Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dzisiaj, jutro, zawsze
 
Katalog - dodano
 Wiedźma naczelna (wyd.2)
- Olga Gromyko
 Nigdy nie zapomnieć
- Michel Bussi
 Samolot bez niej
- Michel Bussi
 Nie puszczaj mojej dłoni
- Michel Bussi
 Mama kłamie
- Michel Bussi
 
- skomentowano
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 

Teatr okrucieństwa - Terry Pratchett

Opowiadanie ze Świata Dysku


Był piękny letni poranek. W taki dzień człowiek aż się cieszy, że żyje. Człowiek leżący na ziemi zapewne również chciałby się tym cieszyć - był jednak martwy. Tak martwy, że bycie w choć minimalnie większym stopniu martwym wymagałoby przejścia specjalnego szkolenia.
- Dobrze - powiedział sierżant Colon (strażnik, Straż Miejska Ankh-Morpork) - Jak dotąd ustaliliśmy, że przyczyną zejścia było: a) pobicie na śmierć co najmniej jednym tępym narzędziem, b) uduszenie pętem kiełbasek, c) atak przynajmniej dwóch dzikich zwierząt o długich, ostrych zębach. I co teraz, Nobby?
- Teraz aresztujemy podejrzanego, panie sierżancie! - zawołał kapral Nobby, salutując.
- Podejrzanego, Nobby?
- Znaczy, jego - wyjaśnił Nobby, trącając zwłoki czubkiem buta - Jak dla mnie, to takie leżenie trupem pośrodku ulicy wygląda bardzo podejrzanie. W dodatku podejrzany pił. Moglibyśmy go aresztować za niechlujstwo i za nieżywotność.
Colon podrapał się w głowę. Aresztowanie zwłok miało, oczywiście, pewne plusy. Jednak...
- Coś mi się widzi - powiedział powoli - że kapitan Vimes chciałby, żeby tę sprawę załatwić. Zabierz no lepiej to ciało do wartowni, Nobby.
- A potem będziemy mogli zjeść kiełbaski, panie sierżancie? - spytał kapral Nobbs.

*****

Żywot najstarszego stopniem policjanta w Ankh-Morpork, najwspanialszym z miast Świata Dysku*, nie był usłany różami. Czasami, gdy kapitana Vimesa nachodził pochmurny nastrój, myślał sobie, że gdzieś tam zapewne istnieją światy bez czarnoksiężników (przez których zagadki zamkniętych pokojów były na porządku dziennym) i bez zombich (śledztwa w sprawie morderstwa wyglądały naprawdę dziwnie, gdy ofiara była jednocześnie głównym świadkiem), i gdzie można było być pewnym, że psy nie będą niczego robić nocami ani nie zaczną sobie ucinać z ludźmi pogawędek. Kapitan Vimes wierzył w logikę. Wierzył w nią mniej więcej w ten sam sposób, w jaki człowiek na pustyni wierzy w lód - innymi słowy, traktował ją jak rzecz niezbędną, lecz nie pasującą do świata, w którym przyszło mu żyć. "Jak dobrze byłoby choć raz w życiu coś naprawdę rozwiązać" - pomyślał.
Spojrzał w siną twarz leżących na kamiennym stole zwłok i poczuł dreszczyk emocji. W tej sprawie istniały autentyczne ś. Nigdy wcześniej nie zetknął się ze śladami z prawdziwego zdarzenia.
- Tego nie mógł zrobić rabuś, panie kapitanie - oznajmił sierżant Colon - Dlatego że kieszenie zwłok są pełne pieniędzy. Jedenaście dolarów.
- Nie nazwałbym tego "kieszeniami pełnymi pieniędzy" - zauważył Vimes.
- Pełne, bo to były monety, panie kapitanie. Same drobiazgi. Aż dziwne, że jego spodnie to wytrzymały. W toku śledztwa ustaliłem również, że pracował w showbiznesie, panie kapitanie. W kieszeniach miał wizytówki - "Chas Slumber - Rozrywki i Przedstawienia dla Dzieci".
- Jak sądzę, nikt niczego nie widział? - spytał Vimes.
- Cóż, panie kapitanie - wyjaśnił zawsze skory do pomocy sierżant Colon - kazałem młodemu Carrotowi znaleźć paru świadków. - Kapralowi Carrotowi? Wysłaliście go, żeby sam prowadził śledztwo w sprawie morderstwa? - zapytał Vimes.
Sierżant podrapał się po głowie.
- No, wtedy on mnie spytał, czy znam kogoś starego i schorowanego...

*****

W magicznym Świecie Dysku zawsze znajdzie się jeden świadek każdego morderstwa. Ostatecznie taką właśnie ma pracę.
Konstabl Carrot, najmłodszy członek Straży Miejskiej Ankh-Morpork, często sprawiał na ludziach wrażenie prostodusznego. I właśnie taki był - człowiek o prostej duszy, ale prostej w ten sam sposób, w jaki prosty jest miecz albo atak znienacka. Oprócz bycia prostodusznym, był również prostolinijny; był najprawdopodobniej najbardziej prostolinijnie myślącą osobą w dziejach wszechświata. Jego myśli dążyły bowiem do celu po najprostszej z możliwych dróg - linii prostej.
Konstabl stał właśnie przy łóżku staruszka, który najwyraźniej cieszył się z jego towarzystwa. Stał tam już przez pewien czas - i właśnie w tej chwili nadeszła pora na wyjęcie notatnika.
- Wyjaśnijmy to sobie od razu, proszę pana - powiedział - Wiem, że coś pan musiał widzieć. Był pan na miejscu zbrodni.
- CÓŻ, W RZECZY SAMEJ, BYŁEM - odparł Śmierć - I TAMTO NALEŻAŁO DO MOICH OBOWIAZKÓW. ALE TO JEST ZDECYDOWANIE NIEZGODNE Z ZASADAMI...
- Widzi pan - powiedział kapral Carrot - sądzę, że w świetle prawa nie tylko był pan na miejscu zdarzenia, ale i pomógł pan przestępcy. Przed lub po zdarzeniu.
- MŁODY CZŁOWIEKU - JA JESTEM TYM ZDARZENIEM.
- Ja zaś jestem stróżem prawa - odparł kapral Carrot - Prawo musi istnieć i powinien pan to rozumieć.
- CHCIAŁBYŚ, ŻEBYM... EEE... WYKABLOWAŁ KOGOŚ? ŻEBYM CI KOGOŚ WYSTAWIŁ? ZABAWIŁ SIĘ W KANARKA? NIE. NIKT NIE ZAMORDOWAŁ PANA SLUMBERA. NIE MOGĘ CI W NICZYM POMÓC.
- No, nie byłbym tego taki pewien, proszę pana - powiedział Carrot - Sądzę, że właśnie pan mi pomógł.
- CHOLERA. Śmierć odprowadził Carrota wzrokiem. Kapral pochylił głowę, schodząc wąskimi schodami prowadzącymi do wyjścia z chatki.
- GDZIE TO JA BYŁEM...
- Przepraszam bardzo - odezwał się zasuszony staruszek z łóżka - Ja mam 107 lat. Nie mogę tak sterczeć przez cały dzień.
- ACH, TAK, RACJA.
Śmierć naostrzył kosę. Po raz pierwszy pomógł w pracy policji. Ale ostatecznie każdy miał jakąś pracę do wykonania.

*****

Kapral Carrot szedł przez miasto spacerowym krokiem. Wymyślił Teorię. Przeczytał kiedyś książkę o Teoriach. Dodawało się do siebie wszystkie ślady i otrzymywało Teorię. Wszystkie elementy musiały do siebie pasować. Skoro zaś były kiełbaski, to musiał być też ktoś, kto je kupił. Poza kiełbaskami były też drobne pieniądze - a zwykle tylko jedna podgrupa ludzkiego gatunku płaci drobnymi.
Po drodze wstąpił do masarni. Napotkał też grupkę dzieci i przez chwilę z nimi rozmawiał. Potem, nie spiesząc się, wrócił do alejki, w której kapral Nobbs skończył zaznaczać kredą obrys ciała. Oprócz tego, Nobby pokolorował obrys, dorysował mu fajkę w ustach i laskę w ręce, a do tego dodał parę drzew i krzaczków w roli tła - przechodnie zaś zdążyli już wrzucić do hełmu kaprala siedem pensów. Carrot skierował się w koniec alejki. Tam przez chwilę przyglądał się sporej stercie śmieci, a następnie przysiadł na popękanej beczce.
- W porządku... możecie już wyjść - powiedział, nie kierując swych słów do nikogo w szczególności - Sądziłem, że na świecie nie ma już krasnoludków.
W stercie śmieci dał się słyszeć jakiś ruch - a potem wyszli z niej. Mały, przygarbiony człowieczek w czerwonej czapie i z zakrzywionym nosem, maleńka kobieta w ozdobnym kapeluszu na głowie i o wiele mniejszym od siebie dzieckiem na ręku, miniaturowy policjant, pies z obrożą wokół szyi, a wreszcie bardzo niewielki aligator.
Kapral Carrot siedział i słuchał.
- On nas do tego zmusił - powiedział mały człowieczek. Miał zaskakująco głęboki głos - Bił nas. Nawet aligatora. Tylko tyle potrafił - uderzać wszystkich kijem. Zabierał też wszystkie pieniądze, które zebrał piesek Tobby, i upijał się za nie. A potem uciekliśmy, a on złapał nas w alejce i zamierzył się na Judy i na dziecko, i przewrócił się, i...
- Kto pierwszy go uderzył? - spytał Carrot. - My wszyscy!
- Ale niezbyt mocno - powiedział Carrot - Jesteście za mali. Nie zabiliście go. Mam niepodważalne zeznanie świadka, który może to potwierdzić. Dlatego przyjrzałem się jeszcze raz trupowi - on się udławił. I dlatego umarł. A to - co to takiego? Pokazał im mały skórzany krążek.
- To żłopek - powiedział mały policjant - Robił nim głosy. Mówił, że nasze nie są wystarczająco śmieszne.
- W taki sposób powinno się to robić! - oznajmiła mała Judy.
- Miał to w gardle - powiedział Carrot - Sugeruję, żebyście uciekli. Tak daleko, jak możecie - i nie dalej.
- Myśleliśmy o zorganizowaniu spółdzielni - oświadczył pierwszy krasnoludek.
- Wie pan... dramat eksperymentalny, teatr uliczny... takie właśnie rzeczy. Zamiast bicia się nawzajem kijami.
- Biliście się kijami na pokazach dla dzieci? - spytał Carrot.
- On mówił, że to nowy rodzaj rozrywki. Że to szybko chwyci.
Carrot wstał i wyrzucił żłopek na stertę śmieci.
- Ludzie nigdy czegoś takiego nie zaakceptują - oznajmił - Nie powinno się w taki sposób tego robić.

________________________

* Świecie, który jest płaski i płynie poprzez wszechświat na skorupie ogromnego żółwia - bo właściwie czemu nie.

"Teatr okrucieństwa" został pierwotnie napisany jako opowiadanie dla magazynu "Bookcase" W. H. Smitha. Powyższą, poszerzoną wersję opowiadania wydrukowano później w programie zlotu OryCon 15. Istnienie tej wersji opowiadania jest możliwe dzięki szczodrobliwości autora, który dopuścił swe dzieło do rozpowszechniania w sieci i jednocześnie zastrzega sobie do niego wszelkie prawa. Jak ujął to sam Terry Pratchett: "Nie chcę go widzieć rozpowszechnianego w druku, ale nie mam nic przeciw temu, by ludzie ściągali je sobie z sieci dla własnej przyjemności".



Przełożył Jaromir Król








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-04-29 (2168 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej