Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Miecz i kwiaty, t.1
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Chindi'' - Jack McDevitt

Rozdział 1


Czerwiec 2224

Ludzie lubią wierzyć w to, że na powodzenie składają w równych częściach: talent, ciężka praca i łut szczęścia. Trudno negować rolę dwóch ostatnich. Jeśli zaś chodzi o talent, powiedziałbym, że polega głównie na wyborze właściwego momentu, w którym należy wkroczyć.

Harun Al-Monides, Refleksje, 2116 r.


Priscilla Hutchins nie była osobą, na której można łatwo zrobić wrażenie, ale niewiele brakowało, a zakochałaby się w Preacherze Brawleyu na zabój podczas afery związanej z Proteuszem. Nie dlatego, że był przystojniakiem, choć wszyscy wiedzieli, że jest czarujący. I nie dlatego, że był sympatyczny. Zawsze go lubiła, z dwóch wymienionych wyżej powodów. Gdyby ją zapytać wprost, pewnie powiedziałaby, że to miało coś wspólnego z czasem.
Rzecz jasna, Preacher nie był tak naprawdę kaznodzieją, ale legenda głosiła, że pochodził z długiej linii baptystów - połykaczy ognia. Hutch czasem zdarzyło się wybrać z nim na kolację, ale głównie był kimś, kogo widziała wchodzącego do budynku Akademii lub wchodzącego zeń. Oraz, co ważniejsze – głosem, który towarzyszył jej podczas bezkresnych lotów na stacje „Spokój”, Punkt Chwały i Daleko. Należał do tych nielicznych osób, przy których można milczeć, a mimo to nadal mieć wrażenie, że przebywa się w dobrym towarzystwie.
Najważniejsze było to, że był tam, gdy rozpaczliwie go potrzebowała. Nie po to, by ocalić jej życie. Sama nigdy nie była naprawdę w niebezpieczeństwie. Ale po to, by podjąć za nią niełatwą decyzję.
A stało się to tak: Hutch znajdowała się na pokładzie statku Akademii „Wildside”, który leciał na stację „Renesans” na orbicie wokół Proteusza, ogromnego obłoku wodorowego, który kurczył się przez miliony lat, aż wreszcie zmienił się w gwiazdę. Jej jądro paliło się gwałtownie pod wpływem ciśnienia, jakie powstało wskutek tego kurczenia, ale zapłon paliwa nuklearnego jeszcze nie nastąpił.
Dlatego właśnie umieszczono tam stację. Aby obserwować proces, jak mawiał Lawrence Dimenna. Byli jednak ludzie, którzy uważali, że na stacji „Renesans” nie jest bezpiecznie, a proces jest nieprzewidywalny, i dążyli do zamknięcia stacji i wycofania z niej ludzi. Nie było to miejsce, które Hutchins bardzo chciała odwiedzić.
We wnętrzu obłoku cały czas wiał wiatr. Była o jakiś dzień drogi, słuchając, jak wyje i skrobie o kadłub statku. Próbowała się skupić na lekkim śniadaniu, złożonym z tosta i owoców, kiedy dotarły do niej pierwsze oznaki tego, co miało nastąpić.
- W obłoku pojawił się wielki rozbłysk – poinformował Bill. – Gigantyczny – dodał. – Całkowicie poza skalą.
W przeciwieństwie do jego brata, SI na pokładzie statku „Benjamin Martin”, Bill, który służył u Hutch, przyjmował różny wygląd, w zależności od tego, czy zamierzał być dla kogoś uprzejmy, czy też zamierzał kogoś rozzłościć lub onieśmielić, zależnie od nastroju. Teoretycznie zaprogramowano go tak, by to robił, by zapewnić pani kapitan towarzystwo podczas długich lotów. Poza tym była na statku zupełnie sama.
W tej chwili wyglądał jak wujek, którego wszyscy lubią, ale który trochę za dużo pije i który ma – co widać aż za wyraźnie – słabość do kobiet.
- Naprawdę sądzisz, że będziemy musieli ich ewakuować? – spytała.
- Nie mam wystarczającej ilości danych, żeby pokusić się o przyzwoitą prognozę – powiedział. – Ale nie przypuszczam, żeby musiało do tego dojść. Ta stacja jest tu od tak dawna. Na pewno będzie na miejscu, kiedy dolecimy.
Jeśli kiedykolwiek zdarzyło jej się usłyszeć epitafium, było nim to zdanie.
Bez czujników oczywiście nie byliby w stanie zobaczyć eksplozji. W ogóle nie byliby w stanie niczego zobaczyć. Świecąca mgła, w której przemieszczał się „Wildside”, sprawiała, że nie dawało się niczego zobaczyć w odległości większej niż trzydzieści kilometrów.
Był to wodór, oświetlony ogniem płonącym w jądrze. Na ekranach nie dałoby się łatwo odróżnić Proteusza od prawdziwej gwiazdy, gdyby nie bliźniacze smugi na jego biegunach.
Hutch spojrzała na obrazy na ekranach, na potężne jęzory płomieni przetaczające się przez obłoki, na piekło, które wyglądało na bardziej niepokojące niż prawdziwa gwiazda, może dlatego, że nie miało nawet złudzenia wyraźnej granicy, ale wyglądało, jakby wypełniało kosmos.
Smugi widziane z zewnątrz spoza chmury wyglądały elegancko, godne wizji Sorbanne’a, promienie złożone z naładowanych cząstek, wystrzeliwane z kosmicznej latarni, która czasami zmieniała położenie. Stację „Renesans” umieszczono na orbicie równikowej, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo uszkodzenia elektroniki przez przypadkowy wybuch.
- Czy są jakieś prognozy co do tego, kiedy nastąpi zapłon? – spytała.
- Pewnie najwcześniej za jakiś tysiąc lat – rzekł Bill.
- Ci ludzie muszą być stuknięci, skoro tu siedzą w tej zupie.
- Najwyraźniej warunki pogorszyły się w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. – Bill spojrzał na nią z miną wyrażającą wyższość i wyjął notes. – Tu napisano, że żyją tam sobie całkiem wygodnie. Baseny, korty tenisowe, parki. Nawet nadmorski kurort.
Gdyby Proteusz znajdował się w Układzie Słonecznym, rzadka mgiełka najbardziej oddalona od jądra sięgałaby Wenus. Cóż, „sięgała” to może nienajlepsze słowo. Raczej „owijała”. Kiedyś, kiedy ciśnienie osiągnie masę krytyczną, nastąpi zapłon nuklearny, zewnętrzny płaszcz wodorowy zostanie zdmuchnięty, a Proteusz stanie się gwiazdą klasy G, może odrobinę cięższą od Słońca.
- To bez znaczenia, ile tam mają parków. Obłok najwyraźniej traci stabilność.
SI spojrzała na nią, dając do zrozumienia, że się nie zgadza.
- Nie znamy żadnych przypadków utraty stabilności przez protogwiazdę klasy G. Zdarzają się czasem burze i najwyraźniej właśnie z taką mamy do czynienia. Myślę, że niepotrzebnie się martwisz.
- Może. Ale jeśli to są normalne warunki, nie chciałabym tu być, kiedy znacznie być naprawdę nieciekawie.
- Ja też nie. Jeśli jednak pojawi się jakiś problem podczas naszego pobytu tutaj, będziemy w stanie bez problemu uciec.
Miejmy nadzieję.
Oficer logistyczny zapewniał ją, że jest bardzo mało prawdopodobne, by do Zdarzenia doszło akurat teraz. (Aż było słychać tę wielką literę.) Proteusz wszedł po prostu w fazę czkawki. To się często zdarza. Nie ma się co przejmować, pani kapitan Hutchins. Pani rolą będzie po prostu zwiększenie bezpieczeństwa.
Była właśnie na stacji „Spokój”, czekając na ukończenie drobnych napraw, kiedy nadeszła wiadomość. Lawrence Dimenna, dyrektor stacji „Renesans”, który dwa miesiące wcześniej upierał się, że Proteusz jest całkowicie bezpieczny, równie godny zaufania jak Słońce, który spierał się o niezamykanie stacji z najważniejszymi ludźmi w Akademii, teraz prosił o pomoc. Wyślijmy więc starą Hutchins, żeby sobie posiedziała na wulkanie.
I oto leciała tam. Otrzymała polecenie, żeby trzymać Dimennę za rękę, a gdyby coś zaczęło się dziać, dopilnować, by wszyscy się wydostali. Tylko że nie powinno się nic dziać. Tylu ekspertów od protogwiazd twierdzi, że wszystko jest w porządku. To tylko środek ostrożności.
Sprawdziła listę załogi. Były tam trzydzieści trzy osoby, załoga i naukowcy, w tym trzech studentów ostatniego roku studiów.
Gdy trzeba było ich ewakuować, warunki na pokładzie „Wildside” będą trochę spartańskie. Statek zaprojektowano tak, że mógł pomieścić trzydzieści jeden osób i pilota, ale w niektórych kajutach można było zmieścić po dwie osoby, były też dodatkowe fotele, które można było wykorzystać podczas fazy przyspieszenia i skoku.
Był to przydział tymczasowy, do chwili, aż Akademia przerzuci z Ziemi „Lochrana”. „Lochran” był opancerzony i lepiej przystosowany do stawienia czoła warunkom, jakie mogą tu zapanować. Miał ją zastąpić jako docelowy statek ewakuacyjny po kilku tygodniach.
- Hutch – odezwał się Bill. – Wiadomość przychodząca. Ze stacji „Renesans”.
Była na mostku, gdzie spędzała większość czasu podczas samotnego lotu pustym statkiem.
- Przełącz ich – powiedziała. – Najwyższy czas, żeby się poznać.
Co za miła niespodzianka. Zobaczyła przed sobą wyjątkowo przystojnego technika, o włosach barwy orzecha, błyszczących oczach i uśmiechu, który rozświetlał się, gdy akurat sygnał pokonał drogę tam i z powrotem i mógł ją zobaczyć. Miał na sobie dopasowaną białą koszulę i Hutch z trudem stłumiła westchnięcie. Do licha, od tak dawna już jest sama.
- Witajcie, „Wildside” – powiedział. – Proteusz wita.
- Witajcie, „Rensesans”. – Powstrzymała szeroki uśmiech. Wymiana sygnałów trwała nieco ponad minutę.
- Doktor Harper chce z panią rozmawiać.
Ustąpił miejsca wysokiej, ciemnowłosej kobiecie, która wyglądała na przyzwyczajoną do wydawania rozkazów innym. Hutch poznała pojawiającą się czasem w doniesieniach mediów Mary Harper. Miała akcent z wyższych sfer i patrzyła na Hutch tak, jakby ta była smarkaczem, który spóźnił się z przyniesieniem obiadu. W wojnie o niezamykanie stacji Harper walczyła ramię w ramię z Dimenną.
- Kapitan Hutchins? Cieszę się, że pani już tu jest. Będziemy się czuli bezpieczniej, wiedząc, że mamy statek do dyspozycji. Tak na wszelki wypadek.
- Miło mi, że mogę pomóc – odparła Hutch.
Harper odrobinę złagodniała.
- Wiem, że pani miała już lecieć do domu, kiedy otrzymała pani ten przydział, więc chciałam tylko powiedzieć, że bardzo doceniamy to, że przyleciała tu pani tak szybko. Prawdopodobnie nie jest to wcale konieczne, ale odrobina ostrożności nie zaszkodzi.
- Oczywiście.
Harper chciała powiedzieć coś jeszcze, ale burza przerwała transmisję. Bill próbował kilku różnych kanałów i w końcu znalazł jakiś, z którym się udało.
- Kiedy możemy się pani spodziewać?
- Jutro koło szóstej.
Harper najwyraźniej się niepokoiła, ale ukrywała to pod spokojnym uśmiechem i czekała, aż dotrze do niej odpowiedź od Hutch. Kiedy tak się stało, skinęła głową i Hutch odniosła wrażenie, patrząc jej w oczy, że kobieta odlicza sekundy do chwili otrzymania odpowiedzi.
- Dobrze – rzekła z biurokratycznym entuzjazmem. – W takim razie do zobaczenia.
Nie macie tu zbyt wielu gości, pomyślała Hutch.

Stacja regularnie wysyłała raporty na „Spokój”, rejestrując odczyty temperatury na różnych poziomach atmosfery, wahania grawitacji, prognozy dotyczące tempa kolapsu, gęstości obłoku i całe mnóstwo innych szczegółów.
„Wildside” wpłynął w strumień danych przesyłanych między „Renesansem” a „Spokojem” i przez kilka minut był w stanie odbierać transmisje. Hutch patrzyła na liczby płynące przez kilka ekranów, przemieszane z pojawiającymi się co jakiś czas analizami wykonywanymi przez SI „Renesansu”. Niewiele jej mówiły. Temperatury jądra i prędkości wiatru nie znaczyły więcej niż prognozy pogody. Było tam jednak kilka obrazów protogwiazdy, spowitej obłokiem.
- W jakim stopniu oni są pewni – zwróciła się do Billa – że zapłon nie nastąpi jeszcze przez tysiąc lat?
- W tej chwili nie ferują takich wyroków – odparł. – Ale z tego, co rozumiem, istnieje prawdopodobieństwo, że zapłon nuklearny mógł się już zacząć. Już jakieś dwa tysiące lat temu.
- I oni by o tym nie wiedzieli?
- Nie.
- Myślałam, że w takim przypadku protogwiazda w jakimś stopniu by eksplodowała.
- W ciągu kilkuset lat po narodzinach gwiazda skurczyłaby się, zmieniłaby kolor z żółtego na biały i stałaby się znacząco mniejsza. To nie jest proces, który zachodzi w mgnieniu oka.
- Cóż, dobrze wiedzieć. Więc to nie jest tak, że ci ludzie siedzą na beczce z prochem.
Wizerunek Billa uśmiechnął się. Miał na sobie żółtą koszulę, rozpiętą przy szyi, granatowe spodnie i kapcie.
- Tak czy inaczej, nie na takiej beczce z prochem.
Opuścili strumień danych i sygnał zanikł.
Hutch odczuwała znudzenie. Od opuszczenia „Spokoju” minęło sześć dni i tęskniła za towarzystwem ludzi. Rzadko latała bez pasażerów i raczej za tym nie przepadała, i w końcu zaczęła uspokajać Billa, który wiedział, że czasem się tak zachowuje, że nie powinien traktować tego tak osobiście.
- To nie jest tak, że twoje towarzystwo mi nie wystarcza – wyjaśniła.
Jego obraz znikł, zastąpiony logo „Wildside”, z orłem przelatującym na tle księżyca w pełni.
- Wiem – odparł, urażonym tonem. – Rozumiem.
Miało to jej pomóc. Westchnęła i spojrzała w mgłę. Usłyszała delikatne piknięcie, które zwykle oznaczało jego odejście. Przeważnie miało zapewnić jej prywatność. Tym razem jednak było to coś innego.
Próbowała czytać przez godzinę, obejrzała jakąś starą komedię (słuchając, jak nagrany śmiech i oklaski niosą się echem po statku), zrobiła sobie coś od picia, poszła do siłowni, poćwiczyła trochę, wzięła prysznic i wróciła na mostek.
Poprosiła Billa, by wrócił, i zagrali kilka partyjek szachów.
- Znasz kogoś z „Renesansu”? – spytał.
- O nikim takim nie wiem.
Kilka nazwisk z listy załogi wyglądało znajomo. Może byli pasażerami podczas innych lotów. Przeważnie astrofizycy. Paru matematyków. Kilku techników-informatyków. Paru techników zajmujących się remontami. Szef kuchni. Zastanowiła się, kim był ten młody człowiek o błyszczących oczach.
Całkiem wygodnie tam żyją, pomyślała.
Szef kuchni. Lekarz.
Nauczyciel.
Zatrzymała się.
Nauczyciel?
- Bill, po co im tam nauczyciel?
- Nie wiem, Hutch. To rzeczywiście dziwne.
Poczuła dreszcz wędrujący w dół kręgosłupa.
- Połącz mnie z „Renesansem”.
Minutę później pojawił się technik o błyszczących oczach. Znów próbował być czarujący, ale zignorowała to.
- Macie na stacji kogoś o nazwisku Monte DiGrazio. Figuruje w spisie jako nauczyciel. Czego on uczy?
Patrzył na nią w zadumie, czekając, aż transmisja do niego dotrze.
- Co o tym sądzisz? – spytał Bill. Siedział w skórzanym fotelu, w gabinecie pełnym książek. Słyszała trzaskanie ognia w kominku.
Już miała udzielić odpowiedzi, ale zamilkła.
Jej pytanie dotarło do technika i zrobił zdumioną minę.
- Uczy matematyki i nauk ścisłych. A czemu pani pyta?
Hutch rozzłościła się na myśl o własnej głupocie. Zadaj właściwe pytanie, idiotko.
- Czy macie na pokładzie nieletnich? Ile tam jest w sumie osób?
- Chyba możesz mieć rację – rzekł ostrożnie Bill.
Założyła ręce na piersi i pochyliła się, jakby chcąc stanowić mniejszy cel.
Technik patrzył na nią spod zmarszczonych brwi.
- Tak. Mamy dwudziestu trzech nieletnich. W sumie pięćdziesiąt sześć osób. Monte ma piętnastu uczniów.
- Dziękuję – rzekła Hutch. – „Wildside” rozłącza się.
Łagodne rysy Billa stwardniały.
- Jeśli więc rzeczywiście będziemy musieli ich ewakuować...
- …prawie połowę trzeba będzie zostawić. – Hutchins potrząsnęła głową. – Nieźle ktoś to zaplanował.
- Hutch, co robimy?
Niech ją diabli, jeśli wiedziała.
- Bill, połącz mnie ze „Spokojem.”


* * *



Wybuchy we wnętrzu Proteusza nasilały się. Hutch obserwowała jeden, który rozciągał się na miliony kilometrów, wypiętrzając się poza brzeg chmury gwiazd, zanim stracił impet.
- Mamy połączenie ze „Spokojem” – poinformował Bill.
Sprawdziła schemat organizacyjny personelu i dowiedziała się, że w chwili, gdy nadejdzie wiadomość, wachtę będzie pełnić Sara Smith. Sara była dynamiczna i ambitna, chciała szybko awansować na szczebel kierownictwa. Czasem niełatwo było się z nią dogadać, ale powinna zrozumieć problem i potraktować go poważnie. To szef Sary, Clay Barber, przydzielił Hutch tę misję i wysłał ją tam zupełnie nieodpowiednim „Wildside”.
Spróbowała się opanować. Robienie awantur nie było profesjonalne.
Zamrugała zielona lampka na konsoli.
- Saro – odezwała się Hutch, patrząc prosto w obiektyw, lecz starając się mówić spokojnie – moim zadaniem miała być ewakuacja stacji „Renesans”, jeśli wystąpi jakiś problem. Najwyraźniej jednak ktoś zapomniał o członkach rodzin. Na „Wildside” nie będzie miejsca dla wszystkich. Nawet w przybliżeniu.
- Poinformujcie Claya. Potrzebny nam większy statek, i to natychmiast. Nie wiem, czy rzeczywiście dojdzie do eksplozji, ale w tej chwili sytuacja wygląda tak, że musielibyśmy zostawić jakieś dwadzieścia osób.
- Nieźle, Hutch – skomentował Bill. - Chyba poruszyłaś właściwą nutę.

Nie zjadła kolacji. Czuła wyczerpanie, niepokój, zmęczenie, niepewność. Przerażenie. Co ma powiedzieć Harper i Dimennie, kiedy dotrze do stacji? Ludzie, miejcie nadzieję, że nic się nie stanie. Bo jeśli tak, kogo będziecie chcieli uratować?
Siedziała pogrążona w czarnych myślach, gdy zamigotała lampka ostrzegawcza. Kilka pulpitów wyłączyło się, parę ekranów zgasło. Światła przygasły, wentylatory umilkły i przez chwilę na mostku było bardzo cicho. Po chwili wszystko wróciło.
- Wszystko pod kontrolą – odezwał się Bill.
- Dobrze.
- Takie zjawiska mogą czasami występować.
Statek automatycznie wyłączał większość układów, by chronić je przed skokami energii.
- Wiem.
- Ludzie ze „Spokoju” odpowiedzieli.
- Wrzuć na ekran.
Odpowiedział Barber. Gruby, łysiejący, łatwo się denerwujący, nie lubił, kiedy mu przeszkadzano, kiedy coś poszło nie tak, jak powinno. W chwili szczerości – a takie nie przytrafiały mu się często – wyznał Hutch, że został pilotem statków międzygwiezdnych, żeby zrobić wrażenie na kobiecie. I że to nie miało znaczenia, bo i tak od niego odeszła. Hutch jakoś to nie zdziwiło.
Był w swoim gabinecie.
- Hutch – odezwał się – strasznie mi przykro z powodu tej sytuacji. „Wildside” był największym statkiem, jakim dysponowaliśmy. A oni tam siedzą od lat. Na pewno przez te parę tygodni nic im się nie stanie. Z tego co wiem, „Lochran” jest już dalej niż powinien w stosunku do planu. Mam tu parę osób, które spędziły trochę czasu na „Renesansie” i mówią, że to miejsce zawsze przeraża, kiedy leci się tam po raz pierwszy. To dlatego, że leci się przez chmury gazu i nic nie widać.
- Prosiłbym się, żebyś po przybyciu na miejsce postępowała delikatnie. Nie mów, że na „Wildside” masz za mało miejsca. Jeśli o tym nie będziesz wspominać, nawet się o tym nie dowiedzą. Mógłbym wysłać drugi statek, ale wydaje mi się, że to przesada. Jakoś sobie poradzisz.
- Sprawdzę, jak wygląda sytuacja z „Lochranem”, powiem im, że w tej sytuacji czujemy się trochę niepewnie. Może trochę ich pogonię. – Przeczesał dłonią rzednące włosy i spojrzał prosto do kamery. – A tymczasem jesteś nam potrzebna, żeby ich trochę uspokoić. Dobrze? Wiem, że sobie poradzisz.
Jego ponurą twarz zastąpił pierścień gwiazd, logo stacji „Spokój”.
- To wszystko? – spytała. – Tylko tyle ma mi do powiedzenia?
- Pewnie zmieniłby zdanie, gdyby tu był i mógł wyjrzeć przez iluminator.
- Założę się, że tak.
Zamilkł i zmarszczył czoło, jakby coś przyciągnęło jego uwagę.
- Kolejna wiadomość – oznajmił. – Ze stacji „Renesans”.
Hutch poczuła ucisk w żołądku.
Tym razem pojawił się sam dyrektor stacji. Lawrence Dimenna, A.F.D., G.B.Y., dwukrotny laureat Nagrody Brantstatlera. Był przystojny, w jakiś prosty i surowy sposób. Jak wielu znakomitych stulatków, wyglądał stosunkowo młodo, ale w jego oczach czaiła się pewność i zdecydowanie, jakie przychodzą dopiero z wiekiem. Nie wyczuła w nim ani śladu życzliwości. Miał jasne włosy, wyraźnie zarysowaną szczękę i nie był zadowolony. Mimo to zdołał się uśmiechnąć.
- Pani kapitan Hutchins. Cieszę się, że udało się pani tak szybko dotrzeć.
Siedział za biurkiem. Na grodzi za jego plecami wisiało kilka plakietek, tak umieszczonych, żeby było je widać. Powiększenie nie było jednak wystarczające, żeby dostrzec, co na nich napisano, a uznała, że wykonanie zbliżenia nie byłoby zbyt uprzejme. Na jednej widniał jakiś brytyjski herb. Rycerz Królestwa?
Spuścił wzrok, rozejrzał po niemałej powierzchni swego biurka i znów spojrzał jej prosto w oczy. W jego oczach czaił się strach.
- Doszło do wybuchu – oznajmił. Mówił obojętnym tonem, jakim zwykle mówili reporterzy znajdujący się w samym środku kłopotów. – Proteusz wystrzelił olbrzymi rozbłysk.
Poczuła, jak serce zaczyna jej bić mocniej.
- Mówiłem, że coś takiego może się wydarzyć. Na stacji powinien być statek gotowy do lotu.
Mój Boże. Czy on rzeczywiście wypowiedział te słowa, czy jej się tylko wydawało?
- Wydałem rozkaz ewakuacji. Kiedy dotrze tu pani jutro, kilku techników będzie czekać, żeby natychmiast zatankować paliwo – zamilkł na sekundę. – Przypuszczam, że będzie to niezbędne.
- Na pewno wskazane – odparła, wyrwana z osłupienia. – Jeśli będzie na to czas.
- Dobrze, zajmiemy się tym. Nie przypuszczam, by mogła pani zrobić coś, by przyspieszyć sprawę?
- To znaczy dotrzeć na stację szybciej? Nie. Nie mogę zmienić obecnego planu lotu.
- Rozumiem. Cóż, nie szkodzi. Nie przypuszczam, żeby rozbłysk dotarł tu szybciej niż o 9:30.
Odczekała kilka sekund.
- Ma pan na myśli całkowitą utratę stacji?
Odpowiedź nadeszła po kilku minutach.
- Tak – odparł i odniosła wrażenie, że się jąka. Z trudem panował nad sobą. – Szanse na to, że stacja przetrwa, są niewielkie. Cóż, będę z panią szczery. Jutro o tej samej porze stacji już raczej nie będzie. – Głowa mu opadła, a po chwili znów spojrzał na nią. – Dzięki Bogu, że pani tu jest, pani kapitan. Przynajmniej wydostaniemy stąd ludzi. Jeśli przybędzie pani na czas, zatankujemy paliwo i będziemy w drodze na trzy godziny przed uderzeniem. Czasu powinno starczyć.
- Wszyscy są już gotowi do wejścia na pokład. Jeśli potrzeba pani czegoś jeszcze, proszę zawiadomić oficera operacyjnego, albo mnie, dopilnuję, żeby to załatwić. – Wstał, a kamera podążała za nim, gdy obchodził biurko dookoła. – Dziękuję, pani kapitan. Nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby pani tu nie było.
Mrugnęła lampka odpowiedzi. Skończył mówić. Czy ona chciała mu jeszcze coś powiedzieć?
Nie było słychać silników, jedynymi odgłosami na statku było elektroniczne ćwierkanie instrumentów i cichy szum powietrza w kanałach wentylacyjnych. Chciała mu wszystko powiedzieć, rzucić w oczy prawdę, powiedzieć, że nie ma miejsca dla wszystkich. Mieć to z głowy.
Nie zrobiła tego jednak. Musiała mieć czas do namysłu.
- Dziękuję panu, profesorze – rzekła. – Do zobaczenia rano.
Znikł i patrzyła z rozpaczą na pusty ekran.
- Co zamierzasz zrobić, Hutch? – spytał Bill.
Niełatwo było jej ukryć wściekłość w głosie.
- Nie wiem – odparła.
- Może zaczniemy od powiadomienia Barbera. Hutch, to nie twoja wina. Nikt cię nie obwinia.
- Może nie zauważyłeś, Bill, ale to ja jestem osobą, na której się to wszystko skupi. To ja muszę powiedzieć Dimennie, że rozbłysk jest większym problemem, niż mu się wydaje. – Boże, jak wrócę, uduszę Barbera. – Potrzebujemy pomocy. Czy ktoś jeszcze jest w pobliżu?
- „Kobi” leci w stronę stacji „Spokój” w celu dokonania naprawy. – „Kobi” był statkiem kontaktowym, finansowanym przez Fundację Poszukiwań Obcych Cywilizacji. Poszukiwał kogoś, z kim można by porozmawiać. Przez czterdzieści lat nikogo nie znalazł. Ale cały czas latał, szkolił kapitanów statków i inne zainteresowane osoby, które chciały się dowiedzieć, co robić w razie spotkania z obcymi. Hutch przeszła takie szkolenie. Nie wykonuj żadnych gwałtownych manewrów. Migaj światłami „w zachęcający sposób”. Rejestruj wszystko. Wyślij ostrzeżenie do najbliższej stacji. Nie ujawniaj żadnych informacji strategicznych, jak położenie ojczystej planety. Jeśli zostaniesz ostrzelany, natychmiast uciekaj. Kapitanem „Kobi” był Chappel Reese, uparty, nerwowy, łatwo się irytujący. Ostatnia osoba na świecie, która nadawałaby się do witania spotkanych przypadkowo obcych. Ale był opętany sprawą i miał krewnych na wysokich stanowiskach.
- Ilu pasażerów może pomieścić „Kobi”?
- To jacht. Maksymalnie ośmiu. W awaryjnej sytuacji dziesięciu. – Bill potrząsnął głową. – I jest już pełny.
- Kto jeszcze?
- „Kondor” jest niedaleko.
Statek Preachera Brawleya. Poczuła coś na kształt nadziei.
- Gdzie on jest?
Brawley był postacią nieomal legendarną. Uratował kiedyś misję naukową, której uczestnicy źle wyliczyli orbitę i byli bliscy wessania przez gwiazdę neutronową, innym razem przewiózł zarażonych chorobą ocalałych członków misji z okolic Antaresa II, nie zważając na własne bezpieczeństwo, i uratował członka załogi na Beta Pac, zabijając jeden okaz występującego tam drapieżnego gada kluczem nasadkowym.
Bill zrobił zadowoloną minę.
- W zasięgu. Jeśli leci zgodnie z planem, powinien tu być wieczorem. Jeśli skok mu się naprawdę uda, dotrze wcześnie rano.
- Ma miejsce?
- Zaledwie paru pasażerów. Mnóstwo miejsca. Tylko trzeba się z nim natychmiast skontaktować. Nikogo innego nie ma w pobliżu.
Podróże międzygwiezdne to w równym stopniu nauka, jak i sztuka. Statki nie wracają do zwykłej przestrzeni ze zbyt dużą precyzyjną. Można się zmaterializować z dala od przewidywanego miejsca docelowego, a stopień niepewności wzrasta wraz z długością skoku. Ryzyko wiąże się z możliwością zmaterializowania się w środku ciała niebieskiego, do którego miało się dolecieć. W takim przypadku nawet materializacja we wnętrzu obłoku wiązała się ze znacznym niebezpieczeństwem. Choć materia była tam niezbyt gęsta, pojawiający się statek mógł eksplodować. To oznaczało, że Preacher będzie musiał postępować zgodnie z własną procedurą, wynurzyć się z nadprzestrzeni w sporej odległości od obłoku, a następnie dolecieć do stacji. Wracając będzie musiał pędzić, by uciec przed rozbłyskiem, aż osiągnie przyspieszenie na tyle duże, by skoczyć z powrotem w nadprzestrzeń.
Miał rozczochrane, rude włosy i błękitne oczy, które wyglądały, jakby w ich głębi paliło się światło. Nie był jakoś szczególnie przystojny w powszechnym znaczeniu tego słowa, ale w nim i jego chęci do śmiania się z samego siebie, która ją tak zauroczyła, było coś, co sprawiało, że chciało się polecieć z tym wiatrem. Jakiś rok wcześniej, kiedy spotkali się na stacji „Spokój”, udało mu się sprawić, że poczuła się, jak ktoś najważniejszy na świecie. Hutch rzadko rzucała się w ramiona mężczyznom, których znała tak krótko, ale dla Brawleya gotowa była zrobić wyjątek. Niestety, wieczór jakoś rozwinął się zupełnie inaczej, i Hutch uznała, że powinna była wysyłać bardziej jednoznaczne sygnały. Następnym razem, pomyślała.
Nie było następnego razu.
Bill nadal mówił coś na temat „Kondora”. Statek miał jakiś związek z badaniami biologicznymi. Brawley odbierał próbki na Goldwood i wiózł je do centralnego laboratorium Bioscan na stacji „Spokój”. Goldwood była jedną z planet, na których życie nie wyszło poza etap jednokomórkowy.
- Porozmawiajmy z nimi – powiedziała.
Światła zamrugały.
- Nawiązałem połączenie, Hutch. Jeśli „Kondor” leci zgodnie z planem, czas transmisji w jedną stronę wyniesie godzinę i siedemnaście minut. Prześlę ją oczywiście także na stację „Spokój”, na wypadek, gdyby zboczył z kursu.
Gdyby rzeczywiście tak było, kierunkowy sygnał hiperprzestrzenny nie dotarłby do niego.
Mimo powagi sytuacji, Hutch poczuła, że jest podekscytowana. Jak pensjonarka. Idiotka. Spróbowała się opanować, przemówić spokojnym głosem. Spojrzała w okrągłe, czarne oko kamery.
- Preach – odezwała się – muszę...
Światła znów zamigotały i tym razem już nie wróciły. Kiedy Bill próbować coś powiedzieć, jego głos brzmiał jak nagranie odtwarzane w zwolnionym tempie. Z ekranów znikły obrazy, wentylatory zamilkły, warknęły i znów się odezwały.
Bill bezskutecznie próbował rzucić jakimś epitetem.
Zapaliły się światła awaryjne.
- Co to było? – spytała. – Co się stało?
Odzyskanie głosu zajęło Billowi jakąś minutę. Kilka prób okazało się falstartem.
- To był impuls elektromagnetyczny – wyjaśnił. – EMP.
- Jakie mamy straty?
- Zwarcie wszystkiego w kadłubie.
Czujniki. Przekaźniki i anteny. Łączność nadprzestrzenna. Optyka.
- Jesteś pewien? Bill, musimy się skontaktować z „Kondorem” i powiedzieć, co się stało.
- Hutch, wszystko padło.
Wyjrzała na zewnątrz, w opływającą statek mgłę.
- Nawet o tym nie myśl – rzekł.
- Mamy jakąś alternatywę?
- Ugotujesz się.
Natężenie promieniowania było, no cóż, astronomiczne.
Jeśli nie wyjdzie na zewnątrz i nie wymieni nadajnika, nie było szans na zaalarmowanie Preacha.
- Przy tej prędkości wiatr na zewnątrz jest zbyt potężny, nawet jeśli bardzo chcesz usmażyć się jak skwarki, Hutch. I pamiętaj, że jeśli tobie coś się stanie, nikogo nie uda się uratować.
- Poradzisz sobie sam.
- W tej chwili jestem ślepy. Nie potrafiłbym nawet odnaleźć stacji. „Renesans” zawiadomi „Spokój”, powiedzą, co się dzieje, a Barber domyśli się reszty sam.
- Oni pewnie też mają awarię. Ten sam impuls...
- Są przystosowani do takich warunków. I mają opancerzone skafandry. Mogą wysłać kogoś tak, żeby nie szedł na pewną śmierć.
- Taaak. – Nie była w stanie jasno myśleć. Dobrze. I tak nie chciała nigdzie iść.
- Kiedy dotrzemy do stacji, będziesz mogła przeprowadzić wszelkie naprawy. Jeśli nadal będziesz mieć ochotę.
- Wtedy będzie już za późno na zawrócenie Preacha.
Trzask kominka, na tle którego pobrzmiewał głos Billa, ucichł.
- Wiem.

Nawigowali na ślepo. Kurs i prędkość zostały ustalone wiele godzin temu, wyliczone w oparciu o dostępne dane. Teraz tylko trzeba było uważać, by nie przemknąć koło stacji nie widząc jej. Widoczność pogarszała się jednak, a rankiem, kiedy będą zbliżać się do celu, prawdopodobnie spadnie do kilku kilometrów. Powinno wystarczyć, ale niech Bóg ma ich w swojej opiece, jeśli nie zauważą celu.
- Bill, co się stanie, jeśli wpakujemy wszystkich na pokład „Wildside”?
- Wszystkich? Pięćdziesiąt sześć osób? Z tobą pięćdziesiąt siedem. Ilu dorosłych? Ile dzieci? W jakim wieku?
- Powiedzmy, że czterdziestu dorosłych. Co się stanie?
Wyglądał, jakby się postarzał.
- Przez kilka pierwszych godzin nic się nie będzie działo. Potem pojawią się pierwsze objawy. Zauważymy, że powietrze jest stęchłe. Po jakichś trzynastu godzinach warunki gwałtownie się pogorszą.
- Ile czasu minie, zanim ktoś poważnie ucierpi?
- Nie mam wystarczających danych.
- Jakieś przypuszczenia?
- Nie lubię wysuwać przypuszczeń. Nie w takich sprawach.
- Ale mimo to spróbuj.
- Jakieś piętnaście godzin. Kiedy to się zacznie, potem pójdzie już błyskawicznie. - Spojrzał jej w oczy. - Możesz to zrobić, zabrać na pokład dodatkowych ludzi, jeśli Dimenna był na tyle sprytny, żeby zawiadomić stację „Spokój” o tym, co się dzieje, i jeśli „Spokój” skontaktował się z „Kondorem”, i jeśli „Kondor” znajdzie nas na tyle szybko, żeby wziąć na pokład dodatkowe osoby.

Światła zapaliły się z pełną mocą.
Przez resztę wieczora miotała się niespokojnie po statku, próbowała czytać i oglądać symulacje, odbyła też długą, pełną dygresji rozmowę z Billem. SI przypomniała jej, że nic nie jadła od lunchu. Ale Hutch nie była głodna.
Później pojawił się na mostku w trybie VR, siedząc z jej prawej strony. Miał na sobie wymyślny fioletowy dres z zielonymi lampasami. Na kieszeni na piersi widniało logo „Wildside”. Bill był bardzo dumny ze swoich zdolności związanych z wymyślaniem różnych zestawów odzieży. Na naszywkach zawsze widniało jego imię, ale poza tym, za każdym razem wyglądały inaczej. Tym razem widniała tam sylwetka statku na tle spiralnej galaktyki.
- Zamierzasz spróbować zabrać wszystkich?
Odkładała podjęcie tej decyzji. Wolała poczekać, aż przybędzie na stację „Renesans” i wyjaśni wszystko Dimennie.
Nie mamy powietrza dla wszystkich, profesorze.
To nie moja wina. Nie wiedziałam.

Miała mordercze myśli za każdym razem, gdy przychodził jej do głowy Barber. Bill zaproponował, żeby wzięła środek uspokajający, ale odmówiła, wolała być całkowicie sprawna rankiem.
- Jeszcze nie wiem, Bill – odparła.
Światła na mostku przygasły, gdy robiło się późno. Iluminatory także zostały przyciemnione, jakby na zewnątrz zapadła noc. Mgła stopniowo zbladła, aż Hutch widziała tylko czasem odbicie świateł statku na zewnątrz.
Zwykle na pokładzie „Wildside” czuła się bardzo dobrze, ale tej nocy miała wrażenie, że statek jest pusty, ponury, milczący. W jego głębi pobrzmiewały jakieś echa, wsłuchiwała się w szum prądów powietrza i pomruk elektroniki. Co kilka minut siadała przed ekranem i sprawdzała pozycję „Wildside”.
A tymczasem Preacher się oddalał.
Mogła wysłać mu wiadomość za pomocą łączności hiperprzestrzennej dopiero wtedy, gdy przybędzie na stację „Renesans”. A wtedy będzie już za późno.
Podjęła decyzję: nikogo nie zostawi. Zabierze wszystkich na pokład i niech się dzieje co chce. Tylko że „Wildside” nie ma dość mocy, żeby wypełznąć prosto ze studni grawitacji. Będzie musiała wymanewrować łukiem na orbitę i dopiero potem się oddalić. I dlatego rozbłysk nieomal do niej dotrze, kiedy będzie w stanie dokonać skoku. Ale to nie stanowiło problemu. Problemem było powietrze.
Jedyna nadzieja w tym, że „Kondor” dotrze do niej, zanim się poduszą. Spotkanie nie mogło nastąpić w głębokim kosmosie z braku punktów orientacyjnych, bo nie byliby w stanie się odnaleźć. Nie w tak krótkim czasie. Musiała wybrać jakąś pobliską gwiazdę, coś w odległości kilku godzin lotu, poinformować Preacha, polecieć tam i mieć nadzieję, że wszystko się uda. Oczywistym kandydatem była bezimienna gwiazda klasy M, pięć lat świetlnych stąd. Jakieś osiem godzin lotu. Jeśli dodać do tego kilka godzin, jakie będzie musiała poświęcić na oddalenie się od rozbłysku, ludzie zaczną się dusić z braku tlenu akurat wtedy, gdy tam przyleci. Nawet gdyby zakładać, że „Kondor” pojawi się na czas, nie było zbyt prawdopodobne, by Preach znalazł ją tam szybciej niż za trzy albo cztery godziny. Było to możliwe. Tak jak możliwe było, że wynurzy się ze skoku tuż obok niej. Było tylko bardzo mało prawdopodobne.
- To nie jest twoja wina – powiedział znów Bill.
- Bill – warknęła – daj mi spokój.
Wyłączył się, zostawiając ją w towarzystwie kliknięć, stuknięć i szeptów w pustym statku.

Była na mostku jeszcze po północy. Silniki obudziły się koło pierwszej, kiedy rozpoczął się długi proces hamowania „Wildside" przed osiągnięciem celu.
Przeszukała archiwa i znalazła stary program UNN, w którym Dimenna, Mary Harper i ktoś, kogo nie znała, niejaki Marvin Child, spierali się o los stacji „Renesans” przed komisją Akademii.
- Czy uważają państwo – perorowała Harper – że prosiłabym naszych kolegów o udanie się tam, że sami byśmy chcieli tam lecieć, gdyśmy uważali, że to nie jest bezpieczne?
Child był szczupły, siwy, znużony. Udawało mu się jednak okazywać sporo pogardy wszystkim, którzy ośmielili się z nim nie zgadzać. „Posłuchajcie mnie, a wszystko będzie dobrze.” Dimenna był niewiele lepszy.
- Oczywiście, że istnieje ryzyko – podsumował wnioski podczas przesłuchania. – Ale jesteśmy gotowi je ponieść.
Co on jej powiedział? „Mówiłem, że tak będzie.” Słuchała, jak on i jego towarzysze przekonują wszystkich z emfazą, że nic takiego nie nastąpi. Do licha, zabrali tam swoje rodziny.
Przewodniczący podziękował im za przybycie, Child skinął lekko, gestem, jaki wykonuje ktoś, kto odkłada karty na stół jako ostatni. Wiedział, że wygrali. Stacja „Renesans” pochłonęła już mnóstwo środków i w jej sprawę zaangażowało się kilka wysoko postawionych osób.
Tak, byli gotowi ponieść ryzyko. A teraz, kiedy doszło do katastrofy, stara Hutch ma przylecieć i spakować ich zabawki. Dalej, mała, zbieraj się. Ruszamy.
Kilka minut przed piątą wstała z fotela, powlokła się do swojej kajuty, wzięła prysznic, umyła zęby i włożyła czysty mundur.

Sprawdziła wszystkie kajuty, czy są gotowe. Potrzebowała dodatkowej pościeli, żeby zabezpieczyć nadmiarowych pasażerów. Weźmie ją ze stacji. Poleciła Billowi, żeby ustawił system podtrzymywania życia na maksymalną wydajność.
Gdy się tym zajął, wróciła na mostek. Przygniatało ją poczucie winy: nie powiedziała Dimennie, jak sytuacja wygląda naprawdę i teraz ją to dręczyło. Wiedziała, że to bez sensu, ale nie mogła na to nic poradzić.
- Jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być – przerwał jej rozmyślania Bill. – Dotrzemy do stacji za dwadzieścia siedem minut. – Miał na sobie szary blezer i dopasowane do niego spodnie. – Powinni byli zamknąć to miejsce parę lat temu.
- Wiele osób związało swoje losy zawodowe z „Renesansem” – odparła. – Niewiele wiemy o tworzeniu się gwiazd. To ważny projekt. Tylko że wysłali tu niewłaściwych ludzi, mieli pecha i pewnie nie dało się uniknąć pozostania tu aż do końca.


* * *



Mgła zaczęła jaśnieć.
Hutch patrzyła, jak migocze na kilku ekranach, gdy odezwał się Bill.
- Mamy połączenie z „Renesansem”.
Dzięki Bogu.
- Bill, daj mi Dimennę.
Przez ekran łączności przemknęło kilka zniekształconych obrazów.
- Witamy na stacji „Renesans” – odezwał się dziwny, trzeszczący głos. Sygnał był słaby. Widocznie sami mieli problemy z łącznością. Obraz kilkukrotnie poprawił się i znikł. Kiedy Billemu w końcu udało się go ustabilizować. Hutch zobaczyła Dimennę.
- Dzień dobry, profesorze – odezwała się.
Spojrzał na nią ponuro.
- Martwiliśmy się o panią. Dobrze, że nic się pani nie stało, i że w końcu jest pani tutaj.
Hutch skinęła głową.
- Mamy pewien problem – powiedziała. – Czy to prywatny kanał?
Mięśnie jego szczęki drgnęły.
- Nie. Ale to bez znaczenia. Proszę mówić.
- Gdzieś wystąpił problem z komunikacją. Na „Wildside” jest za mało miejsca. Nie wiedziałam, że zabraliście tu członków rodzin.
- Co? Na miłość boską, kobieto, jak to możliwe?
Może tak, że nikt nie przypuszczał, by ktoś był na tyle durny, żeby zabierać tu rodzinę. Nie powiedziała tego jednak głośno.
- Ten statek jest przeznaczony dla trzydziestu jeden pasażerów. My…
- Co to znaczy? – Poczerwieniał i przyszło jej do głowy, że zaraz zacznie wrzeszczeć. – Co mamy zrobić z resztą ludzi? – Wytarł usta wierzchem dłoni i spojrzał najpierw w prawo, potem w lewo. Słuchał czegoś. – Czy leci tu jakiś inny statek?
- Być może – odparła.
- Być może.
Spojrzała na niego.
- To ja chciałam pana o to spytać. Mój statek oberwał impulsem elektromagnetycznym.
- To był przeskok strumienia. Czasem się zdarza. Ściśle rzecz ujmując, to nie był EMP. – Trochę się odprężył, jakby rozmowa o czymś innym pomogła mu nie myśleć choć przez chwilę o trudnych wyborach, jakich przyjdzie mu dokonać.
- W skutkach się nie różni. Usmażył mi wszystkie urządzenia w kadłubie.
- Tak. To możliwe w przypadku cząstek o wysokiej energii. W nas też uderzył. O co chciała pani spytać?
- Czy macie jakąś alternatywę? Kontaktowaliście się ze stacją „Spokój”?
- Nie. Na zewnątrz jest za gorąco. Ustawiliśmy nadajnik w środku, żeby się dało z panią skontaktować. Nie mamy niczego innego.
Przełknęła i spróbowała się opanować.
- W takim razie nie mają pojęcia, co się tu dzieje.
- Wiedzą, że nie mamy łączności. Rozmawialiśmy z nimi, kiedy to się stało.
- Czy oni wiedzą, że musicie się ewakuować?
- Właśnie informowaliśmy ich o tej sytuacji.
Rozmowa z nim przypominała wyrywanie zęba.
- I udało wam się przekazać tę wiadomość, zanim doszło do awarii?
Widać było, że Dimenna z trudem panuje nad sobą.
- Tak.
Dobrze. Już wiedza, że załoga musi stąd uciekać, i że „Wildside” jest za mały. To powinno oznaczać, że „Kondor” jest w drodze.
- Coś jeszcze, pani kapitan?
Owszem.
- Proszę o wysyłanie wszelkich dostępnych informacji o rozbłysku.
Nadal się zbliżał. Był ogromny, gorący i miał sprawić, że stacja „Renesans” stanie się wspomnieniem. Jego zasięg wynosił prawie 6,6 miliona kilometrów i zbliżał się z prędkością trzydziestu siedmiu kilometrów na minutę. Lot na orbitę zajmie jej godzinę, nim zdoła nabrać wystarczającego pędu, by uciec.
Uda jej się wydostać, ale z przypieczonymi nogami.
Podziękowała mu i rozłączyła się. Chwilę później zobaczyła błysk srebra we mgle. To stacja.

Stacja „Renesans” składała się z trzech wiekowych statków nadświetlnych: „Belize”, dawnego statku badawczego Akademii, „Nakagumy”, który kiedyś woził zaopatrzenie i ludzi z ekipy zajmującej się terraformowaniem Quraquy i wielopiętrowego „Harbingera”, który odkrył cywilizację na Nok, jedyną cywilizację pozaziemską. Długo walczono o uznanie „Harbingera” za zabytek całej ludzkości, ale nie udało się tego przeprowadzić i skończył w tym piekielnym miejscu.
Usunięto im napędy, wzmocniono kadłuby i wyremontowano układy chłodzenia. Połączono je ogromnymi rurami, a kadłuby pokryła cała plątanina czujników, anten, wykrywaczy cząstek, przekaźników.
Na kadłubie „Nakagumy” nadal widniał dumny napis „Akademia Nauki i Techniki”. Zaś blisko miejsca, gdzie na powierzchni „Harbingera” było widać emblemat Akademii, widniał też zwój i oliwna lampka, znak Światowej Rady Ziemi.
W normalnych warunkach przekazałaby sterowanie Billowi, który lubił cumować, a przynajmniej tak twierdził. Czujniki jednak nie działały, więc przełączyła sterowanie na ręczne.
W kadłubie „Nakagumy”, który był największy ze wszystkich trzech statków wycięto znaczną część, by zrobić miejsce na doki cumownicze przylatujących statków. Dopasowała orbitę, zrównała prędkość i zbliżyła się. Migało kilka rzędów świateł naprowadzających, pomagał jej też kontroler. Przy wyłączonej automatyce cumowanie przebiegało w sposób dość prymitywny.
- Kilka stopni na bakburtę. Odsuń się trochę. Doskonale. Teraz do przodu.
- Doskonale sobie radzisz – odezwał się Bill.
SI nie miały okazywać sarkazmu, ale Billowi się to zdarzało.
- Dziękuję ci – rzekła.
Pokonała łatwo wrota prowadzące do wnętrza „Nakagumy” i zacumowała w doku.
- Przełącz w tryb spoczynkowy – poleciła.
SI potwierdziła przyjęcie polecenia. Silniki zostały wyłączone, a statek przełączony w tryb minimalnego zużycia energii. Z doku wysunął się rękaw i został przymocowany do śluzy statku. Hutch sprawdziła, czy mundur dobrze na niej leży, otworzyła właz i wmaszerowała do stacji. Dimenna już na nią czekał. Nie patrzył na nią, jakby jej tam nie było.
- Nie mamy czasu – powiedział.
Hutch musiała wymienić uszkodzone oprzyrządowanie.
Pasażerowie już przybyli. Głównie kobiety i dzieci. Nieśli ze sobą bagaże. Młodsze dzieci trzymały zabawki, modele statków, piłki, lalki.
Na zewnątrz dwóch techników w skafandrach podbiegło wzdłuż płaszcza doku i podpięło węże z paliwem.
Hutch cofnęła się, żeby wpuścić pasażerów na pokład. Pozostali, mężowie, przyjaciele, pewnie ojcowie, stłoczyli się na galerii obserwacyjnej. Jedna z kobiet odepchnęła od siebie dziecko, jasnowłosego chłopca, który miał jakieś sześć lat. Po policzkach ciekły jej łzy. Dała Hutch gestem do zrozumienia, że ma zabrać dziecko i zwróciła się do Dimenny.
- Nie zostawię go – powiedziała o kimś, kogo tam nie było. – Niech ktoś leci za mnie.
- Mandy – rzekł dyrektor.
- Ma na imię Jay – zwróciła się do Hutch Mandy. Przytuliła chłopca, płacząc coraz bardziej, a potem odeszła, przepychając się pośród tych, którzy próbowali dostać się na pokład.
- Postanowiliśmy, że nie będziemy przeciążać statku – oznajmił Dimenna. – Niektórzy z nas zostają.
- To nie jest sposób...
Uniósł rękę. To już postanowione.
- Jej mąż jest szefem działu.
W tej chwili Hutch poczuła, jak bardzo nienawidzi Barbera: było to najsilniejsze uczucie, jakiego doznała w życiu. Marzyła o zabiciu go.
- Znajdę kogoś, kto ją zastąpi – oznajmił chłodno Dimenna. – Jak naprawdę ma pani zamiar to zorganizować? Dwadzieścia pięć osób zgodziło się zostać na ochotnika. Tyle wystarczy? Czy to rozsądna liczba? Czy może pani zabrać jeszcze kilka osób nie narażając wszystkich na niebezpieczeństwo?
To był najstraszniejszy moment jej życia.
- Nie musimy tego robić w ten sposób. Możemy zabrać wszystkich i...
- Taką decyzję podjęliśmy.
Rzecz jasna miał rację. Gdyby zabrać wszystkich na pokład „Wildside”, obciążyliby statek dodatkową masą zmniejszając jego przyspieszenie, zużywali powietrze, stworzyliby zagrożenie dla innych i pewnie i tak by zginęli – chyba, że nastąpiłby cud. Gdyby zostali, przynajmniej przebywali w miejscu, do którego mógłby dotrzeć jakiś inny statek. Szansa była niewielka, ale zawsze jakaś.
- Hutch – odezwał się Bill – powinnaś się zająć paroma rzeczami, zanim wyruszymy.
Świat zakołysał się wokół niej, odwróciła wzrok od Dimenny i zobaczyła ludzi tłoczących się w śluzie, dzieci pytające, dlaczego ojciec nie leci z nimi, zrozpaczone twarze na galerii.
- Hutch! – Bill prawie krzyczał – Musimy naprawić osprzęt. Mamy bardzo mało czasu.
Ledwo go słyszała. Dimenna stał przed nią jak sędzia.
I właśnie tę chwilę wybrał na przyjście z ratunkiem Preacher Brawley. Sygnał z „Kondora” mógł zostać odebrany wcześniej, gdyby ktokolwiek z techników był na stanowisku. Bill odebrał go i natychmiast rozpoznał.
- Hutch – powiedział – mam dobre wieści.


Jeśli jesteś ciekaw ciągu dalszego, książkę kupisz tutaj.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-04-06 (1482 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej