Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Biały gryf
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Krzyż Południa. Rozdroża'' - Jakub Ćwiek

Prolog


Dobson, Georgia 19 października 1863



Sierżant Reynolds nakrył dłonią skórzany kubek i potrząsnął nim, wsłuchując się w grzechot kości. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że z wysokości swego drzewa ukrzyżowany przygląda mu się z dezaprobatą, ale wcale go to nie obeszło. W końcu sam się tam pchał, przeklęty zbawca ludzkości!
– To jak, Hush, o kapelusz? – zapytał, wznosząc kubek ku niebu niczym Mojżesz swoją laskę w dniu, gdy rozstąpiło się morze.
Podobnie jak tamten biblijny, i ten gest zwiastował rychły cud. A przynajmniej niezłą sztuczkę.
Siedzący naprzeciw niego szeregowy Hush zerknął niepewnie w stronę drzewa. Ukrzyżowany cierpiętnik był jednak zbyt skupiony na walce o oddech, by posyłać kolejne gniewne czy niechętne spojrzenia, o słownych reprymendach już nie wspominając. Zresztą czy tam, gdzie się wybierał, naprawdę był mu potrzebny oficerski kapelusz?
– Hush, ręka mi uschnie zaraz. Grasz czy nie?
Szeregowy pokiwał głową. Kości z kubka wysypały się na rozłożoną na piasku chustkę.
– No popatrz, Hush, jakie ja mam szczęście – zawołał Reynolds i z zadowoleniem poklepał się po udzie. – Ale nie martw się, zaraz się odkujesz. Zresztą wiesz, co mawiają o tych, którzy mają szczęście do takich zabaw... To jak, o bluzę?
Odpowiedzią było wzruszenie ramion, ale sierżant potraktował je jako zgodę i ponownie zebrał kości.
– Swoją drogą, Hush, nie uważasz, że to prawdziwa ironia losu? – powiedział, potrząsając kubkiem. – Wracamy do domu, wszyscy nas mają za bohaterów, a nie ma ani jednej kobitki, która prawdziwie mogłaby to okazać. Znaczy nie żebym miał coś przeciwko szanownym paniom matkom, wziąłbym się za każdą z nich chętnie...
Z drzewa dobiegło go stłumione chrząknięcie.
– Z wyłączeniem matki pana kapitana, o ile szanowna matrona jeszcze żyje, oczywiście – gładko uzupełnił swą wypowiedź sierżant.
Potem na chwilę zamarł z kubkiem w ręku, szukając w głowie nitki urwanego wątku.
– Zresztą sam wiesz, Hush, jak to jest z mężatkami z Południa. Choćby ich chłop miał w spodniach robaka jak na ryby, a sąsiad dom dalej drąg jak do łojenia czarnuchów, nie przekonasz.
Hush nie wiedział. Miał dopiero siedemnaście lat i nigdy nie był z żadną kobietą z Południa, czy to mężatką, czy panną. Całe jego miłosne doświadczenie sprowadzało się do kilku Jankesek, które spotkali w drodze z Rock Island. Aż dziw, że sierżant tego nie pamiętał – to on wszak wprowadzał Husha w miłosne arkana. Wybrał mu nawet tę pierwszą.
Kości znowu znalazły się na chustce i kolejny fant powędrował do Reynoldsa. Nie licząc spodni i butów, których kapitan nie dał sobie zdjąć, sierżant skompletował już cały jego mundur. Teraz łapczywie rozglądał się za kolejnym łupem.
– Kapitanie Cross – zwrócił się do ukrzyżowanego – czy na pewno tam, dokąd pan zmierza, będą panu potrzebne rewolwery?
Natychmiast pożałował pytania. Oczy dowódcy, od dłuższej chwili tępo wpatrzone w zielony horyzont, nagle rozjarzyły się blaskiem, a muskularne ciało drgnęło. W jednej chwili napięły się mięśnie ramion, brzucha, nóg, zatrzeszczały ścięgna. Płuca niczym kowalskie miechy zassały powietrze.
– Ani. Mi. Się. Waż... Reynolds – wycharczał Cross. – Dotknij ich, a zabiję.
Gdyby powiedział to ktoś inny, sierżant z całą pewnością parsknąłby śmiechem, nauczony doświadczeniem wiedział jednak, że Jeremiah Cross dotrzymuje słowa. A gdy komuś groził, nie powtrzymałyby go nawet dziewięciocalowe gwoździe w rękach i stopach.
Reynolds wiedział o tym, dlatego natychmiast uniósł ręce w pojednawczym geście.
– To taki żart, kapitanie, chciałem sprawdzić, czy pan jeszcze żyje – powiedział. – Pogadać z kimś, bo siedzimy już na tych rozstajach tyle czasu, zmierzcha prawie, a z tym tutaj to sam pan wie.
Wskazał na Husha, ale kapitan znów pogrążył się w cierpieniu. Ciało raz jeszcze zawisło bezwładnie, a wzrok stępiał. Mogłoby się wydawać, że zaraz zejdzie z tego łez padołu, ale Reynolds wiedział, że to płonne nadzieje – kapitan to twardy skurwysyn, a on miał ostatnio pecha. Nie było mowy, by wrócili z Hushem do kwatery przed zmrokiem.
Cały ten plan z każdą chwilą wydawał mu się coraz bardziej niedorzeczny. Och, wiązał się z wykorzystaniem magii, więc brak logiki, przynajmniej takiej zwyczajnej, mieli wliczony w koszty. Tyle że teraz, gdy kapitan już zrobił swoje, a oni czekali na jego śmierć, grając w kości, sierżantowi przyszło do głowy, że to mogło być... po prostu głupie.
Nic to, pomyślał, kciukiem przygładzając nastroszonego wąsa. Będzie, co ma być. Teraz i tak trudno byłoby się wycofać. Zwłaszcza Crossowi.
Powiódł wzrokiem po zielonej okolicy, spojrzał na każdą z czterech dróg, czy nikt aby w ich stronę nie nadchodzi. A potem, nie widząc nikogo, podniósł upuszczony wcześniej kubek i zebrał do niego kości.
– To co, Hush, gramy o dzisiejszą kolację?


* * *



Godzinę później, gdy słońce powoli zaczynało już znikać za pobliskim pagórkiem, Jeremiah Cross poderwał się nagle, zaczerpnął tchu, po czym splunął gęstą, lepką śliną prosto na swoje przebite gwoździem stopy.
– Reynolds? – wycharczał. – Jesteś tam jeszcze?
– Jestem, jestem – mruknął sierżant z niechęcią. Przeszło kwadrans temu, litując się nad Hushem, odesłał chłopaka do kwatery, sam jednak nie mógł zejść z posterunku. – A gdzie indziej miałbym być?
– A masz rewolwer?
Sierżant natychmiast poderwał się z miejsca, sięgając do kabury. Czyżby kapitan dojrzał kogoś nadchodzącego drogą? Z góry wszak było widać lepiej, a poza tym matka setki razy mu powtarzała, że Jezus ze swego krzyża widział wszystko. A drzewo Crossa nie mogło wszak być wiele niższe.
Jednak, mimo iż wytężał wzrok z całych sił, nie dostrzegł nikogo zmierzającego ku rozstajom.
– Co z tym rewolwerem, Reynolds? – ponowił swoje pytanie Cross, tym razem głosem tak cichym, że ledwie można było odróżnić go od szumu wzbierającego nagle wiatru. – Masz czy nie? Bo moich ci nie dam.
– Mam, kapitanie. Oczywiście, że mam, tylko nie rozumiem, co...
Więc odciągnij kurek i strzel mi w brzuch, chciał powiedzieć Cross, ale słowa uwięzły mu w gardle. Bo oto wraz z kolejnym podmuchem wiatru na drodze pojawił się ten, na którego kapitan czekał.
Był nagi, jego ciemnobrązowa skóra lśniła w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, szkielet namalowany na ciele skrzył się niczym diamentowy pył, a wielki czarny cylinder przekrzywił się zawadiacko na bok.
– Wielkie brawa, kapitanie Cross – powiedział przybysz. – Mówiąc szczerze, miałem pewne wątpliwości, czy podąży pan moją ścieżką. Skoro jednak jest pan tutaj, nie pozostaje mi nic innego, jak powitać pana...
Klasnął, a wszędzie wokoło z miejsca zapadła noc.
– ...w moim świecie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-06-30 (1315 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej