własne oczy… No, to jak, idziemy? Trzeba pokonać przełęcz, a potem w dół do Semme.
– A ty? – zmarszczyła w zamyśleniu brwi Stein. – Do tego mistrza Ksarbirusa, a dalej dokąd? Ktoś taki jak ty nie może błąkać się bez celu. Jesteś prawdziwym rycerzem i paladynem?
– Ach, ja? – szerokie wargi Terna rozciągnęły się w coś na kształt uśmiechu. – Do mistrza zebrało mi się kilka pytań, głównie o Zgniliznę, a potem… Nie, ja w ogóle się nie błąkam. Uciekam. Tak jak ty.
– Przed kim? – chciała wiedzieć od razu Stein. – Przed nekrosami?
– Gdyby tylko…
– No to przed czym? No, powiedz, nie dręcz mnie.
– Od siebie, Stein.
– Hm, tak! – dziewczyna z zakłopotaniem popatrzyła na Terna. – Ściemniasz, dhussie-wybawicielu. Cóż, skoro nie chcesz mówić, to nie będę dręczyć cię pytaniami. Czyli od siebie? A czy od siebie można uciec?
– Kto wie – zagadkowo odezwał się dhuss. – Najważniejsze, żeby się nie poddawać. Patrzysz i wtem coś się dzieje. Zwłaszcza, jeśli jest to prawdziwe wyzwanie życiowe.
– To pewnie szybciej swój cień przeskoczysz albo własny łokieć ugryziesz – wzruszyła ramionami Stein.
Twarz Terna spoważniała.
– Dobrze. Starczy tych rozmów. Teraz niespokojny czas, inne Gończe się poskarżą. Zaczną dociekać, co stało się ze sławną branką.
– Inne Gończe? – dziewczyna zadrżała.
– Inne Gończe – przytaknął dziwny dhuss.
– Skąd niby mają się tu wziąć – niejasno wymamrotała Stein.
– Może i nie mają skąd, a tylko w Mocarstwie mówią, jakoby Gończe nie chodzą w pojedynkę.
– Dobrze mówią. Ale… ja byłam sama! Tak było! Sam Mistrz mi to powiedział, w czasie odprawy!
– A w czasie innych zadań?
– Tam były ze mną inne Gończe. I przed wyjściem mi o tym mówiono. Wiedziałam!
– Hm… no dobrze. Idziemy, Stein, no, idziemy, ostrożnie. Musimy do zachodu słońca dostać się do tamtej oto góry.
– Oj, jaka wysoka! Wejdziemy na nią?
– Oczywiście, że nie. Obejdziemy ją z prawej strony, jest tam jedna dolinka. Pójdziemy, a ty wszystko mi opowiesz.
– O czym?
– Jak to o czym? Na początek o tym, co to za historia z uprowadzeniem sidchy. Dlaczego na kozłach siedziały breony i to jeszcze w kolorach Dir Tanolli; a potem, kiedy skończysz, jeszcze porozmawiamy o tobie. Idziemy?
– Idziemy, Tern. Ty mnie ocaliłeś, masz prawo decydować. Zatem słuchaj. Tylko lepiej zacznę od początku… A potem już o breonach. Tak to wszystko wyszło…

----------------------------------------------
* Sługa jadący wierzchem na pierwszym koniu. (przyp. tłum.)


Jeśli jesteś ciekaw ciągu dalszego, książkę kupisz tutaj.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-04-02 (1271 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej