Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Lód
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Odnaleźć swą drogę'' - Aleksandra Ruda



Początek dorosłego życia



Dorosłe samodzielne życie nie rozpoczęło się lekko.
Cichutko skradałam się po domu, piastując w objęciach ogromniastą walizę. Władowałam do niej tylko najniezbędniejsze rzeczy, a i tak nie mogłam jej podnieść, bałam się jednak wlec po podłodze — zgrzytanie walizki po parkiecie na pewno zbudziłoby całą moją rodzinę.
W salonie postawiłam oporny bagaż na podłodze, podeszłam do stołu i wyciągnęłam z kieszeni list pożegnalny.
— Widzę, że mimo wszystko zdecydowałaś się uciec? — dobiegł głos z kąta.
Wzdrygnęłam się.
— Mama? A co tu robisz? Myślałam, że śpisz!
— Śpię. Tu, na fotelu.
— A jak się domyśliłaś, że...
— Córcia, urodziłam cię i wychowałam. Zapomniałaś?
— To nie jesteś przeciwna?
— Jestem. Ale co mogę zrobić?
— Mamuś, nie chcę gnuśnieć w tej dziurze! Chcę zdobyć wyższe wykształcenie, zostać wielkim magiem.
— Wykształcenie zdobyłaś w Liceum Magii. Po co ci więcej? Przecież do prowadzenia własnej praktyki to zupełnie wystarczy. A później wyjdziesz za mąż...
— Nie chcę wychodzić za mąż! Nie chcę! Nie chcę przeżyć całego życia tak, jak ty.
— Czyli jak? W otoczeniu kochającej rodziny? Uważasz, że to takie złe?
— Właśnie tak! Niczego nie widujesz, nigdzie nie bywasz, co może być gorszego?
— Źle cię wychowaliśmy. Nie trzeba było pozwolić ci na czytanie tych wszystkich książek przygodowych. Zamilkłyśmy, przypomniawszy sobie, że odkąd ukończyłam Liceum Magii, maglowałyśmy ten temat już nie raz i nie dwa, i nawet nie dziesięć razy.
— Nie mamy pieniędzy na twoją naukę — przypomniała mama.
— Postaram się o stypendium i za moją naukę zapłaci królestwo. A tak w ogóle, to jestem człowiekiem samodzielnym i samowystarczalnym. Mama milczała. Położyłam list na stole, hardo złapałam rączkę walizki i mocno pociągnęłam. Walizka niespodziewanie lekko pojechała po nawoskowanej podłodze, wpadła pod mój tyłek i razem ze mną runęła przez drzwi.
— Przynajmniej, nim zdasz na ten cały uniwersytet, spróbuj się nie zabić, ty samodzielny człowieku — powiedziała mama.
— Nie zabiję się — obiecałam. — Do zobaczenia, mamo.
— Jeśli noga ci się powinie, to pamiętaj, ostrzegałam — odpowiedziała. — I wróć.
— Wrócę, ale wtedy, kiedy osiągnę to, co chcę!
Mama pokiwała głową. Jakoś nie wierzyła w moją zawrotną karierę na polu magii. Oczywiście, najbardziej życzyłaby sobie, żeby każda z jej pięciu córek była zawsze w zasięgu ręki, potem wyszła za mąż i żyła, jak wszyscy w tym zapyziałym miasteczku.
Wytaszczyłam walizę na ganek. Ciężkie drzwi trzepnęły mnie po grzbiecie, wyrzucając na drogę. I w ten oto „tryumfalny” sposób porzuciłam dom rodzinny. Podniosłam się z kolan, spojrzałam na brudną sukienkę i westchnęłam. Po przybyciu na miejsce zamierzałam się oczywiście przebrać, jednak perspektywa pokonania całej drogi w brudnej kiecce nie napawała mnie radością.
Dorosłe życie zaczynało się parszywie.
Dowlokłam walizkę do poczty, gdzie już stał dyliżans. Zajęłam swoje miejsce i wyciągnęłam z kieszeni zmięte ulotki reklamowe, które wzięłam jeszcze w liceum. Najbliższy Uniwersytet Magii znajdował się w Czystiakowie. Pogrążyłam się w studiowaniu prospektu, chcąc wybrać dla siebie najlepszy kierunek.
Nie wiedziałam, na co się zdecydować. Nie chciałam przeżyć całego swojego życia w malutkim miasteczku, trwoniąc umiejętności przy wyrabianiu okładów na zapalenie korzonków, maści przeciw hemoroidom i sprzedaży lubczyku klientom „z własnymi naczyniami”. Nie chciałam do końca życia pozostać dzieckiem w oczach moich rodziców i służyć wcale nie najlepszym przykładem moim czterem siostrom. Nie zamierzałam wyjść za mąż za jakiegoś pospolitego faceta, który nigdy nie zrozumie moich pragnień, marzeń i dążeń. A poza tym, miałam w ręku dyplom ukończenia Liceum Magii, w dodatku z niezłymi ocenami. Bez dyplomu zaś wstąpienie na wyższą uczelnię byłoby niemożliwe.
Zamierzałam stać się słynną i jeśli nie bogatą, to chociaż dobrze sytuowaną damą, która sama kieruje swoim życiem. Chciałam, żeby się mną zachwycano i żeby nikt już nie kpił z tego, jak jestem ubrana i z tego, że nie mam chłopaka. „Czekamy na młode talenty! Wstępujcie w nasze szeregi! Zdobędziecie dobrze opłacany zawód, z perspektywami na przyszłość!” — wołały slogany na ulotkach.
Schowałam je. Przyjadę do miasta, a tam na pewno się zorientuję, co należy zrobić!
Czystiakowo przywitało mnie gwarem, szerokimi ulicami, mnogością przeróżnych sklepów i sklepików oraz tłumami młodzieży — okres rekrutacji na wyższe uczelnie trwał w całej pełni. Przebrałam się w swój najlepszy kostium i prosto z dyliżansu wylądowałam przed wejściem Uniwersytetu Nauk Magicznych. Przyciskając do siebie walizę, jako jedyną rzecz łączącą mnie z tym, co znałam i dającą mi poczucie bezpieczeństwa, zaczęłam się rozglądać. Nie miałam zielonego pojęcia, dokąd iść i co robić dalej.
— Przepraszam! — zawołałam do przechodzącego obok chłopaka. — Czy mógłbyś mi pomóc? Przyjechałam, żeby zapisać się na uniwersytet...
Student zmierzył mnie wzrokiem i pogardliwie skrzywił wargi.
— I znowu jakaś prowincjuszka przyjechała. Dziewczyno, takich ciuchów nikt już od roku nie nosi!
Zmieszałam się, a on ciągnął:
— Jaka długa spódnica! Co, wstydzisz się nogi pokazać?
Żakiet nie podkreśla biustu! A włosy! Co to za okropny pęczek na głowie!
Przełknęłam łzy napływające mi do gardła.
— Nie przyjechałam na wybory miss, tylko się uczyć!
— Mam nadzieję, że nie na Wydział Jasnowidzów? Nie masz tam najmniejszych szans! Komisja rekrutacyjna siedzi w budynku głównym, to tam — machnął ręką i poszedł.
Pogładziłam dla dodania sobie otuchy szorstki bok mojej walizy i poszłam we wskazanym kierunku. Nie wybierałam się na Wydział Sędziów i Jasnowidzów! Miejsce w sądowym systemie mogłabym zająć tylko niskie — moi rodzice nie byli zamożni, ani tym bardziej nie należeli do arystokracji. Miałabym tylko przekładać papierki i usługiwać takim typom, jak ten snobek? A daru prekognicji nie posiadałam.
Zatrzymałam się przy tablicach, reklamujących rozmaite kierunki studiów. Najbogatszą z nich — jaskrawe obrazki, pozłacane litery — była oczywiście ta Wydziału Sędziów i Jasnowidzów. Stały przy niej dwie dziewczyny w obłędnych sukienkach — do tej pory widziałam takie tylko na okładce magazynu „Dworskie Życie Królestwa”.
Stoisko Rzemiosł Magicznych minęłam bez namysłu, choć i ono przyciągało uwagę kolorami, gustownymi literami i kwiatami, tak podobnymi do prawdziwych, że trudno było zgadnąć, że są wykute z kamienia. Ten kierunek obierały najczęściej krasnoludy, rzadko elfy i ludzie. Perspektywa spędzenia pięciu lat najpierw w pracowni uniwersyteckiej, a potem całego życia w swojej własnej, nie bardzo mnie zachwycała.
Wydział Magii Teoretycznej i Przekształceń Magicznej Energii... Nie, tu też nie chcę iść. Magowie-teoretycy — wysuszeni staruszkowie, przesiadujący w bibliotekach.
A co to jest przekształcenie magicznej energii? Aha, „ukierunkowanie energii do prawidłowego łożyska”. O ile pamiętam, to głównie magia wykreślna. Koszmar! W liceum mieliśmy podstawy magii wykreślnej. W tej dziedzinie wlokłam się na szarym końcu — wykreślenie równej linii w pentagramie (i to jeszcze pod dokładnym kątem do poprzedniej!) do dziś jest dla mnie awykonalne. Fakultet Magii Praktycznej. Trzy specjalizacje: nekromancja — brrr!, magia bojowa i magia praktyczna. Magowie wojownicy! Brzmi zachęcająco! Najbardziej opłacalna z magicznych profesji. Magowie bojowi służą w armii Jego Wysokości, uczestniczą w bitwach, chronią spokój obywateli.
Wszyscy chcieliby zostać bojowymi magami. Przyjrzałam się spisowi egzaminów. No tak, rozmarzyłam się niepotrzebnie, egzaminu sprawnościowego nie zdałabym nigdy w życiu. Jestem leniwa i niewysportowana. Szkoda, szkoda... Magowie-praktycy. Zajmują się unicestwianiem wszelkiej maści upiorów i widm, pojawiających się w pewnych okresach niczym grzyby po deszczu, we wszelkich wioskach i zakątkach królestwa. Można nieźle zarobić i jeszcze podróżować! Jeśli tylko nie wyślą mnie w pobliże Gór Zmierzchowych, z których upiory ciągną do ludzi jak muchy do miodu. Chociaż nie, nie wyślą. Jest tam miejscowy uniwerek, a to oznacza, że mają dosyć swoich magów. Trzeba się zastanowić. Nie muszę zdawać egzaminu sprawnościowego, cudownie! A inne jakoś zdam!
Wydział Uzdrowicielstwa. Można wziąć pod rozwagę. I zarobić można, i szacunek zdobyć. Godne zastanowienia. Weszłam do środka i skierowałam się do sali, na której drzwiach dyndała karteczka z inskrypcją „Wydział Uzdrowicielstwa”.
— Dzień dobry! — zawołałam do starszawej uzdrowicielki, drzemiącej za stołem.
— Wybrałaś nasz wydział, skarbeńku? — zapytała.
Kiwnęłam twierdząco głową.
— Trochę się spóźniłaś. Przyjdź w przyszłym roku. Przyjmujemy kandydatów na uzdrowicieli z końcem wiosny, żeby popracowali do jesieni w Domu Uzdrowień i upewnili się, czy są gotowi pomagać cierpiącym. Jeśli chcesz, to zostaw zgłoszenie, zawiadomię cię o naborze w przyszłym roku.
No, ciekawostka! I co mam niby robić przez cały rok? Bo przecież nie wrócę do domu z niczym! Podziękowałam uzdrowicielce i poszłam szukać szczęścia na Wydziale Magii Praktycznej.
Pod drzwiami audytorium, w którym siedziała komisja rekrutacyjna, kłębili się abiturienci. Strapiony młody człowiek w szacie z emblematem uniwersytetu od czasu do czasu wykrzykiwał:
— Po kolei, proszę ustawić się w kolejce! Nowo przybyli, zapisujemy się. Zapisujemy się u mnie!
Jakoś udało mi się przepchać do dysponenta i przedstawiłam się. Zapisał moje dane i wręczył do przestudiowania cienką kartkę z niewyraźnie wydrukowanym tekstem.
„W związku ze zbyt dużą liczbą chętnych, pragnących wstąpić na Wydział Magii Praktycznej, administracja Uniwersytetu wprowadza następujące dodatkowe kryteria naboru...”. Dodatkowe warunki zlały się przed moimi oczami w jedną czarną plamę, pozwalając mi jednak dostrzec jedną linijkę: „zaliczenie egzaminów sprawnościowych na jakąkolwiek specjalizację według podwyższonych norm”. Podwyższonych! A ja w liceum z trudem zdałam z wuefu według norm minimalnych, stworzonych dla słabeuszy! Drzwi do sławy przyszłej orlicy — specjalistki od zwalczania sił nieczystych zatrzasnęły się przed moim nosem z wielkim hukiem.
Co robić? Wracać do domu na tarczy? Zostało tylko jedno wyjście.
Niczym skazaniec powlokłam się do sali, na drzwiach której widniało: „Wydział Magii Teoretycznej”. Postałam przed nimi. W końcu bycie bibliotekarzem, nauczycielem albo i specjalistą od magii wykreślnej jest lepsze niż wyraz twarzy mojej mamy, który miałabym okazję ujrzeć, gdybym wróciła do domu z podkulonym ogonem.
Drzwi były uchylone, więc mogłam dostrzec jak dziewczyna z komisji rekrutacyjnej kokietowała sympatycznego czarnowłosego chłopaka. Stałam w drzwiach, lecz rozflirtowana para nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi. Długa grzywka chłopaka cały czas spadała mu na oczy, więc bezustannie potrząsał głową, a jego towarzyszka zanosiła się perlistym śmiechem. Czarna koszula młodziana była rozpięta na piersiach, a wąskie czarne spodnie podkreślały, że ma obłędnie zgrabne nogi.
„Tani macho!” — pomyślałam. Nigdy, nigdy żaden tego typu facet tak się do mnie nie uśmiechał i nigdy nie miałam okazji śmiać się tak, jak ta dziewczyna — dźwięcznie, wyzywająco. Rozzłościłam się na mój gorzki los i powiedziałam głośno:
— Hej, słuchajcie, potrzebujecie abiturientów?
— A pani chce zostać teoretykiem? — zapytała dziewczyna.
— A zresztą, przecież to widać!
Zaśmiała się, ale chłopak jej nie zawtórował. Uważnie mi się przyglądał, unosząc przy tym jedną brew. Uchwyciłam spojrzenie nieoczekiwanie błękitnych oczu i spochmurniałam, starając się włożyć w swoją wzrokową odpowiedź całą pogardę dla tego rodzaju przystojniaczków. Chłopak wzruszył ramionami.
— Tak, chcę — powiedziałam wyzywająco. Nie miałam nic do stracenia. Jeśli i na ten wydział mnie nie przyjmą, pozostanie mi tylko samobójstwo, najlepiej przez utopienie.
— A pani czym się tu zajmuje?
— Komisja rekrutacyjna jest na obiedzie — skrzywiła wargi dziewczyna. — Jestem tylko sekretarką.
— Jeśli jest pani sekretarką, to proszę ich zawołać! — powiedziałam, z łomotem stawiając walizę na podłodze.
— Widzę, że nie jest pani zbytnio zapracowana.
— Wredna małpa! — rzuciła dziewczyna, mijając mnie.
— Wypacykowana lalunia — nie pozostałam jej dłużna.
Wyszła, a ja najbardziej ze wszystkiego zapragnęłam usiąść na posadzce, przytulić się do walizki i głośno zapłakać. Nikt nie czekał na mnie w tym wielkim mieście i nikomu nie byłam potrzebna. Ale w domu na mnie czekano. I to jak jeszcze! Myśl ta trochę mnie pokrzepiła, wyprostowałam więc zgarbione plecy. Młody człowiek siedział na jednym z zepchniętych w kąt stołów i uśmiechał się.
— No, widzę, że chcesz coś powiedzieć, nie krępuj się — odezwałam się.
— Przypominasz mi mokre kociątko — odparł.
Rzeczywiście było mi gorąco w kostiumie, a szarpanina z ciężką walizą nie ułatwiała wymiany cieplnej. Byłam okropnie spocona, ale łudziłam sie, że nie będzie to aż tak zauważalne. Nerwowo przełknęłam ślinę.
— Mam nadzieję — powiedziałam, starając się powstrzymać drżenie głosu — że nie jesteś jednym z tych sadystów, którzy topią małe kotki?
— Nie, nie topię ich — uspokoił mnie. — Ja je wskrzeszam. Jestem nekromantą.
Wzdrygnęłam się. Próba zażartowania nie wypaliła, więc milczałam, bojąc się znowu coś palnąć.
— No co tam? — zabrzmiał za moimi plecami srogi głos. — Dlaczego stoimy? Proszę usiąść za stołem, skoro pani już przyszła.
Odwróciłam się. W drzwiach stał wykładowca. Właśnie tak sobie wyobrażałam maga opiekuna — srogiego i poważnego.
— Jestem profesor Bef — przedstawił się, siadając. — Irronto, a pan co tu robi? Zdecydował się pan przekwalifikować na teoretyka?
— Nie — uśmiechnął się chłopak. — Zna pan moje powołanie. Czekam po prostu — kiwnął głową w moją stronę. — Trzeba będzie ją zaprowadzić.
Zacisnęłam usta. Obejdzie się bez jego pomocy. Ale Bef skinął głową:
— Dobrze, zapisujemy więc! — popatrzył w moje papiery i powiedział:
— Ale pani chciała wstąpić na Wydział Magii Praktycznej, zgadza się?
Kiwnęłam potakująco.
— To dlaczego zmieniła pani zdanie?
Wydawało mi się, że Bef widzi wszystko na wylot, odpowiedziałam więc uczciwie:
— Nie zdam testu sprawnościowego. Irronto roześmiał się.
— A dlaczego zdecydowała się pani przyjść do nas?
— Chcę studiować, po prostu.
— Wie pani, bycie teoretykiem to nie taka zła sprawa. Gdyby nie było teoretyków, nie byłoby zaklęć. Gdyby nie było specjalistów magii wykreślnej, to praktycy nie mogliby korzystać z gotowych opracowań, nie byłoby tylu efektywnych wywoływań demonów i poskramiania widm.
Przytaknęłam niemrawo. Wszyscy znają nazwiska wielkich magów-praktyków, walczących z siłami nieczystymi lub też z sąsiednimi państwami. Lecz autorów zaklęć, którymi się posługują nawet najbardziej znani z nich, wymienić nie potrafiłam. Bef oczywiście zrozumiał, że nie udało mu się przekonać mnie do plusów Magii Teoretycznej.
— Jest pewien zawód dobrze płatny i rzadki w Magii Teoretycznej — powiedział Bef w zamyśleniu — lecz pani ten wariant się raczej nie spodoba.
— A to dlaczego? — oburzyłam się, uważnie nadstawiając uszu. Określenie „dobrze płatny” w znacznym stopniu zwiększyło moją chęć studiowania na kierunku Magii Teoretycznej.
— Ta dobrze płatna, budząca podziw innych profesja — powiedział Bef — to Mistrz Artefaktów! Należy znać się na magii wykreślnej i umieć pracować rękoma...
Cała wysunęłam się do przodu. Zdobyć dobrze płatny zawód! Prestiżowy! Rzadki! Wrócić do domu na białym koniu! Ale nie umiem jeździć wierzchem... To nic, nauczę się.
— Chcę zostać teoretykiem! — oświadczyłam stanowczo.
— Zgoda — odrzekł Bef, wcale nie zaskoczony. — Stypendium wynosi jednego złocisza. Napiszę skierowanie i przydzielą pani miejsce w akademiku.
— A co z egzaminami wstępnymi?
— W tym roku przyjmujemy bez wstępnych — westchnął Bef. — Cierpimy na niedobór.
— A z jakiego powodu?
— Ponieważ studia na naszym kierunku wymagają dużego wysiłku, nie jest lekko. A wszyscy chcą osiągnąć sukces małym nakładem pracy, nikt nie chce się przemęczać.
Wstałam z myślą, że skoro już postanowiłam być dorosła i niezależna, to muszę w tym postanowieniu wytrwać.
— A czy można jakoś tu dorobić sobie przez lato? — zapytałam nieśmiało.
— Obawiam się, że wakat sprzątaczki pani nie zainteresuje.
— Zainteresuje — szepnęłam, już wyobrażając sobie te wszystkie kpiny ze strony innych mieszkańców mojego akademika. — Po prostu boję się, że nie starczy moich oszczędności na całe lato, a chciałabym utrzymywać się sama. No i bez pracy nie będę mogła pozwolić sobie na nową fryzurę i garderobę, żeby choć trochę upodobnić się do tych napotkanych wcześniej studentek. A zresztą, co za różnica? I tak te wszystkie laseczki będą się ze mnie śmiać, jeśli nie z powodu ciuchów, to ze sposobu zarabiania! Łzy w końcu wydarły się na wolność. Było mi siebie bardzo, bardzo żal. Bef obserwował mnie w milczeniu, podczas gdy starałam się powściągnąć swoje emocje.
— Wie pani co — powiedział na koniec — proszę pójść do biblioteki. Tam zawsze kogoś potrzebują. Tym bardziej, że tak dobrze ukończyła pani liceum i posiada już pani pewien zasób wiedzy.
Skinęłam głową, łykając łzy i wzięłam skierowanie do kierownika domu akademickiego. Irronto bez wysiłku chwycił moją walizkę i wyszedł na korytarz, pogwizdując jakąś wesołą melodię. Bardzo wstydziłam się swoich łez, prędko wytarłam twarz chustką i spróbowałam się uśmiechnąć.
— To niedaleko — zwrócił się do mnie. — Mam na imię Irga, a nazwisko już słyszałaś.
Zamyśliłam się. Moi rodzice, owiewani jeszcze romantyzmem młodości oraz trawieni ogniem pożądania, obdarzyli swoje pierworodne dzieciątko dumnym i rzadkim dla dziewuszek imieniem Olgierda. Szczerze go nienawidziłam.
A to dlatego, że nazywano tak wielu zacnych bohaterów z przeszłości i w założeniu miałam ich naśladować. Weźmy chociaż taką Gerdę, która rzuciła się za swoim niewiernym ukochanym przez pół świata. Nie mogę jej ścierpieć. Wolał doświadczenie od młodości? To trudno, pies mu mordę lizał, szukaj innego. A nie cierpieć, męczyć się, wyrywać go z rąk kochanki (której było mi zresztą żal: miała ostatnią szansę na ułożenie sobie życia osobistego).
Albo ten wielki bohater Olgierd, który zwyciężywszy hordy nieprzyjaciół, dał naszemu krajowi wolność i napłodził tłumy ślubnych, tudzież nieślubnych bachorów. Jakoś nie wywołuje on u mnie szczególnego podziwu! Poza tym nie jestem mężczyzną i bohaterem nie będę (chyba że bohaterką, a i to nie bardzo widzę się w tej roli).
— Jestem Ola — odpowiedziałam. — Nazywam się Ola Lacha.
Irga uśmiechnął się tak, że od razu nabrałam ochoty, by dać mu w gębę.
Szliśmy tak sobie alejką i miałam okazję się przekonać, jaką popularnością cieszy się mój przewodnik — praktycznie każdy przechodzący student uznawał za swój obowiązek, by się z nim przywitać, a od omdlałych westchnień i nieśmiałych „cześć” studentek zaczęło mi brzęczeć w uszach. Mnie również dostała się porcja uwagi — przyglądano mi się uważnie i podejrzliwie, najczęściej pogardliwie lub uśmiechano się ze współczuciem. Szybko mi się to sprzykrzyło, lecz cierpiałam dzielnie, tłumacząc sama sobie, że będę żyć pośród tych ludzi i uczyć się z nimi przez najbliższe pięć lat.
— Cześć, Irga. — Wysoki, przystojny blondyn o arystokratycznej twarzy wyciągnął do nekromanty rękę. (Miał nienaganny manicure).
— Cześć, Blondas! — odpowiedział Irga, pokazując gestem, że ma zajęte ręce. — Chcesz czegoś?
— A niczego, tak tylko patrzę, jakie zwierzątko sobie przygarnąłeś. No co, brakowało ci takiego czupiradła do pełnej kolekcji?
„Jakie znowu zwierzątko?” — pomyślałam, patrząc na jasnowłosego przystojniaka. — „Czupiradło? On mówił o mnie?” Poczułam, że pąsowieję. Blondyn niespiesznie obszedł mnie dookoła.
— Taa... — powiedział. — Biedna prowincjonalna dziewczynka! Czemu nie siedzisz w domu?
Milczałam.
— No nic, mała, najpierw przejdziesz przez łóżko wujka Irgi, potem przez moje. Albo na odwrót...
— Wystarczy, Blondas — ukrócił go Irga. — Trochę przesadzasz.
Poszliśmy dalej. Tuż za rogiem chwyciłam za walizkę.
— Oddawaj!
— Ale dlaczego? — zdziwił się.
— Dosyć już, wystarczy! Nie chcę już dłużej być obiektem drwin! — Szarpałam rączkę walizy, ale nekromanta nie wypuszczał jej z rąk.
— Ja się z ciebie nie śmieję — zauważył.
— Śmiałeś się! Wszyscy się ze mnie wyśmiewacie!
— Po prostu zabawnie teraz wyglądasz — usprawiedliwiał się.
— Nie życzę sobie być zwierzątkiem w twojej kolekcji!
— Wcale ci tego nie proponuję! Na to trzeba sobie zasłużyć!
Wściekła, zbyt mocno szarpnęłam, zatrzaski nie wytrzymały i puściły. Cała zawartość walizy posypała się na ziemię. Zaskoczony chłopak wypuścił ją z rąk. Nie skrywając łez wściekłości, wpychałam rzeczy z powrotem do walizki. Irga opadł na kolana, by mi pomóc.
— Zostaw! — krzyknęłam. — Nie chcę, żebyś jeszcze...
— Lubię grzebać w babskich ciuchach — zauważył.
Nie wytrzymałam i walnęłam go w papę spódnicą, którą trzymałam w ręce. Klamra paska zostawiła czerwony ślad na jego policzku. Poderwał się, zaciskając pięści.
— Nienawidzę cię! — krzyczałam, zalewając się równocześnie łzami. — Nie jestem ani czupiradłem, ani zwierzątkiem! Ja tylko chcę się uczyć! Dlaczego wszyscy ze mnie się naśmiewacie?!
— Może dlatego, że tak histerycznie na to reagujesz? — odpowiedział Irga nieoczekiwanie spokojnym tonem.
— Nie potrzebuję twoich światłych rad! — Pociągnęłam walizę po dróżce.
— Akademik jest tam — wskazał nekromanta.
Wytarłam łzy, obciągnęłam żakiet i poszłam w tamtym kierunku. Kierowniczka, z pokreśloną bliznami, surową twarzą, wręczyła mi długi regulamin akademika.
— Za naruszenie zasad wyrzucamy — oznajmiła.
— Dobrze — odpowiedziałam pokornie.
— Nie urządzać orgii! Nie pić za dużo alkoholu! Nie posługiwać się magią!
— Jak to, w ogóle?
— Nie, potem doczytasz, w regulaminie są opisane ograniczenia. A za remont po twoich magicznych eksperymentach płacisz ty.
Kierowniczka spojrzała na mnie srogo i na rzeczy wystające z walizki.
— Nie lubisz porządku?
Przestraszona, zaprzeczyłam.
— Brudasy w akademiku długo nie pomieszkają — ostrzegła kierowniczka.
— Po prostu walizka mi się otworzyła — wyszeptałam.
— No dobrze, masz tu klucz. Będziesz mieszkać na drugim piętrze. Twoja współlokatorka to miła, spokojna dziewczyna. Dogadacie się.
Nieśmiało zastukałam do obdrapanych drzwi z przekrzywionym numerkiem „204”.
— Kogo tam przyniosło?! — rozległ się krzyk. — Śpię!
— Jestem twoją nową współlokatorką — odpowiedziałam.
— No to właź.
Umeblowanie ciasnego pokoiku stanowił stół, szafa i dwa łóżka. Na jednym z nich wylegiwała się krótko ostrzyżona, czarnowłosa dziewczyna. Na półce nad łóżkiem stała czaszka w modnym kapeluszu. Z jej zębów sterczała wyschnięta bułeczka.
— Jestem na diecie — wyjaśniła współlokatorka, podążając za moim wzrokiem. — Bez powodzenia.
— Mnie też diety nigdy nie wychodziły — przyznałam.
— No, ale czemu stoisz?! — powiedziała czarnula. — Kładź się do wyrka, przecież od razu widać, jaka jesteś zmęczona.
— Jechałam całą noc i ranek. A potem się zapisywałam...
— O, ja już rok się tu męczę — odrzekła dziewczyna, drapiąc się energicznie po brzuchu. — Mam na imię Lira, jestem uzdrowicielką. Mam wredny charakter, dlatego nikt ze mną nie mieszka.
— Jestem Ola, zamierzam zostać teoretykiem. Nie boję się twojego charakteru, bo mam cztery młodsze siostry.
Lira roześmiała się.
— To się zaprzyjaźnimy. Jestem jedynaczką, mam tylko mamę. Ale ona już piąty raz wyszła za mąż, masz pojęcie? A ja jeszcze nigdy nie miałam chłopaka! Tak że czasami się zastanawiam, czy na pewno jestem jej córką...
Otworzyłam walizkę, żeby ukryć swoje zmieszanie. Bardzo chciałam poskarżyć się Lirze na powitanie, jakie zgotowało mi to wielkie miasto, opowiedzieć o tym, że ja też nigdy nie miałam chłopaka. Bałam się jednak otworzyć przed obcą jeszcze osobą.
— No dobra — nieoczekiwanie odezwała się Lira. — Nie przejmuj się. Boję się, bo mi się zawsze jakieś głupoty przydarzają. Moja poprzednia współlokatorka nie była fajna. Bardzo lubiła trolle, szczególnie w naszym pokoju.
Włazili do niej przez okno.
— Ja też się denerwuję — odpowiedziałam. — Ale trolli nie lubię, słowo honoru.
— Będziemy żyć w spokoju i zgodzie? — z nadzieją zapytała moja współlokatorka.
Wzruszyłam lekko ramionami, myśląc o tych, na których już czekała moja przyszła Straszna Zemsta, o tych, którzy mnie tak parszywie przywitali. A zwłaszcza o tym gogusiu Irdze, do którego haremu chciano mnie tak ochoczo dopisać.
„Jeszcze zobaczy, jaki to ze mnie zwierzaczek” — obiecałam sobie.
— Zobaczymy, jak się ułoży — odpowiedziałam Lirze, wyciągając z walizki swoje rzeczy. Miałam wiele do zrobienia.



Wszyscy mężczyźni to...?



Czyja kasza się przypala?! — w korytarzu akademika rozległ się donośny krzyk.
Ocknęłam się. Ślęczałam nad ćwiczeniami w języku elfickim, z którym to stosunki nie układały mi się dobrze od samego początku. Kasza... Kasza! Kasza!!!
Wbiegłam do wspólnej kuchni, czując już z daleka zapach spalenizny. Jak mogłam zapomnieć o kaszy?! Szlag by trafił! I co ja teraz będę jeść?
Wsadziłam nos do garnka i powąchałam. Cholera! Ale gdyby posypać z wierzchu jakimiś intensywnie pachnącymi ziołami, to może da się przełknąć. Teoretycznie. I będę musiała popijać miętą. Wysypałam na talerz wszystko, co nie zdążyło jeszcze stać się czarną gryczaną skorupą i poskrobałam dno paznokciem. Skorupa nie poddała się. Nalałam do rondla wody i postawiłam do odmoczenia. Mojemu powrotowi do pokoju towarzyszył lekki zapaszek spalenizny. Ugarnirowałam kaszę grubą warstwą przypraw, nie zaryzykowałam jednak wzięcia jej do ust, zostawiłam sobie ten proces na czasy, kiedy będę już desperacko głodna.
W holu na parterze zbierali się ludzie. Studenci żywo nad czymś radzili i popatrywali na drzwi.
— Co się stało? — zapytałam dziewczynę z mojego piętra.
— Przed wejściem jest pełno Szakali — westchnęła.
— Wszystkich wychodzących oblewają wodą.
— A nie można wyjść przez okno?
— Zastawili tam pułapki.
Popatrzyłam na zebranych. Byli to głównie ludziska z niższych lat — starsi albo byli już po zajęciach, albo — co zdawało mi się bardziej prawdopodobne — odsypiali nocne hulanki.
Blondyn Lim — ten, którego spotkałam w dniu przyjazdu, był synalkiem zastępcy naczelnika stolicy, człowieka przebiegłego i nikczemnego, jak wszyscy politycy zresztą. Po matce Lim odziedziczył maluśki dar magii, więc ojciec wysłał syna na Wydział Sędziów i Jasnowidzów, wróżąc mu karierę polityczną. Chłoptaś mieszał w głowach wszystkim wykładowcom, którzy nie mogli go wywalić (uczył się słabiusieńko, ale się uczył, i do tego płatnie), ani ukarać za znęcanie się nad innymi studentami
— Blondas był na tyle cwany, by nigdy nie dać się złapać na gorącym uczynku.
Lim zgromadził wokół siebie niezłą kompanię przydupasów, słabych magów, kapusiów i pochlebców. Ta oto zgraja (nazywana powszechnie Watahą Szakali) terroryzowała studentów słabszych moralnie i magicznie.
Większość Szakali należała do złotej młodzieży i miała wysoko postawionych protektorów. Bano się ich i nienawidzono.
— Co robić? — spytał Ptrońka z rozpaczą w głosie. — Spóźnimy się na zajęcia. A ten przeklęty elf wytrzęsie z nas dusze!
Język elficki wykładał u nas profesor Łomitoriel. Nie lubił studentów, którzy nie byli elfami, a krasnoludów wręcz nienawidził. Nigdy nie żartował i nie uśmiechał się. Na popełniających błędy (a spróbuj się nie pomylić, skoro samych przypadków w elfickim jest dwadzieścia sześć!) patrzył zawsze z pogardą i litością, jak na małpy, które próbują udawać ludzi. Chodziły słuchy, że po dwóch wiekach pracy na uniwersytecie Łomitoriel wydał parę książek, cieszących się zresztą niemałym powodzeniem wśród jego rodaków, pod ogólnym tytułem „Ograniczenia rasy ludzkiej”, które należały do lektur omawianych w elfickich szkołach.
Postawiłam na szali gniew profesora oraz perspektywę spaceru w mokrej odzieży, smaganej przez zimny wiosenny wiatr i postanowiłam wyjść.
— Idziemy — powiedziałam do Ptrońki.
— Nieee — zaskowyczał. — Boję się.
— Też mam stracha, ale elfa boję się bardziej.
— Zachorujemy — próbował odwołać się do mojego zdrowego rozsądku.
— Jeśli zachorujemy, to się potem wyleczymy — machnęłam ręką i zdecydowanie otworzyłam drzwi.
Wataha przywitała mnie radosnym wyciem. Już im się sprzykrzyło tak siedzieć i czekać, kiedy „koty” zdecydują się w końcu wyjść na dwór. Wtuliłam głowę w ramiona i nie zwracając uwagi na obraźliwe okrzyki, pośpieszyłam w stronę alejki.
Plask! Wodna kula trafiła mnie w plecy. Zrobiło mi się zimno i mokro. Mocno przycisnęłam do siebie książki i zeszyty.
— Jeszcze! — zabrzmiał pełen zachwytu głos Blondasa.
— Celuj w tyłek!
Plask, plask! Mokra spódnica lepiła się do nóg. Uderzenia wodnych pocisków naprawdę bolały. Byłam pewna, że jutro będę paradować z siniakami na ciele.
— W głowę! — rozkazywał Blondas.
Udało mi się uchylić. Z tyłu rozległ się plusk.
— A ty co, masz krzywe łapy? Jeszcze raz!
Zrozumiałam, że nie mam nic do stracenia. Z akademika nie nadchodziła żadna grupa wsparcia (lub chociaż grupa odwrócenia uwagi), Szakale jeszcze długo mi nie odpuszczą, być może będą mnie tak prześladować do samego budynku, w którym odbywały się ćwiczenia.
Odwróciłam się i zawołałam do Blondasa:
— A ty co, sam nie rzucasz? Chowasz się tylko za cudzymi plecami?
Lim wpadł w furię. Wodna kula, którą zrobił, była malutka i rozpadła się, nie przeleciawszy nawet połowy dystansu. Zawładnęła mną swoista odwaga skazańca.
— Mam podejść bliżej? — spytałam szyderczo.
Blondyn zamachnął się po raz drugi. Wśród zgrai rozległy się chichoty, które zresztą szybko umilkły pod spojrzeniem Lima.
— Mam się sama oblać? — zapytałam.
Arystokrata zacisnął pięści.
— Teraz, mała, oblejesz się krwią!
Patrzyłam na niego w milczeniu i stałam w miejscu. Byłam tak przerażona, że nogi odmówiły mi posłuszeństwa, a rękoma tylko mocniej przycisnęłam do siebie książki.
— Myślę, Blondas, że nie będziesz rozmieniał się na takie drobne. — Ze stojącej nieopodal ławeczki wolno podniósł się Irga, którego wcześniej nie zauważyłam.
Często świadczył drobne magiczne usługi zgrai Lima, nigdy jednak nie brał udziału w podobnych rozrywkach.
— Nie rozkazuj mi!
— Nie będę — powiedział nekromanta. — Jeśli dowód twojej władzy opiera się na biciu tej smarkuli...
Blondas milczał.
— Hej, znajdźcie mi jeszcze jakiegoś idiotę, chcę się jeszcze pobawić! — zadysponował nagle.
Irga podążył dróżką prowadzącą do budynku, ja za nim. Z zimna i od niedawnych przeżyć szczękały mi zęby.
— Lubię obserwować ludzkie zachowania — rzekł Irga. — Dlaczego wyszłaś akurat ty, a nie jakiś chłopak?
— Boję się profesora Łomitoriela bardziej, niż Blondasa — przyznałam uczciwie.
— A czemu boisz się Blondasa? — zapytał Irga. — To zwykły chwast.
Nagle naszła mnie ochota, by mu opowiedzieć, jak to jest słuchać głupich docinków, powiedzieć mu, jak się czuje człowiek, gdy na jego plecach dynda kartka z obraźliwym epitetem, jak to jest upadać, potknąwszy się o niewidzialną linkę, naciągniętą w poprzek korytarza, dostawać po grzbiecie wodną kulą... Chociaż... To poniżające, owszem, ale Irga ma rację — w sumie nic strasznego.
Dziwne, że nigdy wcześniej nie myślałam o tym w ten sposób. A więc i Blondasowi można się przeciwstawić!
Że też wcześniej tego nie rozumiałam!
Zatrzymałam się, porażona tą myślą. Nekromanta także przystanął, popatrzył na mnie i roześmiał się.
— Wybrałaś emploi mokrego kociątka? Chcesz, to cię wysuszę.
— Niczego od ciebie nie chcę! — odpowiedziałam dumnie, przyspieszając jednocześnie kroku. Dogoniła mnie fala ciepłego powietrza, ale nawet się nie odwróciłam. Profesor Łomitoriel nawet nie mrugnął okiem, widząc mój fatalny wygląd, chociaż na pewno ranił on jego delikatne elfickie poczucie estetyki. Poczekał, aż wszyscy usiądą i powiedział:
— Zapamiętałem, kto jest nieobecny. Pożałują tego.
W audytorium zapanowała kompletna cisza. Można było wyraźnie usłyszeć czkającą ze strachu w ostatniej ławce Tomnę, która nie odrobiła zadania domowego.
— Dzisiejsze zajęcia będą nietypowe. Zaprosiłem na nie mojego starego przyjaciela Eluwiriela z Kwiatostanu Ormotylei. Będzie prowadził wykład, a wy macie zrobić konspekty. Potem oddacie mi notatki, sprawdzę wasze rozumienie słowa mówionego.
Eluwiriel! Moje serce zatrzepotało. Zobaczę znowu swojego ukochanego! Dotknęłam ust, wspominając pocałunek na zaśnieżonej ulicy.
El wszedł do audytorium i uśmiechnął się do obecnych.
— Sam niedawno byłem studentem — powiedział — i wiem, że jest wam ciężko. I dlatego postaram się mówić jak najbardziej zrozumiale.
Możliwe, że rzeczywiście mówił w sposób zrozumiały. Możliwe też, że mówił coś interesującego. Nie mam pojęcia. Patrzyłam na niego, słuchałam jego mowy jak najpiękniejszej melodii, patrzyłam jak się porusza, jak kołyszą się jego długie jedwabiste włosy. Czas się dla mnie zatrzymał.
— Wykład skończony — obwieścił głośno profesor.
— Oddajemy prace.
Z przerażeniem spojrzałam na swoją pustą kartkę. Nie było czasu, żeby zapytać kogoś, o czym był wykład. Podpisałam się tylko, głośno westchnęłam i powlokłam się na tortury.
— Co to jest? — spytał Łomitoriel.
— Moja praca — wymamrotałam, nie podnosząc oczu.— A dokładniej, jej brak — zauważył wykładowca. — Nie przypuszczałem, że aż tak słabo rozumie pani język mówiony.
Nie mogłam się przyznać, że po prostu nie słuchałam, więc tylko w milczeniu skinęłam głową. Znałam elficki — w słabiusieńkim stopniu, ale znałam. Podstaw nauczyłam się jeszcze w liceum, uskrzydlona tą moją miłością.
— Nie trzeba aż tak ostro, Łomitorielu — powiedział El po elficku.
— Znasz ją? — Moja wyostrzona przez strach uwaga z niejakim trudem przetłumaczyła elfickie słowa.
— Razem się uczyliśmy. — Eluwiriel pomilczał chwilę i dodał: — Wyobraź sobie, ona była we mnie zakochana.
— Zakochana? — zapytał profesor z przerażeniem. — Była w tobie zakochana ludzka kobieta? O, Panie! Ależ koszmar! Nie wiedziałem, że coś takiego może przydarzyć się mojemu przyjacielowi! Mam nadzieję, że nie odwzajemniałeś tych uczuć? I nie dawałeś do nich powodu?
Poczułam, że moje uszy płoną. Zajęte rozmową elfy nie zwracały na mnie uwagi, były pewne, że ich nie rozumiem.
Łomitoriel wymachiwał pustą kartką, na której było krzywo napisane moje nazwisko. Teraz El przyzna się, że mnie pocałował i podarował mi swoją książkę, a wtedy profesor już nie da mi żyć.
— Nie, no co ty, za kogo ty mnie uważasz? — obruszył się El.
— Olgierdo, dlaczego pani tu jeszcze stoi? — zwrócił się do mnie wykładowca w języku wspólnym. — Proszę iść.
Czując się jak przekłuty balon, z którego uszło całe powietrze, skłoniłam tylko głowę w pożegnalnym geście i ruszyłam do wyjścia. Przy samych drzwiach usłyszałam:
— Wybacz, jak mogłem tak pomyśleć. Przecież ludzkie kobiety są do niczego.
— No właśnie — przytaknął Eluwiriel. — I nawet nie potrafią się całować...
Elfy roześmiały się, całkowicie pewne swojej wyższości nad innymi rasami.
Doszłam do biblioteki jak we śnie, powtarzając sobie po elficku to, co usłyszałam. Zapisałam w zeszycie i przetłumaczyłam. Wszystko zrozumiałam prawidłowo! Oczywiście, każde elfickie słowo ma wiele różnych emocjonalnych odcieni, jednak nie zamierzałam się w to wgłębiać.
Nie chciałam być ani „niegodną” ani, na przykład, „pyłem pod nogami Pierworodnego” czy „nic niewartymi przegniłymi liśćmi”.
Wewnątrz mnie powstała pustka — absolutna i wszechogarniająca. Podparłam głowę rękami i bezmyślnie wpatrywałam się w książki, stojące na regałach.
Z tego odrętwienia wyrwało mnie pytanie Tomny:
— Ola, nie wiesz może, jak po elficku będzie „młody wiosenny kwiatek”? Wiem, że to jest tylko jedno słowo, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć. Nie chce mi się grzebać w słowniku, może pamiętasz?
„No przecież to proste!” — chciałam wykrzyknąć, milczałam jednak. Nie miałam pojęcia, jak po elficku będzie „młody wiosenny kwiatek”. Nie wiedziałam nawet, jak po elficku brzmi słowo „mama”. Cała moja znajomość tego języka po prostu uleciała z wiatrem.
— Nie wiem — odpowiedziałam, podając Tomnie słownik. I znowu zagapiłam się na regały.
— Wstawaj, wstawaj, dosyć tego cierpiętnictwa — usłyszałam głos Liry. — Wszyscy już śpią w swoich domach, a ty siedzisz tu w tej czytelni, zmarznięta i mokra. Przyniosłam ci futro.
— Już wyschłam — powiedziałam. — Dawno temu.
— Tomna mi mówiła, że opuściłaś wszystkie zajęcia po elfickim. A potem znalazła cię w bibliotece i zauważyła, że jakoś dziwnie się zachowujesz. Co się stało?
— Nic — wzruszyłam ramionami i wstałam. Świat zawirował mi przed oczami...
— Otwórz buźkę, no już! — perswadował mi czyjś miły głos. — No! A teraz połykaj!
Gorący płyn wleciał mi do gardła. Zakaszlałam i otworzyłam oczy.
— O! — ucieszyła się Lira, tak że prawie wypuściła z rąk filiżankę. — Otworzyłaś oczy! Cudownie!
— Co...? — próbowałam zapytać, ale w gardle miałam pustynię.
— Nic nie mów! — Lira zamachała ręką. — Pij, a ja ci wszystko opowiem. Zachorowałaś, i to ciężko! Przeziębiłaś się jak nie wiem co! Moja opiekunka powiedziała, że przebieg choroby zaostrzył jakiś psychiczny wstrząs. Nic nie wiem o żadnym wstrząsie, ale jej uwierzyłam. I byłaś moją pierwszą pacjentką! Nawet mnie z zajęć zwolnili i obiecali mi zaliczenie z jednego przedmiotu, pod warunkiem, że wstaniesz na nogi w czasie krótszym niż tydzień!
A minęły ledwie trzy dni!
— Trzy...
— Tak, bredziłaś, coś tam wykrzykiwałaś o miłości. No cóż, dzisiaj na nogi jeszcze nie wstaniesz, ale jutro... A, i jeszcze jedna dobra wiadomość. — Lira wprawnie wlewała we mnie rosół przy pomocy łyżki. — Dostało się za ciebie watasze Blondasa. Ptrońka powiedział Befowi, że zachorowałaś po tym, jak Blondas oblał cię wodą, i Bef się wściekł. Oczywiście temu kretynowi nic nie mógł zrobić — Blondas powiedział prawdę, że to nie on zlał cię wodą. Za to nieźle dostało się jego najlepszemu kumplowi, Riakowi! Bef zmusił go do kreślenia, aż cały uniwerek się zebrał, żeby popatrzeć na to przedstawienie.
Moja przyjaciółka zaśmiała się i poszła myć naczynia.
Ułożyłam się wygodniej i zaczęłam dumać. We wnętrzu nie miałam już tej okropnej pustki — w żołądku przyjemnie trawił się rosół z kury, kiszki burczały niezadowolone, że już trzy dni obywają się bez normalnego jedzenia, skóra swędziała od długiego leżenia. Wszystko wróciło na swoje miejsce i było mi dobrze.
— Aha, zapomniałam ci powiedzieć — obwieściła Lira, wracając z kuchni. — Nie zaryzykowałam mycia twojego przypalonego rondla, czeka na ciebie. I wybacz, ale wyrzuciłam już tę kaszę. Strasznie śmierdziała.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-07-17 (1241 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej