Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kain
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Piękne istoty'' - Kami Garcia, Margaret Stohl

#1


Przedtem
W samym środku zwyczajności



W naszym miasteczku mieszkały tylko dwa typy ludzi: przykuci i zakuci. Kiedyś ojciec tak czule sklasyfikował sąsiadów. Dzieląc ich na tych, którzy musieli tu zostać, oraz na tych, którzy byli zbyt głupi, żeby odejść. Pozostali już dawno się stąd wynieśli.
Nigdy się nie mówiło, do której z tych grup należał on sam. A ja nie miałem odwagi go o to spytać. Ojciec był pisarzem. Mieszkaliśmy w Gatlin, w Karolinie Południowej. Wate’owie żyli tu od zawsze – w domu zwanym Wate’s Landing – a przynajmniej od czasów wojny secesyjnej, kiedy to mój prapraprapradziad Ellis Wate walczył i zginął po drugiej stronie rzeki Santee.
Wojna secesyjna. Tylko tutejsi nie używali tej nazwy. Co gorsza, każdy poniżej sześćdziesiątego roku życia nazywał ją Wojną między Stanami. A każdy powyżej Napaścią Północy na Południe, jakby Północ zaatakowała Południe z powodu jakiejś głupiej beli bawełny. To znaczy każdy, z wyjątkiem mojej rodzin. Dla nas od zawsze była to wojna secesyjna.
Istniał jeszcze jeden powód, dla którego za wszelką cenę chciałem się stąd wyrwać. Gatlin nie było miasteczkiem, jakie widuje się w filmach. Chyba że mówimy o takich sprzed pięćdziesięciu lat. Znajdowaliśmy się zbyt daleko od Charleston, żeby mieć Starbucksa czy McDonalda. Był za to miejscowy bar Dar-ee Keen. Nazywał się tak, bo Gentry’owie byli zbyt skąpi, żeby wymienić wszystkie litery w szyldzie, gdy kupili Diary Kinga. W bibliotece nadal korzystano z tradycyjnego katalogu, w szkołach wisiały tablice, po których pisało się kredą. A jezioro Moultrie z ciepłą, brązową wodą udawało miejski basen. Nowości w kinie puszczali w tym samym czasie, kiedy wychodziły na DVD. A i wtedy trzeba było złapać okazję do Summerville, w okolice uniwersytetu, bo tam było najbliższe kino. Sklepy znajdowały się na Main Street, a eleganckie rezydencje na River Street. Wszyscy pozostali mieszkali na południe od Drogi Numer 9 z rozwalającą się nawierzchnią, która nie bardzo nadawała się do chodzenia. Za to kawałkami betonu można było rzucać w oposy, najbardziej złośliwe z żyjących zwierząt.
Takiego miejsca nie da się zobaczyć w żadnym filmie.
Gatlin nie było jakimś skomplikowanym miasteczkiem. To było… po prostu Gatlin. Sąsiedzi wysiadywali tu na werandach, przyglądając się wszystkiemu i pocąc się w potwornym upale. Kompletnie bez sensu. Nic się tu nie zmieniało.
Następnego dnia miałem iść do szkoły. Zaczynałem drugi rok nauki w liceum Stonewall Jackson. Wiedziałem, gdzie będę siedział i z kim rozmawiał. Wiedziałem, że znów usłyszę te same nudne dowcipy, spotkam te same dziewczyny, a kumple zaparkują swoje samochody na tych samych co zwykle miejscach.
Hrabstwo Gatlin nie wyróżniało się niczym szczególnym. Znajdowaliśmy się w samym środku… niczego.
Tak mi się przynajmniej wydawało, gdy zamknąłem zniszczony egzemplarz Rzeźni numer pięć. Wyłączyłem iPoda i zgasiłem światło. To była ostatnia noc lata.
Jakże się myliłem.
Była klątwa.
Była dziewczyna.
A na końcu był grób.
Nie miałem pojęcia, że to wszystko już na mnie czeka.




Drugi września
Sen



Spadam. Lecę bezwładnie, koziołkuję w powietrzu...
– Ethanie!
Woła mnie, a jej głos sprawia, że serce zaczyna mi walić.
– Pomóż mi!
Ona też spada. Wyciągam rękę i próbuję ją złapać. Chwytam jedynie powietrze. Nie czuję gruntu pod nogami, ale wydaje mi się, że brodzę w błocie. Dotykamy się czubkami palców i nagle w ciemnościach widzę zielone iskierki.
Potem mi się wymyka i wiem, że ją straciłem.
Cytryny i rozmaryn. Czuję jej zapach, nawet teraz.
Ale nie mogę jej pochwycić.
I nie mogę bez niej żyć.

Zerwałem się, próbując złapać oddech.
– Ethanie Wate! Wstawaj! Nie pozwolę, żebyś się spóźnił pierwszego dnia! – Usłyszałem z dołu głos Ammy.
Spojrzałem na plamę światła na podłodze. Jak z oddali słyszałem bębnienie deszczu o stare okiennice w stylu kolonialnym. Chyba pada. To już rano? I jestem w swoim pokoju...
Było duszno i wilgotno od deszczu. Dlaczego zostawiłem otwarte okno?
Głowa mi pękała. Opadłem z powrotem na łóżko i sen zaczął się zacierać w mojej pamięci. Byłem bezpieczny. We własnym pokoju, w naszym starym domu, na tym samym skrzypiącym mahoniowym łóżku, na którym przede mną spało sześć pokoleń Wate’ów. Nikt nigdy nie spadał z niego przez czarne dziury pełne błota.
Gapiłem się na otynkowany sufit, błękitny jak niebo – ten kolor miał odstraszać pewien gatunek pszczół przed zagnieżdżeniem się w drewnie.
Coś było ze mną nie tak.
Ten sen śnił mi się od miesięcy. Nie pamiętałem go w całości, ale jeden fragment zawsze był taki sam. Spadamy – ja i dziewczyna. Chcę ją przytrzymać, ale nie mogę. A jeśli ją puszczę, przytrafi jej się coś strasznego. I w tym właśnie problem. Nie mogę pozwolić jej odejść. Nie mogę jej utracić. Czuję się tak, jakbym był w niej zakochany, a nawet jej nie znam. Czy można kogoś pokochać, zanim się go zobaczy?
Istne szaleństwo. To tylko dziewczyna ze snu. Nawet nie wiedziałem, jak wygląda. Śniła mi się niemal co noc, ale nigdy nie widziałem jej twarzy. Nie mogłem jej zapamiętać. Mimo to za każdym razem ogarniał mnie strach. Bałem się, że ją utraciłem. Wymykała mi się, a żołądek podchodził mi do gardła. Zupełnie jak na kolejce górskiej, która gwałtownie opada w dół.
Motyle w brzuchu. Metafora do bani. Prędzej wściekłe pszczoły.
Dobra, przeszło mi. Muszę wreszcie wstać i wziąć prysznic. Słuchawki ciągle wisiały na mojej szyi.
Spojrzałem na iPoda i zobaczyłem piosenkę, której nie znałem.
Szesnaście księżyców.
A to co? Kliknąłem na nią. Melodia zapadała w pamięć. Nie mogłem sobie przypomnieć głosu, ale miałem wrażenie, że już go gdzieś słyszałem.

Szesnaście księżyców, szesnaście lat
Szesnaście razy trwoga ma trwa
Szesnaście razy rozpacz się śni
Spadam, spadam przez wszystkie te dni...

To było ponure, niesamowite, niemal hipnotyczne.
– Ethanie Lawsonie Wate! – Głos Ammy przebił się przez muzykę.
Wyłączyłem iPoda i usiadłem na łóżku, odrzucając kołdrę. Miałem wrażenie, że na prześcieradle jest pełno piasku. Wiedziałem, co to było.
Błoto. Miałem je nawet pod paznokciami, tak jak ostatnio, gdy śnił mi się ten sen.
Zwinąłem prześcieradło i wrzuciłem je do kosza na brudną bieliznę pod wczorajszą przepoconą bluzę treningową. Wszedłem pod prysznic i próbowałem zapomnieć o wszystkim, szorując ręce, aż resztki snu spłynęły razem z wodą. Nie myślałem o błocie. Udawałem, że nic się nie stało. To był mój sposób na stres. Robiłem tak przez ostatnie miesiące.
Tyle że to się nie udawało, jeśli chodziło o nią. Nie mogłem nic na to poradzić. Ciągle o niej myślałem. Powracałem do snu i nie umiałem wyjaśnić dlaczego. To była moja tajemnica. Miałem szesnaście lat i zakochałem się w dziewczynie, która nie istniała. I chyba naprawdę zaczynałem wariować.
Mogłem się szorować nie wiem jak mocno, a serce i tak biło jak szalone. I ten zapach. Ciągle ten sam. Przebijał się przez mydło i szampon. Ledwie wyczuwalny, ale jednak.
Cytryny i rozmaryn.

Zszedłem na dół do pełnej bezpieczeństwa monotonii. Amma postawiła przede mną stary, niebiesko-biały talerz z taniej chińskiej porcelany. Ten sam co zawsze – dragonware, jak go nazywała moja mama. Dostałem jajka na bekonie i grzanki posmarowane masłem. Amma zajmowała się domem, ale dla mnie była bardziej babcią niż gosposią. I trzeba przyznać, że inteligencją i uporu przewyższała moją prawdziwą babcię. Praktycznie mnie wychowała. Zdaje się, że postawiła sobie za cel, żebym urósł o kolejne trzydzieści centymetrów, chociaż już teraz miałem metr osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Tego ranka byłem taki głodny, jakbym nie jadł przez tydzień. Pochłonąłem jajko i dwa kawałki bekonu, dopiero wtedy poczułem się lepiej. Uśmiechnąłem się do Ammy z pełnymi ustami.
- Nie żałuj mi. To pierwszy dzień szkoły.
Amma z hukiem postawiła przede mną olbrzymią szklankę soku pomarańczowego i jeszcze większą pełnotłustego mleka. Tylko takie się tutaj piło.
– Skończyła się czekolada?
Piłem czekoladę tak, jak inni colę czy kawę. Nawet rano potrzebowałem mojej działki cukru.
- A-K-L-I-M-A-T-Y-Z-O-W-A-Ć.
Amma uwielbiała krzyżówki. Im większe, tym lepsze. I lubiła sięgać do swojej krzyżówkowej wiedzy przy byle okazji. Sposób, w jaki literowała słowo, przypominał pisanie na maszynie.
– To znaczy tyle co: „przyzwyczajać się do czegoś”. I nie myśl, że wyjdziesz, jeśli tego nie wypijesz. Do końca.
– Tak jest, pszepani.
– Ale się wystroiłeś!
Nie wystroiłem się. Włożyłem dżinsy i wypłowiały T-shirt. W szafie miałem ich wiele, a wszystkie z napisami; dzisiaj wybrałem ten z napisem Harley-Davidson. I te same czarne trampki Chuck Taylor, które nosiłem już trzeci sezon.
– Myślałam, że się ostrzyżesz. – Niby mnie skarciła, ale w jej głosie zabrzmiała czułość.
– Nic takiego nie mówiłem.
– Nie wiesz, że oczy są oknami duszy.
– A może nie chcę, żeby ktoś zaglądał do mojej duszy.
Ukarała mnie kolejną porcją bekonu. Ammy miała sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu i była starsza niż nasz dragonware, chociaż co roku w swoje urodziny twierdziła, że właśnie skończyła pięćdziesiąt trzy lata. Ale trudno było nazwać ją poczciwą starszą panią. W naszym domu była bezwzględnym autorytetem.
– Nie wyjdziesz z mokrymi włosami. Nawałnica i dmucha, jakby złe kopało w wiatr i nie chciało przestać.
Przewróciłem oczami. Amma miała własny sposób opisywania rzeczy. Religia i przesądy mieszały się w nim w jedno, jak to możliwe tylko na Południu. Wtedy lepiej było nie wchodzić jej w drogę. I nie ruszać amuletów leżących na parapecie, ani szmacianych lalek, które robiła i trzymała w szufladach.
Nałożyłem sobie kolejną porcję jajek i skończyłem śniadanie godne sportowca – jajka, bekon, marmolada, grzanki. Z przyzwyczajenia spojrzałem w stronę korytarza. Drzwi od gabinetu taty ciągle były zamknięte. Tata pisał w nocy, a w dzień spał na starej kanapie w gabinecie. Tak było od śmierci mamy, od kwietnia zeszłego roku. Ciotka Karolina, która wiosną przyjechała nas odwiedzić, stwierdziła, że równie dobrze mógłby być wampirem. Pewnie zobaczę go dopiero jutro rano. Bo sam na pewno nie otworzę tych drzwi.
Ktoś zatrąbił na ulicy. Link. Chwyciłem znoszony czarny plecak i wybiegłem na deszcz. Niebo było tak ciemne, że równie dobrze mogła być siódma wieczór, a nie siódma rano. Pogoda już od kilku dni była paskudna.
Samochód Linka stał na ulicy. Silnik charczał, muzyka ryczała. Od lat jeździłem z Linkiem codziennie do szkoły. Zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi, gdy w autobusie podzielił się ze mną ciastkiem z kremem. Później się dowiedziałem, że ten kawałek spadł mu na podłogę.
Obaj zrobiliśmy prawo jazdy tego lata, ale to Link miał samochód. O ile można było to nazwać samochodem. Link nazywał go czule Rzęchem.
Silnik Rzęcha zagłuszał odgłosy burzy.
Amma stała na werandzie ze skrzyżowanymi ramionami, w pozie pełnej dezaprobaty.
– Wesley’u Jeffersonie Lincolnie, przycisz te dzikie wrzaski. Bo zadzwonię do twojej mamy i powiem, co robiłeś całe lato w naszej piwnicy, gdy miałeś dziewięć lat.
Link się skrzywił. Niewiele osób zwracało się do niego, używając prawdziwego imienia, do tych nielicznych należała jego matka i Amma.
– Tak, pszepani.
Kiedy trzasnęły siatkowe drzwi, Link się roześmiał. Ruszył z piskiem opon po mokrym asfalcie, jakbyśmy przed kimś uciekali. Tak właśnie jeździł. Chociaż nigdy nikomu nie uciekliśmy.
– Co robiłeś w mojej piwnicy, gdy miałeś dziewięć lat?
– Lepiej zapytaj, czego tam nie robiłem!
Link na szczęście ściszył muzykę, bo hałas był okropny. Właśnie miał mnie zapytać, czy podoba mi się piosenka, co zresztą robił codziennie. Tragedią jego zespołu, Who Shot Lincoln, było to, że żaden z jego członków nie potrafił grać ani śpiewać. Ale Link i tak gadał tylko o perkusji, wyprowadzce do Nowego Jorku i o licznych kontraktach. To jednak prawdopodobnie nigdy nie nastąpi. Mówiąc „prawdopodobnie”, mam na myśli to, że prędzej odda rzut za trzy punkty z parkingu przed salą gimnastyczną, i to z zasłoniętymi oczami i po pijaku.
Link nie myślał o studiach, ale miał nade mną tę przewagę, że wiedział, czego chce. Nawet jeżeli jego plany miały nie wypalić. Ja natomiast trzymałem w pudle po butach broszury różnych uczelni. Nie mogłem ich pokazać ojcu. Zresztą było mi wszystko jedno, który uniwersytet mnie przyjmie, byle leżał jakieś półtora tysiąca kilometrów od Gatlin.
Nie chciałem skończyć jak mój tata, mieszkając w tym samym domu, w tym samym małym miasteczku, w którym dorastałem, wśród tych samych ludzi, którzy nigdy nie marzyli, żeby stąd wyjechać.

Po obu stronach ulicy stało mnóstwo starych wiktoriańskich domów, niemal identycznych. Nic się nie zmieniło od czasu, gdy je zbudowano ponad sto lat temu. Ulica, przy której mieszkałem, nazywała się Cotton Bend, czyli Bawełniany Zaułek, ponieważ z tyłu za domami ciągnęły się plantacje bawełny. Teraz sięgały Drogi Numer 9 i była to jedyna rzecz, która uległa zmianie.
Wziąłem starego pączka z pudełka leżącego na podłodze samochodu.
– To ty wgrałeś tę dziwną piosenkę na mojego iPoda?
– Jaką piosenkę? Posłuchaj tego!
Link podkręcił swój najnowszy utwór.
– Musisz nad tym popracować, podobnie jak nad wszystkimi innymi piosenkami.
Powtarzałem mu to codziennie.
– Taa… wiesz, nad twoją buźką też trzeba będzie popracować. Bo ci ją rozkwaszę.
A on codziennie odpowiadał tak samo.
Przeleciałem przez moją playlistę.
Szesnaście księżyców, znasz taką?
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
Nie było jej na iPodzie. Zniknęła, ale przecież słuchałem jej tego ranka. Nie? Przecież jej sobie nie wyobraziłem, nadal miałem ją w głowie.
– Poczekaj, puszczę ci coś nowego.
Link zerknął, żeby wybrać właściwą ścieżkę.
– Patrz na drogę!
Nie zwrócił na mnie uwagi. Kątem oka dostrzegłem przejeżdżający przed nami samochód...
Przez sekundę odgłosy ulicy, deszcz i Link… Cały świat rozpłynął się w ciszy. Miałem wrażenie, że wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie. Nie mogłem oderwać wzroku od tego auta. Nie potrafiłem opisać tego uczucia…
I wtedy minął nas i skręcił w drugą stronę.
Nie rozpoznałem tego samochodu, nigdy wcześniej go nie widziałem. A znałem każdy pojazd w naszym miasteczku. O tej porze roku w Gatlin nie było turystów, bo nikt normalny tu nie przyjeżdżał w okresie deszczy i huraganów.
Długa czarna limuzyna rzypominająca karawan. A raczej… To był karawan.
Może to jakiś omen. Może ten rok miał być gorszy niż sądziłem.
- Jest, posłuchaj. Black Bandanna. Ta piosenka zrobi ze mnie gwiazdę!
Gdy Link w końcu spojrzał na drogę, samochodu już nie było.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-05-13 (1569 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej