Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Z furii zrodzona
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Pustynna Włócznia, ks.2'' - Peter V. Brett






Tęskniłam za Tobą



Ulice Miln były jasne, błyszczące i doskonale znane, a smród palonego węgla i nawozu z hut wydał mu się niemal przyjazny. Wszystko było dokładnie takie, jak Naznaczony zapamiętał, a zarazem inne.
To on się zmienił.
Drogę do Coba nadal pokonał bezbłędnie, zupełnie jakby przebył ją wczoraj, ale z zaskoczeniem powitał to, co zobaczył. Po obu stronach warsztatu wynosiły się spore dobudówki, a niewielki domek, który swego czasu dzielili z Cobem, został wyburzony. Na jego miejscu wzniesiono dużo większy magazyn. W chwili wyjazdu Arlena Cobowi powodziło się całkiem nieźle, ale ten widok przeszedł najśmielsze oczekiwania przybysza. Wyprostował się i podszedł do głównego wejścia.
Gdy otworzył drzwi, rozległy się kuranty. Dźwięk ten, niczym brakujący fragment duszy, sprawił, że ciało Naznaczonego przeszył dreszcz. Warsztat, choć większy niż niegdyś, wyglądał i pachniał tak samo.. Arlen rozpoznał pulpit, nad którym ślęczał przez niezliczone godziny. Dostrzegł niewielki wózek ręczny, który ciągnął po całym mieście. Mężczyzna podszedł do parapetu i z czułością przesunął dłonią w rękawiczce po runach, które osobiście wyrzeźbił w kamieniu. Miał wrażenie, że mógłby teraz pochwycić za rylec i jak gdyby nigdy nic – jak gdyby wcale nie minęło osiem długich lat – powrócić do pracy.
– Czy mogę w czymś pomóc? – zabrzmiało pytanie i Naznaczony zesztywniał. Krew w jego żyłach ścięła się lodem. Zatracił się na moment we wspomnieniach i nie usłyszał kroków, ale bez odwracania się wiedział, kto stanął za jego plecami. Wiedział i ogarnęło go przerażenie. Cóż ona tu porabia? Co to wszystko oznacza?
Odwrócił się powoli, nie zdejmując kaptura.
Czas okazał się łaskawy dla Matki Elissy. Miała ponad czterdzieści sześć zim, ale jej długie włosy nadal były ciemne i bujne, policzki gładkie, tylko wokół oczu i ust zaznaczyły się delikatne jeszcze zmarszczki. Naznaczony przypomniał sobie, iż tego typu zmarszczki powstają od uśmiechu i niespodziewanie poczuł ulgę.
„Przynajmniej dla niej te osiem lat upłynęło wśród uśmiechów” – pomyślał.
Elissa otworzyła usta, lecz jej uwagę przyciągnęła mała dziewczynka z długimi, brązowymi włosami i wielkimi brązowymi oczyma, która właśnie podbiegła. Miała na sobie sukienkę z brązowo-czerwonego aksamitu i wstążkę z tego samego materiału we włosach. Wstążka poluźniła się nieco, i twarz dziecka przesłoniły grube, niesforne loki, ale na policzkach i tak widać było smugi od kredy, podobnie jak na sukience i dłoniach dziewczynki. Naznaczony natychmiast rozpoznał w niej Maryę, córkę Ragena i Elissy, którą trzymał na rękach w kilka chwil po narodzeniu. Była tak piękna i niewinna, aż zabolało go serce, ujrzał w niej bowiem uosobienie radości minionych lat, której nie było dane mu zaznać.
– Mamo, zobacz, co narysowałam! – wykrzyknęła Marya i zamachała tabliczką, na której znajdował się krąg runiczny. Naznaczony przyjrzał mu się odruchowo i w okamgnieniu pojął, że wzór jest bardzo silny. Co więcej, wiele spośród użytych runów przywiózł z Potoku Tibbet. Poczuł radość na myśl, że choć w ten skromny sposób miał wpływ na życie dziewczynki.
– Są doprawdy piękne, moja słodka – pochwaliła ją Elissa i pochyliła się, by raz jeszcze zawiązać wstążkę na włosach córki, a potem ucałowała ją w czoło. – Jeszcze trochę, a ojciec zacznie zabierać cię ze sobą, gdy dostanie zlecenie na sporządzenie bariery.
Dziewczynka pisnęła z zachwytu.
– Kochanie, mamy gościa, którym należy się zająć – Elissa odwróciła się do Naznaczonego, otoczywszy córkę ramieniem. – Jestem Matka Elissa.
Pomimo, że upłynęło już wiele lat, w jej głosie nadal słychać było dumę z posiadania tytułu. – A to moja córka…
– Jesteś Opiekunem? – odezwała się dziewczynka, przerywając matce.
– Nie – rzekł Naznaczony ochryple. Głos mu się zmienił od czasu, gdy zaczął tatuować swe ciało. Tylko tego brakowało, by Elissa go rozpoznała.
– To czemu ubierasz się jak Opiekun? – naciskała dziewczynka.
– Noszę blizny po demonich pazurach – odparł. – I nie chcę cię wystraszyć.
– Nie boję się! – oznajmiła Marya, usiłując zajrzeć pod kaptur. Naznaczony zrobił krok do tyłu, kryjąc twarz.
– Jesteś niegrzeczna! – skarciła ją Elissa. – Zmykaj stąd i pobaw się z bratem.
Dziewczynka obrzuciła ją buntowniczym spojrzeniem, ale wzrok Elissy okazał się silniejszy. Dziecko przebiegło przez izbę i przypadło do stołu, gdzie pięcioletni na oko chłopczyk układał drewniane klocki z runami wymalowanymi po obu stronach. W jego drobniutkiej buzi Naznaczony dojrzał podobieństwo do Ragena. Nieoczekiwanie przepełniła go głęboka radość, iż mentorowi tak dobrze się wiedzie, lecz wraz z poczuciem szczęścia pojawił się żal, gorzki żal, iż Naznaczony nigdy tego chłopca nie pozna, nie dowie się też, na jakiego mężczyznę wyrośnie.
Elissa wyglądała na zakłopotaną.
– Przepraszam za to zajście. Mój mąż też nosi blizny, których za nic w świecie nie chciałby nikomu pokazać. Jesteś Posłańcem, prawda?
Naznaczony potaknął.
– A zatem jak mogę ci pomóc? – zapytała. – Potrzebujesz nowej włóczni? Twój przenośny krąg wymaga naprawy?
– Szukam Patrona Runów o imieniu Cob – odparł. – Mówiono mi, że kiedyś był właścicielem tego warsztatu.
Elissa pokręciła głową ze smutkiem.
– Cob nie żyje od prawie czterech lat – powiedziała. Jej słowa okazały się boleśniejsze od ciosu demona. – Pokonał go rak. Pozostawił warsztat mnie i memu mężowi. Kto ci o nim mówił?
– Pewien… Pewien znajomy Posłaniec? – bąknął Naznaczony.
– Który? – naciskała Elissa. – Jak miał na imię?
Naznaczony zawahał się, wytężając umysł. Nie mógł sobie przypomnieć żadnego imienia, a wiedział, że czym dłużej zwleka z odpowiedzią, tym większe ryzyko, że zostanie rozpoznany.
– Arlen z Potoku Tibbet – wypalił, przeklinając się w myślach.
W oczach Elissy pojawił się nowy blask.
– Opowiedz mi o Arlenie – poprosiła, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Swego czasu był mi bardzo bliski. Kiedy go ostatni raz widziałeś? Czy dobrze się miewa? Czy mógłbyś przekazać mu wiadomość? Mój mąż i ja zapłacimy każdą cenę!
Widząc nagłą rozpacz w jej oczach Naznaczony uświadomił sobie, jak bardzo zranił ją swym wyjazdem. A teraz, jak ostatni głupiec, dał jej fałszywą nadzieję, iż kiedyś być może ujrzy Arlena znowu. Lecz przecież ów chłopak, którego kiedyś znała, nie żyje, umarło zarówno jego ciało jak i jego dusza. Nawet gdyby Naznaczony zdjął kaptur i wyznał prawdę, Elissa nie odzyskałaby Arlena. Lepiej było położyć temu kres.
– Arlen mówił o tobie tej nocy – oznajmił, podjąwszy decyzję. – Jesteś równie piękna jak opisywał.
Elissa uśmiechnęła się na komplement, lecz jej oczy zwilgotniały. Niespodziewanie rozwarła je szerzej, uświadomiwszy sobie w pełni, co właśnie powiedział.
– Tej nocy?
– Tej nocy, kiedy to zostałem ranny – powiedział. – Przemierzaliśmy krasjańską pustynię. Arlen zginął, bym ja mógł żyć dalej.
Na swój sposób była to prawda.
Elissa krzyknęła cicho i zakryła usta dłońmi. Jej oczy, które jeszcze przed chwilą skrzyły radością, wezbrały łzami, a twarz wykrzywiło cierpienie.
– Tuż przed śmiercią wspomniał właśnie ciebie – dodał. – Wspomniał przyjaciół w Miln, swą… Swą rodzinę… Chciał, bym tu przyjechał i powiedział ci to wszystko.
Elissa ledwie go usłyszała.
– Och, Arlen! – krzyknęła i zachwiała się boleśnie.
Naznaczony doskoczył, pochwycił ją i posadził ostrożnie na jednej z ław. Elissa opadła bezwiednie, szlochając głośno.
– Matko! – wykrzyknęła Marya, podbiegając. – Matko, co się stało? Dlaczego płaczesz?
Spojrzała na Naznaczonego z wyrzutem w oczach.
On zaś uklęknął przed dziewczynką, nie wiedząc, czy czyni to, by wydać się jej mniej przerażającym, czy też aby pozwolić jej uderzyć go, gdyby zapragnęła. Wolałby to drugie, szczerze mówiąc.
– Obawiam się, że przyniosłem złe wieści, Maryo – odezwał się łagodnie. –Czasami tak bywa, że Posłaniec musi powiedzieć ludziom to, czego nie chcieliby usłyszeć.
Elissa uniosła głowę, jej płacz się urwał. Nabrała głęboko tchu, odzyskując panowanie nad sobą, otarła łzy koronką i przytuliła córeczkę.
– On ma rację, kochanie. Nic mi nie będzie. Zabierz brata, pobawcie się na podwórku, dobrze?
Marya obrzuciła Naznaczonego nieprzychylnym spojrzeniem, po czym skinęła głową, złapała brata za rączkę i razem opuścili izbę. Mężczyzna patrzył, jak znikają, czując się paskudnie. Popełnił wielki błąd przychodząc tu osobiście. Powinien pchnąć gońca lub znaleźć innego Patrona, choć nie ufał nikomu tak bardzo jak Cobowi.
– Przepraszam – rzekł. – Nie chciałem sprawić ci bólu.
– Wiem – rzekła Elissa. – Cieszę się jednak, że mi powiedziałeś. Dzięki temu życie stanie się nieco łatwiejsze, jeśli wiesz, o co mi chodzi.
– Łatwiejsze – zgodził się Naznaczony. Pogmerał chwilę w sakwie i wyciągnął zwój listów oraz grymuar pełen runów wojennych, owinięty w płótno i przewiązany mocnym sznurkiem.
– To dla ciebie. Arlenowi zależało, byś to dostała.
Elissa ujęła paczkę i pokiwała głową.
– Dziękuję. Planujesz dłuższy pobyt w Miln? Mojego męża nie ma w mieście, ale z pewnością będzie miał do ciebie parę pytań. Arlen był dla niego jak syn.
– Zostanę tu tylko dziś, moja pani – Naznaczony nie miał najmniejszej ochoty na rozmowę z Ragenem. Wiedział, że ten będzie domagał się szczegółów, a szczegółów nie było. – Mam pilną wiadomość do księcia, ponadto muszę pokłonić się jeszcze kilku osobom, a potem wyjeżdżam.
Wiedział, że powinien w tym miejscu przerwać rozmowę i wyjść, ale nieoczekiwanie zapytał jeszcze:
– Czy… Czy Mery dalej mieszka w domu Opiekuna Ronnella?
Elissa pokręciła głową.
– Nie i to od wielu lat. Ona…
– Mniejsza o to – przerwał jej, nie chcąc słyszeć ani słowa więcej. Mery znalazła sobie kogoś innego. Nic dziwnego, Arlen nie miał prawa czuć się zraniony.
– A ten chłopak, Jaik? – zapytał. – Dla niego też mam list.
– Nie jest już chłopakiem – Elissa spojrzała na niego przenikliwie. – To dorosły mężczyzna. Mieszka na Ulicy Młynowej, w trzeciej chacie robotników.
Naznaczony skinął głową.
– A zatem, za twoim pozwoleniem, ruszam dalej.
– Nie spodoba ci się to, co tam zastaniesz – ostrzegła go Elissa.
Naznaczony zerknął na nią, próbując doszukać się ukrytego znaczenia w jej słowach, ale utonął w jej załzawionych, zapuchniętych oczach. Była teraz po prostu zmęczoną, szczerą i naiwną kobietą. Odwrócił się, by odejść.
– Skąd znałeś imię mej córki? – zapytała Elissa.
Pytanie zaskoczyło go. Zawahał się.
– Przedstawiłaś mi ją, gdy podbiegła – odparł i natychmiast zaklął w myślach, gdyż przecież Marya przerwała Elissie zanim padło imię córki. Mógł powiedzieć, że poznał je od Arlena.
– Niewykluczone – zgodziła się Elissa, co Naznaczony wziął za dobrą monetę i ruszył do drzwi. Położył już dłoń na klamce, gdy kobieta odezwała się ponownie.
– Tęskniłam za tobą – szepnęła.
Zamarł, walcząc z pokusą, by się odwrócić, pochwycić ją w ramiona, zmiażdżyć w uścisku i błagać o wybaczenie.
Opuścił warsztat bez słowa.




Spotkanie



Pięćdziesięciu wojowników galopowało na czarnych, pustynnych rumakach za białymi ogierami Jardira i Ashana. Za oddziałem człapał długonogi wielbłąd Abbana, a kupiec starał się nie stracić Sharum z oczu. Kawalkada musiała zatrzymywać się kilkakrotnie, by khaffit ją dogonił, ale zwykle stawała przy strumieniach, gdzie można było napoić rumaki. Strumienie zaś przecinały szlak regularnie, czemu pustynni wojownicy nadal nie przestawali się dziwić.
– Na brodę Everama, jakie te trakty kamieniste! – zajęczał Abban, gdy w końcu dołączył do reszty nad strumieniem. Ledwie wypowiedział te słowa, a już wyleciał z siodła i zajęczał jeszcze głośniej, rozmasowując tłuste pośladki.
– Nie rozumiem, po co wleczemy ze sobą tego khaffit, Wybawicielu – rzekł Ashan.
– Ponieważ potrzebuję kogoś, kto różni się ode mnie czy od ciebie, a do tego potrafi ruszyć mózgownicą – odparł Jardir. – Abban dostrzega rzeczy, o których inni ludzie nie mają pojęcia, ale ja chcę poznać zielone krainy na wylot, jeśli mam je należycie wykorzystać podczas Sharak Ka.
Abban narzekał na każdą nierówność terenu i na zimny wiatr, ale Jardir ignorował niekończące się tyrady handlarza bez najmniejszych trudności. Nie pamiętał bowiem, kiedy ostatni raz czuł się tak wolny. Miał wrażenie, że zdjęto mu z barków ogromny ciężar. Nie wiedział, jak długo potrwa wyprawa – a mogła się ciągnąć tygodniami – ale przez cały ten czas Jardir odpowiadał jedynie za Abbana, Ashana i swą pięćdziesiątkę zaprawionych w bojach dal’Sharum. W głębi duszy marzył, by gnać tak przez całą wieczność, jak najdalej od polityki związanej z chin, Damaji i dama’ting.
Wojownicy natknęli się na grupy uchodźców, które pierzchały na ich widok, ale Jardir nie zamierzał ich gonić. Nikt z chin nie miał bowiem konia, a wszyscy obawiali się podróżować przez noc, nie było zatem niebezpieczeństwa, iż wyprzedzą Jardira i zaalarmują Zakątek. Nikt z nich też nie miał śmiałości, by zaatakować Włócznie Wybawiciela. Nawet otchłańce w mroku nocy schodziły im z drogi, albowiem Jardir ani myślał rozbijać obóz po zmroku. Od zachodu słońca Abban potrafił dotrzymać kroku reszcie i jechał w samym środku oddziału, nic sobie nie robiąc z kpin wojowników.
Podczas jednej z takich nocy dal’Sharum dotarli do Zakątka. Z dala słyszeli echo dzikich wrzasków, którym towarzyszyły odgłosy przypominające uderzenia pioruna oraz ogromne, oślepiające rozbłyski.
Natychmiast zwolnili, a Jardir wjechał między drzewa, by sprawdzić źródło hałasu. Wojownicy ruszyli w ślad za nim. Wkrótce dotarli na skraj wielkiej poręby, gdzie chin rozgrywali północną wersję alagai’sharak.
Z okopów buchały szalejące płomienie, bez ustanku błyszczały też runy, przez co nad polem bitwy było jasno jak w dzień. Oczom dal’Sharum ukazały się stosy martwych alagai. Płomienie i bariery runiczne układały się w gigantyczną pułapkę – demony, które do niej wpadały, trafiały na wojowników gotowych porąbać stwory na kawałki.
– Przygotowali pole bitwy – zadumał się Jardir.
Abban rozejrzał się, znalazł odpowiedni kawałek terenu, z juków wyciągnął przenośny krąg i uwiązawszy wielbłąda zaczął rozkładać barierę.
– Nawet wśród tylu wojowników musisz się kryć za runami jak tchórz? – zapytał go Jardir.
Abban wzruszył ramionami.
– Jestem khaffit – stwierdził po prostu. Jardir tylko parsknął i odwrócił się, by oglądać walkę ludzi z Północy.
W przeciwieństwie do chin z Lenna Everama, ci byli wysocy i potężnie zbudowani. Najroślejsi z nich dzierżyli wielkie, runiczne topory i kilofy miast włóczni i tarcz. Dorównywali wzrostem leśnym demonom i ścinali je niczym młode drzewka.
Dzielnie stawali, ale mieli przeciwko sobie setki potworów. Wszystko wskazywało na to, że lada chwila mieszkańcy Północy zostaną pokonani i zaleje ich fala demonów, ale wówczas rozproszyli się nieoczekiwanie, schodząc z linii strzału szeregom łuczników.
Jardir aż rozdziawił usta, na widok strzelców w długich sukniach, preferowanych przez kobiety z Północy. Łuczniczki odsłaniały bezwstydnie twarze i dekolty niczym ostatnie ladacznice.
– Ich kobiety walczą w alagai’sharak? – zdumiał się Ashan. Jardir wytężył wzrok i przekonał się, że kobiety znajdowały się także wśród walczących wręcz.
Jednak szczególną uwagę przyciągał pewien olbrzym, wyróżniający się rozmiarami nawet wśród pobratymców, który nieustraszenie wiódł każde natarcie z rykiem, niosącym się echem na długie mile. W jednej dłoni dzierżył ogromny topór, a w drugiej maczetę, którą wymachiwał bez wysiłku, niczym kozikiem.
Któryś z jego towarzyszy padł na kolana, zwalony ciosem leśnego demona wzrostu ośmiu stóp. Potwór już uniósł szpony, by dobić człowieka, gdy wpadł na niego ów olbrzym, uprzedzając śmiertelny cios. Mężczyzna stracił broń, ale nie miało to znaczenia, gdyż demon dostrzegł go i zaatakował. Chin złapał go jedną ręką, a drugą uderzył. Błysnęły runy, demon zatoczył się bezwładnie. Jardir dostrzegł, że olbrzym ma ciężkie rękawice ze znaczonego runami metalu.
Wielkolud nie dał leśnemu stworowi czasu na odzyskanie przytomności, doskoczył i zaczął tłuc demona po łbie, aż ten znieruchomiał. Zbryzgany czarną posoką, olbrzym zaryczał w niebo. Rozjuszony, ze zmierzwioną jasną czupryną i gęstą brodą, przypominał teraz lwa nad upolowaną zdobyczą.
Doskoczył doń kolejny demon, ale drogę zastąpił mu szczupły, rudowłosy chłopak o bladej cerze, odziany niczym khaffit w strój z różnokolorowych łatek. Młodzieniec uniósł jakiś instrument i wydobył z niego ostry, nieprzyjemny dźwięk. Alagai złapał się za łeb i wrzasnął z bólu. Chłopak nie przestawał grać i demon rzucił się do ucieczki, prosto na innego chin, gotowego do ciosu toporem.
– Na brodę Everama – szepnął Abban.
– Cóż to za magia? – zapytał Ashan.
– Musimy się tego dowiedzieć – zgodził się Jardir.
– Pozwól mi zabić tego olbrzyma i przyprowadzić ci chłopaka, Wybawicielu! – poprosił Hasik, w oczach którego już zapłonął dziki blask, jak zwykle przed bitwą.
– Nic nie rób – nakazał Jardir. – Jesteśmy to po to, by się uczyć, a nie, by walczyć.
Był pewien, że odpowiedź nie przypadła jego ludziom do gustu, ale niewiele go to obeszło, bo niespodziewanie jego uwagę przykuły kolejne dwie postaci. Kobiety. Jedna zamiast broni niosła niewielki koszyk. Druga, o wiele wyższa i odziana po męsku,.dzierżyła łuk, a na jej twarzy widniały ślady po szponach demona.
Obie miały na sobie piękne płaszcze, z wyhaftowanymi setkami runów. Szły przez pole bitwy bez przeszkód – alagai nie atakowały ich, a rodacy z szacunkiem schodzili z drogi.
– Są niewidzialne dla alagai, zupełnie jakby nosiły Płaszcz Kajiego – rzekł Ashan.
Pazury któregoś z demonów rozszarpały pierś jednego z walczących. Padł z krzykiem, upuszczając topór. Odziane w płaszcze kobiety pobiegły mu na pomoc. Wyższa wpakowała w demona strzałę, a niższa, szczuplejsza, uklękła przy rannym i odrzuciła kaptur. Jardir ujrzał jej twarz.
Urodą przewyższała nawet Ineverę. Jej skóra była jasna niczym mleko, tworząc piękny kontrast z włosami, czarnymi niczym pancerz skalnego demona. Na oczach Jardira rozdarła koszulę wojownika i zabrała się za opatrywanie rany, podczas gdy osłaniająca ją łuczniczka kładła każdego alagai, który ośmielił się zbliżyć.
– Północna wersja dama’ting? – odgadł Jardir.
– Chyba raczej jej pogańska parodia – stwierdził Ashan.
W chwilę później piękna kobieta wydała towarzyszce jakieś polecenie, a ta zarzuciła łuk na plecy i uniosła rannego w ramionach. Drogę powrotną zastąpiła im horda alagai, ale dama’ting z Północy sięgnęła w głąb sakwy i w jej dłoni błysnął ogień. Kobieta bez wahania podpaliła wyjęty przedmiot, a potem cisnęła nim prosto w demony. Potężna eksplozja zmiotła potwory z jej drogi i rozrzuciła dookoła ich martwe ciała.
– Może i pogańska – rzekł Jardir. – Ale ma moc.
– Ci mężczyźni muszą być tchórzami jeszcze gorszymi od khaffit, skoro pozwalają, by kobiety ratowały ich z opresji – stwierdził Shanjat. – Wolałbym umrzeć na polu bitwy.
– Nie – powiedział Jardir. – To my jesteśmy tchórzami, bo kryjemy się w ciemnościach podczas gdy chin toczą alagai’sharak.
– To nasi wrogowie – rzekł Ashan.
Jardir pokręcił głową.
– Być może w blasku dnia, ale w nocy wszyscy ludzie są braćmi.
Po czym opuścił przesłonę na twarz, uniósł włócznię i wydał okrzyk bitewny, spinając konia.
Dal’Sharum zawahali się przez moment, zaskoczeni, ale zaraz odkrzyknęli i rzucili się za przywódcą.


* * * * *



– Krasjanie! – wrzasnęła Merrem, żona rzeźnika, a Rojer ze zdumieniem uniósł głowę. Nie myliła się. Spora formacja odzianych na czarno jeźdźców gnała przez polanę, wymachując włóczniami i wyjąc triumfalnie. Krew ścięła się Rojerowi w żyłach, a smyczek ześlizgnął ze strun.
O mały włos nie pożegnałby się z życiem. Jakiś demon runął do ataku, ale w ostatniej chwili pojawił siuę Gared i odrąbał potworowi ramię maczetą.
– Uwaga na demony! – ryknął głośno, by wszyscy Rębacze go usłyszeli. – Kto spuści Krasjanom lanie, jeśli otchłańce odwalą za nich cała robotę?
Szybko jednak okazało się, że Krasjanie nie mają zamiaru atakować mieszkańców Zakątka. Prowadzeni przez męża w białym turbanie, uzbrojonego w runiczną włócznię, która wyglądała, jakby wykonano ją z wypolerowanego srebra, rzucili się na leśne demony z impetem watahy wilków wpadającej do kurnika, siejąc spustoszenie z podziwu godną sprawnością.
Ich przywódca sam rzucał się w największe roje nieprzyjaciół, lecz jego brak lęku miał swe uzasadnienie, gdyż zabijał je równie skutecznie jak Naznaczony. Ramiona Krasjanina poruszały się z nieludzką wprost prędkością, a wirująca włócznia niemalże znikała w jego dłoniach.
Pozostali wojownicy uformowali kliny, chroniąc się nawzajem tarczami i parli przez pole bitwy, kosząc otchłańce jak żyto. Na czele jednej z tych grup szedł mąż w nieskazitelnie białej szacie, która tworzyła ostry kontrast z czernią szat pozostałych. Nie nosił żadnej broni, lecz mimo to kroczył bez lęku. Kiedy skoczył na niego demon, mąż w bieli usunął się płynnym ruchem i odepchnął sprawnie potwora. Ten stracił równowagę, przetoczył się i wpadł pod włócznie innych Krasjan.
Inny ciął pazurzastymi łapami, lecz mąż w bieli wychylił się najpierw w prawo, potem w lewo, z gracją unikając ciosów. Demon zamierzył się po raz trzeci, lecz człowiek pochwycił go za nadgarstek i przekręcił, wykorzystując siłę stwora przeciwko niemu. Demon wylądował na plecach, a któryś z Krasjan od niechcenia przeszył go włócznią.
Rojer wraz z resztą mieszkańców Zakątka zakładali, że wybijanie demonów potrwa całą noc i wyznaczyli posiłki, które miały zastąpić zmęczonych wojowników.
Po przybyciu Krasjan bitwa skończyła się w ledwie parę minut.


* * * * *



Po śmierci ostatniego demona Krasjanie i mieszkańcy zielonych krain zamarli naprzeciwko siebie, mierząc się zaskoczonymi spojrzeniami. Nadal nie wypuszczali broni z garści, jakby nie wiedzieli, czy bitwa dobiegła końca, ale nikt nie ośmielił się zaatakować jako pierwszy. Wszyscy czekali na rozkaz dowódcy.
Chin obserwują nas jednym okiem – powiedział Jardir do Ashana.
– Tak, a drugim spoglądają na tego olbrzyma i rudowłosego khaffit, który budzi przerażenie w alagai – potwierdził Ashan.
– Ci jednakże są równie zaskoczeni jak reszta – zauważył Jardir.
– A zatem nie są prawdziwymi przywódcami – doszedł do wniosku Ashan. – To kai’Sharum lub ich pogański odpowiednik. Ten gigant może nawet być ich Sharum Ka.
– Tak czy owak zasługują na szacunek – stwierdził Jardir. – Chodźmy.
Wsunął włócznię do tulei na ramieniu i podszedł do obu chin, unosząc puste dłonie na znak pokojowych intencji. Stanąwszy przed nimi, wykonał uprzejmy ukłon.
– Jestem Ahmann, syn Hoshkamina z linii Jardira, syna Kajiego – powiedział w perfekcyjnym thesańskim. Oczy obu chin błysnęły, jakby go rozpoznali. – To zaś jest Damaji Ashan.
Wskazał Ashana, który w ślad za swym przywódcą również wykonał płytki ukłon i rzekł uprzejmie.
– Jestem zaszczycony.
Mieszkańcy zielonych krain spojrzeli po sobie z zaciekawieniem. Rudowłosy wzruszył w końcu ramionami i olbrzym rozluźnił się wyraźnie. Jardir z zaskoczeniem zrozumiał, że z tych dwóch to chłopak zajmuje wyższą pozycję.
– Ja jestem Rojer, syn Jessuma z Gospody w Rzeczułce – rzekł rudowłosy, odrzucając połę pstrokatego płaszcza. Jedną nogę wysunął do przodu, drogą cofnął i wykonał ukłon na miejscową modłę.
– Gared Rębacz – rzekł olbrzym. – Ten tego… Syn Steave’a.
W pierwszej chwili okazał się człowiekiem jeszcze mniej cywilizowanym od rudzielca, gdyż po prostu zrobił krok do przodu i wyciągnął prawicę tak szybko, iż Jardir o mały włos nie złapał go za nadgarstek i nie złamał mu ręki. W ostatniej chwili uświadomił sobie, że olbrzym zwyczajnie chce mu podać dłoń. Uścisnął ją mocno, zapewne w ramach prymitywnego testu męskości, a Jardir odwzajemnił uścisk, aż obaj poczuli, jak trzeszczą im kości. W końcu puścili swe dłonie, a olbrzym skinął głową z szacunkiem.
– Shar’Dama Ka, nadchodzą kolejni chin – odezwał się Ashan po krasjańsku. – Widzę wśród nich tego heretyckiego kleryka i uzdrowicielkę.
– Nie życzę sobie mieć w tych ludziach wrogów, Ashan – rzekł Jardir. – Mogą sobie być poganami, ale będziemy traktować ich z szacunkiem, jakby byli dama i dama’ting.
– Mam również obmywać stopy ich khaffit? – zapytał Ashan z niesmakiem.
– Tak, jeśli wydam ci taki rozkaz – odparł Jardir, kłaniając się nisko nowoprzybyłym. Rudzielec podszedł, by ich sobie przedstawić. Jardir ukłonił się miejscowemu Świętemu Mężowi, lecz natychmiast zapomniał jego imienia, gdy spojrzał na kobietę.
– Pani Leesha, córka Elony – przedstawił ją Rojer. – Zielarka Zakątka Wybawiciela.
Leesha rozłożyła suknie i dygnęła, a Jardir odkrył, że nie może oderwać wzroku od jej dekoltu, pięknie wyeksponowanego, gdy się podnosiła. Spojrzała mu śmiało w oczy i z zaskoczeniem odkrył, iż są one błękitne niczym niebo.
Tknięty impulsem, ujął jej dłoń i ucałował. Wiedział, że to odważny gest, zwłaszcza wobec nieznajomych, ale powiadano, że Everam zawsze sprzyjał odważnym. Leesha aż westchnęła, zaskoczona gestem, a jej blade policzki lekko poczerwieniały. O ile było to w ogóle możliwe, wyglądała na jeszcze piękniejszą niż przed chwilą.
– Dziękuję wam za wsparcie – powiedziała, wskazując ruchem głowy setki trupów alagai na polanie.
– W nocy wszyscy ludzie są braćmi – odparł Jardir z ukłonem. – Walczymy zjednoczeni.
– A za dnia?
– Wygląda na to, że na Północy kobiety zajmują się nie tylko walką – mruknął Ashan po krasjańsku.
– Moim zdaniem za dnia ludzie również powinni się zjednoczyć – uśmiechnął się Jardir.
Leesha zmrużyła oczy.
– Zjednoczeni pod twoim przywództwem?
Jardir poczuł, jak atmosfera niespodziewanie stężała, a Ashan i mężczyźni z zielonych krain napięli mięśnie. Odczuł, że poza nimi dwojgiem – nim i Zielarką – nikt inny się nie liczy. Tylko oni dwoje byli w stanie zadecydować, czy czarna posoka demonów na polu bitwy nie zostanie spryskana czerwoną krwią ludzi.
Jardir jednakże nie obawiał się tego, gdyż odniósł wrażenie, iż to spotkanie od dawna stanowiło element jego przeznaczenia. Bezradnie rozpostarł dłonie.
– Jeśli taka będzie wola Everama, być może któregoś dnia tak się stanie – rzekł i znów się ukłonił.
W kąciku ust Leeshy błąkał się uśmiech.
– Przynajmniej jesteś szczery. Dobrze, że noc jest jeszcze młoda. Czy wraz ze swymi doradcami przyjmiecie zaproszenie na herbatę?
– Byłby to dla nas zaszczyt – rzekł Jardir. – Czy moim wojownikom będzie wolno rozstawić namioty i rozkulbaczyć konie na polanie?
– Po przeciwnej stronie. Po tej wciąż mamy sporo pracy do wykonania.
Jardir spojrzał na nią z zainteresowaniem, a potem zauważył gromadę miejscowych, która pojawiła się na polu bitwy po zakończeniu walk. Byli to mężczyźni drobniejsi i słabsi od toporników, których Shar’Dama Ka widział przed chwilą w akcji. Nowo przybyli zajęli się zbieraniem drobnych, błyszczących przedmiotów z ziemi.
– Co on robią? – zapytał, choć tak naprawdę nie interesowało go, czym zajmują się północni khaffit. Chciał tylko znów usłyszeć głos Leeshy.
Zielarka rozejrzała się, a potem pochyliła, by podnieść zatkaną szklaną butelkę, którą podała Jardirowi. Było to udane, zgrabne naczynie, piękne w swej prostocie.
– Rozgnieć ją tępym końcem swej włóczni – powiedziała.
Jardir zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, dlaczego ma zniszczyć tak piękny przedmiot, ale doszedł do wniosku, iż może to jakaś forma rytuału przyjaźni. Wysunął Włócznię Kajiego z tulei i spełnił prośbę, lecz koniec włóczni odskoczył od butelki z głośnym brzęknięciem. Szkło pozostało nietknięte.
– Na brodę Everama! – wymamrotał Jardir. Spróbował rozbić butelkę jeszcze kilkakrotnie, ale naczynie pozostawało odporne na ciosy. – Niezwykłe!
– Runiczne szkło – oznajmiła Leesha, podając mu butelkę.
– Dar godny księcia – zauważył Ashan po krasjańsku. – Przynajmniej potrafią okazać szacunek.
Jardir pokiwał głową.
– Nasze ludy mogą się wiele od siebie nauczyć, jeśli utrzymamy pokój nie tylko w nocy, ale również i za dnia – stwierdziła Leesha.
– Zgadzam się – odparł Jardir, patrząc jej w oczy. – Omówmy to oraz inne sprawy przy herbacie?


* * * * *



– Widziałeś jego koronę? – zapytała Leesha.
– Widziałem – potwierdził Rojer. – Widziałem też jego metalową włócznię. To ten, o kim mówili Marick i Naznaczony.
– Wszystko na to wskazuje – przyznała Leesha. – Co do tej korony, Naznaczony nosi te same runy na własnym czole.
– Naprawdę? – Rojer był zaskoczony.
Leesha kiwnęła głową i dodała szeptem przeznaczonym tylko dla jego uszu.
– Coś mi się nie wydaje, by Arlen powiedział nam wszystko na temat tego człowieka.
– Nie mogę uwierzyć, że zaprosiłaś go na herbatę – stwierdziła Wonda.
– A może miałam mu zamiast tego napluć do oka? – zadrwiła Leesha.
– Albo kazać mi go zastrzelić – odgryzła się Wonda – Ten człowiek zabił połowę mieszkańców Rizon i kazał swym ludziom zgwałcić każdą płodną kobietę w księstwie!
Wonda urwała nagle i odwróciła się ku Leeshy.
– Masz zamiar podać mu jakiś narkotyk, tak? – szepnęła z błyszczącymi oczami. – A potem weźmiesz Krasjan do niewoli?
– Nie mam najmniejszego zamiaru! Wszystko, co wiemy o tym człowieku, to plotki i pogłoski. Jedno jest pewne, wraz ze swymi ludźmi pomógł nam usiec dwieście drzewnych demonów. Należy go traktować jak gościa, dopóki swoimi czynami nie da nam do zrozumienia, że trzeba rozmawiać z nim inaczej.
– Nie wspomnę też, że porwanie krasjańskiego Wybawiciela byłoby najpewniejszym sposobem na ściągnięcie pustynnej armii do Zakątka – wtrącił Rojer.
– Właśnie, nie zapomnijmy również i o tym – zgodziła się Leesha. – Poproś Smitta, by opróżnił główną izbę, musimy zwołać radę. Niech wszyscy ujrzą na własne oczy i osądzą tego rzekomego demona pustyni.
– Nie jest tym, kogo spodziewałem się ujrzeć – rzekł Opiekuna Jona.
– Uprzejmy jak diabli – zgodził się Gared. – Ale to tylko pozory, zupełnie jak u służących w pałacu księcia.
– To nie pozory, Gared, to się nazywa maniery – skwitowała Leesha. – Tobie i twoim chłopakom przydałoby się kilka lekcji.
– To, co powiedział Gared, nie jest pozbawione sensu – zauważył Rojer. – Spodziewałem się potwora, a nie uśmiechniętego księcia ze starannie utrefioną brodą.
– Wiem, co masz na myśli – odparła Zielarka. – Z całą pewnością nie spodziewałam się, że będzie taki przystojny.
Jona, Rojer i Gared stanęli jak wryci. Leesha przeszła jeszcze kilka kroków i dopiero wtedy uświadomiła sobie, że nikt jej nie towarzyszy. Odwróciła się i napotkała niedowierzające spojrzenia. Nawet na twarzy Wondy odmalowało się zdziwienie.
– Co takiego? – zapytała.
– Po prostu udamy, że tego nie powiedziałaś – odezwał się Rojer i ruszył przed siebie, a reszta poszła za nim. Leesha pokręciła głową i dołączyła do towarzyszy.


* * * * *



– Ci ludzie z zielonych krain są gorsi niż sądziliśmy – powiedział Ashan, gdy wracali z Jardirem do oddziału. – W głowie mi się nie mieści, że przyjmują polecenia od kobiety.
– Ale jakiej kobiety! – wykrzyknął przywódca. – Potężnej, egzotycznej i pięknej jak świt.
– Ubiera się jak ladacznica. Powinieneś był ją zabić choćby za to, że ośmieliła się spojrzeć ci w oczy.
Jardir syknął i machnął dłonią, jakby odpędzał urok.
– Za zabicie dama’ting grozi śmierć.
– Proszę o wybaczenie, Shar’Dama Ka, ale ona nie jest dama’ting – zaoponował Ashan. – To poganka. Wszyscy ci miejscowi to niewierni, modlą się do fałszywego boga!
– Czczą Everama, choć nie zdają sobie z tego sprawy – pokręcił głową Jardir. – Są tylko dwa Boskie Prawa w Evejah: Czcij jednego boga i tańcz alagai’sharak. O ile plemię przestrzega tych zasad, może trzymać się własnych zwyczajów. Ludzie z zielonych krain nie różnią się od nas tak bardzo. Po prostu ich zwyczaje wydają nam się obce.
Ashan otworzył usta, by zaprotestować, ale rzuciwszy spojrzenie na Jardira zrozumiał, że dyskusja dobiegła końca.
– Oczywiście, skoro tak rzecze Shar’Dama Ka, musi to być prawda.
– Rozkaż dal’Sharum rozbić obozowisko – polecił Jardir. – Potem razem z Hasikiem, Shanjatem i Abbanem idziecie ze mną na herbatę.
– Bierzemy tego khaffit? – skrzywił się Ashan. – Nie jest godzien zasiadać wśród mężczyzn.
– Lepiej włada ich językiem niż ty, mój przyjacielu – rzekł Jardir. – A Hasik i Shanjat ledwie znają podstawowe zwroty. To najważniejszy powód, dla którego chcę go zabrać. Jego pomoc na zebraniu okaże się nieoceniona.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-08-05 (1199 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej