Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Piąta czarownica
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Krzyżacka zawierucha'' - Jacek Komuda

Krew Czarnego. Krew Sulimczyka


Byli na dziedzińcu szranków otoczonym z jednej strony wysokim, drewnianym ogrodzeniem, za którym cisnęła się gawiedź i malborska hołota. Postępujący u boku ojca Bolko dojrzał falujące morze głów pospólstwa – powykrzywiane, umorusane gęby okryte skórzanymi czepcami, kapeluszami, kapturami. Czerwone nosy i poszczerbione oblicza mieszczaństwa cisnącego się do szranków niczym stado świń, wyciągającego koślawe paluchy w stronę Polaków, podsadzającego wyżej umorusane dzieci. Krzyk, wrzask i gwizdy wybuchły szybko. Uciszyły się, kiedy zagrzmiały rogi. Po drugiej stronie, na podwyższeniu, zasiadali panowie, ich słudzy i przydupnicy. W pierwszym rzędzie wielki mistrz Ludwig von Erlichshausen, komtur Reuss von Plauen, wielki szpitalnik, komtur Elbląski i cały kierdel białych płaszczy poznaczonych krzyżami, wywołujących u każdego polskiego rycerza nieznośne mrowienie i skurcz prawicy, po nim zaś przemożną chęć sięgnięcia do lewego boku.
Za rzędami krzyży zasiadał pstrokaty tłum w kosztownych robe, kubrakach i obszytych futrem kaftanach. Na ławach spoczywali zarówno najzagorzalsi zausznicy Zakonu w rodzaju Wawrzyńca Blumenau, malborskiego burmistrza Bartłomieja Blume czy biskupa warmińskiego Franza Kuhschmalza, zwanego przez Polaków „Smalcem”, lecz także dowódcy zaciężnych. W osobach Bernarda Szumborskiego, którego posępną i rosłą postać Bolko rozpoznawał już na pierwszy rzut oka, Wita von Szoenburga i innych. Na ławach nie brakowało niewiast – strojnych i błyszczących złotem niczym na własnym weselu.
Stanęli przed podwyższeniem, niepewni, co mają czynić. Bolko spostrzegł, że herold nie wszedł za nimi na udeptaną ziemię. Przeciwnie – stanął na szrankach, potem zadął w róg tak długo i donośnie, aż wreszcie cisza zapadła między pospólstwem. Wówczas powiedział coś, co zmroziło serca Polaków i Litwina.
– Wielmożni i sławetni goście Zakonu Najświętrzej Maryi Panny. W tym oto uroczystym dniu, w którym Pan Niebieskich Zastępów dał prawowiernym krzyżowcom zwycięstwo nad poganami pod Konitz, ujrzycie dzieje innej, jakże sławetnej krucjaty do Prus. Wyprawy wielkiego mistrza krajowego Heinricha von Hohenlohe, który zmiótł pod Christburgiem pogan i Saracenów. Wielebni bracia zakonni. Wasza dostojność biskup. Sławetni mieszczanie i lud. Oto przed wami stoi bezbożna i bluźniercza horda pogańskich Prusów, którzy pod wodzą Zwantepolca de Danceke rzucili wyzwanie prawowiernemu Zakonowi Domu Niemieckiego.
– Co to ma znaczyć? – zakrzyknął Paszko. – Tego nie było w umowie! Miał być bohurt, rycerska walka, nie jakieś psie łajno...
– Zdradzili nas! – rzucił przez zaciśnięte zęby Krzysztof z Kolna. – To jakieś jasełki! Theatrum dla gawiedzi!
Czarna śmierć na nich!
– Ja w tym udziału nie wezmę! – Paszko wbił w ziemię miecz. – Tfu, na psa urok, nie jestem wiejskim komediantem! Zapłacą mi za to krzyżackie psiekrwie! Zapłacą własną, czarną, zdradliwą juchą!
– Podnieś miecz! – syknął Jan z Rożnowa. – Podnieś miecz na Boga! Nie rozbiegać się! W kupę mości panowie!
Bolko rozglądał się dookoła ogłupiały. Krzyczące tłumy z jednej, zakonni dostojnicy z drugiej. A w środku oni, między dwiema drewnianymi ścianami. Ani je przebyć, ani pokonać. Dwoje wrót – te, którymi weszli, i drugie, szersze... Oglądał na własne oczy, jak te przed nimi otworzyły się niczym paszcza smoka. A z wnętrza... Nie, to nie mogło być prawdą... Jak w złym śnie, grzmiąc kopytami, niczym jeźdźcy Apokalipsy...
Wypadli konni i zbrojni krzyżaccy bracia. W niemieckich płytach, w łebkach i armetach, z biało-czarnymi pawężami, na wierzchowcach okrytych kropierzami. Za nimi szarzy i brązowi pachołkowie w kirysach, kapalinach, z kuszami w rękach.
– To ma być turniej!? Hańba! – ryknął Paszko.
A ojciec Bolka chwycił go za ramię.
– Stój! Nie rozbiegać się! Stać ramię w ramię. W jedności siła! Razeeem! Konie szły ławą na nich, bijąc kopytami piach, prężąc wielkie łby. Jeźdźcy na grzbietach nieśli śmierć na grotach kopii.
Bolko zastawił się tarczą, ojciec wsparł go ramieniem. Zasłonił!
Brzęk, trzask drewna, kwik koni... Zderzyli się. To była chwila krótka jak muśnięcie śmierci! Długie drzewce wbiło się w tarczę Bolka, ześliznęło w bok, ugodziło w ziemię, pękło. Koń przeszedł tak blisko, że młody rycerz dostał strzemieniem w hełm. Utrzymał się na nogach. Krzysztof z Kolna zgiął się, zasłonił tarczą!
Za późno.
Z trzaskiem pękającego drzewca kopia poderwała go z ziemi. Skruszyła żelazo kirysu, wbiła w ciało, w tej samej chwili wyszła plecami. Pan z Kolna poleciał w tył, rąbnął o ziemię bezwładnie jak wór piasku, przeszorował po zakrwawionym piachu. Zamarł, przechylony w bok.
Jeźdźcy skoczyli na drugi koniec pola walki. Zawracali, lecz nie do nowej szarży na wprost. Pędzili galopem wzdłuż drewnianych szranków, okrążali grupę coraz ciaśniejszym kręgiem. Bolko dojrzał krzyżackich knechtów pochylających kusze.
– Nie rozbiegać się! – krzyczał Jan Zawisza. – W kupę! Trzymać się! Zasłaniać. Szaleńczy galop, tętent kopyt rozsadza czaszkę. A potem świst bełtów... jeden, drugi, trzeci.
– Staaaać!
Żmogus nie przytrzymał litewskiej krwi. Skoczył, rzucając tarczę. Pomknął do najbliższego pachołka. Litwin popędził z boku, hycnął jak wilk do konia, by dopaść knechta, zwalić z siodła...
Źle zrobił. Krzyżak odrzucił kuszę, szarpnął za szablę, ciął go z kulbaki. Żmogus uchylił się, przeskoczył za końskim zadem, a wówczas drugi z knechtów wpadł nań z wierzchowcem. Litwin uniknął ostrza; poleciał w bok uderzony końską piersią, wpadł pod kopyta z krzykiem, przetoczył pokrwawiony na czworaka, uniósł ręce w geście poddania się...
I wtedy trzeci knecht wstrzymał konia, ciął go w kark, zarąbał jak psa. Bolko, jego ojciec, Paszko Semko i Zbyszko zbili się w kupę najeżoną ostrzami mieczy. Plecami do siebie, na rozstawionych nogach, jakby zmagali się z burzą na pokładzie okrętu.
– Tylko razem! Trzymać się bracia!
Krzyżacy pędzili z grzmotem, łoskotem.
– Zewrzeć szeregi! – zakrzyknął Jan z Rożnowa. – Bij!
Konie wpadły na nich jak żelazna lawina. Rycerze i knechci tym razem uderzyli mieczami i kordami. Bolko sparował cios tarczą, rąbnął w górę, uderzył w bok Krzyżaka, nie przebił zbroi.
Drugi Krzyżak wpadł prosto w grupę, przebił się między nimi, rozpaczliwie bodąc konia ostrogami. Jan Zawisza zanurkował pod ostrzem, ciął płasko, z dołu w górę – zahaczył w przelocie o uzbrojone ramię, przerąbał nałokietnik i akneton, rozbryzgując krew. Krzyżacki jeździec wypuścił miecz, ramię zwisło bezwładnie, pochylił się w kulbace.
A wtedy z drugiej strony dopadł go Zbyszko. Powietrze zawyło pod ostrzem, miecz rozciął krzyżacki płaszcz, ugodził w kirys, wyszczerbił go, jeździec wyleciał z wysokiego siodła, spadł z brzękiem blach na ziemię. Począł gramolić się na nogi, niezdarny w germańskiej płycie.
A Zbyszko pobiegł za nim, chwycił miecz oburącz i dławiąc się rykiem zwycięstwa. Ciął z całych sił, z zamachu mocarnych ramion, z prawej! Ostrze skruszyło blachy nakarczka, przecięło kolczy czepiec. Łebka spadła razem z krzyżacką głową, z kikuta trysnęła krew jak z wieprzka. Ciało zadygotało.
Knecht w zakonnej zbroi z półkrzyżem w kształcie litery T wpadł z rykiem na Polaków, wznosząc miecz do ciosu. Jan z Rożnowa sparował go brzeszczotem; puszczając miecz, chwycił w przelocie za uzbrojone ramię, uwiesił się – przez chwilę koń ciągnął go za sobą. Potem jeździec spadł, zwalił się pod ciężarem rycerza, rąbnął w zakrwawiony piach, gubiąc kapalin. Jan z Rożnowa skoczył na nogi jak wilk, mimo zbroi. Chwycił miecz knechta, postawił z zamachem stopę w trzewiku na jego brzuchu, przycisnął do ziemi jak wijącego się robaka.
– Herr Jesus!
Wzniósł miecz i opuścił go z cichym chrzęstem, wbił ostrze w pierś Niemca. Przekręcił! Knecht rzucił się, zacharczał. I tak pozostał.
Dopiero teraz Bolko usłyszał, jak nad szrankami turniejowymi wznosi się ryk. Obłędny krzyk strachu pospólstwa, wrzask możnych i Krzyżaków. Uśmiechnął się ponuro, bo wiedział, że wszystko poszło nie tak jak spodziewali się malborscy panowie i władcy.
Znów rozległ się dźwięk rogów. Zobaczył, że na podwyższeniu stoi herold, który wprowadził ich na arenę. Zza jego ramienia ślepiło blade i jakby anielskie oblicze człowieka, którego poznałby nawet w piekielnej czeluści: Winrych von Treitschke, ten, który odebrał ich z rąk zaciężnego, sprowadził tutaj na hańbę i pośmiewisko. Herold coś krzyczał, co ginęło w ogólnym zamęcie.
– Stać! Staaaać! Niehonorowa walka. Złóżcie broń, Polacy!
– Albo to macie honor, Krzyżacy?! – zawrzasnął Jan z Rożnowa. – Co to ma być? Turniej czy jatka?!
Ciągle coś krzyczał, gdy Siemko chwycił krzyżacką kuszę. Chwila i wsadził bełt do rowka, podniósł kolbę do ramienia...
Świst bełtu przeszył powietrze. Herold urwał w pół słowa, gdy dostał prosto w pierś, padł w tył, nakrył się nogami.
– Masz, ścierwo krzyżackie! Synu murwy i brudnej maciory – zawył Siemko. – Nażryj się chwały, rycerzyku.
Treitschke, który stał o krok, od razu przycupnął, chowając głowę za deskami. Lecz zaraz wyjrzał, zamachał ręką, wbił rozwścieczony wzrok w Polaków.
– Polskie świnie! – wrzasnął. – Łamiecie rycerskie zasady! Będziecie ukarani! Zabić ich wszystkich.
Wrota, przez które wjechała wcześniej jazda, rozwarły się na oścież. Teraz wpadała przez nie piechota – krzyżaccy pawężnicy i strzelcy, w kaft anach, kapalinach, trzymając miecze, gizarmy i kusze.
– Pod ścianę! – ryczał Jan z Rożnowa. – Cofnąć się, osłonić tarczami.Za późno. Bełty świstały wokół nich, Bolko przyklęknął, osłonił się pawężką. Zobaczył, jak Zbyszko dostaje w pierś; rzuca miecz, chwyta za bełt, próbuje wyrwać go spomiędzy blach kirysu. Jak drugi pocisk przebija mu ramię, trzeci uderza w szyję.
I Zbyszko pada, wolno, niby we śnie – na kolana, z rozwartymi ramionami. Wali się w piach. Semko zaryczał jak tur. Runął sam jeden na krzyżacką piechotę. Bez tarczy, z mieczem w obu rękach. Bolko poszedłby za nim, lecz ojciec chwycił go za ramię, przytrzymał.
– Za mną, synu! Nie bądź głupcem. Cofali się, biegli pod ścianę. A Bolko przyznał rację Janowi z Rożnowa. Nim Semko dobiegł do wrażych szeregów, rozbrzmiał świst bełtów. Dostał w bok, w pierś, w nogę. Gdy padł, dobili go cepami i kordami.
– Co to wszystko znaczy?! – zakrzyczał Henryk Reuss von Plauen młodszy. – To ma być turniej?! Od kiedy to piechota potyka się z konnicą na śmierć! Gdzie macie honor rycerski?
– Uspokój się, braciszku – warknął Henryk Reuss von Plauen starszy, komtur elbląski i wielki szpitalnik. – To tryumf na cześć waszego zwycięstwa pod Kolnitz, odniesionego w walce nad saraceńskimi hordami fałszywego chrześcijanina Kazimierza Jagiellona.
– Jakimi saracenami, do kurwy, babilońskiej nierządnicy?! – zawrzasnął młodszy. – Jakim fałszywym chrześcijaninem Kazimierzem? Na łeb ci padło bracie?! Co to w ogóle ma być!
– To nasi jeńcy – Bernard Szumborski poderwał się z miejsca, łapiąc za miecz. – Mordują ich, poznaję wszystkich! Głowa Zawiszy sto grzywien warta! Stójcie! Odwołać knechtów! Natychmiast! To rozkaz.
– Tutaj – ozwał się komtur krajowy – my wydajemy rozkazy, mości von Zinnenberg. Patrzcie i radujcie się. Nie zaszkodzi przypomnieć ludowi, kto zdobył tę ziemię przed laty w rycerskich bojach i wyprawach.
– To pomysł Treitschke’go – rzekł starszy Plauen. – Chciał poniżyć Polaków, pokazać zaciężnym, że to dzikusy i barbarzyńcy.
– Za to wszystko Polacy poderżną nam gardła, jeśli kiedyś trafi my do niewoli! I będą mieli rację!
Szum, rozruch podniósł się w szeregach publiki. Tu i ówdzie rozległy się krzyki, błagania.
– Stać, stójcie!
– Pax między chrześcijany!
I wreszcie cienki, powtarzany przez coraz większą liczbę gardeł okrzyk:
– Łaski! Łaski!
Lecz Treitschke dał znak knechtom. Pierwszy bełt z kuszy wbił się w pawęż Bolka, zatrzymał, zakleszczony w żelazie, a rycerz wstrząsnął głową, polecając duszę Matce Boskiej Częstochowskiej. Knechci szli osłonięci pawężami, jak ciemnobrązowa fala, rząd za rzędem, szereg za szeregiem. Pawężnicy pochylili się, a zza ich pleców wynurzyli się kusznicy. Jęk, zawodzenie zwalnianych cięciw. Krzyk Krzysztofa z Kolna. Ojciec słaniający się na nogach, wypuszczający tarczę, bełt tkwiący w jego ciele.
– Chodźcie tu, tchórze! Wy krzyżackie ścierwa, bez honoru za życia! Bez duszy i fantazji! Jam Jan Zawisza, syn Czarnego Sulimczyka. Spróbujcie się ze mną na miecze! – krzyczał ojciec. – Po rycersku, po szlachecku, niemiecka hołoto!
Knechci zdwoili krok. Szli szybciej i szybciej. Już było widać, że nie użyją kusz, ufni w swą siłę i przewagę. Wpadli na nich z wrzaskiem, lecz rozstąpili się jak wsiowe burki przed brytanami. Jan Zawisza ciął mieczem, zdruzgotał drzewce glewii, rozpłatał łeb, rąbnął w ramię, rozwalił bark. Jakoś ominął godzące w niego ostrza, odrąbał nogę, dobił wijącego się we własnej krwi i bebechach piechura.
Rozstąpili się przed nim na chwilę, jak przed niedźwiedziem. A Jan z Rożnowa wyciągnął rękę w stronę szranków, zza których wychylał się Winrych von Treitschke, wskazał go parującą rękawicą.
– Zaprawdę powiadam ci, kłamliwy Krzyżaku, że cię przeklinam w godzinie śmierci! Przeklęty bądź jedząc, śpiąc, robiąc, stojąc, chodząc, w łożu, w kościele, na zamku i na koniu, w łaźni, w kaplicy i u twej krzyżackiej murwy! Tak mi dopomóż Bóg i wszyscy święci!
– Bić ich! – ryknął Treitschke. – Nie brać jeńców.
– Stój! – wrzasnął Szumborski.
Zagrodzili mu drogę, bo porwałby się do miecza. Lecz na trybunach wszczął się rozruch, mieszczanie, goście tego krwawego widowiska pędzili na skraj szranków, spoglądali w dół, krzyczeli, oglądali się na wielkiego mistrza.
Ludwig von Erlichshausen siedział nieporuszony jak głaz, z zimną, zaciętą, starczą twarzą, otoczoną białymi włosami jak u anioła zagłady.
Jan z Rożnowa zatoczył się, wsparł na ramieniu syna. Obrócił ku niemu zakrwawione oblicze.
– Bolko... – jęknął Jan z Rożnowa. – Synu mój, wybacz.
Co mam ci wybaczyć? – zapytał w duszy młody Zawisza. Zaraz zginiemy. Pomódl się lepiej.
– Odpuść ojcowskie grzechy... Zaniedbania. Surowości... Przebacz.
Knechci podnieśli kusze do strzałów. Widzieli ich oczy w szczelinach hełmów i kapalinów, wyblakłe, bez żadnych uczuć, jak u ptaków ciągnących na pobojowisko.
– Ojcze – jęknął Bolko po raz pierwszy – Ojcze, jeśli przeżyję, pomszczę was. Zabiję Treitschkego, tę krzyżacką małpę...
– Za późno na zemstę.
– Ślubuję. Tak mi dopomóż Bóg.
– Bądź zdrów synu.
Bełty świsnęły w powietrzu. Spadły na nich niczym grad. Uderzyły z głuchym stukotem o drewniane bale szranków.
Jan z Rożnowa szedł z wyciągniętym mieczem na knechtów. Utykał, dostał w nogę, w lewą rękę, dwa razy w pierś. Strzelili, jeszcze raz i znowu. Zamarli, czekali na czarnego olbrzyma, którego imię niosło trwogę i śmierć. Doszedł ich, dopadł, nim zdołali uciec. Rozłupał mieczem pierwszą głowę. Ściął łeb piechura w czepcu, rozrąbał kolejnego. Rzucili się nań jak ogary na odyńca, bili, skoczyli z rohatynami.Wbili w zbroję, z trzech stron.
– Ojczeeee! – ryknął Bolko. – Ojczeee!
Jan Zawisza z Rożnowa padł. Powoli, jak orzeł. Na wznak. Skłuty, pokrwawiony, pocięty, zjeżony od bełtówi grotów ułamanych włóczni. Bolko rzucił się w jego stronę. Bełt odepchnął go z powrotem. Nie poczuł bólu, nie zobaczył śmierci. Po prostu poczuł zimno w boku. Zatoczył się, przeklinając słabość, rzucił tarczę.
– Łaski! Łaski! – darł się tłum. – Zmiłujcie się!
Bolko zatoczył się, oparł plecami o ścianę z bali. Zdarł hełm z głowy, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Nie czuł nic, czekał na śmierć, ciemne plamy wirowały mu przed oczyma. Chciał tylko zostać do końca na nogach, aby on, polski rycerz, wnuk Zawiszy Czarnego, nie padł do stóp śmierdzącego tłumu krzyżackich najmitów. Nie czuł nawet, że ktoś przechylił się przez palisady, niewieścia postać w przetykanej złotem houppelande. Raczej poczuł niż zobaczył, jak chustę w wyciągniętej ręce opuściła mu na głowę. Jak zaczęła krzyczeć błagalnym głosem:
– Darujcie mu! Oszczędźcie! Litości.
Słysząc ten głos, Ludwig von Erlichshausen drgnął na swoim stolcu. Poruszył się i zerknął na swego totumfackiego
Wawrzyńca Blumenau – małego, karypla, który nosił się z taką godnością, jakby sobolowy kołpak dodawał mu przynajmniej dwa łokcie wzrostu.
Bolko nic nie pamiętał. Jego głowę ogarnęła noc. Tylko przez chwilę pobrzmiewały wrzaski, krzyki, a potem i one ucichły, zwiastując nadchodzącą śmierć.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-07-17 (1187 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej