Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Poczwarki
 
Katalog - dodano
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 Stróże 2: Brudnopis Boga
- Jakub Ćwiek
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Caine Czarny Nóż'' - Matthew Woodring Stover



Najgorsze z najgorszych
ODWRÓT Z BOEDECKEN (fragment)
Jesteś: CAINE’EM (w tej roli Aktor Prac. Hari Michaelson)
ORYGINAŁ. ROZPOWSZECHNIANIE SUROWO WZBRONIONE.
© 2187 Studio Przygody-bez-Ograniczeń. Wszystkie prawa zastrzeżone.


Ziemista chmura rozprzestrzenia się, sięga horyzontu, wypełnia zagłębienia wśród odległych wzgórz.
– To oni – mówię, nie zwracając się do nikogo konkretnego.
Słońce nad moim lewym ramieniem plami krwią chmurę i wzgórza. Cień wyrastającego za nami płaskowyżu rozlewa się po pustyni jak olej.
Tizarre wytęża wzrok. Zaciska usta, jej zaciśnięte na pochwie miecza palce bieleją.
– Jesteś pewien? Skąd wiesz?
Mógłbym zacytować Sun Tzu: „Obłok kurzu wysoki i zwarty – to rydwany. Kurz ściele się nisko i szeroko – to piechota”, ale tylko wzruszam ramionami i podaję jej lunetę.
Gdyby Sun Tzu zobaczył taką piechotę, obesrałby sobie tę swoją jedwabną piżamkę.
Tizarre podnosi lunetę do oka i resztki rumieńca odpływają jej z policzków.
– Te postaci w chmurze... – szepcze. – Jest ich mnóstwo.
Spoglądam na Rababàla.
– Też chcesz popatrzeć?
Odpowiada mi błysk platynowego krążka wielkości monety, który na przemian pojawia się i znika – pstryk, pstryk, pstryk – między serdelkowatymi palcami Rababàla. Ta zabawa zastępuje u niego myślenie. Mięsiste policzki, obwisłe, zakurzone i spocone zupełnie nie pasują do beztrosko zwinnych palców.
– Zapasów mamy tylko na dziesięć dni. Nie możemy czekać. Nasi inwestorzy...
– Naszym inwestorom nie grozi wydymanie przez dwieście ogrillów – przerywam mu. – A nam owszem. – Opieram się o mur i patrzę na pofałdowaną równinę. – Gdyby nie ta banda, może udałoby się nam zwinąć obóz i zniknąć wśród wadisów. Może.
– Chcesz uciekać? Wycofać się? Czmychnąć? Zwiać?
Marade posyła mi pogardliwe spojrzenie, które widzę podwójnie: odbija się do góry nogami w jej efektownie wyprofilowanym kirysie. Chyba właśnie się modliła, jest w pełnej zbroi. Nie będę udawał, że mi się nie podoba. Ta kobieta nadaje zupełnie nowy sens słowu „napierśnik”. A ten protekcjonalny grymas jeszcze dodaje jej uroku...
Ciacho na sterydach, w ubranku z klubu sado-maso.
– Nie chciałabym użyć słowa zaczynającego się na C, ale „cykor” sam się nasuwa...
– Moje imię zaczyna się na C.
Wybucha donośnym śmiechem i na jej plecy spływa złocista fala: jej włosy lśnią nie gorzej niż pancerz, a ja znów łapię się na myśli, że mógłbym na nią polecieć, gdyby puściła do mnie oczko. Rany... Zmiażdżyłaby mi miednicę jak biszkopt.
– Chyba nie oddamy im pola jak drewniane żołnierzyki, co? Bez choćby jednej potyczki?
– Na drewnianych żołnierzykach znasz się z pewnością lepiej ode mnie – zauważam.
Jej uśmiech blednie. Kurna, ale ze mnie geniusz: więcej żartów o lesbach, to na pewno mnie polubi.
– Jedna potyczka i będzie po nas – dodaję.
– Mamy ponad dwa tuziny zbrojnych...
– Tragarzy z mieczami.
Pretornio szuka czegoś w fałdach sutanny.
– Dzięki talentom Dal’kannitha Boga Wojny ci tragarze...
– Jasne. Ci tragarze. – Krzywię się. – Naprawdę myślisz, że za pięć rojali miesięcznie nie marzą o niczym innym, tylko o naparzaniu się z ogrillami? To zwykli najmici.
Platynowy krążek nieruchomieje. Groźne miny Rababàla na pewno robiły piorunujące wrażenie na nastoletnich nekromanckich czeladnikach.
– Czy muszę ci przypominać, że ty, Caine, również jesteś „najmitą”?
– Nie, kurwa, w tej chwili naprawdę nie musisz. I tak robisz to dziesięć razy dziennie. – Nie cierpię tego pieprzenia o najemnikach. Nawet najlepszy szef na świecie zawsze ucieleśnia gościa, który strzela nam nad głową z bata. – Ale jeśli mimo to zlekceważycie moją radę, to tak jakbyście wyrzucili kasę w błoto, nie uważasz?
– A może... – Pretornio odkrztusza grudę kurzu i wierzchem zaplamionej krwią rękawiczki ociera pył z ust. – Może powinniśmy się... hm... pomodlić? Poprosić o pomoc...
– Dobrze gada. – Tizarre opuszcza lunetę.
Ma sińce pod oczami. Mówi o mnie, nie o lipkeńskim kapłanie. Z nich wszystkich chyba tylko ona jedna mi wierzy. Dwie setki ogrillów (dzięki panu Zeissowi widoczne jak na dłoni) pędzące tym swoim niedźwiedzim krokiem z prędkością dwudziestu mil na godzinę każdemu przemawiają do wyobraźni.
– Chyba powinniśmy stąd spadać – dodaje. – I to szybko.
Wspólnicy znów zaczynają się kłócić. Boją się o kasę.
Co za kołki.
Daję im się trochę wygadać, ale w końcu przerywam ostro:
– Hej! Nie będzie żadnego uciekania. Nie damy rady. Biegną prosto na nas.
Milkną i patrzą na mnie takim wzrokiem, jakby z nosa nagle wyrosły mi macki. Szerokim gestem ogarniam skotłowaną w gorączce powierzchnię Boedecken. Wadisy rozbiegają się promieniście od stóp miasta i giną w gąszczu bylic, które wyssały całą wodę z zasilającej dawniej okolicę bezimiennej rzeki. Na poziomie gruntu od pościgu oddzielałyby nas tysiące fałdów i pagórków, ale stąd, z wysokości urwiska, możemy zajrzeć w każde zagłębienie aż do dna. Elfy, które od tysiąca lat już nie żyją, nie bez powodu zbudowały tu miasto.
– Gdzie się schowamy, kiedy dotrą do ruin? – pytam.
Stalton, ochroniarz Rababàla, skinieniem głowy wskazuje przesłaniający nam pół nieba skraj płaskowyżu.
– Może na górze?
– Widziałeś, jak to wygląda: ziemia płaska jak stół, i tak przez pięć dni jazdy. W dodatku wznosi się ku górom, więc nawet nie znikniemy za horyzontem.
Kiwa głową – ponuro, ze zrozumieniem.
– Ale gdybyśmy od razu wyruszyli, przynajmniej mielibyśmy przewagę.
Mógłbym go polubić. My, żywe trupy, powinniśmy się trzymać razem. Kłopot w tym, że cały czas korci mnie, żeby stłuc Rababàla, a wtedy Stalton zrobi ze mnie miazgę. Nie traktuje tego osobiście, po prostu taką ma pracę – ale w ten sposób nie zbuduje się przyjaźni.
Wzruszam ramionami.
– Nic nie ucieknie przed polującym ogrillem. A już na pewno nie my.
– Płaszcz! – wykrzykuje Tizarre z błyskiem szaleństwa w oczach. – Mogę nas okryć Płaszczem...
– Nie, nie możesz.
– Jak to nie? Na tej łące? Łąka jest łatwa. Wszystko wygląda tak samo. Mogę ukryć nas, konie, mogłabym, naprawdę bym mogła...
– Mogłabyś co najwyżej stracić czas. Ogrille mają doskonały węch. A ty?
– Skąd wiesz, że biegną właśnie do nas? – Platynowy krążek znika, Rababàl podnosi się z wykutej w kamieniu ławki i staje obok mnie przy murze. – Może, na przykład... nie wiem, tropią bizony? Albo migrują? Kto je tam wie...
Wyciągam rękę do Tizarre, która wkłada mi w dłoń lunetę. Podaję ją Rababàlowi.
– Piękna robota – mówi z uznaniem, ważąc ją w dłoni. – Krasnoludzka?
– Tak, krasnoludzka. – I tak bym ci nie powiedział, nawet gdybym mógł. – Zobacz, jak wygląda ich straż przednia, tam, poniżej tej podwójnej przełączki.
Podnosi lunetę do oka. Wzdryga się, krzywi i z wysiłkiem przełyka ślinę.
– No tak... – udaje mu się wykrztusić.
Nie dziwię mu się.
– Teraz zobacz, co widać bliżej, tak w połowie odległości między nimi a nami. Widzisz dwóch konnych?
Miele w zębach przekleństwo.
– Ludzie!
– Ano ludzie.
– Czyli to ich tropią ogrille...
– Zgadza się.
– A oni prowadzą pościg prosto do nas!
Rozkładam ręce: quod erat demonstrandum.
Milkną i kombinują co to wszystko właściwie oznacza. Uśmiecham się do Pretornia.
– Chcesz się modlić? To módl się, żeby grille złapały tę dwójkę.
Pretornio sztywnieje. Policzki mu purpurowieją.
– Nie zgadzam się! Powinniśmy im pomóc...
– Pomógłbym im, gdybym mógł: przestrzeliłbym im czaszki. – Zabieram Rababàlowi lunetę i spoglądam na przedpole. – Ale mój łuk tak daleko nie doniesie. Zresztą... kiepsko strzelam.
Marade sroży się jak burzowa chmura. Spojrzenie ma lodowate, wyraz twarzy godny królowej zimy.
– Caine... – Pochyla się nade mną. – Potraktuję twoje słowa jako żart.
Jej chłód uświadamia mi, że mimo całej jej pogody ducha i pobożności, na Rycerzy Khryla nie wyświęca się aniołków.
Rycerz musi – w pewnym sensie – lubić zabijanie.
– Traktuj je, jak ci się żywnie podoba. – Ja też potrafię robić takie groźne miny. – Jeśli ci dwaj dotrą do ruin, grille przyjdą za nimi. Przyjdą i zaczną się rozglądać. Węszyć. Szukać ludzi.
Daję im sekundę albo dwie na przetrawienie moich słów, które chyba mają gorzki smak.
– Jeźdźców jest dwóch, nas trzydzieści osiem sztuk, a ogrillów... Ze dwie setki, najmarniej. To sobie teraz, kurwa, porachujcie.
Wszyscy zaczynają mówić jednocześnie. Nie powinienem był wspominać o rachunkach, bo skurwiele znów się kłócą o pieniądze.
Zastanawialiście się kiedyś, co bogowie myślą o pieniądzach? Spójrzcie na ludzi, których nimi obdarowują.
Patrzę przez lunetę. Jeden koń padł: miota się na ziemi i rzyga krwawą pianą. Drugi jeździec zawraca po towarzysza. Spina wierzchowca, ale ten chwieje się, ledwie wystarcza mu sił, żeby truchtać; nie ma mowy, żeby z podwójnym obciążeniem poszedł galopem. W końcu potyka się i wali na pysk. Wysadzony z siodła jeździec koziołkuje mu nad głową i wypada z cienia urwiska w słońce. Zbiera się z ziemi. Kuleje, ale widzę, że upiera się przy ratowaniu kumpla, którego przygwoździł zdychający koń. Może nawet uda się go uwolnić, zanim ogrille ich dopadną – ale i tak wtedy spieszeni ludzie nie zdążą dobiec do porośniętego zielskiem wału ziemnego, który kiedyś stanowił zewnętrzny pierścień murów miasta. Nie mają szans. Czuję, jak coś ściska mnie w gardle, jak żołądek skręca mi się w lodowatym skurczu...
Odejmuję lunetę od oka i patrzę, jak leży mi w dłoni: abstrakcyjny kształt z polerowanej stali, który nagle wydaje mi się całkiem pozbawiony sensu. Spojrzałem w dal i zobaczyłem samego siebie w dwudziestokrotnym zbliżeniu. Ależ jestem popieprzony...
Nie mogę znieść myśli, że stracili konie.
Nie kibicowałem im, nic z tych rzeczy. Ba, jestem nawet ciekawy, co ogrille z nimi zrobią. Gdybym nie chciał widzieć szczegółów, wystarczy, że odłożę zeissa.
Chodzi o coś innego.
Ja... jestem rozczarowany.
Kurwa mać, co się ze mną dzieje?!
W głębi mojego zepsutego, przeżartego zgnilizną serca chcę, żeby ogrille nas znalazły. Żeby zapolowały na nas w tych ruinach. Żeby schwytały i zżarły tych mężczyzn i kobiety, z którymi jadłem, piłem, spałem i żartowałem. Żeby zjadły także mnie.
Spoglądam w mroczne zwierciadło i w końcu dostrzegam w nim swoją twarz.
Nasza sytuacja nie jest jeszcze dostatecznie zła.
Chcę, żeby była fatalna, beznadziejna, tak rozpaczliwa, żeby zatrzeć wspomnienie tego dnia.
Nie ma to nic wspólnego z balansowaniem na bańce mydlanej między ekscytującą perspektywą i straconą szansą. Ani z faktem, że dobiegając trzydziestki, mam za sobą trzy lata grania w niewydarzonych Przygodach. To tylko powierzchowne klisze. Refleksy na powierzchni czarnej kałuży.
Głębokiej kałuży.
Znowu podnoszę lunetę do oka, chociaż sam nie wierzę, że chcę zobaczyć to, co chcę zobaczyć... Ale chcę.
Tak, chcę. I niech Bóg ma mnie w swojej opiece.
Chcę najgorszego z najgorszych.
Pierwszy jeździec gramoli się spod dogorywającego konia. Jest poważnie ranny w nogę, kuśtyka z wysiłkiem, wsparty mocno na towarzyszu. Krew tryska mu z podudzia: skomplikowane otwarte złamanie piszczeli. Pech. Nie ma szans. Teraz pozostaje tylko czekać, czy grille zdążą ich dorwać, zanim goście popełnią samobójstwo.
Znów dławi mnie w gardle gruda tłustego śluzu – ale zarazem czuję ulgę. Naprawdę. Doskonale wiem, co nas czeka, jeśli wpadniemy w łapy ogrillów.
Tylko że... No wiecie...
– Już po wszystkim – mówię, nie odrywając lunety od oka. – Dalsza dyskusja jest czysto akademicka.
Za moimi plecami rozmowa się urywa. Czuję na prawym uchu gorący oddech Rababàla.
– Złapały ich? Pokaż.
Ani drgnę.
– Na pewno tego chcesz? – pytam.
Przychodzi mi na myśl tata. Zawsze powtarzał, że modlitwa to w gruncie rzeczy rozmowa z samym sobą. Taka użyteczna forma medytacji, nic więcej. Ale to było tam, w domu. Tu jest inaczej.
Dlatego, jeśli chcę, żeby moja modlitwa została wysłuchana, powinienem się chyba zastanowić, o co właściwie proszę.
Tyshalle’u, słuchasz mnie?
Dwaj ludzie wdrapują się na grzbiet pagórka, zsuwają się po przeciwległym stoku w głąb wadisu i lądują na przysypanych piaskiem kamulcach. Temu zdrowemu udaje się podnieść: chwyta się karłowatej juki i podciąga do pozycji siedzącej. Opiera się ciężko o drzewko. Patrzy, jak krew tego drugiego wsiąka w spragnioną ziemię. Mówi coś. Jego kumpel leży na wznak, zasłania oczy przedramieniem, jakby nie zamierzał odpowiadać...
W powietrzu między nimi pojawia się jakieś dziwne światło, niematerialna płynna poświata, mieniąca się tęczowo, rozszerzająca się, zagarniająca ich ciała, oblewająca je kolorową aureolą...
Znikają.
W wyschniętym wąwozie tylko ślady w piasku i czarna plama krzepnącej krwi świadczą o tym, że przed chwilą ktoś tu jednak był.
No, proszę.
Słyszę swój głos, równie suchy jak koryto tego strumyka:
– A to numer...
– Co? Co się dzieje?
Tłoczą się wokół mnie, domagając się odpowiedzi, których z powodu warunkowania nie mogę im udzielić. Ci dwaj to moi koledzy po fachu.
Zostali ściągnięci do domu.
Zabawne. Powinienem powiedzieć o tym Pretorniowi: jeśli chce, żeby jego modlitwy się spełniały, powinien prosić o coś, co i tak ma się wydarzyć.
No dobrze. To wcale nie jest zabawne.
Ogrille dalej pędzą na złamanie karku, węsząc trop, który za chwilę się urwie – ale prowadzi najkrótszą drogą do ruin miasta, w których się znajdujemy. Gorące, mroczne wyczekiwanie rozlewa mi się po podbrzuszu i jądrach.
Idą tutaj. Do nas. Naprawdę.
Polują na ludzi – dwóch jeźdźców, których nie uda im się znaleźć, bo ci zniknęli z tego wszechświata.
Będą musiały zadowolić się nami.
Przykładam lunetę do oka.
Widzę je: pół niedźwiedzie, pół goryle, odziane w skóry drapieżniki z kłami dzików i szponami bojowymi długimi jak noże, które noszę na piersi. Na szerokich grzbietach niosą włócznie, tarcze i łuki. W biegu podpierają się długimi, sękatymi rękami, jak czworonożne zwierzęta. Niewiele brakuje, żebym uśmiechnął się pod nosem.
Przez sekundę, najwyżej dwie.
Bo potem jeden taki wielki skurwiel zatrzymuje się, prostuje i przepatruje teren dzielący go od ruin. Widzę teraz godło klanu, które ma wymalowane na piersi – i ten widok w mgnieniu oka mrozi mi bebechy. Moja moszna kurczy się tak gwałtownie, że łzy ciekną mi z oczu. Godło przedstawia czarne jak obsydian maźnięcie, zakrzywione i paskudnie ostre na czubku, przecinające pierś od lewego barku po prawe dolne żebro. Lśni, jakby farba jeszcze nie wyschła. Przypomina szpon bojowy ogrilla.
Wiem, co to za rysunek. Każdy go zna.
Dobra, cofam wszystko. Odwołuję „jeszcze gorsza” i „fatalna”.
Jestem kurewsko przerażony, chcę wrócić do domu i wiem, że to mi się nie uda, już nigdy mi się nie uda, ponieważ tamci dwaj zostali odwołani właśnie w tym miejscu, żeby ściągnąć właśnie na nas właśnie to konkretne niebezpieczeństwo, i na myśl o tym wnętrzności mi się roztapiają, mam wodę w brzuchu, w dodatku zimną wodę, bo kręgosłup zamienił mi się w słup lodu, i z mojego gardła dobywa się tylko słabe:
– Rany...
Kręcę głową i zaczynam się śmiać. Nie mogę się powstrzymać. Ze wszystkich klanów na całym tym pierdolonym Boedecken...
Czarne Noże.
Nie wiedziałem, co znaczy „najgorsze z najgorszych”. I właśnie dlatego nie mogę się opanować i rżę jak koń.
Bo chyba się właśnie dowiedziałem.
Dar
Wiesz, że to nie sen.
Poznajesz to po zapachu palonego świńskiego łoju, unoszącym się znad dymiącego knota lampy. Poznajesz po brudnożółtym świetle, przesączającym się przez żyłkowany, natłuszczony pergamin w jedynym oknie szopy; po szarych drzazgach w sfatygowanych drzwiach, które – oparte na kozłach – udają stół; po sczerniałej od pleśni słomie, zgarniętej w dwa barłogi obok paleniska.
Na razie wiesz jednak tylko tyle, że to nie jest sen. Nie domyślasz się jeszcze, że to Mój Dar dla ciebie.
Czujesz obce mięśnie, twardsze od ludzkich. Ręce masz wyraźnie dłuższe niż nogi, o dwie szerokości dłoni. Gruzłowata skóra ociera się o żebra, które – dziwnie masywne i niezbyt elastyczne – osłaniają serce bijące zbyt mocno i zbyt wolno. Blade słońce północy z ledwością grzeje ci plecy ukryte pod grubą skórzaną kurtką. Rozszczepiona na troje górna warga obejmuje zakrzywione do góry kły.
Kopav Zwierciadło Pyłu, warczysz. Podobno ma tu legowisko.
Mniejszy z dwóch ogrillów znajdujących się w pomieszczeniu obraca się na stołku. Widzisz jego grzbiet. Kręgosłup ma wygięty w łuk – to pewnie skutek szczenięcej krzywicy. Czaszkę ma łysą i pobielałą od podeszłego wieku.
Cuchniesz człowiekiem.
Hrk, prycha większy ogrillo. Człowiek.
Przekraczasz próg i wchodzisz do środka.
Szukam Kopava Zwierciadła Pyłu. Mogę zapłacić.
Nie wątpię, miastowy. Mniejszy ogląda się przez ramię. Ładne buty.
No, hrk. Buty. Prychnięcie większego zalatuje zgnilizną. Pewnie coś mu utknęło między zębami i się psuje. A może to same zęby tak mu śmierdzą. W Piekle nie widuje się takich butów.
Może też być Ignik Zwierciadło Pyłu, obojętne. Ignik ‘Thundiget.
Nie znam cię, miastowy. Garbus ostentacyjnie prostuje jeden ze szponów bojowych i uważnie go ogląda. Z jakiego jesteś klanu?
Z Czarnych Noży.
Oba samce nieruchomieją. Gapią się na ciebie, żeby nie musieć patrzeć po sobie nawzajem.
Czarnych Noży nie ma, odzywa się w końcu garbus. Nie ma od czasu Koszmaru.
Maska udawanego złudzenia rozpłynęła się bez śladu. Garbus ostrożnie szczerzy kły.
Wzruszasz ramionami.
O tym mogę pogadać z Kopavem.
Czarny Nóż? Hrk. Czarny Nóż... prycha drugi. Dla mnie to ty raczej jesteś Beznóż. Spogląda na garbusa. Niezłe, co? Beznóż.
Twoje serce dudni złowrogo, wściekła krew napływa do twarzy i wydatnych łuków brwiowych. Patrzysz w dół, na swoje ręce ukryte w rękawach kurtki – rękawach znacznie dłuższych niż u innych ogrillów. Przeszkadzałyby ci prostować szpony bojowe.
Gdybyś je miał.
Twoje nadgarstki są nagie jak u człowieka. Zamiast szponów masz na nich grube blizny.
Kikuty wstydu.
Odpowiedź na wstyd nosisz we wszytej w kurtkę pochwie: to SPEC KA-BAR, siedem cali matowoczarnej stali chromowej, klinga tak ostra, że samo przytknięcie jej do szyi dużego upuszcza mu krwi. Krople zbierają się na ostrzu jak klejnoty.
Taki nóż ci wystarczy?
Hej! Nie porusza się. Nie jest taki głupi, na jakiego wygląda. Co ty?!
Garbus wstaje. Unosi puste ręce nad głowę w ludzkim geście kapitulacji. Złożone szpony przylegają do przedramion.
Po co zaraz puszczać krew? Spokojnie. Powiedz, czego chcesz.
Zobaczyć się z Kopavem Zwierciadłem Pyłu.
Może mi powiesz, co cię sprowadza?
Ostrożnie się przysuwa.
A może ty nie będziesz się wpierdalał, gdzie cię nie proszą? Przyciskasz nóż odrobinę mocniej. Woń krwi pobudza twoje ślinianki. Wara od mojej zdobyczy.
Hej... Ej, kurwa, chwilę... Większy jest zaskoczony. Urażony. Ale się nie boi. Ej, skaleczyłeś mnie. Dziabnął mnie! On...
Garbus się waha.
Mam propozycję, miastowy. Wróć po zachodzie słońca...
Odruchowo zerkasz w stronę okna, żeby po ilości dziennego światła zorientować się, która godzina – trwa to ułamek sekundy, szybszy niż mgnienie oka, ale oba ogrille spodziewały się takiej reakcji. Większy odchyla głowę, żeby uniknąć twojego noża, i szponem mierzy ci w krocze. Mniejszy tnie szponem w poprzek ścięgien w ręce, w której trzymasz nóż. Robisz piruet – dostatecznie szybko, żeby uniknąć chlaśnięcia po jajach, czujesz jednak szarpnięcie na wysokości pępka i gorąca powódź zalewa ci podbrzusze i napełnia powietrze słodką wonią świeżej krwi. KA-BAR zatacza krótki łuk i wbija się w kość. Większy ogrillo wyje z bólu, szarpie zranioną ręką, wpada na stół i razem z nim przewraca się na ziemię. Garbus robi wypad. Jest szybki, jak zawodowiec, ale ty wyciągasz mu na spotkanie drugą rękę, w której trzymasz automag. Krótka seria rozsznurowuje mu brzuch i odrzuca go do tyłu, na ścianę.
Pergamin w oknie drze się na strzępy. Promień słońca przeszywa chmurę dymu ze spalonego prochu.
Słyszysz śpiewne metaliczne dźwięczenie.
Większy kuli się na klęczkach, łzy malują mu pysk czerwienią. Wymięty garbus siedzi pod ścianą i klnie półgłosem, miarowo, obiema rękami przytrzymując wylewające się wnętrzności.
Ty skurwielu jebany... Masz gnata. Kurwa, masz gnata! Nic nie powiedziałeś, kutasie.
Stajesz nad nim, celując w tego drugiego.
Kopav Zwierciadło Pyłu, powtarzasz.
Pierdol się. Nikt nigdy do mnie nie strzelał. Jebany gnat. Pewnie umrę, co?
Pewnie tak.
Ty skurwysynu.
Możemy to załatwić bez bólu. Albo... Kucasz przy nim i pokazujesz nóż. Jeśli wolisz, może boleć.
Patrzy przez ciebie na wylot.
Wzruszasz ramionami.
Możesz też leżeć we własnym gównie i czekać, aż przyjdzie Rycerz. Może Khryl cię uleczy? Zwłaszcza po tym, jak mu wyznasz, że chciałeś mnie wypatroszyć, żeby zabrać mi buty?
Przymyka powieki.
Czego chcesz?
To ty, tak? Ty jesteś Kopav?
Tak.
Kopav ‘Jurginget? Z Czarnych Noży?
Otwiera oczy. Mają taki sam kolor jak twoje.
Dawno temu. W szczenięcych latach. Zanim kraj znienawidził Czarne Noże. Dawno, dawno temu. Od czasu Koszmaru jestem Zwierciadłem Pyłu. Nie ma już Czarnych Noży.
Wywijasz wargi, obnażając kły do samych korzeni.
Ja jestem.
Wbija w ciebie wzrok. W jego oczach zapala się iskierka, którą jednak zaraz gasi spazm bólu.
Czego chcesz?
Stoisz nad z nim z nożem w jednej ręce i pistoletem w drugiej.
Żebyś się poddał.
Ha. Nagle wydaje ci się stary, zmęczony i smutny. Tylko tyle?
Tak.
Wal się. Nie musiałeś do mnie strzelać.
Przekrzywiasz głowę o ćwierć cala.
Nie musiałeś się na mnie rzucać.
Więc... mam się poddać. Porusza żuchwą. I co wtedy?
Wtedy nie będzie bolało.
Długo ci się przygląda. Gdzieś z zewnątrz dobiegają stęknięcia, przytłumione odległością krzyki, szuranie, strzały, odgłosy szamotaniny. Tu, w środku, jest tylko krew, flaki i skamlenie większego ogrilla, który ściska sikające krwią rozcięcie na przedramieniu. W oczach garbusa widać przewalające się fale pustki. Ból musi być piekielny.
W końcu sapie z rezygnacją.
Nie musiałeś do mnie strzelać.
Czekasz.
Odpycha się od ściany, klęka i schyla się tak nisko, że czołem dotyka twoich stóp. Przełączasz automag na strzały pojedyncze.
Należę do ciebie... – mówi.
Celujesz w potylicę.
...ty suko.
Pocisk wyrywa wielką jak pięść dziurę w drewnianej podłodze. Mokrą dziurę. Przesuwasz broń śladem rozbryźniętego mózgu i bierzesz na cel drugiego ogrilla.
Ignik? Ignik Zwierciadło Pyłu: Tchundiget?
Stęka. Patrzy na ciebie oczami jak dwa przekrwione jajka.
Mnie też zabijesz?
Ruchem automaga wskazujesz swoje buty.
Na ziemię.
Skamle, ale pochyla się i wkłada łeb w kałużę krwi.
Na-na-należę... Pociąga nosem tak gwałtownie, że ledwie go rozumiesz. Należę do ciebie.
Przyklękasz na jedno kolano i chowasz pistolet do kabury na wysokości nerki. Ignik syczy z bólu, kiedy łapiesz go za rozciętą rękę. Coś tam chrobocze – pewnie ma złamaną kość łokciową. Przyciskasz ranę na jego ręce do płytkiego zadraśnięcia, które jego szpon zostawił na twoim brzuchu.
To moja rana odniesiona w walce, mówisz. A to twoja. Nasze rany są jednym. Nasza krew jest jednym.
Szczęka mu opada, jakby gnijącymi zębami wabił muchy.
Ja... eee... – stęka. Kto ty jesteś?
Wstań, durniu. Czarny Nóż nie klęka.
Ale... ale... hrk... Tłustą łapą rozmazuje sobie czerwone łzy na pysku. Czarny Nóż?
Ściskasz mocniej nóż, bierzesz ogrilla za ramiona i nim potrząsasz.
Jesteś brudny, braciszku. I miękki. Za długo siedzisz w Piekle. Masz szare kły i giętki kark.
Ślini się.
A ty... ty...
Ja jestem Czarnym Nożem. Obracasz KA-BAR w dłoni rękojeścią naprzód i podajesz mu go. Ty też.
Mój Dar został przekazany. Uwalniam cię. Otwierasz szeroko swoje do bólu ludzkie oczy, gapisz się na zżerany pleśnią sufit nad łóżkiem i mamroczesz pod nosem:
Ty skurczybyku...


* * *



Domyślam się, że ciążące ci okrutnie brzemię wieku utrudnia pobudkę szarym świtem. Rwący ból w stawach może być wspomnieniem lęku – mrok, zgroza, tępe pazury szarpiące ciało z takim odgłosem, jakby darły bawełnę, lodowata pewność cierpienia i śmierci...
A może to tylko blizny po trwającej od pół stulecia wojnie.
Nie wiem. Czuję wprawdzie zgrzyt w biodrach i barkach, wyczuwam piasek pod wyschniętymi jak na kacu powiekami, w ustach mam gówniany posmak wypitej wieczorem brandy, a nozdrza wypełnia mi woń starego potu, który zaplamił ci kurtkę solą, mogę nawet zmierzyć ci puls, odliczając pulsowanie w skroniach, i dość dokładnie oszacować niepokojące ciśnienie w pęcherzu – ale i tak nie dowiem się, co myślisz. Może to dlatego tak mnie fascynujesz.
Równie dobry powód jak każdy inny.
Co oznacza, że nie ma żadnego znaczenia.
Zesztywniały po nocy kuśtykasz do okna z brudną, pełną purchli szybą i przytykasz do niej głowę. Jest jesień, szkło jest chłodne. Wyobrażam sobie, że zastanawiasz się w tej chwili, jak doszło do tego, że się tak postarzałeś; myślisz o tym, że w wieku dwudziestu pięciu lat stawiłeś czoło Czarnym Nożom – i nie możesz się nadziwić, że od tamtej pory minęło kolejne ćwierć wieku.
Odwracasz się do stolika, na którym stoi miska do mycia. Przecierasz twarz ociekającym wodą ręcznikiem. Zalatuje stęchlizną. Kiedy patrzysz w posrebrzane lustro, marszczysz brwi: ślady siwizny na skroniach, białe drobinki w niegdyś czarnej brodzie. Kręcisz głową, jeszcze bardziej marszczysz brwi, wzdychasz jak stary, zmęczony człowiek...
Ale obaj wiemy, że to tylko poza.
A może raczej... gra?
Mroczny płomień w twoich oczach jest dla nas obu równie oczywisty.
Mars na twoim czole nie wyraża już złości, lecz zadumę. Wiem, co myślisz.
Że może cię okłamuję.
To, co pokazał ci mój Dar... Co to było? Historia? Teraźniejszość? Proroctwo?
Czy jeden wielki szajs?
Widzę, jak mars tężeje, nasila się i powoli przechodzi w ponury uśmiech – i już wiem: dochodzisz do wniosku, że gówno cię to obchodzi.
Ja się odezwałem. Ty odpowiesz.
Czy znalazłeś już w sercu historię, którą opowiesz córce, słodkiej półbogince śniącej o tobie w swoim zamku, wiele mil od tego górskiego miasta? Podasz jej opiekunce powód? Będziesz się tłumaczył?
Czy raczej, kiedy cię wezwą, odpowie im echo?
Może powiesz lady Faith, dziesięcioletniej margrabinie Harrakhy, coś takiego:
– Twój wujek, Orbek, wpakował się w kłopoty. Mam u niego dług wdzięczności. Wyniósł mnie z Szybu.
A do lady Avery, budzącej respekt hrabiny Lyrissanu, skierujesz takie słowa:
– Muszę na jakiś czas udać się na północ. Chodzą słuchy, że na Boedecken pojawiły się Czarne Noże. Nie chcielibyście mieć tego rodzaju kłopotów na północy.
A może nie? Może jednak powiesz im prawdę?
Może opowiesz o tym, jak serce ci żywiej bije, jak adrenalina śpiewa słodko w twoich żyłach, a Mój Dar tchnie młodość w twoje stare, znużone nogi?
Powiesz im, że znów czujesz, czym jest życie?
To jest właśnie Mój Dar dla ciebie, Mój Diable. Wyjdź z kryjówki, przemierzaj świat, wznoś się w nim i upadaj. Oddaję ci twoją radość. Oddaję ci twój żar. Wystąp, Mój Cainie, Moja miłości.
Wystąp i służ Mi.
Wystąp i baw się ze Mną..









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-04-16 (1226 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej