Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Głos Ziemi
 
Katalog - dodano
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 Stróże 2: Brudnopis Boga
- Jakub Ćwiek
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Lodowaty grób'' - Charlaine Harris



Niech mi pani zaufa i zacznie kopać

Stałam na lodowatym, wilgotnym powietrzu, pośrodku tego, co niegdyś było podwórkiem. Okręciłam się, czując, jak buczenie intensywnieje, jakby zmarli coraz głośniej domagali się odnalezienia. Bo tego właśnie pragną – aby poznano miejsce ich spoczynku. Próbowałam coś powiedzieć, zakrztusiłam się, rozkaszlałam.
– Harper? – zawołał Tolliver. – Wszystko w porządku?
Zrobiłam kilka chwiejnych kroków.
– Tu – wykrztusiłam.
– Mój wnuk? Jeff tu jest? – Twyla szła pospiesznie w moją stronę, ciężko dysząc.
Przeszłam kawałeczek dalej.
– I tu – wskazałam.
– Jego ciało jest w częściach?
– Nie, tu jest więcej ciał – wyjaśnił Tolliver.
Wyciągnęłam przed siebie ręce, żeby wzmocnić odczyt. Obróciłam się ponownie, wolniej, zamknęłam oczy i zaczęłam liczyć.
– Osiem – powiedziałam.
– O mój Boże! – jęknęła Twyla, siadając ciężko na pieńku. – Dzwonię po policję.
Musiały ogarnąć ją nagle wątpliwości, bo rzuciła Tolliverowi pytające spojrzenie.
– Harper nigdy się nie myli – zapewnił ją.
Usłyszałam piski wybieranego numeru.
– Co im się stało? – zapytał Tolliver cicho. Wiedział, że właśnie słucham.
Nie odpowiedziałam. Nadeszła chwila, żeby się dowiedzieć. Nie chciałam, żeby ktoś obcy mnie przy tym obserwował.
– W porządku – powiedziałam, otrząsając się. – Tolliver? – chciałam go uprzedzić, żeby w razie czego był gotów.
– Jestem przy tobie – powiedział i poczułam jego dłoń na ramieniu. Stanęłam dokładnie nad jednym z ciał i sięgnęłam w dół. Ujrzałam ziemię, kamienie, przebłysk piekła. To była ostatnia rzecz, jaką zapamiętałam.


* * *


Ocknęła się? – głos należał do Sandry Rockwell, ale brzmiał dziwnie obco.
– Harper? – tym razem mówił mój brat. – Harper?
Bardzo nie chciałam tego robić, ale musiałam.
– Już – powiedziałam tak słabo, jak się czułam. – Znaleźliście ich?
– Powiedz, co mam robić – zażądała szeryf Rockwell.
Sądząc z tonu, nie chciała tu teraz być.
Otworzyłam powieki i napotkałam zaniepokojone spojrzenie ocienionych kapeluszem oczu. Szeryf Rockwell miała na sobie puchową kurtkę, w której wydawała się dwa razy większa.
– Są tam – zapewniłam ją. – Niech pani da mi chwilkę, a pokażę, gdzie kto leży. I jest ich ośmiu, nie sześciu.
– Skąd pani może to wiedzieć?
Siedziałam na tylnej kanapie wozu Twyli z głową podpartą poduszką.
– Masz, zjedz coś słodkiego – nalegał Tolliver, wyciągając z kieszeni cukierka. Rozwinął go i włożył mi do ust. Z doświadczenia wiedziałam, że zaraz poczuję się lepiej. Trwałoby to krócej, gdybym miała colę.
– Chciała mi pani uwierzyć, zanim cokolwiek zrobiłam – przypomniałam Sandrze Rockwell. – Niech mi pani zaufa i zacznie kopać.
– Jeśli to oszustwo, skończy pani w pace – zagroziła.
– Nie ma sprawy, sama sobie nawet założę kajdanki.
Zebrałam siły, żeby odwrócić głowę i popatrzeć przez okno.
Na posesji stało kilku zastępców, a wraz z nimi Twyla. Jej mina poruszyłaby serce najbardziej zatwardziałego oszusta. Choć może i nie. Natknęliśmy się na kilku podczas naszych podróży – współczucie było im obce. Nie posiadali go w swoim emocjonalnym repertuarze.
– Proszę mi pokazać to miejsce – zażądała szeryf.
Tolliver pomógł mi wysiąść i powoli ruszyliśmy na miejsce, gdzie zemdlałam. Drżąc na myśl o ponownym doświadczeniu emocji towarzyszących śmierci, podeszłam tam, gdzie wyczułam najświeższe zwłoki.
– Tutaj. – Wskazałam palcem ziemię pod stopami.
Wiedziałam też dobrze, czyje to ciało. Jeff, wnuk Twyli. Tolliver wyłowił z kieszeni kołonotatnik i nakreślił na szybko szkic terenu.
– To Jeff, Jeff McGraw – zwróciłam się do niego. – Został uduszony.
Tolliver oznaczył wskazane miejsce taśmą. Chorągiewka falowała nieznacznie na lekkim wietrze.
Później objął mnie i wziął za rękę. Powiodłam go kawałek pod górkę, zatrzymując się w miejscu kolejnej mogiły. Z oczu popłynęły mi łzy. Nigdy nie odczuwałam takiego ogromu cierpienia.
– Tu – wykrztusiłam. – Chester. – Kilka metrów dalej leżało ciało chłopca, o którym szeryf Rockwell nie wspomniała. – Ma na imię Chad, Chad... Coś na T.
Szeryf robiła własne notatki. Zastępcy słuchali i obserwowali scenę, ale ich miny wyrażały sceptycyzm, a nawet rozdrażnienie. Nic nie mogłam na to poradzić, niebawem sami się przekonają.
Ruszyłam, kierując się sygnałem dochodzącym z miejsca pod stromym zboczem. Aby tam dotrzeć, musiałam pokonać kępę krzewów. Otarłam twarz chusteczką.
– Dylan – rzuciłam i skręciłam za dom. Szeryf i jej zastępcy deptali mi po piętach. – Aaron. Wspominała pani o Aaronie, tak? – Parę kroków na południe.
Tym razem było trudniej. W chwili śmierci chłopcem całkowicie zawładnęła groza i panika.
– To chyba Tyler – powiedziałam i skierowałam się do ciała leżącego najbardziej na południu. Wiedziałam, że to najstarsza mogiła, gdyż wibracje były nieco słabsze niż w przypadku pozostałych.
– To pierwsza ofiara – zwróciłam się do szeryf, która szła obok, nieprzerwanie robiąc zapiski. Nie miała problemów z nadążaniem za mną, bo ledwie trzymałam się na nogach. – Nazywał się... – Potrząsnęłam głową, próbując się bardziej skoncentrować. – James. James coś tam. Ray... Roy... James Roberts? Nie mogę... Nie wiem dokładnie, jak miał na nazwisko. Chodźmy stąd, Tolliver – jęknęłam wyczerpana. Nieopodal znajdowało się jeszcze jedno ciało, chłopca imieniem Hunter. Słaniałam się już, kiedy tam doszłam.
Zmarł w wyniku hipotermii. Był jednym z tych uprowadzonych jesienią.
– Mogę już zawieźć siostrę do miasta? – zapytał Tolliver. – Musi się położyć.
– Nie – odparła szeryf przez zęby. – Najpierw musimy to sprawdzić. – Chciała mieć mnie pod ręką, w razie gdyby okazało się, że kłamię. – W którym miejscu mamy zacząć kopanie?
Potrząsnęłam głową.
– Obojętne. Wszystkie są oznaczone chorągiewkami.
Twyla powoli wróciła do samochodu. W tym momencie byłam szczęśliwa, że nie czytam w myślach żywych. Samo wyobrażanie sobie, przez co teraz przechodziła, bolało, a przecież było to nic w porównaniu do ogromu jej prawdziwego cierpienia.
Mimo to kiedy wsiedliśmy do cadillaca, włączyła silnik i podkręciła ogrzewanie. Całe wieki siedzieliśmy skuleni na fotelach, bez słowa. W głowie mi szumiało, nie mogłam zebrać myśli. Mój umysł opanowały przerażające obrazy, jakie odebrałam od zmarłych chłopców. Nie patrzyłam, co dzieje się w obejściu starego domu, ale Twyla obserwowała poczynania stróżów prawa.
– Wykopali już pół metra – odezwała się wreszcie.
– Fatalna pogoda na pracę pod gołym niebem. Mam nadzieję, że Dave i Harry nie złapią kataru. A tym bardziej Sandra.
Pomyślałam, że sama chętnie poczekałabym na lepszą pogodę, ale zmilczałam.
To było moje pierwsze masowe morderstwo.
Tuż przed jedenastą Dave i Harry, zastępcy szeryfa, odkryli pierwsze kości. Prace wykopaliskowe ustały nagle i był to bardzo wymowny przestój. Szeryfowie tkwili bez ruchu, zapatrzeni w wykopaną dziurę. Nie zauważyłam nawet, kiedy wykręciłam głowę. Teraz wyprostowałam się, przyjmując wygodniejszą pozycję. Tolliver i Twyla spojrzeli na mnie.
– Mój wnuk?
Spodziewałam się tego pytania.
– Nie. Zaczęli od tego, który leży w północnej części działki. Przykro mi, Twyla. Mogiła twojego wnuka to ta, którą oznaczyliśmy jako pierwszą. Przykro mi, że w ogóle jest pośród innych – nie miałam pojęcia, jak inaczej to ująć.
– Nie może pani być całkiem pewna – w jej głosie słyszałam wahanie. Znałam Twylę Cotton dopiero od kilku godzin, ale już wiedziałam, że niepewność nie leży w jej charakterze.
– Nie, oczywiście – skłamałam. Moja dziwna umiejętność jest wszystkim, co mam. Oprócz Tollivera i młodszych sióstr przyrodnich. Jestem bardzo ostrożna, jeśli chodzi o mój dar, nie wydaję opinii, dopóki mam choć cień wątpliwości. Chłopiec, którego widziałam w jednej z mogił, był z pewnością tym samym, którego przedstawiały zdjęcia w domu Twyli Cotton.
– Jak... W jaki sposób oni zginęli?
Tego pytania obawiałam się najbardziej.
– Nie mogę... – nie byłam w stanie dokończyć zdania. – Naprawdę nie mogę – stwierdziłam stanowczo.
Tolliver skrzywił się i odwrócił wzrok ku drodze, która wiła się pod górę i znikała za zakrętem. Nie trzeba jasnowidza, żeby się domyślić, że wolałby teraz jechać szosą, zostawiając to miejsce daleko za sobą. Ja zresztą marzyłam o tym samym. Było mi słabo od koszmaru, który stał się moim udziałem.
Widziałam wiele śmierci i myślałam, że uodporniłam się już na straszne uczucia, które czasem jej towarzyszyły, jednakże nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z czymś tak potwornym.



Zadanie dla Xyldy

– Harper?
– Tak?
– Dziwnie na mnie patrzysz. Coś się stało?
– Nie, zamyśliłam się.
– To musiały być niezbyt miłe myśli.
– Uhm.
– Jesteś na mnie zła? Uważasz, że powinienem był sprzeciwić się szeryf?
– Nie sądzę, żeby się to na coś zdało.
– Ja też. To skąd ta mina?
– Jestem zła na siebie.
– To niedobrze, przecież nie zrobiłaś nic złego.
Powstrzymałam westchnienie.
– Ciągle robię coś źle. – Jeśli zabrzmiało to ponuro, cóż, nie mogłam nic poradzić. Zdawałam sobie sprawę, że chcę od Tollivera więcej, niż może lub powinien mi dać. Musiałam ukrywać to przed wszystkimi, a szczególnie przed nim. Byłam zdecydowanie w dołku, a im szybciej z niego wyjdę, tym lepiej.
W drodze powrotnej zadzwoniliśmy do szeryf, prosząc, żeby czekała na nas przed wejściem. Na parkingu przesiedliśmy się do jej samochodu.
– On nie musi jechać – powiedziała Sandra Rockwell, wskazując brodą Tollivera.
– Musi. To nie podlega dyskusji. Wolałabym spędzić godzinę z reporterami, niż jechać gdzieś bez niego.
Spojrzała na mnie ostro, ale wzruszyła ramionami.
– No dobrze, skoro się pani upiera.
Wyjeżdżając z parkingu, manewrowała tak, żeby nie przejeżdżać ponownie przed posterunkiem. Ciekawe, czemu zadawała sobie tyle trudu, żeby zmylić reporterów? Nie potrafi łam jej rozgryźć. Mimo że zjadłam posiłek i chwilę posiedziałam, już na przedmieściach oba urazy zaczęły mi się dawać we znaki. Żałowałam, że torba z lekami została w naszym samochodzie, choć wiedziałam, że nie wzięłabym tabletek przeciwbólowych przed wykonaniem zlecenia.
Nie miałam pojęcia, co by się stało, gdybym zaczęła udawać. Przez chwilę wymyślałam możliwe scenariusze, ale zabawa szybko stała się nudna. Resztę drogi przesiedziałam, opierając czoło o zimną szybę.
– Na pewno da pani radę? – zapytała szeryf niechętnie, kiedy Tolliver pomagał mi wysiąść.
– Miejmy to już za sobą – powiedziałam i ruszyliśmy w stronę grupki mężczyzn stojących przy wrotach niegdyś czerwonej stodoły. Budynek nie był w aż tak opłakanym stanie jak zabudowania przy szlaku, ale między deskami świeciły szpary, farba odłaziła płatami, a całość trzymała się chyba tylko dzięki blaszanemu dachowi. Rozejrzałam się wokół.
Spory kawałek dalej, we frontowej części działki, stał dom, w przeciwieństwie do stodoły bardzo zadbany. A więc właściciel nie był rolnikiem, nie trzymał też trzody. Zależało mu tylko na budynku mieszkalnym i ogródku. Grupka rozstąpiła się, odsłaniając dwóch mężczyzn. Jeden, na oko czterdziestolatek, miał na sobie ciężkie, rozpięte okrycie, a pod nim bluzę i krawat. Był niski, nie wyższy od Doaka Garlanda. Obejmował ramieniem chłopca, może dwunastoletniego. Krępy chłopak miał długie jasne włosy i zdecydowanie mocniejszą sylwetkę niż ojciec. Wydawał się bardzo poruszony, a jednocześnie jakby podekscytowany. Według mnie wiedział, co znajduje się w stodole.
Szeryf wyminęła tę dwójkę, nie przystając, ale zdążyłam przyjrzeć się chłopcu. Wiem, jaki jesteś, pomyślałam. Sądząc po jego minie, czuł, że go rozszyfrowałam. Chyba się trochę przestraszył.
Mój talent umożliwia kontaktowanie się ze zmarłymi, ale od czasu do czasu odbieram sygnały od żywych, którzy wykazują nadmierne zainteresowanie śmiercią. Zwykle tacy ludzie są nieszkodliwi. Wybierają pracę w domach pogrzebowych lub kostnicach.
Chłopiec był jednym z tych, których pociągała śmierć. Nie rozpoznaję ich za często, ale dziecko nie potrafi jeszcze ukrywać uczuć czy tłumić odruchów tak jak dorosły, więc w tym przypadku nie było to trudne. Nie wiedziałam tylko, jaką formę przyjęła jego fascynacja.
Wisząca w stodole żarówka więcej skrywała w cieniu, niż oświetlała. Przestronne wnętrze ziało pustką, jedynie pod tylną ścianą znajdowały się trzy boksy pełne przegniłej słomy. Wyglądały, jakby nikt nie dotykał ich od lat. Poza tym wisiało tu trochę starych narzędzi, na klepisku walały się stare taczki, kosiarka, kilka worków z nawozem do trawy, a w kącie stała piramidka puszek z farbą.
Powietrze było zimne, duszne i nieprzyjemne. Tolliver chyba próbował wstrzymać oddech. Bez sensu na dłuższą metę.
Od razu wiedziałam, że to raczej zadanie dla Xyldy. Powiedziałam to szeryf.
– Co? Chodzi o tę kobietę z pomarańczowymi włosami?
– Tak, wiem, jak wygląda – przyznałam. – Ale posiada prawdziwy dar. A zapewniam, że nie ma tu nic dla mnie.
– Nie ma zwłok? – Trudno było stwierdzić, czy Rockwell czuje ulgę, czy jest rozczarowana.
– Są, to na pewno. Ale nie ludzkie. Wyczuwam tu śmierć, ale jej nie rozpoznaję. Jeśli pani pozwoli, zadzwonię po Xyldę. Jeśli uda jej się odkryć, o co chodzi, może jej pani dać tę część zapłaty przeznaczoną na zlecenie dla mnie.
Rockwell przypatrywała mi się przez chwilę. Chłód wybielił jej twarz. Nawet jej oczy wydawały się jaśniejsze.
– Dobrze – zgodziła się w końcu. – Ale jeśli zrobi z pani idiotkę, pani sprawa.
Xylda i Manfred dotarli na miejsce dość szybko, biorąc pod uwagę okoliczności. Xylda miała na sobie sfilcowany tartanowy płaszcz, a jej długie płomiennorude włosy tworzyły chaotyczną szopę. Xylda była tęgą kobietą, która swoje okrągłe oblicze obfi cie zdobiła pudrem i szminką. Całości obrazu dopełniały grube pończochy uciskowe oraz mokasyny. Manfred naprawdę kochał babkę – większość młodzieńców w jego wieku za nic w świecie nie pokazałaby się publicznie z takim zjawiskiem.
Xylda nie przywitała się z nami, w ogóle zignorowała naszą obecność. Od razu pokuśtykała do środka, podpierając się laską. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy ostatnio już potrzebowała podpory. Manfred podtrzymywał ją lekko w pasie, jakby w obawie, że w każdej chwili może upaść.
Xylda wskazała laską na niewielkie wybrzuszenie klepiska, a potem zamarła. Mężczyźni oraz chłopiec, którzy weszli do stodoły, patrzyli na Xyldę drwiąco, niezbyt dyskretnie czyniąc komentarze na jej temat. Teraz jednak ucichli, a kiedy Xylda przekręciła głowę, jakby nasłuchiwała, wiszące w powietrzu napięcie zgęstniało niemal namacalnie.
– Zamęczone zwierzęta – stwierdziła krótko i z wielką, jak na starszą, schorowaną kobietę, werwą okręciła się, wymierzając oskarżycielsko laskę w chłopca. – Torturujesz zwierzęta, ty mały sukinsynu
– Xylda wyrażała się dość bezpośrednio. – Wykrzykują twoje winy – ciągnęła dalej monotonnym głosem. – Twoja przyszłość napisana jest krwią.
Chłopiec wyglądał, jakby lada moment miał dać nogę, przytłoczony tym ciężkim, świdrującym wzrokiem. Nie dziwiłam mu się.
– Synu! – zaczął drobny mężczyzna w wielkim płaszczu. Spoglądał na syna z rozdzierającym serce powątpiewaniem. – Czy to, co mówi ta kobieta... czy to prawda? Byłbyś zdolny do czegoś takiego?
– Tato! – jęknął chłopak błagalnie, jakby ojciec mógł powstrzymać to, co miało nastąpić. – Nie pozwól im na to.
Tolliver objął mnie w pasie.
Mężczyzna potrząsnął lekko chłopcem.
– Musisz im powiedzieć.
– Było już ranne – szepnął chłopiec. – Tylko patrzyłem, jak umiera.
– Kłamiesz – wychrypiała Xylda głosem ociekającym odrazą.
Potem sprawy potoczyły się lawinowo.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-06-01 (1230 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej