Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zdradzona
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Początek nieszczęść królestwa'' - Robert Foryś

Strzeż się pokus, poruczniku


Praga od dziesiątków lat uchodziła za istne gniazdo przestępczości i nierządu, zaś szerzący się tam występek stał się przysłowiowy. Połowa gruntów praskich należała do biskupów kamienieckich, a ci, na co dzień urzędując w Kamieńcu Podolskim, nie mieli szans skutecznie gospodarzyć w portowym miasteczku, przez które przewijali się flisacy, szkutnicy i wszelkiego rodzaju ludzie wolni, odważni, ceniący swobodę.
– Płyńcie już, ziąb od wody ciągnie – zwrócił się do przewoźnika jeden z osiłków.
Stary zerknął na bandziorów spode łba, lecz rozsądnie nie oponował. Dał znak młodzieńcowi, by ten odepchnął drągiem łódź od pomostu, a sam chwycił wiosła w dłonie.
– Zaczekajcie, dobry człowieku – naraz od nadbrzeża dobiegł ich zasapany głosik.
Hirsz spojrzał przez ramię i ujrzał niskiego, korpulentnego jegomościa zmierzającego szybkim krokiem w stronę łodzi. Mężczyzna dotarł do krańca pomostu i z impetem wskoczył na pokład. Prom zachybotał się niebezpiecznie.
Grubasek otarł spływający spod futrzanej czapy pot i usiadł przy poruczniku z głośnym sapnięciem. Nosił się jak drobny kupiec albo zamożny rzemieślnik. Być może wybierał się na drugi brzeg w interesach lub też chciał odwiedzić któryś z praskich burdeli, gdzie za pieniądze można było zaznać każdego rodzaju rozpusty. Oprychy wymienili między sobą krótkie, porozumiewawcze spojrzenia i dla Joachima stało się jasnym, że ci dwaj zwęszyli właśnie łatwy zarobek. Gdy tylko łódź dotarła do połowy rzeki, ten siedzący bliżej tłuścioszka sięgnął pod kożuch i wyjął nóż o długim ostrzu, w ręku zaś jego kompana pojawił się czekanik. Nożownik obrócił się twarzą do przewoźnika.
– Płyń tam. – Wskazał ostrzem na łachę, porośniętą gęstwiną bezlistnych krzewów.
Wiosła zastygły w pół ruchu. Również chłopak na dziobie przestał pracować drągiem.
– Robotę przez was stracę – jęknął przewoźnik.
– Powiesz, że bałeś się o życie – podpowiedział zbir z czekanikiem. – Wysadzisz nas tam razem, z tym tłustym parchem, a potem zapomnisz, że coś widziałeś.
Korpulentny jegomość zbladł i przetoczył spojrzeniem po otaczającej łódź lodowatej wodzie, jakby rozważał ucieczkę wpław. Nagle jego wzrok spoczął na poruczniku.
Nożownik wychwycił to natychmiast, jego wąskie wargi rozciągnął okrutny uśmieszek, a zimne oczy wpiły się Joachima.
– To dotyczy również ciebie, pludraku, pojmujesz?
Porucznik westchnął boleśnie w duchu. Po prawdzie mało obchodził go los pechowego jegomościa. Jednak co innego udać, że się nie widzi czegoś z daleka, a co innego, gdy crimen dzieje się tuż obok. Ponadto obawiał się, że grubasek w przypływie paniki lub odwagi zacznie się szamotać i wtedy wszyscy wylądują w rzece. Hirsz uniósł głowę, a w jego oczach pojawił się lodowaty błysk, jednocześnie dłońmi odgarnął poły płaszcza, odsłaniając flintpas z krócicami. Palce zacisnęły się na inkrustowanych srebrem kolbach.
Nożownik sapnął zaskoczony. Zerknął na dzielącą ich ławę, jakby rozważał, czy zdoła doskoczyć i zadać pchnięcie. Ocena wypadła negatywnie. Rozluźnił barki, schował nóż i roześmiał się ochryple.
– Co też, panie, na żartach się nie wyznajecie?
Na te słowa drugi ze zbirów również ukrył broń i naraz wszyscy stali się najlepszymi przyjaciółmi.
Hirsz uniósł kąciki ust w cierpkim grymasie.
– Płyńcie, dobry człowieku, do przystani – zwrócił się do przewoźnika, który z entuzjazmem zaczął wykonywać polecenie.
Porucznik aż do samej Pragi nie zdjął dłoni z pistoletów.
Gdy tylko łódź przybiła do brzegu, korpulentny jegomość przeskoczył przez burtę i wtopił się w tłum pasażerów oczekujących na przeprawę. Hirsz zmarszczył brew na tak jawny brak wdzięczności, miał jednak inne sprawy na głowie niż rozmyślanie o małości ludzkiej kondycji. Odczekał, aż zbiry oddalą się od promu, i dopiero wówczas pożegnał się z przewoźnikiem.
Pokonawszy piaszczystą plażę, skierował się szeroką, pociętą koleinami ulicą ku ryneczkowi. Miasteczko liczyło łącznie nieco ponad sto solidnych domostw i dzieliło się na część biskupią i magnacką. Oba majątki nie stanowiły zwartego obszaru. Grunta kościelne przenikały się z należącymi do Adama Kazanowskiego. Marszałek już ponad dziesięć lat wcześniej wyczuł tu złoty interes i zaczął wykupywać tereny od drobnych właścicieli. Biskupstwo zareagowało zakazem sprzedaży ziemi szlachcie, lecz i tak Kazanowski ostatecznie zdołał zgromadzić w swej jurydyce blisko połowę ziemi.
Ulica wychodziła bezpośrednio na rynek targowy, gdzie znajdowały się najważniejsze budowle Pragi: siedziba burmistrza i ławy miejskiej oraz karczmy. Nad parterową, drewnianą zabudową dominowały dwie wieże kościoła Bernardynów.
Hirsz szybkim krokiem skierował się się ku południowej pierzei placu. Wkroczył w wąski zaułek, przy którym stało kilkanaście składów kupieckich, na jego krańcu, przy skrzyżowaniu z drogą na Skaryszew, znalazł tawernę o połatanym spadzistym dachu. Parterowy budynek już na pierwszy rzut oka nie budził zaufania. Przywodził na myśl raczej zwykłą mordownię niż porządne przyrynkowe austerie. W oknach lokalu błyszczało światło.
Porucznik przeciął opustoszałą uliczkę i wszedł do gospody przez zaskakująco solidne drzwi. Za progiem rozejrzał się po pojedynczej kwadratowej sali, jej wnętrze nie odbiegało wystrojem od innych tego rodzaju miejsc, nawet szynkarz – wielki brzuchacz z tatuażami pokrywającymi odsłonięte przedramiona – był jakby wycięty z szablonu. Pod piecem siedziały znudzone, półnagie dziwki.
Joachim doliczył się blisko dwóch dziesiątek gości, jeśliby się dobrze zastanowić, zawsze tych samych. Ignorując zaciekawione spojrzenia, ruszył wprost do karczmarza i zatrzymał się przy ladzie.
Mężczyzna spojrzał nań spode łba.
– Jest matka?
– U siebie – odparł wielkolud nosowym głosem i uniósł deskę lady tak, by porucznik mógł przejść na drugą stronę.
Hirsz znał drogę. Odgarnął brudną szmatę, zasłaniającą wejście na zaplecze i znalazł się w ciemnym korytarzu.
Było tam kilkoro drzwi. Wiedział, które ma wybrać, nacisnął więc klamkę i wszedł bez pukania. W niewielkiej izbie zastał kobietę o kruczych włosach i korpulentnym ciele, odzianą w czarną, pozbawioną ozdób sukienkę. Siedziała na krześle, za stołem, który wypełniał czwartą część klitki. W izbie nie było okien, jedynym źródłem światła była świeca stojąca w rogu grubego blatu. O dziwo, nikły płomień zapewniał wystarczająco dużo blasku, by Joachim mógł widzieć sylwetkę wiedźmy.
Ciemne oczy bynajmniej nie zaskoczonej nagłym wtargnięciem kobiety wpiły się badawczo w intruza.
– Czego chcesz? – warknęła.
– Tego, co zwykle, odpowiedzi – wyjaśnił spokojnie, niezrażony chłodnym przyjęciem.
– Odpowiedzi, których szukasz, zwykle drogo kosztują. Ostatnim razem o mało nie uciekła. Wiesz, co by się wówczas stało.
Hirsz wzruszył ramionami. Wiedźma mogła narzekać do woli, lecz wiedział, że nie odmówi mu pomocy.
Ostatnimi czasy z Pragi wypędzono cztery kobiety oskarżone o praktykowanie magii, ot, spędzały płody, ważyły mikstury i maści lecznicze. Hirsz miał świadomość, że żadna z oskarżonych nie parała się czarami na poważnie, co najwyżej potrafiły rzucić lub zdjąć niespecjalnie szkodliwy urok. Jedyną prawdziwą wiedźmą po tej stronie rzeki była siedząca przed nim niewiasta. Póki świadczyła mu przysługi, chroniła ją dyskretna opieka Tajnej Kancelarii.
Wyciągnął z sakiewki dziesięć czerwonych złotych i ułożył z nich na blacie zgrabny stosik. Kobieta wbiła wzrok w monety. Wydatne usta rozciągnął nieokreślony grymas. Po chwili drobne, pulchne dłonie zgarnęły zapłatę.
Spojrzeli sobie w oczy.
– Wie, że tu jesteś. Strzeż się pokus, poruczniku.
Zmroził go dreszcz. Wiedźma wstała z brzękiem zawieszonych u pasa kluczy, ze świecznikiem w dłoni podeszła do ściany i nacisnęła niewidoczny dla Hirsza element. Po krótkiej chwili ściana przesunęła się z cichym skrzypieniem i oczom porucznika ukazało się przejście, ze schodami prowadzącymi w dół.
Ruszył za przewodniczką. Stopnie były wąskie i strome.
Gdy dotarli do piwnicy, napotkali obite srebrną blachą drzwi, zaopatrzone w przesuwany wizjer.
Wiedźma odpięła od pasa klucze, kolejno przekręciła je w zamkach i otworzyła drzwi na oścież. Weszła pierwsza. Hirsz musiał pochylić głowę, przechodząc pod niską ościeżnicą. Znaleźli się w przestronnym, niemal pustym pomieszczeniu.
Pierwszym uczuciem, jakiego doznał Joachim, było zimno, panująca tu temperatura była niższa niż ta na dworze. Chłód zdawał się zupełnie nie przeszkadzać siedzącej na pryczy nagiej kobiecie. Jej skóra, włosy, sutki miały mleczną barwę. Również runo podbrzusza było białe jak łabędzi puch. Na szyi nosiła srebrną obrożę, przytwierdzoną do ściany łańcuchem. Uniosła głowę i wbiła nieruchome źrenice w twarz porucznika. Była więcej niż ładna.
– Zostaw nas samych – rzucił w kierunku wiedźmy.
W jej oczach błysnęła podejrzliwość, jednak opuściła piwnicę, choć uczyniła to z wyraźną niechęcią. Joachim poczekał, aż drzwi zamkną się z trzaskiem. Upewniwszy się wpierw, że nie są obserwowani, stanął w odległości pięciu kroków od pryczy. Albinoska uśmiechnęła z ironią, płynnym ruchem zeszła z łóżka i ruszyła do mężczyzny. Ciężkie, jędrne piersi zakołysały się w rytm kroków. Metr od Hirsza zatrzymał ją naprężony łańcuch.
Joachim opuścił wzrok ku płaskiemu brzuchowi i linii smukłych, mocnych ud. Bezwiednie westchnął, a z ust wykwitł obłoczek pary. Uniósł głowę i napotkał wyblakłe źrenice; jeśli oczy są oknami duszy, to w tych zagnieździło się coś bardzo starego.
Spojrzała nad jego barkiem na drzwi.
– Suka obawia się, że ulegniesz pokusie – stwierdziła wzgardliwym tonem.
Chwyciła piersi i uniosła je ku twarzy Joachima, następnie zsunęła dłonie wzdłuż talii i bioder aż do pokrywających łono jasnych włosów.
– To wszystko może być twoje – wyszeptała kuszącym głosem. – Zabij ją, a spełnię każdą twą zachciankę, każde pragnienie.
– Nie igraj ze mną – ostrzegł ją twardym, spokojnym głosem. – Zapłaciłem za ciebie złotem. Zapłacę drugie tyle, by cię ukarano za zuchwałość.
Blade usta ponownie rozciągnął płytki uśmiech.
– Jesteś złym chłopcem, poruczniku. Ciekawe, czy to wina wychowania, czy też charakteru?
– Dość o mnie – warknął.
Sięgnął do kieszeni i wyjął łańcuszek z zawieszoną na nim złotą obrączką. Puszczony swobodnie wisiorek zakołysał się gwałtownie, niczym wahadełko różdżkarza.
W czerwonych oczach błysnęła ciekawość, szybko skryta za zasłoną długich rzęs.
– Mogę? – Kobieta wyciągnęła ku niemu rękę.
Zachowując ostrożność, złożył wisiorek w zagłębieniu dłoni, która od razu zacisnęła się w pięść. Alabastrowe ciało wyprężyło się, napinając ogniwa łańcucha, a źrenice uciekły w głąb czaszki.
– Ktoś pobłogosławił ten przedmiot – głos był głęboki i chrapliwy.
– Należał do zakonnicy – wyznał.
Z ust sukuba wydobył się obłąkańczy chichot, a Hirsz wzdrygnął się mimo woli.
– Nie o takim błogosławieństwie mówię, poruczniku.
Właśnie tego się obawiał.
– Zatem zły duch?
Białowłosa nie odpowiedziała od razu. Chwilę trwało, nim rozluźniła mięśnie i mogła spojrzeć mu wprost w oczy. Bezradnym gestem rozłożyła ręce.
– Jeśli tak, to nie wyczuwam w tym przedmiocie duchowej emanacji. Błogosławieństwo dał człowiek.
Hirsz uniósł brew.
– Jesteś pewna? Miałem widzenie. Coś na kształt czarnej mszy. Nadzy ludzi klęczący wokół tronu, na którym siedziała zamaskowana postać.
Zmysłowe wargi sukuba rozciągnął lubieżny uśmieszek.
– Sam najlepiej wiesz, że wizje nigdy nie niosą prostych odpowiedzi. Umysł potrafi płatać figle, poruczniku. Być może to tylko twoje pragnienia.
Hirsz wbił w białowłosą badawcze spojrzenie. Nie wychwycił na jej obliczu śladu fałszu, choć z takimi istotami nigdy nic nie wiadomo. Był rozczarowany, nie tego oczekiwał.
Bezwiednie opuścił spojrzenie wzdłuż łagodnych krzywizn alabastrowych piersi, zmierzając ku krągłościom brzucha. Gdyby tylko zechciał, mógłby ją mieć, przyciągnąć do siebie i... Szarpnięcie zaklęcia chroniącego przed urokiem podziałało niczym kotwica wbita w mózg. Hirsz zorientował się, że bezwiednie przechylił ciało, skracając niebezpiecznie dzielący ich dystans. Wyprostował się.
W bezdusznych oczach błysnęło rozczarowanie.
Oparł dłoń na rękojeści sztyletu tkwiącego w pochwie u pasa.
Wytrzymała jego spojrzenie. Wzruszyła ramionami i rozwarła palce.
– Wierz mi lub nie, poruczniku, w tej obrączce nie ma nic magicznego.
Zachowując ostrożność, odebrał wisiorek i schował do kieszeni. Bez słowa odwrócił się i wyszedł z piwnicy.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-06-09 (1214 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej