Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kolekcjoner Kości
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Prorok - Krzysztof Piskorski



Huk płonącego budynku, który zapadł się, strzelając w niebo strugami iskier, zagłuszył ostatnie słowa gońca.
— Powtórz! — krzyknął Al'Shannagg.
— Rozkazy idą z Piaskowej Iglicy. Nieprzerwanie, od początku szturmu! Co kilka chwil z pałacu wybiegają gońcy. Ludzi białoskórego otoczono już pod fortem, a reszta oddziałów musi walczyć o każdy budynek. Wróg przemieszcza się w zorganizowanych grupach.
Osmalone brwi Kashima zmarszczyły się. Przecież szalony prorok nie mógł tak dobrze kontrolować zmiennego i chaotycznego pola bitwy! Nie miał Lammadża ani Al'Ghaziego, a jednak ktoś wziął na swoje barki obronę Tel'Halik i czynił to nadzwyczaj sprawnie.
Al'Shannagg spojrzał w górę, ponad dachy domów, ponad splątany wir ognia i krzyków, gdzie górowała Piaskowa Iglica. Jej niewzruszony, jasny kształt dumnie wznosił się nad miastem, niczym kolumna spinająca rozgrzaną od pożarów ziemię z chłodnym, spokojnym niebem.
Kashim zmrużył oczy przy kolejnym podmuchu parzącego wiatru. Zdawał się oceniać wieżę, zupełnie jakby była wrogim zapaśnikiem, jak gdyby planował chwycić ją u podstawy i wyrwać z fundamentów.
Światło. W kaplicy na szczycie paliło się światło. Al'Shannaggowi zdało się nawet, że zobaczył ciemną sylwetkę, stojącą na balkonie. Domyślał się, kim była istota, która górowała kilkaset stóp ponad rozszalałym żywiołem wojny. Wiedział, kto ogarnia teraz wzrokiem całe Tel'Halik, układając w głowie plany i kolejne rozkazy.
Al'Shannagg, choć od czasu Bitwy Siedmiu Armii nie czuł strachu, zdał sobie nagle sprawę, że cierpnie mu skóra na karku, a serce zaczyna bić żywiej. A więc wszystko dokona się już zaraz...
— Panie — rzekł Darhir. — Jaka jest twoja wola?
— Wybierz mi dwa tuziny najlepszych ludzi — rzekł Kashim głosem tak słabym i matowym, że wszystkich, którzy go słyszeli, przeszył dreszcz.
Iglica czekała, bielejąc w świetle gwiazd.
[...]
Wśród nomadów z najdalszych zakątków pustyni od wieków krążyła baśń o tym, że w jedną noc każdego roku pustynia niespodziewanie rozkwita; że drobne kamyczki, których pełno w piasku, wypuszczają pąki, a wkrótce potem martwą ziemię przyrywa wielobarwny dywan. Powiadają, że kto zobaczy ową cudowną przemianę, do końca życia będzie się cieszył niezwykłym szczęściem i doskonałym zdrowiem, jeśli tylko nikomu nie opowie swej przygody.
W noc szturmu na stolicę wiedźma Zebari na włase oczy zobaczyła, jak baśń zmienia się w rzeczywistość. Nie liczyła jednak, że spotka ją dzięki temu szczęście.
Przed nią, daleko na piaszczystej równinie, wyrósł szkarłatny kwiat niewyobrażalnych rozmiarów. To Tel’Halik rozkwitło koroną ognia i dymu, zupełnie jakby na kamienny pąk, który przez tyle lat leżał bez ruchu wśród wydm, spłynął nagle ożywczy strumień ludzkiej wściekłości.
Z tej odległości trudno było dostrzec, kto tryumfuje, a kto przegrywa. Nie dochodziły stamtąd żadne krzyki czy odgłosy, poza odległym, zlanym szumem. Tylko raz dało się w nim rozpoznać jakiś wibrujący, agonalny wrzask.
Twarz Zebari wykrzywiła się. Cienie, które powstały na niej za sprawą odległej łuny, zmieniły blizny po ospie w czarne, bezdenne studnie. „Oto, młoda Jelayo, dzieci bogów rozszarpują sobie gardła kłami i pazurami — rzekła w myślach do uczennicy, która czekała dwa farsangi dalej, w spokojnej oazie. — Dawny ład wali się w gruzy, krew bogów wsiąka w piach, nie doczekawszy się potomstwa. Sami bogowie zginęli, a ich spadek rwany jest na sztuki. Krew, największy dar, jaki miała ludzkość, już wkrótce będzie droższa od białych brylantów — trzeba wyrwać dla siebie jak największą część tego dziedzictwa, póki można. Ja już wyrwałam. Dziecko jest silne i zdrowe, a tego, co dała mu pomieszana krew, nie zrozumiem jeszcze przez wiele lat. Ty zaś nie zrozumiesz nigdy, moja droga. I nie dowiesz się, jaki prezent otrzymałaś od losu”.
Twarz Zebari stężała jak maska i tylko oczy żyły jeszcze, przesuwając się wolno po płatkach ognistego kwiatu. Czuła się dziwnie na myśl o tym, ile krwi pochłonie dzisiejsza walka oraz ilu wielkich mężów i kobiet padnie ofiarą żywiołu. Nie smuciła się jednak.
Wielki poeta Al’Dini napisał kiedyś, że każda opowieść kończy się śmiercią, jeśli ciągnąć ją odpowiednio długo. Wiedźma wiedziała, że to nieprawda. Jedynie bohaterowie ginęli, historia zaś nie umierała nigdy, meandrując w przyszłość, poza zasięg ludzkich przewidywań. Dlatego, patrząc jak płonie Tel’Halik, Zebari nie martwiła się tym co właśnie się kończy. Zamiast tego, próbowała odgadnąć, co może się zaczynać.


Fragment udostępniony przez Agencję Wydawniczą Runa.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-04-18 (1640 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej