Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Smoczy tron (wyd.2)
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Gryź, mała, gryź'' - Christopher Moore

Żegnaj, gniazdko miłości


Z PAMIĘTNIKA ABBY NORMAL
triumfującej niszczycielki kotków-wampirów



Łkam, dąsam się i wylewam żale – powąchałam gorzki, różowy flamaster rozpaczy, i łzy z tuszem do rzęs znaczą moje policzki, jakby wepchnięto mi w oczy garść przeżutych, czarnych żelowych misiów. Życie to mroczna otchłań cierpienia, a ja jestem sama, oddzielona od mojego drogiego, słodkiego Fu.
Ale słuchajcie – totalnie skopałam tyłki gangowi kotków-wampirów. Zgadza się, kotków, czyli było ich wiele. Duży ogolony kot-wampir Chet nie przemierza już miasta sam, dołączyło do niego mnóstwo mniejszych i nieogolonych kotów wampirów, ale znaczną część z nich zmieniłam w kocie tosty za pomocą swojej odlotowej słonecznej kurtki. Dokładnie przed naszym poddaszem atakowały tego szalonego Cesarza i jego psy, a ja ich uratowałam, wybiegając na ulicę i zapalając światło.
Była to czysta techno-rzeźnia, wszędzie krew i mały Japończyk z samurajskim mieczem, który zrobił kotkom niezłe zygu-zygu, kiedy atakowały.
Wiem, co myślicie.
Ninja, proszę...
Wiem, OKMBZORRO! Samuraj w mieście bez frajerów!
Nie próbowałam nawet przekonać gliniarzy, kiedy przyjechali.
Zasunęli: „Co jest?”.
A ja na to: „Nic”.
A oni: „Co to wszystko znaczy?”. I pokazali krew, dymiący koci popiół i tak dalej.
Na to ja: „Nie wiem. Jego spytajcie. Ja tylko usłyszałam hałas i wyszłam, żeby sprawdzić”.
Spytali więc Cesarza, a on próbował opowiedzieć im całą historię, i to było błędem – w sumie to wariat, więc trzeba mu darować. Ale i tak wzięli go do samochodu i zabrali razem z psami, chociaż było totalnie oczywiste, że wiedzą, kto to, i po prostu zachowują się jak fiuty. Wszyscy znają Cesarza. Dlatego nazywają go Cesarzem.
No dobra, Fu przyjechał w końcu do domu, a ja rzuciłam mu się w ramiona i tak jakby obaliłam go na ziemię potężnym pocałunkiem z języczkiem, tak głębokim, że poczułam cynamonowo-tostowy smak jego duszy, ale potem strzeliłam mu z liścia, żeby nie uznał mnie za zdzirę. (Mordy w kubeł, stanął mu).
I zasunął: „Przestań tak robić, nie uważam cię za zdzirę”.
A ja: „Tak? No to skąd wiesz, że dlatego cię strzeliłam, i gdzie ty, kurwa, byłeś, mój szalony, mangowłosy kochanku?”. Czasami najlepiej odwrócić sytuację i zadawać pytania, kiedy twoje argumenty są do dupy. Nauczyłam się tego na zajęciach z wprowadzenia do mass mediów.
Fu na to: „Byłem zajęty”.
A ja: „No to ominęła cię moja akcja z atakiem heroicznej wojowniczki”. Potem wszystko mu opowiedziałam i zasunęłam: „No i teraz jest mnóstwo kotów-wampirów. Co ty na to, kujoniczku?”. To pieszczotliwe słówko, którym nazywam Fu, odnosząc się do jego szalonych zdolności naukowych.
Odpowiedział: „No, wiemy, że musi nastąpić wymiana krwi między wampirem a ofiarą, zanim ta umrze, inaczej po prostu rozpada się w proch”.
A ja: „Czyli Chet jest na tyle mądry, że to wie?”.
Fu na to: „Nie, ale jeśli kot zostanie ugryziony, to co w naturalny sposób robi?”.
Odparłam: „Ej, ja tu zadaję pytania. Jestem twoim bossem, wiesz?”.
A Fu w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, tylko jedzie: „Odgryza się. Myślę, że Chet przemienia te inne koty przez przypadek”.
„Ale wyssał tę policjantkę, a ona się nie przemieniła”.
„Bo go nie ugryzła”.
No to ja: „Wiedziałam”.
A Fu: „Mogą być ich setki”.
A ja: „I Chet je tu przyprowadził. Do nas”.
A Fu: „Oznaczył to jako swoje terytorium, zanim stary wampir go przemienił. Uważa, że to jego miejsce. Na schodach ciągle śmierdzi kocimi sikami”.
Powiedziałam: „To nie wszystko”.
Fu na to: „Co? Co?”.
Wtedy ja totalnie pojechałam swoim głosem mrocznej pani: „Chet się zmienił. Jest większy”.
A Fu: „Może po prostu odrosła mu sierść”.
Ja na to bardzo złowieszczo: „Nie, Fu, jest dalej ogolony, ale zrobił się znacznie większy, myślę...”. Urwałam. Było to bardzo dramatyczne.
A Fu: „Mów!”.
Wtedy tak jakby zemdlałam mu w ramiona, cała emo. A on totalnie mnie złapał, jak przystało na mrocznego bohatera z wrzosowisk, lecz potem zniweczył romantyczny dramatyzm, bo połaskotał mnie i zasunął: „Mów, mów, mów”.
Więc powiedziałam, bo już mało brakowało, a bym się posikała, a to zupełnie nie moje klimaty.
„Chyba powinniśmy się martwić przemianą tego małego samuraja. To by nie było za dobre, bo koleś jest totalnie zajebisty, pomimo kompletnie kretyńskiego kapelusza i skarpetek”.
A Fu na to: „Gryzł je?”.
A ja: „Był cały obryzgany krwią kotów-wampirów. Może parę kropel wpadło mu do ust. Lord Flood mówi, że przypadkiem przemienił tę niebieską dziwkę przez jeden pocałunek w zakrwawione usta”.
Fu odparł: „W takim razie musimy go znaleźć. Abby, możemy sobie nie poradzić. Potrzebujemy pomocy”. I głową wskazał posąg księżnej i lorda Flooda.
Ja na to: „Wiesz, co się stanie, jak ich wypuścimy?”.
A Fu: „Jody totalnie skopie nam tyłki”.
A ja: „Oui, mon amour, epickie kopanie tyłków pour toi i moi. Ale wiesz, co jest jeszcze gorsze?”.
No to Fu spytał: „Co? Co? Co?”. Bo francuski doprowadza go do szału.
Ja na to: „Ciągle ci stoi!”. Ścisnęłam go za wacka i pognałam do sypialni.
No dobra, Fu ganiał mnie parę razy po poddaszu i dwa razy dałam się złapać, na tyle długo, żeby zdążył mnie pocałować, zanim trzasnę go z liścia – no, wiecie dlaczego – i ucieknę. Byłam jednak gotowa dać mu do zrozumienia, że mogę się poddać jego męskiej słodkości, więc powiedziałam: „Mógłbyś zmienić mnie w wampira, a ja użyłabym mrocznych mocy, żeby skasować te kociaki zagłady od Cheta”.
Fu na to: „Nie ma, kurwa, mowy. Za mało wiem”.
I wtedy ktoś zaczął łomotać do drzwi. I nie był to łomot w stylu „cześć, co słychać?”. Brzmiało to raczej tak, jakby właśnie zaczęli wielką wyprzedaż łomotu do drzwi w dyskoncie z łomotami. Kup dwa, zapłać za jeden w Łomotoramie.
Wiem. CJK? Gdzie prywatność? Łomot do gniazdka miłości.


JODY



Czuła się jak w swojej klitce w firmie ubezpieczeniowej na długo przed przerwą obiadową, w pradawnych czasach, trzy miesiące temu, zanim stała się wampirem. Przy każdym zachodzie słońca budziła się na jakieś piętnaście sekund i wpadała w panikę, myśląc o głodzie i uwięzieniu, zanim udawało jej się siłą woli zmienić w mgłę i unosić pośród czegoś, co uważała za krwawy sen, w miłym, eterycznym oszołomieniu, które trwało aż do wschodu słońca, kiedy to jej ciało materializowało się w mosiężnej skorupie i z praktycznego punktu widzenia stawała się martwym mięsem aż do kolejnego zmierzchu. Ale mniej więcej pod koniec pierwszego tygodnia tych napadów paniki zorientowała się, że dotyka Tommy’ego. Był z nią w tej brązowej skorupie i w przeciwieństwie do niej nie mógł zmienić się w mgłę. Wiedziała, że powinna była go tego nauczyć, tak jak stary wampir nauczył ją, teraz jednak było za późno. Skoro nie miała wystarczającej swobody ruchów, by przekazać mu wiadomość alfabetem Morse’a, nie wspominając o głosie, to może zdoła jakoś połączyć się z nim telepatycznie. Kto wie, jakimi jeszcze dysponowała mocami, o których stary wampir zapomniał jej powiedzieć. Skupiła się, pchnęła, próbowała nawet posłać jakieś pulsacje w miejsca, gdzie stykała się ich skóra, ale w odpowiedzi uzyskała tylko wyraźną, urywaną, elektryczną panikę.
Biedny Tommy. Naprawdę tam był. Żywy i bezlitośnie świadomy. Próbowała do niego dotrzeć, aż nie mogła już znieść ciężaru własnego głodu i paniki.
Abby, jeśli kiedykolwiek się stąd wydostanę, twoja wąska dupa będzie moja, pomyślała przed przemianą w mgłę i błogosławieństwem ucieczki.


INSPEKTOR RIVERA



To nie było zabójstwo, ściśle rzecz biorąc, jako że brakowało ciała, tym niemniej funkcjonariuszka policji parkingowej zaginęła podczas czynności służbowych, a sprawa dotyczyła Cesarza i pewnej dzielnicy, pełnej zabudowań przemysłu lekkiego i artystycznych poddaszy na południe od Market Street, którą Rivera zanotował sobie w pamięci, gdyby coś się wydarzyło. A coś bez wątpienia się wydarzyło – tylko co?
Końcówką długopisu uniósł kołnierzyk pustego munduru, by sprawdzić, czy na chodniku pod spodem nie ma drobnego, szarego popiołu. I nie było. Wewnątrz munduru, na chodniku przy mankietach i kołnierzyku – tak. Ale nie na chodniku pod spodem.
– Nie widzę tu zbrodni – stwierdził Nick Cavuto, partner Rivery, który, gdyby był smakiem lodów, to gejowo-futbolowym z posypką. – Jasne, coś się tu stało, ale może to po prostu dzieciaki. Cesarz to bez wątpienia świr. Absolutnie niewiarygodny świadek.
Rivera wstał i rozejrzał się, patrząc na zalaną krwią ulicę, popiół, wciąż rozbłyskujące światła wózka policjantki, a potem na Cesarza i jego psy, które przyciskały nosy do tylnej szyby ich brązowego, fordowskiego sedana bez oznaczeń. Smakiem Rivery był niskotłuszczowy hiszpańsko-cyniczny w rożku od Armaniego.
– Mówi, że zrobiły to koty.
– No właśnie, to sprawa dla wydziału ochrony zwierząt. Wezwę ich. – Cavuto odstawił przedstawienie z otwieraniem telefony komórkowego i wciskaniem guzików grubymi niczym kiełbasa palcami.
Rivera pokręcił głową i znowu przykucnął nad pustym uniformem. Widział, czym jest ten pył, i Cavuto też to wiedział. Owszem, wymagało to paru miesięcy i wielu niewyjaśnionych morderstw, a także widoku starego wampira, przyjmującego na siebie tyle strzałów, że zabiłyby cały pluton żołnierzy, który następnie przeżył, by zabić jeszcze kilka osób. W końcu jednak załapali.
– To nie były koty – stwierdził Rivera.
– Obiecali, że wyjadą – powiedział Cavuto, przerywając pokaz perkusyjnego wybierania numeru. – Ta straszna dziewczynka mówiła, że opuścili miasto. – „Oni”, czyli Jody i Tommy, którzy obiecali wyjechać z miasta i nigdy nie wrócić. – Cesarz powiedział, że widział, jak stary wampir wsiada na statek. Cała ich banda odpłynęła.
– Ale to absolutnie niewiarygodny świadek – zauważył Rivera.
– Na ogół. To nie...
Rivera uniósł palec, by go uciszyć. Umówili się, że nigdy nie będą używać słowa na „w” w obecności innych.
– Musimy się spotkać z tą okropną małą.
– Nieee – jęknął Cavuto, po czym się zreflektował, że, wziąwszy pod uwagę jego wiek, wygląd i zawód, jęczenie z powodu perspektywy spotkania z nastoletnią dziewczyną jest trochę... Zachowywał się jak wielki dupek, ot co.
– Zmężniej, Nick, powiemy jej, że nie tylko ma prawo, ale i obowiązek milczeć. Poza tym wezwałem posiłki.
– Chyba powinienem zostać w wozie z Cesarzem. Sprawdzić, czy pamięta coś jeszcze.
W tej samej chwili na miejscu przestępstwa wybuchło jakieś zamieszanie i odezwał się funkcjonariusz w mundurze:
– Inspektorze, ta kobieta chce przejść. Mówi, że musi się zobaczyć z córką, która tu mieszka. – Wskazał ogniotrwałe drzwi poddasza, gdzie mieszkała straszna dziewczyna ze swoim chłopakiem.
Atrakcyjna jasnowłosa kobieta przed czterdziestką, ubrana w prążkowany kitel, usiłowała się przepchnąć obok policjanta.
– Przepuść ją – powiedział Rivera. – Zobacz, Nick, anioł zstąpił, by cię chronić.
– O, Boże, chroń mnie przed jebanymi neohipiskami – powiedział gejowo-futbolowy z posypką.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-06-15 (1321 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej