Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Przygody Gordianusa. Ramiona Nemezis, Zagadka Katyliny
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wiedźma opiekunka, cz.1'' - Olga Gromyko

Egzamin


„Wredne staruchy”, reprezentowane przez byłego aspiranta, a dziś bakałarza trzeciego stopnia Almita (magia obiektów), bakałarza drugiego stopnia Kreniana (zielarstwo) i bakałarza czwartego stopnia Rodomira (magia żywiołów), przywitały nas bardzo ciepło, po raz kolejny potwierdzając moje domysły odnośnie do zawczasu podpisanych dyplomów. Egzamin się jeszcze nie zaczął, wszyscy czekali na mistrza (czytaj: Ksana Dejanira Perłowa, bakałarza magii praktycznej pierwszego stopnia, albo po prostu dyrektora Ksandera). Studenci, których cały tłumek wpuszczony został do auli, najpierw rzucili się do stołu z biletami. Przekręcali je, jęczeli, łapali się za serce, wywracali oczami, próbowali jakoś zaznaczyć najlepiej wyuczone tematy albo przynajmniej zapamiętać, gdzie się znajdują. Bakałarze tylko chichotali w kułak, nie robiąc żadnych uwag. Wreszcie, stukając grubą jesionową laską, do auli wkroczył mistrz. Laski pozostałych członków komisji spokojnie stały za ich fotelami – były niczym innym jak symbolami, takimi samymi jak togi i wysokie kołpaki zakładane przy najbardziej uroczystych okazjach. Ciągania wszędzie za sobą przyciężkiej, dekorowanej srebrem i klejnotami laski, nawet gdyby miała ona jakąś magiczną moc, nie podjąłby się najbardziej wytrzymały mag. Jeżeli praktycy używali jakichkolwiek dodatkowych źródeł mocy, to woleli bransolety, medaliony albo pierścienie.
Rozmowy i hałasy natychmiast ucichły, a my z przerażeniem przypomnieliśmy sobie, że znajdujemy się na egzaminie państwowym z magii. Komisja niechętnie zajęła miejsca, gotowa, by wysłuchać i ocenić naszą skromną wiedzę.
Mistrz zaczął od odebrania Ważkowi ściąg. Potem zrobił mi uwagę:
– Wolho, przestań szczękać zębami! Strach znajdować się z tobą w jednej auli.
Posłusznie zacisnęłam szczęki. Zęby przestały dzwonić, za to zaczęły mi drżeć nogi. Mistrz spojrzał na stół z biletami i ściągnął brwi.
Wszystkie oznaczenia, zadrapania oraz zagięte rogi znikły jak zakładki na tkaninie pod rozżarzonym żelazkiem. Enka, który i bez tego przypominał kolorem twarzy umarlaka, pokrył się plamami wyglądającymi jak trupie. Westchnęłam, uświadamiając sobie, że na drugim bilecie po lewej w trzecim rzędzie już nie ma trzech praw nekromancji, twierdzenia Łupina -Babkina i zadania na dematerializację.
Mistrz z zadowoleniem pogłaskał się po brodzie i szerokim gestem zaproponował, byśmy losowali.
Tak myślałam! Trzynastka! Ja to mam prawdziwe szczęście do tego numeru, w ciągu dziesięciu lat i czterdziestu egzaminów udało mi się wyciągnąć równo tuzin trzynastych biletów! Podałam asystentce rzucający się w oczy numer i nie patrząc już więcej na biały świstek, usiadłam w drugiej ławce w środkowym rzędzie.
Wzięłam ze stosiku kilka czystych kartek z urzędowymi pieczęciami na rogach, zdjęłam pokrywkę z kałamarza, sprawdziłam na paznokciu pióro. A dopiero potem przeczytałam pytania. Hura! Pierwsze znałam doskonale, drugie potrafi łam sobie przypomnieć, a trzecim była ta po trzykroć przeklęta historia rozwoju magii. Oczywiście połowa dat zdążyła wywietrzeć mi z głowy, ale dzięki Lenowi te pierwsze na liście nadal stały mi przed oczyma. Szybciutko przeniosłam je na papier, żeby nie pogubić, zanim przystąpię do odpowiadania.
Mistrz wstał i przeszedł się pomiędzy rzędami, bez ceregieli zaglądając pod ławki w poszukiwaniu konspektów.
Odebrał Ważkowi kopię ściągi. Chwilę postał nade mną, wpatrując się w chaotyczne bazgroły. Z nawyku przykryłam swoją twórczość ręką – ile by mnie mistrz rugał, nie potrafi łam pozbyć się tego machinalnego gestu. Nie lubię, gdy patrzy mi się przez ramię. Ale tym razem mistrz zmilczał i ruszył dalej.
Rozejrzałam się na boki. Enka sapał, kreśląc na kartce schemat samolatającej miotły. Ważek w natchnieniu przepisywał z kopii kopii ściągi.
Patologiczna miłość Ważka do ściągania nie dawała się wyjaśnić. Po wyuczeniu konspektu na blachę, przeczytaniu całej masy literatury podstawowej i przejrzeniu kupy dodatkowej nadal nie mógł powstrzymać się przed pokusą zapisania malutkich skrawków papieru jemu tylko zrozumiałymi piktogramami. Prawie zawsze wpadał, co zmuszało go do wyciągnięcia drugiego biletu i odpowiadania bez przygotowania. Niezmiennie odpowiadał śpiewająco, zaskakując tym egzaminatorów.
Po półgodzinie czyjeś nerwy nie wytrzymały i potykająca się postać niepewnymi krokami dotarła do katedry, mnąc w spoconych rękach zapisaną z dwóch stron kartkę.
– B-b-bilet siódmy. T-teoretyczne i pra... praktyczne podstawy telekinezy – Wander przeczytał pytanie, jąkając się i oblizując zaschnięte wargi, po czym skierował pełne przedśmiertnej męki spojrzenie gdzieś w stronę sufitu.
Mistrz pokrzepiająco skinął w kierunku adepta, przeniósł spojrzenie na salę i z wcale zrozumiałym oburzeniem odnalazł tam tylko porzucone kartki i pióra.
Wszyscy zdający natychmiast i zgodnie zanurkowali pod ławki.
– C-co t-t-tu się, do licha, dzieje?! – gniewnie ryknął Ksander, stukając laską. – Natychmiast stamtąd wyłazić! Rodomir, Krenian, tylko na to popatrzcie!
Mistrz obejrzał się i drgnął zaskoczony. Nad stołami komisji egzaminacyjnej połyskiwały osierocone gałki magicznych lasek.
Brak zdolności Wandera w dziedzinie magii praktycznej zdążył już przejść do legendy. Cała grupa spisywała od niego prace domowe, ale w przypadku konieczności wykonania natychmiastowych działań przy tablicy adept gubił się, denerwował i mylił najprostsze zaklęcia, stanowiąc niemałe zagrożenie dla otoczenia.
Mistrz z niezadowoleniem pokręcił głową, ale dostrzegłam, jak nieznacznie poruszył końcem laski, tworząc niewidoczny ekran Grundela – rozpraszacz zaklęć.
– Można łyk wody? – żałośnie poprosił adept, docierając do praktycznej części zagadnienia.
– Proszę nalać wody do szklanki przy pomocy telekinezy. I niech to będzie pańska odpowiedź – poradził mistrz, mocniej ściskając laskę w rękach.
Wander skinął głową, zmarszczył czoło i zagapił się na karafkę.
Woda zawrzała.
Adept skupił się. Wrzenie ustało, szkło pokryło się szronem. Prawie natychmiast karafkę rozerwało na kawałki, na stole została lodowa kopia, a dookoła niej rozbryznął się bezdźwięcznie obłok szklanych okruszków.
– Wystarczy – pośpiesznie rzucił mistrz. – Następne pytanie!
Odłamki z brzękiem spadły na podłogę. Niewzruszona asystentka zabrała lodową karafkę i wytarła kałużę, która zdążyła się utworzyć. Egzamin trwał dalej.
Szczęśliwie dla nas, Wander nie trafi ł już ani jednego praktycznego pytania i, niezmiernie zadowolony z końca koszmaru egzaminacyjnego, w podskokach wybiegł z auli, trzaskając drzwiami.
Westchnęliśmy z zazdrością. Zdecydowałam się nie przeciągać oczekiwania na wyrok i zajęłam opustoszałe krzesło przed katedrą. Mistrz przebiegł wzrokiem bilet, skinął głową i skierował na mnie wyczekujące spojrzenie spod groźnie zsuniętych brwi. Na pierwszym roku odjęłoby mi mowę, na piątym – zadrżał głos, na dziesiątym bez chwili wahania odpowiedziałam mu tym samym. Komisja zakrztusiła się źle maskowanymi chichotami. Mistrz z irytacją postukał kostką palca wskazującego w stół, przywołując wszystkich do porządku.
Póki odpowiadałam na pierwsze pytanie, arcymag nie przeszkadzał i wydawało się, że w ogóle mnie nie słucha, tylko wertuje rozłożone na stole papierzyska, kiwając głową raz na czas jakiś, bym nie pomyślała, że o mnie zapomniał.
– No dobrze – powiedział w końcu. – Widzę, że teorię lewitacji opanowałaś. Co tam masz jako drugie pytanie? Blokadę psychosomatyczną? Bardzo dobrze. Omińmy zasady i charakterystykę, tyle to każdy się na trzecim roku nauczył, przejdź od razu do praktyki. Na mnie. Na nim?! Zmusić arcymaga, by zamarł jak ten trup, i to biorąc pod uwagę, że na bank zastosuje przeciwzaklęcie, a może nawet „lustro” odbijające czar na czarującą?
Oblizałam nieoczekiwanie zaschnięte wargi, żywo wyobrażając sobie, jak ktoś wynosi moje oniemiałe ciało z auli razem z krzesłem i ustawia pod figowcem. Komisja zaciekawiła się i obudziła z lekkiej, uważnej drzemki, w której bakałarze zwykle przeczekiwali egzamin. Mawiano, że bakałarz Werogor z katedry zielarstwa wprawił się na tyle, by sypiać z otwartymi oczyma, pochrapując potakująco na co dłuższych i bardziej nudnych odpowiedziach.
Najprościej byłoby zastosować dla blokady uniwersalne zaklęcie Mirtona, ale spowodowanie, by przeszło bokiem, również nie należało do zbyt skomplikowanych.
Można też spróbować plastycznej formuły z siedmioma zmiennymi, bazowanej na magii żywiołów, lecz to zaklęcie jest najbardziej kapryśne i nieprzewidywalne, a poza tym wymaga doskonałej znajomości przeciwnika. Badawczo spojrzałam na mistrza, próbując odgadnąć, jakie słabe miejsca może mieć jego obrona. Najłatwiejsze wydawało się wyczarowanie sobie wystarczająco ciężkiej maczugi i zajście od tyłu...
Poza tym istnieje jeszcze jedno bardzo dobre i potężne zaklęcie... zbyt potężne nawet dla doświadczonego maga. Plecie się je bardzo długo i dokładnie, ale za to pozwala wkładać moc po kawałku, a nie jednym impulsem na końcu. Bardzo wygodna sprawa, szczególnie w sytuacji, gdy ma się czas na odnowienie rezerwy magicznej: plecie się jedną część, odpoczywa, plecie drugą, aktywuje i używa. Jednak mało prawdopodobne, by komisja chciała czekać dobę czy pozwoliła mi na przebieżkę do najbliższego źródła mocy.
A jeżeli założymy, że mistrz już przygotował „lustro”, które wisi między nami, czekając na moją odpowiedź? Najprawdopodobniej zostało skonstruowane tak, by odbić bezpośredni cios i przepuścić niedokończone zaklęcie. A ono, przechodząc przez „lustro”, pociągnie je za sobą i w ten sposób się dostroi. Ale jeśli „lustra” tam nie ma, to czeka mnie jesienna poprawka...
Połączyłam koniuszki zauważalnie drżących palców w klasyczną kulę, udając, że zdecydowałam się na Mirtona – ogromna pokusa dla przeciwnika, by jednak ustawić „lustro”. Sama tymczasem, smętnie i absolutnie nie wierząc w powodzenie, wypowiedziałam w myśli zupełnie inne słowa i na wszelki wypadek zamknęłam oczy, by nie widzieć swojej porażki.
Zaklęcie poszło, a ja nie poczułam sprzężenia zwrotnego, czyli albo zadziałało, albo jednak nie dostroiło się do końca. Przynajmniej do mnie nie wróciło. Minął pierwszy niekończący się moment oczekiwania. Potem drugi. Zaryzykowałam otworzenie jednego oka. Ofiara nadal patrzyła na mnie tak samo badawczo, lekko wychylona do przodu.
Siedzący obok Almit z niedowierzaniem wyciągnął rękę i pomachał nią przed nosem mistrza.
Zrobiło mi się nieswojo. Adepci wykazali się wyczuciem chwili i co sił rzucili się odpisywać. Ważek uroczyście wyciągnął zza ucha malutką kulkę papieru, która natychmiast rozrosła się w jego ręku w ważący pół puda foliał „Teoria i praktyka pracy z przestrzenią”, rozłożył go na kolanach, po czym księga sama z siebie zaczęła poruszać stronami, by w końcu zatrzymać się na rozdziale „Manipulacja rozmiarami”.
Bakałarze dla przyzwoitości poczekali trochę, ale nic się nie zmieniło. Chyba tylko hałas w auli narastał – adepci w pośpiechu wymieniali się wiedzą.
– Wolho, dodatkowe pytanie – odkaszlnął Krenian.
– Jak stoisz ze zdejmowaniem blokady psychosomatycznej?
Posłałam bakałarzowi żałosne spojrzenie, zbyt późno przypomniawszy sobie, że rozwianie nałożonego przeze mnie zaklęcia leży wyłącznie w mocy zaklinającego albo ofiary, z czego ja nie miałam już żadnej rezerwy, a mistrz z jakichś powodów nie śpieszył się skorzystać ze swoich umiejętności.
– Leć do źródła w auli, tylko szybko – pozwolił mi domyślny Almit.
Zerwałam się z miejsca, po drodze przewracając krzesło, i jak strzała pomknęłam do źródła. Odnowienie rezerwy zajęło mi około kwadransa. Po moim powrocie sala egzaminacyjna przypominała bibliotekę – na wszystkich ławkach w stosikach i pojedynczo leżała literatura pomocnicza, z wiszącej przed Temarem kryształowej kostki dobiegał czyjś nosowy głos dyktujący osiemnaście różnic pomiędzy strzygą a kudłakiem. Komisja miała w tym czasie ważniejsze zadania niż pilnowanie adeptów – szanowni bakałarze zebrali się dookoła mistrza i bezskutecznie próbowali dojść, co i w jaki sposób mu zrobiłam. Na mój widok w pośpiechu zajęli swoje miejsca, pokasłując w kułak z podszytym szacunkiem skrępowaniem.
Po zdjęciu blokady skuliłam się w kłębuszek w oczekiwaniu na gromy i pioruny, ale mistrz jak gdyby nigdy nic mruknął coś z zadowoleniem, niedbale nakreślił parę zawijasów w arkuszu egzaminacyjnym i zrobił sobie niewielką przerwę, na parę minut opuszczając salę. Pytanie z teorii rozwoju magii zaliczałam u Almita, a pozostali bakałarze zgodnie zapadli w drzemkę.
– No to w którym roku niefortunnie zszedł z tego świata wielce szacowny arcymag Kapucjusz? – ponowił pytanie były aspirant, uśmiechając się do wnętrza swojej brody.
Doskonale wiedziałam, że trójkę już wypracowałam, a niżej Almit i tak mi nie postawi, jako że zbyt dobrze pamięta swoje własne cierpienia na egzaminie państwowym, więc zapomniałam o resztkach strachu. W związku z tym nawet nie spróbowałam przypomnieć sobie odpowiedzi i bezczelnie strzeliłam:
– W roku trzysta czterdziestym pierwszym.
– A dlaczegóż to z takim smutkiem? – zaciekawił się bakałarz.
– A z czego tu się cieszyć...
– To fakt. W roku trzysta czterdziestym pierwszym arcymag był martwy od prawie dwóch stuleci – w jego głosie słychać było szczere współczucie.
– No bo przecież zszedł niefortunnie... Skąd pan wie, ile by jeszcze przeżył?
Almit jedynie westchnął, z tęsknotą spoglądając za okno, za którym stary kasztanowiec wypuszczał puchate pąki. Na zewnątrz szczebiotały ptaki, jaskrawo świeciło słońce, a historię rozwoju magii Almit sam nie bardzo pamiętał.
Bakałarz z wyraźnym wstrętem powrócił do egzaminu:
– Wolho, ostatnie pytanie... Spręż się, twoja ocena od niego zależy.
Zerknęłam na Almita z niedowierzaniem, spodziewając się jakiegoś kruczka.
– Tak więc pytanie... Co mam ci postawić?
– Piątkę! – krzyknęłam radośnie.
Almit westchnął i podpisał swój protokół. Komplet stanowiły cztery, zgodnie z liczbą członków komisji Oceny, które postawili mi pozostali bakałarze, stanowiły w tajemnicę do początku balu absolwentów.
Jednak nikt nie wątpił, że zdałam.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-06-21 (1344 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej