Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wybawienie
 
Katalog - dodano
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Paradoksy młodszego patriarchy'' - Eleonora Ratkiewicz

Wybaczcie mi, że jesteście takimi szumowinami. To ja was tak wychowałem.


Wszedłem. Natychmiast uderzyło mnie spojrzenie mistrza Dajra – szybkie, piekące i ciężkie jak policzek. Zachłysnąłem się jak od prawdziwego uderzenia w twarz. Mistrz popatrzył na mnie – to wszystko. Jednak pod wpływem jego wzroku nie śmiałem nawet odetchnąć. Oddychają żywi, chodzący po tym świecie – a takich jak na świecie być nie powinno. Ciągnęło się to i ciągnęło... nie wiem, jak długo. Do chwili, kiedy w kąciku ust mistrza pojawił się nikły uśmieszek, zezwalający mi na istnienie.
- Czy mam powiedzieć głośno, kim jesteś i jak należałoby cię po tym wszystkim nazywać? – spytał zjadliwie.
Spuściłem głowę.
- Obejdzie się – stwierdził okrutnie. – Gdybym to powiedział, pożaliłbyś się trochę, a potem zapomniał. Człowiek tak naprawdę pamięta tylko to, czego sam się domyśli. Tak więc nazywać się tak, jak na to zasługujesz, będziesz ty sam. Sądzę, że nie potrzebujesz podpowiedzi.
Skinąłem głową.
- Mówiono ci kiedyś, że niedobrze jest podsłuchiwać? – zapytał mistrz Dajr, unosząc brwi.
- Mistrzu, ja... niechcąco... tak wypadło...
- Jeszcze by brakowało, żeby chcąco – prychnął. – Dobrze choć, że starczyło ci rozumu, by się tu nie wdzierać. Domyślasz się, mam nadzieję, że zadanie zrobienia z Thia jak najlepszego wojownika to twój i tylko twój obowiązek.
- Już obiecałem, że się nim zajmę – wypaliłem.
- No proszę, jednak nie jesteś całkiem beznadziejny. Dzięki choć za to. – W głosie mistrza nie usłyszałem jednak nawet cienia wdzięczności. Brzmiało to raczej tak, jakby był zmuszony nazwać cytrynę „słodką”.
- Przede wszystkim musi nauczyć się opanować swój charakter – zauważył sucho. – Ludzie z tak porywczą naturą długo na tym świecie nie pożyją.
- Natura... – uśmiechnąłem się gorzko. – On po prostu niczego się nie boi. Zupełnie niczego. Zwykle tak się dzieje do pierwszego mordobicia..., a on niczego się nie nauczył. Poznał co to strach, ból, co to bezbronność, a mimo to i tak się nie boi.
Mistrz Dajr wyraźnie sposępniał.
- No dobrze – rzekł po krótkiej chwili milczenia. – Nic mi po bezużytecznych pogawędkach. Dalej, podaj mi ramię. Szybciej. Co tak stoisz? Postrzał mi wlazł w krzyże.
Osłupiałem. Po pierwsze, oprzeć na mnie w tej chwili mógł się co najwyżej wychudzony komar, wszystko cięższe zwali mnie z nóg – i mistrz doskonale to wiedział. Po drugie – jaki, do diabła, postrzał? Jakie – u wszystkich diabłów – krzyże?! Jasne, od czasu do czasu dają znać o sobie stare rany i złamania – nie był już przecież młodzieniaszkiem – ale postrzał? W krzyże...? Mistrza tak naprawdę nic nie bolało, dobrze to widziałem.
- I ja takiemu tępakowi chciałem w przyszłości zostawić szkołę – westchnął Dajr. – Jeszcze nic nie rozumiesz?
- N-nie – zająknąłem się.
- A czas byłby najwyższy. Kary, uczniu Kintar, bywają dwojakie: hańbiące i honorowe.
W pierwszej chwili poczułem ulgę, ale potem zastanowiłem się i kiwnąłem głową. Wszystko jasne. Tysiąc pompek, na przykład, to bardzo honorowa kara. Zwłaszcza w obecności tych, którzy nie daliby rady zrobić nawet pięciuset. To wywyższa człowieka we własnych oczach, nie mówiąc już o pełnych podziwu świadkach.
- Hańbiące i honorowe – powtórzył mistrz Dajr. – Poniżające i wywyższające. Do tej pory miałeś do czynienia tylko z tymi drugimi, a wczoraj w pełni zarobiłeś na pierwszy rodzaj. Ty, mój najlepszy uczeń. Mój następca. Wychłostany na oczach wszystkich, jak pierwszoroczniak. Rozumiesz chociaż z jakiego szczytu, w jakie szambo spadłeś?
Nie zastanawiałem się nad tym. Mistrz miał rację. Szambo – dobre określenie. Nikt mi nie odbierał ani siły, ani mistrzostwa... Zrobiłem to sam, własnymi rękami. Thia może starać się ile tylko chce, ale nie zatka wszystkich złośliwych pysków. A i pobić mnie całą gromadą nikt im nie przeszkodzi, nawet nauczyciel.
- Po sprawiedliwości, jaki lubi mówić uczeń Thia, powinienem cię zostawić, żebyś wypił całe to piwo, jakiego nawarzyłeś. – Mistrz Dajr patrzył przez moment wprost na mnie, a ja znów przestałem oddychać. – Zasłużyłeś na to.
W samej rzeczy, zasłużyłem. Nie tylko sam wlazłem w gówno po uszy, ale jeszcze utopiłem w nim marzenia mistrza. Jego nadzieję, że zobaczy mnie kiedyś jako głowę szkoły, jego wiarę we mnie, jego trud i serdeczne do mnie przywiązanie – wszystko razem.
- Ty byś mógł dać radę – nieoczekiwanie zakończył mistrz. – Nie od razu, ale... mógłbyś. Jednak nie mam czasu na takie rzeczy. Dlatego choć nie w całości, ale dostałeś co twoje – a ci nikczemnicy nawet jeszcze nie rozpoczęli.
Nie rozumiałem, kogo mistrz nazwał nikczemnikami. Wiedziałem jednak, że muszę być posłuszny. Rozumiejąc czy też nie, powinienem robić to, co mi kazano. Podać ramię mistrzowi i milczeć. Tak też zrobiłem. Wyszliśmy. Posuwałem się powolnym, miarowym krokiem, a mistrz zwalił się na mnie niemal całym ciężarem.
Właściwie sprawiał jedynie takie wrażenie. Wcale się na mnie nie opierał, ledwo czułem jego dotyk – tylko tyle, żeby iść, gdzie należy, nie pytając o drogę. Kierowaliśmy się w stronę wewnętrznego dziedzińca. Tam, gdzie zamarł szereg uczniów, gotowych powitać nauczyciela przed zwykłym wspólnym treningiem. W jednolitym szeregu ziały dwie luki. Jedno puste miejsce wśród nowicjuszy – Thia. Kazałem mu leżeć, więc leży. I drugie – moje. Często padały na nie ukradkowe spojrzenia. Niektóre współczujące, ale najczęściej otwarcie wrogie. Łatwo było odczytać z nich moją przyszłość – taką, że aż się wzdrygnąłem.
- Popatrz, Kintar – szepnął ledwo słyszalnie mistrz Dajr. – Tylko popatrz... i co, podoba ci się...? A przecież to ja was takimi zrobiłem.
Was. Nie „ciebie”, a „was”. Spóźnione zrozumienie ogarnęło mnie nagłym żarem. Oto dlaczego mistrz Dajr spochmurniał, kiedy wspomniałem o odwadze Thia. Była bezsporna, tak samo jak tchórzostwo tych, którzy stali teraz przed nami. A był tu cały szereg zwycięskich, tryumfujących tchórzy! Przez chwilę wyobrażałem sobie, jak musi czuć się mistrz. I serce mi zamarło.
- Ale, mistrzu... – próbowałem odszepnąć.
- Milczeć! – syknął.
Tylko do mnie, do mnie jednego. Usłuchałem. Rozumiałem już, kogo i za co zamierza ukarać mistrz Dajr. Starsi uczniowie jak zawsze jako pierwsi usłyszeli kroki nauczyciela. Pierwsi przerwali prowadzone półgłosem rozmowy i obrócili głowy. Ani jeden z nich nie rzucił się wczoraj na pomoc Thia. Ani jeden nie próbował mnie powstrzymać. Niektórzy nawet wycofali się po cichutku, żeby nie być świadkami niewygodnego zajścia. No dobrze, z pierwszaka „ni mleka, ni wełny”, ale tak czy owak nikt nie odważył się wyrwać ofiary z moich rąk. Sądząc z porannego wystąpienia Thia, nikt – albo prawie nikt –nie wahał się też obrzucać mnie błotem. I wszyscy ci, którzy nie mieli odwagi bronić katowanego chłopca, patrzyli na pustkę w tym miejscu, jakie jeszcze wczoraj należało do mnie.
A teraz mnie ujrzeli. Mistrz Dajr trzymał rękę na moim ramieniu. Stałem przed nimi. Nie wśród nich, nie jako jeden z nich. Nie jak skompromitowany nędznik, nie włóczęga, przygarnięty z łaski i wczoraj nareszcie wychłostany, jak mu się od dawna należało.
Najlepszy uczeń. Wciąż jeszcze – bez względu na wszystko – najlepszy. Nadzieja i podpora.
Patrzyłem po tych twarzach, wykrzywionych, niemalże zeszpeconych przez szok – i zabraniałem samemu sobie odwracać wzrok. Kiedy palce mistrza zsunęły się z mego ramienia, prawie westchnąłem z ulgi..., ale nie, wszystko się dopiero zaczynało.
Nauczyciel postąpił kilka kroków, po czym ukląkł.
- Powinienem was prosić o przebaczenie – rzekł dobitnie, a mnie się wydało, że tracę zmysły. Albo już straciłem... – Was wszystkich.
Zrobiło się tak cicho, że prawie można było usłyszeć, jak wiatr porusza włosami zamarłych od wstrząsu uczniów.
- Wybaczcie mi, że jesteście takimi szumowinami. To ja was tak wychowałem.
Wczoraj mistrz Dajr patrzył na moje plecy... a dzisiaj to ja nie widziałem jego twarzy. Za to widziałem twarze uczniów, widziałem ich oczy...
- Wczoraj uczeń Kintar pobił nowicjusza Thia. I wojownik Kintar został za to ukarany. Ale wy – wy niegodni jesteście nawet kary. Dlatego, że nie jesteście wojownikami. Jesteście pleśnią. Nikim. Gorzej niż nikim. Wczoraj uczeń Majon Thia mało nie stracił życia, a wy staliście i patrzyliście na to. Wczoraj starszy uczeń Kintar mało nie stał się mordercą – a wy staliście i patrzyliście. Wczoraj w gniewie mało nie zatłukłem na śmierć starszego ucznia Kintara – wy nadal staliście i patrzyliście. Nikt do niczego się nie mieszał. Nawet nie próbował. Równie dobrze mogłoby was tam nie być. Was i tutaj nie ma. Dla mnie – nie ma. Wybaczcie, że wychowałem was na takie śmieci, że nie chcę was znać. Mdli mnie na wasz widok.
Dajr podniósł się i zrobił jeszcze jeden krok w stronę skamieniałego szeregu.
- Uczyć was dłużej nie mogę. Chyba że on się wami zajmie. – Mistrz skinął głową w moją stronę. – A dalej to już jak on powie. Innego nauczyciela mieć nie będziecie.
- Ależ mistrzu – wykrztusiłem – ja nie mogę... mnie nie wolno... Po prawdzie, tylko jeden człowiek jest godny przejąć szkołę – Majon Thia.
- Zgadza się – zwrócił się do mnie Dajr. – Cała bieda w tym, że chociaż jest godny, z powodu niskich umiejętności nie może tego zrobić. I póki go nie wyszkolisz przynajmniej do poziomu starszego ucznia – szkoła jest twoja. A potem to już wedle uznania.
Dopiero teraz w pełni zdałem sobie sprawę, co postanowił mistrz Dajr i ile komu odmierzył. Thia, według jego mniemania, został ukarany dostatecznie. Moją karę uznał za niezbędną – i ona nadal trwała. Dla wszystkich pozostałych właśnie się zaczynała. A co się tyczy samego mistrza... nie miałem odwagi o tym myśleć.
Zrozumiałem, że oto na moje ramiona, nie dalej jak wczoraj wysieczone bojowym pasem, spadła władza. I nie wiem, co z tą władzą począć. A zrobić coś powinienem – tylko co? Po tym wszystkim, co się wydarzyło... Tak, nie jestem już taki jak przedtem. Nagle stanąłem przed dawnymi współuczniami w nowej postaci. I są stosunki, których nie można kontynuować w żadnej postaci. Ni w starej, ni w nowej. Kontynuować...
Kontynuować?
Za nic.
Zrobiłem krok w przód. Przez chwilę milczałem. Przesunąłem wzrokiem po szeregu, zatrzymując się na każdej twarzy. Tak, jakbym widział je po raz pierwszy.
- Taar-łajh! – wykrzyknęły moje usta rozkazująco.
Taar-łajh. Sygnał do apelu. W przekładzie ze starego języka „nazwij siebie”. Dokładnie takimi słowami, a nie tradycyjnym powitaniem, zaczynali trening przyjezdni mistrzowie, którzy zgodzili się na prośbę nauczyciela podzielić się z nami swoją wiedzą i sekretami. Tak zaczyna zajęcia nowy nauczyciel w nieznanej sobie szkole, z uczniami, których nigdy przedtem nie widział.
Cisza.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-06-28 (1277 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej