Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Atramentowa krew
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Gniew Meleghorna. Opowieści z Borgaanu'' - Darkaraghel

Cena Honoru


Dochodziło południe. Diabelskie słońce z wściekłością paliło zielone wzgórza, rozlewając po nich lepki, cieknący żar. Od samego rana na niebie nie było ani jednej chmurki, która choć na chwilę mogłaby przynieść ukojenie strudzonym wędrowcom, toteż wszyscy z ulgą przyjęli schronienie, jakie otworzył przed nimi gęsty, wysoki grąd. Las był pusty i aż nazbyt mroczny. Potężne i dumne pnie jeżyły zębiska niczym ostrokół spodziewający się niebiańskiej szarży, a ich rozłożyste korony splatały dłonie wysoko nad podróżnymi, niosąc im wytchnienie od bezlitosnego upału. W nozdrzach rozkwitał nieopisany wachlarz zapachów, a w uszach ożywała orkiestra, wygrywana podróżnym przez niewidocznych mieszkańców zielonego królestwa.
Miranda Tears szła przodem jak zwykle z wiecznie nabzdyczoną miną. Nikt się temu nie dziwił, bo humory panny Mirandy były aż nazbyt dobrze znane reszcie drużyny. Półelfia gladiatorka miała sprężyste, jędrne i mocno opalone ciało, podkreślane przez wyraźnie rysującą się muskulaturę. Nosiła smoczą zbroję z czerwono-czarnych łusek, która bardzo skąpo ją okrywała, zasłaniając jedynie to, co naprawdę konieczne. Włosy w kolorze jasnego zboża otaczały buzię tak piękną, że wielokrotnie posądzano ją o pokrewieństwo z faerie, a oczy, wielkie i cudne, o barwie niebieskich topazów, hipnotyzowały każdego mężczyznę. Blasku dodawał jej ornamentowany, platynowy diadem, zdobiący wysokie czoło, a bronią tejże damy, zaraz obok urody, były dwie bardzo lekkie i śmiertelnie ostre katany, które teraz spoczywały spokojnie przytroczone do pleców.
Każdy facet, czy to żebrak, zawadiaka, czaro-dziej czy rycerz, przysłowiowo padał przed Mirandą na kolana, budując sobie w główce (na własną zgubę) idylliczny obraz nieskalanej niedoskonałością bogini. Każdy z nich bardzo się mylił. Miranda nie pozwalała się do siebie zbliżyć nikomu i nawet jej oddane towarzyszki, rzec by można przyjaciółki, nic nie wiedziały o jej życiu prywatnym, a wyglądało na to, że nigdy takowego nie miała. Nie stroniła za to od imprez i dobrego jedzenia. Kochała burdy w karczmach, bójki z byle powodu, duże ilości mięsa i wina, celebrując przy tym wszystkim każdą okazję, aby komuś porządnie przyfasolić. Z jej ust bez przerwy leciały najróżniejszego kalibru przekleństwa, które mieszały się z narzekaniem na wszystko i na wszystkich, panienka Miri była bowiem wiecznie niezadowolona. Do tej pory w głowie jej przyjaciółki i zarazem szefowej wyprawy, Rayi Stargazer, rodziły się pytania, jakim cudem Miri zgodziła się wyruszyć z nimi na misję wyznaczoną im przez kościół Crus-Haddora. Na pewno nie dla pieniędzy, bo Zakon Aniołów i Miecza płacił grosze, za które z trudem można by wyżywić biedaka, na pewno też nie z powodu przekonań religijnych, bo Miranda w nic nie wierzyła. Tak czy inaczej ich wyprawa miała się już ku końcowi. Misja, z jaką Raya wraz z trzema towarzyszkami wyruszyła na południe prosto z miasta Verlaos, zbliżała się do pomyślnego zakończenia, a zapieczętowane wiadomości od wielu dowódców wraz z sekretnymi mapami, jakie przekazano jej dostarczyć, spoczywały teraz bezpiecznie w kościanych tubach w jej obszernym, podróżnym plecaku. Od kilku dni były już na terytorium imperium, gdzie Raya mogła nawet z tak ważnymi dokumentami czuć się zupełnie bezpiecznie, lecz mimo to nigdy nie traciła czujności. Nawet teraz, gdy wędrowały wzdłuż wybrzeża, starając się dotrzeć na skróty do Smoczego Gościńca, skąd do Verlaos dzieliłoby je zaledwie trzy dni podróży.
- One idą za nami – zabrzmiał pewny, podszyty chrypką głos Magah. Idąca za drużyną orcza szamanka wyłoniła się z zarośli. Magah miała żylastą sylwetkę poprzecinaną grubymi jak liny arteriami, wielkie dolne kły i zdrowie jak koń. Mierzyła więcej łokci niż nie jeden półolbrzym i potrafiła tak kopnąć, że delikwent, który odlatywał w przeciwną stronę, już się nie podnosił. Całkiem sprawnie też wywijała dwuręczną maczugą, którą dla zabawy nosiła na ramieniu, traktując ją jak nieco większą zapałkę. Jej oręż stanowiły jednak duchy, klątwy i znaki, a także dogłębna znajomość ziół i jadów, tak znanych każ-demu wprawnemu szamanowi.
Raya rzuciła jej pytające spojrzenie i dała znak, by wszystkie się zatrzymały.
- Wilki – odparła szamanka, przeczesując irokeza dłonią i poprawiając rzemienie z talizmanami, które licznie podzwaniały u jej szyi.
- Co ty znowu pierdolisz? – Miranda uprzejmie zwróciła się do współtowarzyszki.
- Wataha idzie za nami, już od kilku dni – przerwała na chwilę. – Znaczy się od tamtej nocy.
- W Diabelskim Jarze? – Raya zacisnęła usta, pytając jakby w powietrze.
Magah skinęła głową.
- Podłe skurwysyny – Miri spojrzała na swe obandażowane udo. – Ten basior o mało co nie ugryzłby mnie w dupę.
- Co z nią będzie? – Raya pełnym troski i niepewności wzrokiem zmierzyła swoją przyjaciółkę.
- Rana dobrze się goi – szamanka pociągnęła łyk z bukłaka. – Sama nie wiem, duchy nie chcą ze mną rozmawiać.
- Naćpaj się kurwa więcej, to zaraz coś usłyszysz. Idziemy? Nogi mi w dupę wrosną, jak będziecie tak biadolić.
- Jak to nie chcą? Z tobą? – stropiła się Raya, nie zwracając uwagi na Mirandę.
- Chcą i rozmawiają. Ale nie o niej – odrzekła Magah, przykładając dłoń do ust i rozdmuchując jakiś żółtawy proszek.
- A te wilki… – podjęła znów strażniczka Kurii. – Czego chcą?
- One też milczą.
- Czy mnie tu ktoś w ogóle kurwa słucha?! – ryknęła Miranda. – Ruszcie dupska, bo nas tu noc zastanie.
- Nie martw się – Samarkande położyła dłoń na ramieniu Rayi. – Ona zdaje się być najzupełniej zdrowa.
Strażniczka Kurii spojrzała z rozbawieniem na młodą wojowniczkę. Błękitna elfka zwana była przez wielu dzieckiem niebieskich smoków i w tym stwierdzeniu było wiele prawdy. Rasa błękitnych elfów powstała tysiące lat temu, gdy władczyni niebieskich smoków Celessannah „Królowa Wichru” zapałała miłością do elfiego księcia i zarazem pierwszego paladyna – Lunariona. Na jej rozkaz wszystkie samice niebieskiego rodu miały dać początek magicznej rasie, która łączyłaby w sobie najwspanialsze cechy elfów i smoków. Samice posłuszne rozkazom swej królowej wybierały samców pośród elit elfiego rycerstwa, chcąc wraz z darami mocy przekazać swemu potomstwu czystość krwi i przynależność do klasy rządzącej. Nie wszystko jednak poszło tak gładko, jak planowała ,,Królowa Wichru”. Wielki Książę Lunarion zginął w bitwie na ziemiach wroga, w głębi odległych rubieży abyssu, a wojna, jaka się wtedy zakończyła, pochłonęła wiele istnień i przyćmiła blask budzącej się potęgi nowej rasy. Do chwili obecnej jej przedstawiciele zachowali jednak wiele ze smoczych przymiotów, tak jak i z dziedzictwa wysokich rodów elfickich.
Samarkande Melendor nie była w tym od nich odmienna. Nosiła się prosto i dumnie. I choć wybrała profesję żołnierską, to z każdego ruchu czy gestu można było odczytać grację i wrodzone szlachectwo. Samarkande była, tak jak każdy błękitny elf, wysoka i proporcjonalnie zbudowana. Jej skóra przypominała swym odcieniem turkusowy ocean, a delikatna, gładka twarz wraz z oczami o barwie baśniowej akwamaryny dowodziła jej magicznego pochodzenia. Wkoło błękitnego elfa zawsze wyczuwało się coś nienaturalnego, jakby zapach ozonu zmieszanego wraz ze świeżym deszczem. Tak pachniała ich skóra, a biada tym, którzy doprowadzili ich do wściekłości. Spadkobiercy władców burz i wichrów nieśli w sobie bowiem cząstkę podniebnej, smoczej duszy, która pozwalała im czerpać moce z serca sztormów, huraganów i rozwścieczonych cyklonów. Oczy ich przeobrażały się, odzwierciedlając zasnute chmurami i ciskające pioruny niebo, a skóra trzeszczała elektrycznością, której iskrami wprawne błękitne elfy „ładowały” swe oręża, by nieść zgubę tym, którzy odważyli się wystąpić przeciw smoczym dzieciom.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-05-09 (1451 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej