Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Jesienne ognie
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Gniewny pomruk burzy, t.3'' - Dariusz Domagalski

Lewiatan


Gdy na niebie zawisły ciężkie, deszczowe chmury, a w oddali słychać już było gniewne pomruki zbliżającej się burzy, zerwał się gwałtowny wiatr i na ziemię spadły pierwsze krople deszczu. W polskim obozie położonym nad niewielkim stawem w Sejmicach przerażone konie zarżały głośno, przeczuwając nadchodzącą nawałnicę.
Nie trzeba było długo czekać.
Pierwsza błyskawica była niczym pęknięcie na glinianym naczyniu. Rozdarła nieboskłon z ogłuszającym trzaskiem jeszcze długo niosącym się echem po okolicy. Po chwili gromy waliły już w ziemię, raz za razem i wydawać by się mogło, że ciskają je ręce dawno zapomnianych bóstw.
Nagle piorun uderzył w sam środek obozu zabijając kilka koni i dwoje ludzi. Zapanował popłoch. Pachołkowie uciekali do pobliskiego lasu, ścigani przekleństwami nadzorców, rycerze uspokajali konie, giermkowie zbierali porwany wiatrem dobytek, klerycy padli na kolana klepiąc różaniec, a oboźni krzykami i batem próbowali zaprowadzić porządek.
Tymczasem w samym sercu całego zamieszania stał nienaruszony namiot Dobiesława z Oleśnicy i niczym w oku cyklonu, panował tam beztroski spokój. Wewnątrz, przy masywnym, dębowym stole, spożywało posiłek czterech rycerzy, którzy, nie przejmując się szalejącą w obozie nawałnicą, śmiali się i żartowali.
- Musieliście niezłego strach napędzić wielkiemu mistrzowi swoją wycieczką pod Toruń, skoro ten zaraz do naszego króla posłów wysłał, aby rozejm wyjednali – rzekł Dobiesław z Oleśnicy do Mszczuja ze Skrzyńska, szturchając go przyjacielsko w ramię. Ten skrzywił się z bólu, bowiem nawet lekkie klepniecie rycerza herbu Dębno mogło powalić tura.
- Prawda! – odparł, masując przedramię. – Jednakże kontent nie jestem, bowiem po spaleniu wsi krzyżackich, ja chciałem zamek toruński szturmem dobywać, ale starosta Borowiec nakazał odwrót.
- A cóż innego mogliście uczynić? Przecież mieliście ledwie cztery setki zbrojnych – zdziwił się rudowłosy Tomasz Kalski, na którego śnieżnobiałej jace widniała szkarłatna róża, wyhaftowana dłońmi pięknej Anny. Córka Jana z Ligęzy słynęła z urody nie tylko w ziemi łęczyckiej, ale również w całej Polsce i Tomasz potrafił godzinami prawić o wdziękach oraz zaletach swojej narzeczonej, jednak do żeniaczki nie było mu spieszno. Ojciec dziewczyny, który zjechał do Wolborza ze swoją chorągwią, wypominał mu, że Annę w lata zaciąga i pilnował młodzieńca, żeby się za dziewkami nie uganiał.
- To samo powiedział starosta i rzekł jeszcze żem człek szalony – Mszczuj zadumany pogładził wąsa. – Doprawdy, nie wiem czemu?
- I rację miał Borowiec – odparł Zawisza Czarny, rycerz o kruczoczarnych włosach i łagodnych, miodowych oczach. – Jednako zdolny jesteś do czynów pełnych chwały jak i tych najgłupszych.
Rycerze roześmieli się głośno, nic sobie nie robiąc z huku piorunów, deszczu z łoskotem uderzającego o płachtę namiotu i porywistego wiatru szarpiącego jego poły. Dobiesław rozdzielił między kamratów chleb i postawił na stole misę z rybami, wśród których znaleźć można było płocie, leszcze, oliwkowozielone miętusy, szczupaki, a nawet jednego wielkiego suma.
- Spójrzcie na tego olbrzyma! – krzyknął gospodarz. – Głowa wielkością ludzkiej dorównuje. Wąsiska ma wytrawnego woja, a pysk szeroki niczym u Lewiatana...
- Tyś widział kiedy Lewiatana? – zapytał drwiąco Tomasz Kalski.
- A żebyś wiedział, że widziałem!
- Zapewne jeno na rycinach w uczonych księgach – prychnął rudowłosy rycerz. – Rzeknij mi, Dobiesławie, po cóż w ogóle do nich zaglądałeś, skoro czytać nie umiesz?
- A cóż ja skryba, żeby pióro nad miecz przekładać? – odparł pan z Oleśnicy. – Słowa są dobre dla błaznów, którzy królów żartami bawią, dla fircyków niewiasty poezją mamiących, albo dla snujących intrygi dworaków. Prawdziwy mąż jako oręża jeno żelaza używa, bo słowo niczym pył na wietrze: raz jest, a raz go nie ma.
- Z naszego Dobiesława filozof się zrobił – rzekł Mszczuj wydłubując rybie ości z zębów. – Jeszcze gotów go król Władysław do rady wojennej powołać, pozbawiając nas tak zacnego towarzystwa.
Rycerze ponownie wybuchli śmiechem.
- Lepiej rzeknij, gdzieś ty tego lewiatana obaczył – zagadnął Zawisza.
- Ongiś, z pewnym żeglarzem, niejakim Marcinem Bornholmem, który wsławił się
ujęciem słynnego Klausa Störtebekera, wybraliśmy się na wyprawę po futra. W pewien wiosenny dzień wraz z poranną bryzą nasza niewielka koga wyruszyła z Gdańska ku dalekiej północy. Minęliśmy Gotlandię, wtenczas należącą jeszcze do Krzyżaków, a potem wzdłuż piaszczystych inflanckich plaż popłynęliśmy na Rewel.
Dobiesław odsunął od siebie talerz, sięgnął po kubek z winem i upił spory łyk.
- Tam uzupełniliśmy zapasy żywności i pożeglowaliśmy dalej, aż po skute lodem skały. Ziąb był tak wielki, że gdy mewa chcąc odpocząć przysiadała na kasztelu to przymarzła biedaczka. Powiadam, wam, iż tam zamiast deszczu, lodowe igły z nieba leciały...
- Bajdy nam prawisz – prychnął Tomasz.
- Nie chcesz, to nie wierz, twoja sprawa - rycerz z Oleśnicy wzruszył ramionami. – Ja tylko mówię, jak było.
- Nie bocz się. Opowiadaj dalej.
- Razu pewnego, gdy stałem na dziobie okrętu, spoglądając w toń i zastanawiając się, czy morze ma w ogóle dno, czy sięga samych czeluści piekła, ujrzałem cień przemykający pod wodą. Wpierw pomyślałem, że wzrok płata mi figle, jednakże gdym lepiej się przyjrzał, obaczyłem, że to stwór jakiś przeogromny ku nam płynie. Nieraz marynarze opowiadali o potworach trzykrotnie przewyższających największe hulki. Ponoć zębiska u nich straszliwe, szczęki olbrzymie i posiadają rozwidlone języki, którymi zręcznie z pokładu ludzi porywają, żeby ich potem przez wieczność w swoim wnętrzu trawić. Niektóre mają skrzydła, inne przypominają ni to rybę, ni jaszczurkę. Najgorsze zaś są gigantyczne węże, w uścisku mogące zmiażdżyć całą nawet flotę.
Pochłonięci opowieścią, rycerze zupełnie zapomnieli o jedzeniu i z szeroko otwartymi oczami spoglądali na Dobiesława, który starał się przekrzyczeć szalejącą na zewnątrz nawałnicę.
- Tymczasem ja ujrzałem samego lewiatana. Z morza wynurzył się szary jego grzbiet z zielonym porostem, pysk z tysiącem ostrych niczym puginały zębów i tylko oczka miał małe, jakieś takie kaprawe. Ruszył ku okrętowi, rozbryzgując wokół wodę. Marynarze ze strachu pochowali się za kasztelami, a ja chwyciłem za miecz, gotów stanąć do śmiertelnego boju z bestią. I gdy już się na Lewiatana zamierzyłem, chcąc go jednym cięciem łba pozbawić, on, zapewne z bojaźni przed tak sławnym rycerzem jak ja, dał nura w głębiny. Na koniec jeszcze, szydząc ze mnie, plunął wysoko w górę strumieniem wody. Od tamtej chwili więcej go nie obaczyłem. Zapewne odpłynął do piekła.
- Nie mógł to być Lewiatan – stwierdził z przekonaniem Tomasz Kalski. - Ma on
bowiem siedem głów a nie tylko jedną. Ponadto nadal jest więziony w podziemiach Lateranu.
- A skąd wiesz?
- Bowiem końca świata nie było.
- Jakże to?
- Ponoć w trzysta lat po narodzeniu Chrystusa sam papież Sylwester ujarzmił potwora i wtrącił do rzymskich lochów. Przepowiednia mówiła, że w roku tysięcznym Lewiatan wyrwie się z więzienia, niszcząc niebo i ziemię. Nic takiego nie nastąpiło, co znaczy, że stwór nadal w podziemiach zakuty siedzi.
- Szkoda – mruknął rycerz z Oleśnicy. – Z chęcią bym się z nim zmierzył.
- Waż słowa, Dobiesławie – zmarszczył czoło Zawisza Czarny. – Dla własnej chwały chcesz moce piekielne wyzywać?
Rycerz z Oleśnicy prychnął lekceważąco.
- Nie straszny mi Lewiatan, Behemot, Moloch i inne demony. I choćby sam Szatan we własnej osobie stanął mi na drodze, nie uląkłbym się...
Wtem rozległ się przeraźliwy huk i nagły blask oślepił rycerzy. Przerażeni rzucili się na ziemię, zakrywając głowy rękoma, pewni, że Dobiesław swoimi przechwałkami diabły z piekła sprowadził. Upłynęło kilka chwil, zanim wstali i trwożnie rozejrzeli się wokół. Na szczęście demonów żadnych nie spostrzegli, ale za to na stole leżała zniszczona przez piorun misa z rybami.
- A niech to! – zezłościł się Dobiesław. – Jadła szkoda.

Król Polski, Władysław Jagiełło, odchylił płachtę namiotu i przyglądał się szalejącej na zewnątrz burzy. Widok bijących z nieba gromów napawał lękiem, ale także urzekał pięknem. Na twarzy monarchy pojawiły się głębokie zmarszczki. Wiedział, że już za kilka dni wszystko się rozstrzygnie. Nie tylko losy wojny, ale również istnienie całego świata. On, sługa Chokhmah, najpotężniejszy z Przebudzonych po prawej stronie Drzewa Życia, wiedział o tym najlepiej.
Emanacja Binah spaczyła światło płynące wprost od Najwyższego, tchnęła w nie zło i przekazując na niższe poziomy, zachwiała Równowagą. Jeśli Sefira nie zostanie powstrzymana, a wraz z nią zakon krzyżacki, to świat czeka zagłada. Wojna toczyć się będzie nie tylko tu na ziemi, ale również w sferze ducha. Widząc szaleństwo żywiołów, można było się domyślić, że na wyższym poziomie już się zaczęła.
Monarcha szczelnie zasłonił płachtę namiotu, żeby wiatr nie wdzierał się do środka i wrócił do stołu, na którym leżały porozrzucane mapy. Dla większości wodzów były dziwactwem, jednak Jagiełło przywiązywał do nich olbrzymią wagę. Na długo przed kampanią rozkazał wywiadowcom naszkicować wszystkie rzeki, jeziora, wzgórza i lasy znajdujące się na trasie marszu.
Spojrzał po zebranych. Na pucołowatym obliczu podkanclerzego królewskiego Mikołaja Trąby dostrzec można było niepokój. On również był Przebudzonym w świetle Chokhmah i doskonale rozumiał powagę sytuacji.
Obok stała Aine, z rozpuszczonymi płomiennymi włosami, w ulubionej zielonej sukni, ujętej pasem ze złotymi ogniwami. Jako jedyna kobieta uczestniczyła we wszystkich królewskich naradach, co nie podobało się wielu dostojnikom, uważającym się za godniejszych od niej. Traktowali ją jednak z szacunkiem, bo miała w sobie coś, co wzbudzało mimowolny respekt. Ponadto obawiali się spojrzenia jej zielonych oczu, gdyż podejrzewali, że wzrokiem czyta w myślach. Nawet nie wiedzieli, jak blisko byli prawdy, gdyż moc Emanacji Malkuth pozwalała jej zaglądać do ludzkich serc.
Marszałek koronny Zbigniew z Brzezia zasępiony spoglądał na mapę. Nie był Przebudzonym i nie zdawał sobie sprawy o jak wielką stawkę toczy się gra, ale równie mocno jak pozostali pragnął zagłady zakonu krzyżackiego.
- Czy wszystko idzie zgodnie z planem? – zapytał król Władysław.
- Tak, wasza miłość – rzekł Zbigniew z Brzezia wskazując punkt na mapie. - Książęta
mazowieccy Janusz i Siemowit wraz ze swoimi chorągwiami stanęli już pod Czerwińskiem. Lada dzień powinny tam dotrzeć hufce z Wielkopolski i rycerze zaciężni z Czech, Moraw, Miśni, Śląska, Austrii a nawet Szwajcarii...
- Żołdacy – prychnął pogardliwie Mikołaj Trąba.- Są niczym proporzec osadzony na drzewcu i tam się skierują, gdzie wiatr powieje. Temu będą jeno służyć kto więcej zapłaci.
- Ale lepiej, żeby nam służyli.
- Obaczycie! Przy pierwszej okazji nas opuszczą. Nadzieję należy pokładać jeno w Polakach, którzy wierni ojczyźnie pozostaną – podkanclerzy spochmurniał. - Ponadto wydatki na wojnę pochłonęły prawie wszystkie złoto z królewskiego skarbca. Czym im zapłacimy?
Zbigniew z Brzezia położył rękę na ramieniu duchownego.
- Serce i rozum u was wielkie, jednakże nie wyznajecie się na prawie wojennym. Rycerz cudzoziemski jest dla nas lepszy i korzystniejszy, bowiem jeśli z wojny wyjdziemy zwycięsko, nie z naszego skarbca, ale z łupów nieprzyjacielskich mu zapłacimy. Jeśli zaś ulegniemy, nie będzie tych, którzy by się o żołd upominali, ani tych, od których by się go dopominano.
- Zgrabnieś to ujął – roześmiał się król. – W tym względzie w pełni się z tobą zgadzamy.
- Dziękuję, panie – marszałek ukłonił się. – Ponadto wśród zaciężnych znajdą się tacy, co nie tylko dla żołdu na Krzyżaków pójdą. Wspomagają nas lucerneńczycy, którzy do panów pruskich wielką żywią nienawiść za to, że im przed laty zburzyli zamek w Tannenfels. A wielu rycerzy z zagranicy złość do Niemców nosi, jak choćby Jan Žižka. A co powiecie o walecznym Dagobercie z Saint-Amand? Wszak to Burgundczyk, a już tyle dla sprawy Polski uczynił, zaś złota za to nie wziął.
Aine drgnęła na dźwięk imienia mężczyzny, którego kochała. Minął rok od ich pierwszego spotkania, a uczucie, które ich połączyło nadal płonęło pewnym i mocnym żarem. Każdy poranek, gdy mogła budzić się w jego ramionach, napawał ją szczęściem. Uwielbiała spoglądać w oczy Dagoberta i dostrzegać w nich siebie taką, jaką chciała być, bo dla kobiety najlepszym zwierciadłem są oczy ukochanego. Nagle zapragnęła znowu poczuć jego zapach, dotyk, zatracić się w doznaniach i wybuchnąć spełnieniem. .
Burza przybrała na sile, jakby wyczuwała jej narastające podniecenie. Aine przygryzła wargę, lekko unosząc brew. Nosiła w sobie potężną moc i nieraz zdarzało się, że siły natury zespalały się z jej namiętnością. Ale tym razem szalejąca nawałnica nie była jej dziełem. Stanowiła zwiastun nadchodzącej wojny.
- Zbyt pochopnie oceniłem rycerzy zaciężnych – zgodził się Mikołaj Trąba. - Wiem, iż wśród nich są czestni ludzie, ale zawsze znajdą się tacy, którym jeno chąsa miła. I tym trzeba na ręce patrzeć.
- Tym już ja się zajmę – podkręcił wąsa marszałek koronny. – Większość z nich sam zwerbowałem i wiem, jak z nimi postępować. A musicie wiedzieć, że choć wyglądam na łagodnego człeka, rękę mam twardą.
- Wcale na łagodnego nie wyglądacie – mruknął podkanclerzy, spoglądając na niego spode łba. – Rzekłbym nawet, że wyglądacie jak ci zaciężnicy. W kolczudze chadzacie od świtu do nocy, miecza nie odkładacie ani na chwilę i czuć od was dymem z ogniska.
- Marszałek nie może w niczym się różnić od zwykłego woja. Winien to samo jeść i to samo pić. Jeśli jego ludzie głodują, on również będzie głodował. Jeśli marzną, on wraz z nimi. A gdy ich w bój posyła, sam winien stanąć na czele chorągwi. Tylko tak można zaskarbić sobie szacunek – rycerz uśmiechnął się szyderczo. - Może duchowni powinni brać przykład z wojskowych?
Mikołaj Trąba już chciał coś powiedzieć, ale król podniósł rękę.
- Czy są jakieś wieści od Witolda? – zwrócił się do Aine, wiedząc, że ona najszybciej będzie wiedziała o zbliżaniu się litewskiej armii.
- Niestety nie, miłościwy panie – pokręciła głową. – Jednakże zwiadowcy donieśli, że widzieli wojska przy ujściu Narwi do Wisły. Dagobert wraz z Jakubem z Kobylan pojechali to sprawdzić.
Na czole monarchy pojawiła się głęboka zmarszczka. Fortel z podpaleniem
krzyżackich posiadłości pod Toruniem powiódł się i Ulryk von Jungingen, przekonany, że Polacy są gotowi do walnej rozprawy poprosił o dodatkowe dziesięć dni rozejmu. Nawet nie wiedział, jak bardzo Jagiełło potrzebował tych kilku dni. Czekał na Litwinów, a oni się spóźniali.
- Jak tylko będą jakieś wieści o Witoldzie, pierwsi chcemy o tym wiedzieć.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-06-07 (1193 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej