Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Klątwa Złota Jezuitów
 
Katalog - dodano
 Fuga (wyd.2)
- Wit Szostak
 Człowiek, który był Czwartkiem
- Gilbert Keith Chesterton
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Psalmodia'' - Michał Krzywicki

# 3


Komandoria calatravensów leżała na niewielkim wzgórzu. Blask księżyca rozświetlał zakonnikom drogę. Prowadziła przez kamienny most zawieszony nad rzeką, szeroka na wołu z wozem, kręciła się jak wstążka w górę, aż doprowadziła ich do ciężkiego, grubego muru i bramy, której skrzydła rozwarły się niczym paszcza bestii, z przeciągłym zgrzytem. Na drogę wybiegły psy, duże i parszywe, osaczyły krzyżowca jak stado wygłodniałych wilków. Nie gryzły jednak, tylko ujadały, skacząc wokół końskich kopyt.
Próg przestąpił jeden z braci służebnych w szarym płaszczu.
— Psy zostają. — Uśmiechnął się, zadowolony ze swojego żartu.
— Nie kąsają, nie gryzą? — don Manrique zakpił.
— Bo syte. — Braciszek skłonił się w wyuczonym ukłonie. — Rozumiem, panie, że gdy droga zbyt długa, przechodzi ochota do miłej rozmowy. Zajmę się twoim wierzchowcem z należną mu troską. — Złapał za uzdę.
Zakonnicy przekroczyli próg komandorii, wkroczyli na dziedziniec i zeskoczyli z koni. Kilku pachołków leniwie podeszło do nich, by je oporządzić, Pedro i don Manrique gdzieś znikli, a Florencjusz sam udał się za tęgim bratem, który niedbale przywitał go imieniem Syna Bożego. W mroku dostrzegł majaczące kontury stajni, warsztatów, chlewa, skąd dochodziło ciche kwiczenie świń, a gdy zadarł nieco głowę, na blankach murów rozpoznał sylwetki czarniejszych niż noc milczących kruków.
Znaleźli się w wąskim przejściu. Schody poprowadziły ich do niskiego pomieszczenia. By wejść do niewielkiej celi, musiał schylić głowę.
— Tutaj prześpisz noc, panie. Przyjdę do ciebie o świcie.
— O świcie — powtórzył dobrze znany mu głos.
Drzwi za jego przewodnikiem zatrzasnęły się z hukiem, zostawiając go z dogasającą świecą.
Rozejrzał się nerwowo po wnętrzu: niewielkie okno, twarde łoże, kawałek drewna pod głowę. Odetchnął z ulgą. Był sam, potwornie zmęczony. Położył się i czekał, aż knot wypalił się do końca. Delektował się, że świat zniknął mu sprzed oczu. Dopiero wtedy je zamknął.
Pod powiekami było jaśniej: gwiazdy ułożyły się w przedziwne konstelacje, w uszach słyszał muzykę, dudnienie koni, śpiew, ciężki oddech Anny, jej spojrzenie, uśmiechała się do niego, a potem położyła na jego twarzy swoje ciepłe dłonie. Wiedział już, że nadchodzi sen, ale przed oczami pojawiła mu się jeszcze scena z ostatnich chwil w klasztorze Świętego Jakuba. Niemal czuł jej oddech na sobie, jej spojrzenie, nagie piersi, biodra, które mocno trzymał.
— To tylko sen.


* * *



Przez trzy dni kazano mu pościć. Spał w niewygodzie na sienniku, przykryty cienką derką, choć nie pamiętał, żeby przez ostatnie lata miał możliwość aż tak się wyspać. Modlił się w kaplicy wraz z innymi braćmi po pierwszym posiłku, potem kiedy zabił dzwon po nonie, i na jutrznię, na prymę albo na tercję. Nigdy nie modlił się tyle i tak gorliwie. Próbował skupić się na sensie modlitwy, ale tylko mętne myśli wypełniały mu głowę.
W końcu coraz więcej czasu zaczął spędzać w celi. Nie jadł, nie wychodził do ogrodu, przestał się modlić. I nie z nakazu sumienia, raczej ze zgryzoty, z jakiegoś wewnętrznego smutku, może trochę z tęsknoty za Anną. Poświęcał się bezowocnym rozważaniom. Przestrzeń celi dzieliła się na część, w której znajdował się on, a resztę wypełniała pustka. Wstawał i przenosił się w inne miejsce, kucał pod ścianą i pod oknem. W miejscu, które opuszczał, próbował zliczyć wirujące pyłki, widoczne w smudze światła wpadającego przez wąskie okno do wnętrza celi. Ale to tylko pustka, a on nadal istniał.


* * *



Florencjusz de Vivar wariował.
Znów myślał o tym, by skrócić swój żywot na tym łez padole. Zabrzmiało melancholijnie. Może, ale i mnie udzielił się jego nastrój.
Potem zaczął mamrotać co najmniej jak Augustyn albo Bernard z Clairvaux.
Modlitwa wypełniała mu głowę, gdy klękał pochylony przed ołtarzem, gdy szeptał. Żadnych myśli, tylko potok słów, którym ludzie nadają znaczenie. Tak samo pracowała mu żuchwa podczas posiłków. Bezmyślnie. Pomagała mu trawić przesolone mięso, tak jak głowa modlitwę.
Gdy chodził wzdłuż ścian celi, drgał mu każdy mięsień. Ciężko oddychał, gdy spał. Szeptałem, ale udawał, że mnie nie słyszy. Przeliczał krople deszczu, które tłukły o parapet, robactwo towarzyszące mu w celi, bez końca wsłuchiwał się w bicie własnego serca. Musiałem w nie uderzać, by dokładnie je słyszał. Przeraziłem się, gdy próbował ogarnąć liczbą pyłki w powietrzu albo gwiazdy pod powiekami.
W końcu pozwoliłem mu uwierzyć, że może się mnie pozbyć, choćby na chwilkę.
Postanowiłem przycupnąć jak mysz w odległym kącie serca mojego rycerza.
Obawiałem się szaleństwa.


* * *



Po dniach spędzonych w samotności w celi — tryumfował. Choć wiedział, że nie pozbył się diabła na zawsze, czuł, że czort schował się gdzieś w głębi jego duszy, może w samym sercu. Z trudem wyobrażał sobie, że odzyska żywą Annę. Choć myśl, że mógłby znów dotknąć jej twarzy opuszkami palców, chłonąć zaczarowane zapachem jej skóry powietrze, sprawiała, że był gotowy, w jednej chwili słabości, poddać się i podarować diabłu duszę.
Pedro w końcu zaczął zabierać go na spacery po klasztornym ogrodzie. Przekazywał mu wiedzę o prawach, które obowiązują w zakonie, określając zakres jego obowiązków. Krzyżowiec wyjaśniał wszystko spokojnie, jakby ważąc każde słowo, upewniając się co chwila, czy aby na pewno został dobrze zrozumiany.
Kobieta, mawiał, gdy przechodzili wzdłuż parkanów, choć zawsze trzeba odnosić się do niej z należną jej czcią... nie można pozwolić, by odebrała rycerzowi serce. Gdy wspominał o męskiej chuci, uśmiechał się tylko i przestrzegał, że nigdy nie należy brać sobie kurwy do łoża przed bitwą. Odbiera siły, tak bardzo potrzebne do walki z silniejszymi ramionami niż kobiece. Florencjusz ledwo mógł tego słuchać. Z trudem utrzymywał dłoń na rękojeści miecza, nie wyciągając go z pochwy.
Jego towarzysz tymczasem, nieświadom zagrożenia, uśmiechał się do niego, obejmował wpół, poklepywał jak dobrego przyjaciela. Nakazywał modlitwę, ale jednocześnie nie gwarantował, że Bóg go wysłucha. Przestrzegał, że do każdego z braci musi odnosić się z szacunkiem, by potem, na polu bitwy, móc mu zaufać, by nie mieć w nim wroga. Musiał dbać o swój ekwipunek. Jak Florencjusz się spodziewał, oddano mu miecz, konia, ale dano mocną uprząż, nowy habit, nową zbroję: mocną kolczugę z czepcem, żelazny hełm o opadających krawędziach, bojową tunikę, trzewiki, ręczniki, derkę, koc, kapy i wiele innych rzeczy, o które nigdy nie dbał, choć przecież został wychowany na pańskim dworze. Bliższe mu było jego królestwo z czasów przed Las Navas de Tolosa, gdzie spał w byle namiocie albo w zdobytej twierdzy i nie korzystał z wygody.
Pedro roztaczał przed nim wizję nowej chrześcijańskiej Hiszpanii i potęgi zakonu Calatrava. Chwalił się, że wielki mistrz odpowiedział na wezwane jednego z pomorskich książąt i w odległym zakątku świata, daleko za granicami Cesarstwa Niemieckiego, postanowił założyć nową komandorię. Zdradził mu też tajemnicę, że z powodu postępującej krucjaty przeciw Arabom to tutaj, w Hiszpanii, potrzebni są krzyżowcy, i na Pomorze i do Pomezanii zostaną wysłani ci, którzy grzechem splamili swój honor. Spojrzał wymownie na swego rozmówcę i doradził mu, że lepiej będzie, jak zgłosi się sam. Gdy to mówił, ton jego głosu się zmienił, nie był już tak przyjacielski, ale raczej władczy. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Pedro nigdy tak na niego nie patrzył, odkąd się poznali. Czekał, aż Florencjusz skinie głową, że wszystko zrozumiał, i dopiero wtedy twarz mu się nieco rozjaśniła, jakby wyszła z półmroku.
De Vivar pogrążył się w myślach. Tutaj wydawał się jednym z wielu, ale wiedział, że jak tylko stanie na gościńcu albo wjedzie do któregoś z hiszpańskich miast, wzbudzi podziw, nie tylko tych maluczkich, ale także pstrokatych rycerzy z Toledo, z Alcaniz, Saragossy.
Nerwowo wygładził fałdy zakonnego habitu, patrząc gdzieś w dal ponad mury twierdzy.
Gdy ułożył się w swej celi, miał nadzieję, że i tym razem w śnie nawiedzi go Anna.


* * *



Okazało się, że los mi niespodziankę sprawił. Zakonny zamek okazał się całkiem przytulnym miejscem. Przestałem drżeć o życie de Vivara, tak jak na gościńcu. I ja miałem trochę czasu, by nieco odpocząć.


* * *



Ze snu zbudziły go ciężkie kroki, zgrzyt zasuwy, skrzypnięcie drzwi. Podniósł się z łoża i pozwolił się poprowadzić temu samego przewodnikowi, który zamknął go do celi w dniu jego przybycia do komandorii. Teraz, po wąskich korytarzach, schodami w górę i aż do niewielkiej kapliczki o sklepionym stropie, szli w milczeniu, bez pośpiechu, a Florencjusz liczył każdy krok, wsłuchiwał się w swój ciężki oddech, byle przegonić sen, jego wspomnienie i smak. Nie chciał myśleć o Annie.
Oślepiło go światło świec, zaskoczyło piękno ołtarza, mistrzowskie witraże: przedstawiały sceny walki rycerzy Chrystusa. Każdy z nich miał twarz bestii, ludzkie były tylko grymasy bólu, radości albo niemal świętego uniesienia. Ludzie stworzeni z kamienia i drewna wtapiali się w kolumny podpierające niskie sklepienie, trzymali atrybuty swojej świętości i władzy, jaką dało im niebo, choćby święty Maurycy z włócznią albo święty Marcin z gęsią.
Pod ołtarzem stali Pedro i don Manrique, którzy przywitali go skinieniem głowy. Obok chwiał się na nogach tęgi mnich o małych, zapadniętych oczkach i szpiczastych uszach. Miał wydatny, niemal kwadratowy nos. Jego twarz przypominała ryj świni; nawet cerę miał różową.
— To brat Humbert. — Pedro przedstawił świnię. — Jest naszym kapelanem. — Mówiąc to, uśmiechnął się jakoś dziwnie.
Florencjusz skinął głową i stanął naprzeciwko nich. Wygłodniały, obolały, dopiero teraz odczuł, ile dni spędził w drodze i jak bardzo niewygodne miał łoże. Czy już jest ocalony? Nie będzie musiał błąkać się po gościńcach?
O tej najbardziej wysuniętej na północ komandorii słyszał niewiele, ale opowieści o kapelanie, którego mylono ze świnią, krążyły od dawna wśród rycerzy w Hiszpanii.
— Szlachetny bracie, prosisz o rzecz godną tylko najprzedniejszych rycerzy. — Humbert odezwał się leniwym głosem, jakby wygłaszał po raz kolejny dobrze znaną mu formułkę.
Florencjusz ponownie schylił głowę, tym razem z większą pokorą. Wydawało mu się, że tak trzeba, choć o nic nie prosił, przyprowadzono go tutaj. Spojrzał na Pedra i jego towarzysza jakby z wyrzutem, ale musiał przyznać, że przecież tam, w gospodzie, ocalili mu życie.
— Masz silnych wrogów — ciągnął kapelan. — Rodzina Matiasa zasiada obok króla Kastylii, który zapewne zostanie władcą całej Hiszpanii. To ostatnia chwila, by zagwarantować ci bezpieczeństwo. Dotąd byłeś panem samego siebie, od teraz będziesz niewolnikiem, ale równych sobie. Jeśli będziesz chciał iść za góry, wyślą cię za morze, jeżeli będziesz chciał zostać w Kastylii, wyślą cię do Burgundii. Jeżeli będziesz chciał się posilić, każą ci odejść od stołu.
Humbert zamilkł na chwilę.
— Czy będziesz mógł znieść te wszystkie uciążliwości? — spytał w końcu.
Zapytany znów spojrzał na obu braci, z którymi wypił tyle dzbanów wina, ale nic z ich twarzy nie wyczytał. Nie do końca rozumiał, co się tu dzieje, ale wiedział, że decyzje zostały już podjęte, i że choć wszystko dotyczy jego, dzieje się jakby poza nim.
— Tak — zgodził się po chwili.
— Czy jesteś gotowy pozbyć się majątku, wyzbyć się całego bogactwa, z wdzięcznością przyjąć tylko to, co ofiaruje ci zakon?
Florencjusz uśmiechnął się pod nosem — to, co najcenniejsze dla rycerza, pozwolili mu zostawić: konia i miecz. Przeliczył jeszcze szybko w głowie kilka wiosek i część depozytu u lichwiarza. Niewielka strata w zamian za bezpieczeństwo — pogładził habit.
— Tak. — Skinął głową.
— Czy jesteś gotów porzucić grzechy tego świata?
— Będą trudności. — Szept wybił go na chwilę z równowagi, ale ponownie potulnie skinął głową.
— Tak.
— I przyjąć jeden z siedmiu grzechów głównych jako bluźnierstwo i przekleństwo zarazem.
Zaskoczony spojrzał na dwóch pozostałych krzyżowców. I tym razem nie znalazł na ich twarzach żadnego wyrazu, który mógłby odczytać jako zachętę albo zdziwienie.
Pedro podszedł do drzwi przy ołtarzu i otworzył je powoli. Do środka zaczęli wchodzić bracia z Calatrava. Niscy, wysocy, tędzy i wychudzeni, ale wszyscy posępni, jak armia Boga albo Szatana, gotowi na wszystko.
Ustawili się w kilka rzędów.
— Czy ktoś z was — Humbert zagrzmiał, nagle jego głos stał się silny i donośny — zna powód, dla którego Florencjusz de Vivar nie może przyjąć naszych święceń?
Milczenie.
Florencjusz przebiegł po niemych twarzach. Czego od niego chcieli?
— Więc będziesz sługą i panem tego domu, zgadzasz się? — Humbert spojrzał na niego.
Skinął głową.
— Jeżeli Bóg tak chce. — Czarny kapelan nie spytał, oznajmił.
Znów skinięcie głową.
— Powtórz.
— Jeżeli Bóg tak chce — powtórzył.
— I Szatan.
— I ja w swojej skromnej osobie.
— I Szatan — szepnął Florencjusz, przełykając ślinę.
— Módlmy się więc, szlachetni bracia, aby nasz nowy brat okazał się godnym swej sławy.
Bracia podchodzili do niego i klepali go po plecach. Na początku myślał, że robili to spontanicznie, ale po chwili pojął, że to część celebracji.
Przyglądał się ich posępnym twarzom, powolnym, pewnym ruchom. Niczym prawdziwy El Campeador — bojownik, stawał do walki nie tylko z rycerzami honoru, jak osławiony El Cyd, ale także tymi, których świat zepchnął na margines; pozbawionymi jak on sam złudzeń co do natury człowieka. Brał udział w wielu bitwach, gdzie z trudem odróżnić można było wroga od brata, ale teraz...
Teraz bał się pierwszy raz w życiu.
Krzyżowcy, którzy stali jeszcze przed chwilą w pokorze, jak na mszy świętej, wsłuchując się w słowa Humberta, wzbudzili w nim więcej strachu niż pędząca na niego z uniesioną bronią gromada Maurów.
I teraz należał do nich. Był niewolnikiem i panem.
— Jesteś niewolnikiem i panem.


* * *



De Vivar nadal udawał, że mnie nie słyszy.
Musiałem go przekonać, że wiele mogę. Że jestem jednym z filarów świątyni, którą ludzie nazywają padołem, ziemią...
A zakon! Cóż, sam lepszego bym nie stworzył. Wszystkich przeklętych zebrano pod jednym sztandarem. Wyczuwałem obecność innych diabłów, ale przed sobą dobrze się skrywaliśmy. Za to zawsze mnie zastanawia, jak ludzie potrafią tak bezbłędnie i szybko wskazać diabła w drugim człowieku.
Tylko że te wszystkie diabły... mam je w pogardzie, ja byłem inny.
Nie chodziło tylko o duszę, bynajmniej. Sąd Ostateczny to zabawa w targowisko, gdzie każdy jak na straganie chwali się, co ma. Już widzę to oczyma wyobraźni, jak poślednie diabły przekrzykują się: Obżarstwo! Pożądanie! Ja mam chciwość! Dajcie tego chciwca! Zobaczcie moją dziwkę!
Ja chciałem czegoś więcej.


* * *



O zmroku Florencjusza zbudziły odgłosy kłótni na dziedzińcu. Rozmówcy musieli być tak wzburzeni, że za nic mieli nocne czuwanie i ciszę.
Pedro i don Manrique przeklinali na głos decyzję Humberta. Zabroniono im wypraw na południe Hiszpanii, mieli zostać wysłani na misję do odległych Prus. Te pogańskie ziemie nie rokowały żadnych nadziei, wydawały się im bardziej odległe niż Jerozolima.
Florencjusz usłyszał wtedy po raz pierwszy o rysie. O tym, że rozdarła niebo, jak ostrze miecza tnie habit. Że spływają przez nią psalmy, których nikt nie rozumie.
— Koniec świata. Sąd jest już blisko — usłyszał szept i przeraził się.
I wtedy coś pojął. Jeżeli jest Diabeł, jest Bóg, jest Sąd Ostateczny.
Humbert wezwał go nazajutrz. Do tej samej kaplicy, gdzie przyjęto go do zakonu.
— Masz groźnych wrogów — przemówił do niego władczo, ale z respektem.
— Tak jak i przyjaciół. — Kiwnął głową.
— Ale nie na tyle władnych, by zapewnić ci w Kastylii bezpieczeństwo do końca twoich dni.
Humbert spojrzał na rycerza i, jakby zachęcony jego milczeniem, ciągnął:
— Zasługi naszego zakonu są nieocenione w walce z Maurami. Po bitwie pod Las Navas de Tolosa król jest pewny zwycięstwa. Stąd odesłanie kilku rycerzy daleko za granice Cesarstwa Niemieckiego nie osłabi jego sił.
Florencjusz jeszcze niedawno wyobrażał sobie, jak wkroczy w nowym habicie do tylko co podbitych miast i pijąc wino ze swymi braćmi z Calatrava, szukać będzie w twarzach kobiet śladów Anny, a w końcu spróbuje zemścić się za nią.
— Wiedziałeś, jak sprawić, by stać się nietykalnym — ciągnął jego nowy przełożony. — Włożyłeś nasz habit. Ale nie myśl, że sprawi on, że staniesz się niewidzialny. Nie pozwolę ci skalać imienia zakonu Calatrava dla zemsty.
Rycerz przełknął ślinę. Świńskie oczka kapelana świdrowały go chytrze.
— Gdzie? — spytał tylko.
— Zakon Calatrava odpowiedział na wezwanie biskupa Prus, Chrystiana. Ten cysters ma głowę na karku. Stworzył Zakon Braci Chrystusowych, który wspiera jego misję w Prusach. Pojedziesz nad morze, do Gdańska. Tamtejszy książę Świętopełk — ledwo wymówił jego imię — za namową Chrystiana ofiarował nam tymawski gród. Tam osiądziesz wraz z innymi rycerzami, zadbasz o to, byśmy za kilka zim mogli się tam sprowadzić na dobre. Waszym mistrzem zostanie stary Almodovar.
De Vivar poznał przymioty tego dziwnego, wychudzonego mnicha podczas pobytu w klasztorze. Skory do modlitwy, unikający jadła, pochodzący z dobrej rodziny, do każdego odnosił się z należnym mu szacunkiem, choć — jak wyczuwał — wymuszonym, bo mówił niedbale, czasami nawet szeptał, wymagając od rozmówcy, by ten przysunął się do niego. Humbert dalsze dyspozycje przedstawił krótkimi i urywanymi zdaniami: lokalne konflikty pomorskich książąt z Piastami można wykorzystać, ale nie ingerować zanadto, Zakon Najświętszej Marii Panny zwalczać wszystkimi dostępnymi środkami.
— Wszystkimi? — spytał wtedy.
— Wszystkimi. — Kapelan się uśmiechnął. — Szczegółowych odpowiedzi udzieli wam brat Almodovar. Bóg nam wybaczy.
Czyżby? Nie masz w sobie diabła. Ciebie mogą trawić jedynie wyrzuty sumienia albo sraczka, de Vivar pomyślał z wyrzutem, jakby to kapelan był winien jego przekleństwu.
— Zabiłeś wielu możnych, obraziłeś króla swoim powrotem. — Humbert spojrzał na niego jakoś wnikliwiej. — Zgniłbyś w lochu, a szkoda tak dobrego rycerza. Ale twoja krew nie jest lepsza od grandów i baronów szepczących do ucha królowi Kastylii. A ich rodziny żyły w miastach, które napadałeś.
Rycerz nie wiedział dlaczego, ale to ostatnie zdanie zabrzmiało jak komplement.
— Mamy wspólnych wrogów. — Kapelan skinął głową, widząc zakłopotanie na twarzy swego rozmówcy. — Nie wszyscy patrzą przychylnie na rosnącą potęgę zakonu. Ale jest coś jeszcze — mruknął i zamilkł na chwilę. Florencjusz zrozumiał, że goni tak z tymi wszystkimi informacjami, by przejść jak najszybciej do rzeczy, tej najważniejszej. — De Vivar... — Mnich zamyślił się. — Ponoć pochodzicie od słynnego El Cyda, ale możny twój ród przecież nie jest. — Pokręcił głową, jakby otrząsnął się z jakichś myśli, wspomnień. — Wszyscy z de Vivarów służyli tej samej sprawie. Twoje życie od chwili narodzin należało do nas. Tak jak El Cyda, jak twego dziada, jak ojca — wyznał kapelan i zamilkł.
Czekał najwidoczniej, jakie wrażenie wywarł na rycerzu.
— Nic w twoim życiu nie działo się przez przypadek. Musiałeś okrzepnąć, poznać samego siebie. W walce, o głodzie, z kobietą. Zyskałeś sławę diabła, nie wiedząc, że zostałeś przez niego przeklęty, jak cała twoja rodzina. Każdy spotka w końcu swego diabła, to nieuniknione. Każdy skorzysta z jego mocy. Jedni z miłości, inni — nie uwierzysz — choćby z powodu grzechu obżarstwa.
Twarz Humberta nagle pobladła, jakby nabrał oddechu i wstrzymał go w oczekiwaniu. Przeszedł się po kaplicy, zwiesił nisko głowę, ręce splótł jak do modlitwy, podparł nimi podbródek. Stanął, trwał tak przez chwilę, po czym rzekł:
— Można o nas powiedzieć, że jesteśmy przeklęci. Ale jestem zdania, że właśnie Bogu służymy. Bo przecież nic na świecie nie dzieje się bez Jego woli. Nie wierzę w istnienie Zła jako braku. Szatan jest narzędziem Najwyższego. Mnożymy więc sekty i religie. Nakładamy rzymskie togi, by w senacie przegłosować wojnę, albo ubieramy się w rycerskie habity.
— Czyli czysta robota, tylko nie wiadomo, czy Pan będzie zadowolony. — Nie kpił, chciał zrozumieć.
Kapelan spojrzał na niego z ukosa, złość na chwilę przemknęła przez jego twarz, ale zaraz przymilnie się uśmiechnął.
— Masz trochę racji w tym, co mówisz. Tylko że teraz nadarza się najlepsza okazja, by może zrozumieć nieco więcej.
Mówi tak jak diabeł, pomyślał Florencjusz.
— Nad Pomezanią pojawiła się rysa — zaczął wyjaśniać Humbert. — Nie nad Jerozolimą, nie nad Rzymem, nie nad Toledo, tylko w jakimś odległym zakątku świata, gdzie rycerze nie chadzają na krucjaty, które celują dalej niż za ich miedze. Właśnie tu. A wiesz dlaczego?
Pokręcił przecząco głową. Kaplica była zbyt duszna, zrobiło mu się gorąco. Wszystko to, w jednej chwili, zaczęło go przerażać. Ile prawdy było w tym, co mówił podobny do świni kapelan, a ile szaleństwa?
— Pochłonięci jesteśmy waśniami, bo złoto w istocie ma większą moc dla rycerza niż możliwość zbawienia. Zakon Najświętszej Marii Panny kładzie już łapę na Prusach, interesuje się tymi ziemiami cesarz niemiecki i papież. Nawet po ostatniej klęsce krucjaty piastowskich i pomorskich książąt do Prus tamtejsi władcy starają się powstrzymać od przyziemnych sporów. Gościńce spływają krwią, ludzie oszaleli.
— Brzmi zachęcająco. — Florencjusz z ledwością ukrył niezadowolenie w głosie. Poczuł się nagle jak zesłaniec. Miasto o Tysiącu Bramach wydało mu się teraz odległym wspomnieniem, tak bardzo zatęsknił za jego murami i dawnym życiem.
Gdzie mogę być, nie chcę; gdzie chcę być, nie mogę: podwójna nędza.
— Calatravensi dostali szansę, mogą się teraz czynnie przyłączyć do chrystianizacji Prus. A także, kto wie, zostać może z czasem jedynymi opiekunami tych ziem — dodał z westchnieniem kapelan.
— A przecież nad Toledo słońce świeci tak samo. — Florencjusz spojrzał na swego rozmówcę. Pozazdrościł mu tej gorliwości, jaką dało się słyszeć w jego głosie, i wiary w to, o czym mówił.
Tamten ciągnął:
— Od Asyrii do Egiptu bogowie towarzyszyli zwycięskim hufcom. Stali w pierwszych szeregach. Przeklinali wrogów, błogosławiąc przelaną krew zwycięzców. Isztar, Marduk, Jahwe! Jahwe jest “panem potężnym w boju, królem chwały”. Tak! — Klasnął w dłonie ożywiony tym, co miał właśnie powiedzieć. — Ludzie ufają, że Bóg, któremu oddają cześć, nie będzie bierny. Tak jak on. — Złapał się za krzyż, zawieszony na szyi. — Myślisz, że to ofiara?
Wygląda na takiego, pomyślał Florencjusz, ta wykrzywiona twarz, wychudzone ciało.
— To zelota. Wojownik. Zginął, bo walczył w imię Boga, za wiarę. Żydzi, by zrzucić jarzmo Rzymian, siali postrach i zamęt. Nie cofali się przed masowymi mordami, sądzili tych, którzy wyrzekali się starej wiary. Uciekali na pustynię, stawiali opór potęgom tego świata, wierząc, że choć przeklinają swe imię na wieki, w dniu sądu Bóg im wybaczy. Ale powtarzam: wierzyli, a wiara to nic więcej jak domysł. Jedynie proroctwo Daniela jest słuszne. — Humbert zaczął cytować: — “Wolę bożą będą nieść aniołowie, a złe duchy spotka straszliwy osąd”. A Szatan prowadzi tam świętą wojnę przy boku Pana, rozumiesz? Jest w bożym planie, ma odegrać swą rolę przy końcu świata. Nikt nie staje po stronie słabych bogów. Ani Maurowie, ani chrześcijanie.
Jakby od niechcenia zdmuchnął jedną ze świec.
— Oto jest nasze życie. Ale możemy podjąć ryzyko, że staniemy po właściwiej stronie. Jesteśmy inni od wszystkich. I nieważne, czy będą to czasy Asyrii, czy Egiptu, czy będziemy walczyć w Hiszpanii o Toledo, czy w Ziemi Świętej o Jerozolimę. Bóg rozsądzi, kto miał rację. Czy rycerze, którzy w imię świętej wojny dbają wyłącznie o bogactwa i wierzą, że Bóg już tu, na ziemi, wybaczy im ich grzechy, ich mordy, to, że po kolana broczą w krwi niewiernych. Czy my, jak zeloci, jak Machabeusze.
Zdmuchnął kolejną świecę.
— Działanie jest czysto bestialskie, ale cel święty, nieprawdaż? — Uśmiechnął się. — Ale nie mamy pewności, czy mord może być wybaczony.
Rycerz przypomniał sobie miasta, które palił, ludzi, których kazał zabijać. Gdzie był wtedy Bóg, tuż za nim, czy odwracał się i uciekał?
— Widzę w mroku nie gorzej niż za dnia. To niezwykłe, prawda? — ciągnął kapelan. — Ktoś obdarzył mnie darem, ale nie ma nic za darmo. A ty?
De Vivar, gdy tylko jego oczy przywykły do półmroku, też doskonale wszystko widział. Ale zrozumiał, że nie tego dotyczy pytanie, i nie chciał odbierać wiary w swe cudowne możliwości Humbertowi, który zresztą szaleństwo miał wypisane na swoim świńskim ryju.
— Ja też mam dar — wyznał. — Widzę ludzkie grzechy. Twój, kapelanie, to pycha.
— Więc już podpisałeś swój pakt. — Humbert wyciągnął spod habitu jakiś zwój zawieszony na szyi.
Pakt? — zastanowił się.
— Maskarada!
Nie wierzcie w pakty ani w krew na pergaminie. Przychodzi taki dzień, że zanim się obejrzycie, jestem w was. Wtedy albo mnie zaakceptujecie, albo będziecie udawać, że mnie nie słyszycie. Ale co ja mogę poradzić, że inne diabły, chcąc sprawić, żeby człowiek poczuł się lepiej, spisują cyrografy. Cóż, ziemia jest rajem dla głupców.
Nieśmiało uderzył się w pierś, udając, że ukrywa pod koszulą pergamin.
Humbert uśmiechnął się zadowolony.
— Nie do każdego przychodzi. Ale czułem, że ty jesteś inny. Rozmawiasz z nim, słyszałem.
Postanowił zaryzykować.
— A ty słyszysz swojego?
— Nawet go widzę. — Gruby mężczyzna ożywił się. — Ma kopyta, rogi, długi ogon. Z mordy przypomina kozła.
— Gówno prawda.
De Vivar zwiesił głowę. I pewnie ma tak wielką kuśkę, że mógłby jednym ruchem zamieść klasztorny dziedziniec, pomyślał z rezygnacją.
— Gdy już dzień sądu się zbliży, świętą wojnę poprowadzą siły potężniejsze niż ludzka ręka dzierżąca miecz. Nie człowiek będzie ją czynić, tak mówi Apokalipsa. I co zrobi wtedy krzyżowiec opluty krwią niewiernego? Zetrze krwawe ślady z habitu i powie: Boże, to dla ciebie. — Kapelan zaśmiał się. — Ale nie mówię o Janie i jego Apokalipsie. Choć święty to zapewne człowiek — wyraźnie zakpił — miał wyobraźnię.
Bluźnierstwo za bluźnierstwem, na moment zwątpił, nawet Biblia nie stanowiła dla kapelana sacrum.
Humbert podszedł do niego i objął go ramieniem.
— Zbyt długo żyjemy na tym świecie — rzekł — by przejmować się każdym kamieniem na drodze. Przed nami jest kręta droga i godzimy się z tym, że nie wiemy, co jest za zakrętem. Godzimy się z tym i przyznaję, że tak jest ciekawiej. Spójrz — wskazał na drzwi — gdy wyjdę, nie oznacza, że mnie nie będzie. Nie będzie mnie przy tobie, nie będę w twoim życiu, ale będę gdzieś szedł, choć może upadnę. Ale nie oznacza to, że jak mnie nie widzisz, to mnie nie ma. I tak jest z Najwyższym, jakąkolwiek człowiek nada mu formę. — Przesunął dłonią po krzyżu zawieszonym na piersi. — To zelota. “Gdzie jest padlina, tam się i sępy gromadzą” mówi Ewangelia. Z tej nauki wyznawcy wzięli to, co im pasowało. I tak jest ze wszystkim. Ze wszystkich świętych ksiąg ludzie biorą to, co im wygodne, i nazwą to Biblią albo czymkolwiek. A prawdziwa mądrość to ta, która istnieje poza czasem i przestrzenią, a to, co spisują ludzie, naznaczone jest miejscem, w którym żyją, tym, co obserwują. Ale my mamy odwagę powiedzieć, że wojna jest złem. Nie tak jak święty Augustyn. Wojna sprawiedliwa. — Parsknął. — Bo uderza w pogan. Bóg kieruje postępkami człowieka. — Znowu parsknięcie. — Jakżeby Bóg mógł tak pobrudzić sobie ręce. Ma od tego Szatana. Święty nie mylił się tylko w jednym. Ostrzegał, że człowiek nie jest w stanie przejrzeć boskich zamiarów i że łatwo pomylić nakazy Boga z pokusami zła w szale bitewnym.
Odszedł nieco od Florencjusza i stanął w progu kaplicy.
— Pod Civitate papież, by zachęcić swoje wojska do walki z Normanami, obiecał im odpuszczenie grzechów. Po przegranej bitwie została mu tylko modlitwa za zmarłych. Potem odpust Aleksandra II — zaczął wyliczać na palcach — podczas walki o fortecę Barbastro, to klucz do Saragossy. Zaatakowały połączone siły Katalończyków, Aragończyków i rycerzy z różnych regionów Francji. Papież Aleksander II obiecał rycerzom dać odpust. Później Clermont i wezwanie Urbana do krucjaty, i Bernard z Clairvaux ze swoją misją szerzenia chrześcijaństwa przez mnichów z krzyżem zamiast miecza. Pomysł godny diabła, tak pomyślało wielu z nas, wstępując do zakonów. — Uśmiechnął się. — Tak, walka z mieczem to nasz obowiązek, ale jako przekleństwo, nie chluba. Skazaliśmy się na potępienie, lecz w modlitwie szukamy nadziei. Dlatego, mówię, módl się, ale nie zakładaj, że Bóg cię usłyszy i wybaczy.
Westchnął ciężko.
— Wojna to Szatan. Niech oskarżają nas, że jemu służymy. Bez względu, jak go nazwiesz. I od niepamiętnych czasów służą mu całe pokolenia. Boski plan nie jest zrozumiały, nawet dla diabła. Ale jeżeli jest wojna, to Bóg ją wymyślił, a Szatan jest tylko wykonawcą, a my jego sługami.
— Wypełniamy więc wolę bożą.
— Właśnie, ale bez hipokryzji. Poświęcamy się wraz z naszymi duszami. Będziemy walczyć o każdą piędź Ziemi Świętej. W Jerozolimie, Hiszpanii albo w Prusach. — Przełknął ślinę. — Jezus chciał uwolnić naród wybrany od ucisku, oczyścić ziemię z tych wszystkich, którzy łamią prawo. Osądzili go wygrani i to oni napisali historię. Ale czy przegrał? Zresztą o tym rozsądzi Bóg na Sądzie Ostatecznym. Wystarczy dzień, by wzniecić wojnę, albo chwila, by wszcząć bójkę na weselu. Ale ile ty dni poświęcisz swego życia, żeby znaleźć jedno miejsce i jednego człowieka, by go zabić? — Spojrzał na niego i zamilkł.
Florencjusz nigdy nie doświadczył takiej ciszy. Przypomniał sobie rzeź pod Las Navas de Tolosa, gdy podnosząc się ziemi, jeszcze na wpół przytomny, rozejrzał się po polu bitwy, gdzie nie było miejsca, by nie nastąpić na trupa. Świat wtedy zmarł na chwilę, ale w uszach coś świstało, czuł swój oddech, a tutaj, w tej małej kapliczce, zaległa martwa cisza.
I wtedy zrozumiał, że wyprawa do odległych Prus jest dla niego prawdziwym wyzwaniem, a jednocześnie powrotem do zwyczajów z czasów, gdy panował na ziemi niczyjej.
— Wiem, o czym teraz myślisz. — Kapelan odwrócił się do niego. — I właśnie dlatego ciebie wybraliśmy spośród wielu.
Florencjusz ukłonił się nisko.
— Czuję się zaszczycony.
— Może. Albo po prostu wiesz, że nie masz wyjścia. W Hiszpanii dla większości pozostaniesz grabarzem, nieczystym sumieniem kastylijskiego króla, solą w oku pałających zemstą baronów. Tam będziesz rycerzem z Calatrava.
— Nie zawiodę — przyrzekł.
— Siebie na pewno. Ale czy nie zawiedziesz zakonu?
Dziwne to były słowa, ale przyjął je z pokorą.
— Rysa — szepnął Humbert. — Koniec świata jest już blisko.
De Vivar spojrzał na jego bladą twarz, otwarte w przerażeniu usta.
— To znaczy, że będziemy ratować świat? — spytał nieco cynicznie.
— Albo go do końca pogrążymy — usłyszał odpowiedź.


* * *



— Jest diabeł, jest Bóg, jest Sąd Ostateczny. I Szeol. A tam...
— Co tam?
Wreszcie się do mnie odezwał.
— Tam, ty i ja. I... Anna.
— Nie rozumiem.
— Jesteś gotowy.
— Na co?
— Jedziemy do piekła. Do Szeolu. Tam, gdzie moja władza jest nieograniczona. Musiałem się upewnić, że jesteś rycerzem cnotliwym.
— Więc wszystko to, włóczenie się po gościńcach i ten zakon... to twoja sprawka.
— Oczywiście — skłamałem.
Czy był łatwowierny? Nie, spodziewałem się, że teraz będzie mnie sprawdzał.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-05-05 (1195 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej