Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Biblioteka cieni
 
Katalog - dodano
 Zniszczenie i odnowa
- Leigh Bardugo
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Rhezus, t.1, ks.2'' - Róża Jakobsze

Sny


Demon nie miał wystarczającej siły, by przyjść do mnie na jawie, dlatego nawiedzał mnie tylko podczas snów. Poprzez zsyłanie mi koszmarów chciał stopniowo zawładnąć moim, coraz bardziej osłabionym strachem i bezsennością, ciałem. Wbrew temu, jak bardzo głupio i naiwnie to brzmi, istniało realne niebezpieczeństwo zniewolenia. Byłem młody i niedoświadczony, gdyby demonem opiekowała się Bareth, z pewnością śliniłbym się teraz i mordował dziewice albo straszył w starych dworach, zapewniając rozrywkę podróżnym. Jednak los czuwa nad głupcami i oszczędził mnie ostatecznie, chociaż przez kilka miesięcy demon naprawdę mnie wymęczył. Cóż, moja słaba silna wola okazała się wystarczająca w tym przypadku i udało mi się odegnać demona, po wcześniejszych perypetiach.
Najbardziej męczyła bezsenność, nie same wizje. Każdego wieczora oczy same mi się zamykały, powieki stawały się ciężkie, jakby przytroczono do nich zaprzężone w woły wozy. Jednak nie chciałem spać, bo byłem tchórzem. A może największą rolę odegrało zmęczenie... Nie, Maximilianie, dość tego wybielania, bałeś się i koniec pieśni, trząsłeś się jak panienka, jak trzyletnie dziecko, zamknięte w piwnicy, jak złodziej przed egzekucją...
Tak, bałem się, bo śniły mi się koszmary. Żałosne, prawda? Byłem już przecież osiemnastoletnim mężczyzną, nawet mieszkałem sam w mieście, gdzie pobierałem nauki, ale gdy przychodziła noc, potrafiłem spędzić ją z ręką nad świecą, byle tylko nie usnąć. W ten właśnie godny pożałowania sposób spędzałem kolejne doby: na próbach niezaśnięcia. Czytałem księgi, niewiele z nich rozumiejąc po kilku nieprzespanych dobach i w końcu zasypiając nawet nad najciekawszymi. Krążyłem po swoim pokoiku godzinami, zaciskałem pięści, aż paznokcie przebijały skórę i dłonie były całe we krwi, stawałem na rękach, tańczyłem, w ogóle zachowywałem się jak kretyn, ale poza strachem czułem coś jeszcze, naprawdę. Przekorę i nienawiść do demona, który w sposób bezczelny i złośliwy nawiedzał mnie każdej nocy. Gdybym tylko mógł wierzyć, że zwariowałem! Niestety nie zwariowałem i nie było dla mnie usprawiedliwienia, odczuwałem demona w ten sam sposób, jak pana z drzewa, czy innych, których spotykałem. Może ten demon miał trochę inną aurę, może leciutko zmienioną konsystencję, ale istniał, niestety, nie był tylko tworem chorego umysłu Maximiliana Ozysha. Właściwie makabryczność wizji nie mogła nawet w połowie równać się z odrażającym trupem Nadii, ale ja nie przyzwyczaiłem się jeszcze do widoku zwłok i okropieństw. W zasadzie do dziś do tego nie przywykłem. Szczerze mówiąc, teraz też zdarza mi się być słabym i tchórzliwym, ale po co mówić o tym głośno?
Jakie koszmary zsyłał mi demon? Zwyczajne. Trup wypływający na powierzchnię jeziora. Na jego głowie, z bujnej, ciemnobrązowej czupryny zostały nieliczne kępki. Między nimi widniały strupy i pęcherze, jak po oparzeniu. Miał tylko jedną dłoń, zamiast drugiej wystawał tylko kawałek kości. Lewą nogę, poniżej kolana, znaczyły sine pręgi. Twarz też była sina. Półotwarte usta pokrywała zaschnięta krew. Zaschnięta. W wodzie. Zaschnięta krew. Doprowadzało mnie to do szału. Jedno oko było zamknięte, a powiekę skrywały ogromne krosty. Natomiast drugie oko... Gałka oczna obróciła się gwałtownie i zwróciła w moją stronę. Usta poruszyły się lekko, wypływała z nich woda i krew. Trup w jeziorze. Trup matki. Trzęsący się gwałtownie.
– Maximilian! – zaryczały zwłoki głosem, którego nie chciałbym słyszeć nigdy więcej.
Innym razem miałem okazję oglądać rzeź dzieci. Ich małe, powykręcane trupki złożono w wielkich baliach, ale nie chciały w nich usiedzieć, obudziły się i zaczęły tańczyć po pokoju, ciągnąc za sobą naderwane kończyny, przewracając podkrążonymi oczyma, śmiejąc się gardłowo.
W zasadzie właśnie wtedy jedyny raz w życiu pomyślałem o samobójstwie. To dziwne, bo podobny pomysł nie przyszedł mi do głowy nawet po śmierci Nadii. Gdyby sama zażądała ode mnie ofiary z życia, pewnie bym się nie wahał, ale wykazała się subtelniejszym poczuciem humoru.
Nie spałem kilkanaście nocy z rzędu, nie chciałem dać demonowi satysfakcji, zaczynałem mieć halucynacje ze zmęczenia, wreszcie nie wytrzymałem i usnąłem, a on, widocznie bardzo za mną stęskniony, uraczył mnie całą serią pomysłowych wizji, najgorszych, jakie mogłem sobie wyobrazić. W tych snach ja sam również często ginąłem albo zostawałem zamknięty w mrocznej piwnicy, gdzie słuchałem chrobotu paznokci o ściany, a po ziemi pełzało coś, czego nie widziałem w ciemności.
Obudziłem się po prawie dobie i chciałem wyskoczyć przez okno, na zawsze skończyć tę mękę bezsenności przeplatanej grozą. Otworzyłem okno i zaraz za nim zobaczyłem ulicę. O ironio! Poczułem się wtedy samotny jak nigdy w życiu, usiadłem na podłodze i westchnąłem, a z tym westchnięciem na zawsze odeszły ode mnie myśli samobójcze. Byłem na skraju fizycznego wykończenia. Przeraźliwie schudłem. Osłabłem tak bardzo, że ledwie mogłem utrzymać szklankę, powłóczyć nogami. Miałem omamy, prawdziwe omamy, nie takie, które nieustannie ktoś mi przypisywał, jako okolicznemu dziwakowi. Potrafiłem zasypiać w najdziwniejszych miejscach i pozycjach.
W zasadzie stałem się wrakiem człowieka, aż wstyd o tym wspominać. Duchy, które znałem, nie potrafiły mi pomóc, ani nawet wyjaśnić, co się dzieje. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak bardzo są wątłe i nieważne.
Wpadłem jednak na iście genialny pomysł. Postanowiłem pokonać mojego demona bez pomocy innych zjaw czy jakichś świrów-egzorcystów. Nie wiedziałem jak, ale przestałem czekać, aż sam odejdzie, bo przecież nie miał zamiaru tego zrobić.
Spotykałem go czasem podczas snów. Przychodził do mnie, gdy leżałem skulony i przerażony. Zawsze ubrany w wytarte spodnie i zniszczone buty jeździeckie. Długie, czarne włosy związał nisko kawałkiem sznurka. Nie nosił koszuli, miał gładką, nieowłosioną klatkę piersiową. Ręce trzymał w kieszeniach, gryzł długie źdźbło trawy. Uśmiechał się sympatycznie. Jedyne, co w jego wyglądzie było niezdrowe, to oczy. Błyszczały dziwnie, jak w gorączce, czarne, granatowe, ciemnofioletowe. Te oczy nigdy się nie zamykały, ich właściciel wcale nie musiał mrugać.
– To twój świat – oznajmił wesoło. – Sam go tworzysz, to twoje pragnienia i najskrytsze myśli.
– Pierdol się – zamruczałem bohatersko, jednocześnie zwijając się w kłębek na nierealnej, pozbawionej zapachu trawie, pośród niekończącej się łąki.
– Jesteś żałosnym tchórzem – stwierdził wesoło demon, nie odbiegając od prawdy. – Boisz się zasypiać. Jesteś godny pożałowania, Maximilianie.
Śmiał się, czasem kopał mnie, ale w końcu odchodził, znudzony moim strachem, nigdy nieprzesadnie daleko..
Czułem na sobie wzrok jego nienormalnych oczu przez cały czas. Sam nie wiem, co się wówczas wydarzyło i czemu się wydarzyło. Pewnego dnia po prostu przestałem się bać, bo stwierdziłem odkrywczo, że bardziej skrzywdzić mnie już nie może i gdy podszedł, rzuciłem się na niego, przygwoździłem do ziemi i wrzeszczałem mu prosto w twarz:
– Teraz też mną pogardzasz?!
Gdy się obudziłem, koce były porozrzucane po pokoju, poduszka rozerwana, a na łóżku widniała duża, śmierdząca plama. Rozłożyłem ręce i leżałem przez chwilę bez ruchu, czując ogromną ulgę. Przez chwilę miałem wrażenie, że odszedł, ale pomyliłem się. Mimo to odkryłem coś bardzo ważnego.
Tak, chodziło o pogardę. Jego pogarda obudziła we mnie coś, o czym nie wiedziałem, jakąś siłę, której istnienie zaskoczyło mnie i wzruszyło. Jak się to wszystko dziwnie składa, że właśnie we mnie, bojaźliwym i słabym człowieku, bogowie umieścili taki potencjał.
O ironio! To właśnie matka, która próbowała przez całe życie chronić mnie przed demonami, wprowadziła mnie na ich ścieżki. Jej pogrzeb był krótki i cichy, stałem nad grobem na wpół przytomny ze zmęczenia, w pewnym momencie wydawało mi się nawet, że zemdleję i wpadnę do dołu, a grabarze zakopią mnie razem z trumną, nie zauważając mojego zniknięcia. Nie płakałem na pogrzebie, w zasadzie nie do końca wiedziałem, co się dookoła mnie dzieje, oczy same mi się zamykały.
A jednak usłyszałem głos matki, przyzywający mnie z oddali. Gdy podniosłem oczy, ujrzałem drogę. Unosiła się w błękitnej próżni, a po obu jej stronach rosły brzozy. Szumiały melodyjnie wśród deszczu delikatnego puchu.
Matka szła ścieżką i machała na mnie, bym szedł za nią, aż do samego końca. Poszedłem. Ale nie do końca. Zobaczyłem inne ścieżki, odchodzące na boki. Na niektórych widziałem moich przyjaciół, uśmiechali się, ale wołali, bym nie zbliżał się do nich. W pewnym momencie znudziło mi się podążanie niekończącą się drogą. Niestety, mamo, nie mam zamiaru dołączać jeszcze do ciebie i ojca, machaj sobie na zdrowie, pomyślałem, ignorując jej wykrzywioną żalem twarz. Zeskoczyłem ze ścieżki, pośród nagłego jęku tysięcy stworzeń, w mleczną, gęstą próżnię. A tam były demony.
Nauczyłem się osiągać stan dziwnego transu, podobnego do utraty przytomności, a wtedy podróżowałem na granicy obu światów. Zjawy mijały mnie i pozdrawiały ruchem ręki, duchy tych, którzy nie odeszli, witały mnie z pobłażliwością, a ja odkryłem, że mogę zrzucać je w przepaści, nieważne, w którą stronę. Udało mi się pokonać mojego demona. Odnalazłem go na ścieżce nad otchłanią i odesłałem do krain niedostępnych ludziom. Gdy zobaczyłem jego minę, wybuchnąłem głośnym śmiechem, a wtedy cała ścieżka zachwiała się, świat rozprysnął na milion kropelek, a ja unosiłem się wśród nich, roześmiany i zwycięski.


* * *


Od tamtej pory już nigdy się nie bałem. Nie w ten bezsilny, tchórzliwy sposób, nigdy jęcząc. Nauczyłem się rozmawiać z demonami i prosić je o radę, nauczyłem się ich języków i długie godziny spędzałem w barwnym królestwie, słuchając ich opowieści. Oczywiście musiałem przerwać naukę, straciłem też mieszkanie i kilka tygodni spędziłem na ulicy, żywiąc się odpadkami ze stołów innych, ale nie obchodziło mnie to. Chciałem tylko słuchać kojących głosów moich nowych, poszukiwanych od dawna bliskich. Wkrótce zrozumiałem, że to nie wystarczy, by przeżyć i muszę wrócić do swojego świata, niestety.
Talent to przerażająca rzecz. Rozpaczliwie domaga się rozwijania i wykorzystania. Już nie byłem tym strachliwym chłopaczkiem, który dał się zakopać w ziemi, chciałem, by mnie zauważono i doceniono. W swojej niemądrej zuchwałości miałem się za bardzo potężnego, w końcu udało mi się pokonać senne koszmary. Tak, naiwność, od kiedy odrzuciłem młodzieńcze kompleksy, szła u mnie w parze z samouwielbieniem i to wszystko składa się właśnie na mnie, Maximiliana Ozysha, zwanego
Okularnikiem. Okulary założyłem dużo później.
Na początku pomagały mi odróżniać zjawy od zwykłych przechodniów. Szybko przestały być potrzebne, ale przywiązałem się do nich.
Po kilku tygodniach mieszkania na ulicy dowiedziałem się, że do miasta przyjeżdża wielki egzorcysta, Amadeus Integra. Udało mi się przepchać przez tłum gapiów, którzy przybyli, by zobaczyć słynnego człowieka. Gdy go ujrzałem, pomyślałem, że nie jest ze mną najgorzej.
Integra, który wcale nie mieszkał na ulicy, miał ubranie znoszone, jak moje. Niepozorny mężczyzna z cienkim wąsikiem i blond włosami, poprzetykanymi gęstymi pasmami siwizny, rzucający na boki małymi oczkami, od czasu do czasu poruszający rękami nerwowo i bezwiednie, jakby coś łapał, co dodawało mu dodatkowego komizmu. Lecz gdy znalazłem się blisko niego, poczułem ogromną siłę, gęstą aurę wielkiej osobowości, aż zaparło mi dech w piersiach. Amadeus Integra spojrzał na mnie i nie przypominał już zabawnego, małego staruszka. Tak, zdarzają się czasem cuda i los jest łaskawy nawet dla takich głupców, jak ja.
– Kim jesteś? – zapytał Integra, mierząc mnie krytycznym wzrokiem.
– Nieważne. – Wzruszyłem ramionami. – Ale zostanę egzorcystą.
– Egzorcystą? – Starzec uśmiechnął się kpiąco.
– Egzorcystą – powtórzyłem z radosnym uśmiechem, bo zrozumiałem, że właśnie dokonałem najważniejszego odkrycia w swoim życiu.
Nie miałem szlachetnych pobudek. Nie marzyłem o pomaganiu cierpiącym dzieciom, kobietom i mężczyznom, gwałconym przez demony. Nie chciałem ratować świata ani przypodobać się bogom, walcząc z ich maleńkimi wrogami, bo do wielkich jeszcze długo nie miałem dostępu. Chodziło o coś bardziej przyziemnego – chciałem widzieć ich twarze, pozbawione pogardy. Chciałem wchodzić na ich ścieżki i nie wracać, aż do całkowitego wyczerpania, do granicy głodowej śmierci. Chciałem z nimi rozmawiać, dotykać ich, słuchać, poznawać, wyczuwać. Amadeus Integra milczał przez chwilę, nie zważając na napierający tłum, zasypujący go opowieściami o swych problemach i pytający o cenę jego usług. Byłem spokojny. Niezależnie od tego, co powie, zrozumiałem nareszcie, po wielu latach, kim powinienem się stać. Nie kimś, kto zakopuje dzieci w lesie, ani nawet nie kimś, kto zrzuca demony w przepaść. Nie, nie kimś takim. Kimś, z kim demony muszą się liczyć. Jednym z nich.
Integra spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Chodź ze mną.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-06-07 (1300 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej