Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Martwy jak zimny trup
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wielka księga potworów, t.2'' - antologia

Kim Newman: ''W lodowatym uścisku nieznanego''


Irene miała na sobie ciężkie buty, dżinsy i koszulę w kratkę. Włosy zaczesała w dwa grube warkocze, jak dziewczynka z książki dla dzieci. Mogła być ładna. Stockton miał nadzieję, że ktoś to kiedyś zauważy. Z drugiej strony, żartowano sobie, że kiedy będzie wychodziła za mąż, zamieni „Tak” w „Tak?”
Umościł się na krzesełku.
Następny zatrzymujący się w miasteczku pociąg miał przyjechać o 7.12 rano. Taki podróżny ślimak, zbierający facetów (i w dzisiejszych czasach paniusie) w garniturach i wiózł ich do pracy w mieście. Nie musiał mu poświęcać dużo uwagi. Pociąg rozpoczynał bieg na północy i zabierał podróżnych, wijąc się przez cały stan; ludzie, którzy za dnia z rzadka tu wysiadali, pochodzili z jednego lub dwóch miasteczek na trasie. To na ten o 7.32 będzie musiał uważać, na pusty pociąg przyjeżdżający z przeciwnego kierunku, z miasta – ostatni pociąg wczorajszego dnia, odesłany na stację końcową, by wrócił w południe i zabrał tych, którzy nie musieli być w mieście przed rozpoczęciem dnia roboczego, zakupowiczów, bywalców restauracji i ludzi pracujących w domu, którzy mieli jakieś spotkanie.
Prawie nikt nie wsiadł do pociągu o 7.32. Ale to był ten zły. Przyjechał z Nowego Yorku, który był jedynie etapem, mijanym przez większość stworów w drodze do miasteczka. Czasami zastanawiał się, dlaczego tam się nie zatrzymują, tam, gdzie mogłyby się ukryć wśród – jak to ludzie kiedyś określili? – „zalewu milionów”. Tutaj, bez względu na to, jak subtelnie by się nie zachowywały, zostaną w końcu zauważone. Lecz gigantyczna ośmiornica mogłaby zniknąć w betonowych kanionach. Nie mówiąc już o cienkim jak całun łachmanie, który równie dobrze mógłby ujść za plątaninę wyrzuconych gazet.
Dziś coś przyjedzie.
Stockton wiedział o tym, tak jak starzy ludzie wiedzą, jaka będzie pogoda. Zmienił się sposób, w jaki odczuwał ból. Nauczył się odczytywać znaki.
Byli też inni, którzy wiedzieli, lecz oni już odeszli. Ich dzieci nigdy nie uwierzyły w te historyjki albo mocno pozamykały umysły. Takie rzeczy nie istniały. Już nie. A na pewno nie tu. Pomyśleć, co by to oznaczało dla wartości nieruchomości. Mamy dość innych problemów bez tego. W czasach strachu i hańby mamy wystarczająco dużo realnych zagrożeń, którymi należy się martwić, nie trzeba się dodatkowo przejmować fantasmagoriami dnia wczorajszego, wybujałymi koszmarami minionych pokoleń.
Nie byli głupcami. Byli po prostu dziećmi.
Dzieciakami.
– Kawy?
To było prawdziwe pytanie.
– Dziękuję, Irene, poproszę.
W biurze miała ekspres. Jej ojciec utrzymywał dzbanek z kawą w ten sam sposób, w jaki pilnował, by ogień w piecu nigdy nie wygasał, nieustannie hodując narosły przez dziesięciolecia osad z kawy. Irene położyła temu kres, ostrożnie gubiąc dzbanek i za własne pieniądze kupując nową skomplikowaną maszynę.
Stockton wziął duży łyk. Oczekiwał, że poczuje smak kawy, lecz w jego usta wlało się coś innego.
– Orzechy laskowe i rum? – pytająco wyjaśniła Irene.
Na co odpowiedziałby: „Nie, dziękuję”, lecz było już za późno.
Jakiś dojeżdżający facet przywiózł te zmutowane mikstury z miasta. Kawa zanieczyszczona smakami. Stockton był zdania, że frytki ziemniaczane powinny mieć smak soli, niczego więcej.
Jednak mile powitał rozchodzące się w gardle ciepło.
No i gdzieś tam, pod spodem, mimo wszystko czuł smak kawy.
Irene zostawiła go i zajęła się pracą w biurze. Stockton już nie widywał jej ojca. Przyszło mu do głowy, że być może odziedziczyła posadę zawiadowcy – zawiadowczyni? – podczas gdy jej ojciec prawdopodobnie pilnował, co przyjeżdża do miasteczka, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się na samej stacji. Poprzednim komendantem policji była kobieta i nikomu, zdaje się, to nie przeszkadzało. Wyglądała jak mała dziewczynka przebrana na Halloween w ogromnych rozmiarów marynarkę z wypchanymi ramionami i baseballową czapeczkę, które obecnie uchodziły za mundur, ale za jej kadencji nic się nie wydarzyło. Chciałby zobaczyć, jak by sobie poradziła ze sprawami, którymi zajmowali się on i jego rodzina.
Wspomnienia – opowieści – wkradły się nieproszone do jego umysłu.
Nazwy z Late, Late Show. Totemiczne słowa i symbole.
Bestia. Nietoperz. Bandaż.
Księżyc. Umarli. Grób.
Nie puszczali już nawet Late, Late Show. Gdy włączyło się po północy telewizję, nie leciało nic innego poza spotami informacyjnymi reklamującymi sprzęt do ćwiczeń.
Dwadzieścia lat temu, gdy z pociągu wyładowano wielką pakę, myślał, że to już ostatni z nich. Czekał, aż zrzucą pudło. Wiedział, co znajduje się w środku.
Potwór. Ten potwór.
Pakę dostarczono do domu doktora Stone’a. Doktora, którego karierę medyczną trudno było prześledzić. Posługiwał się nazwiskiem Ellis Island. Jego dobrze wyposażona pracownia w suterenie wyssała przypływ mocy i wyłączyła światła w całym hrabstwie w tym samym momencie, gdy stwór z paki się uwolnił. Doktorek próbował dostać się między ludzi Stocktona. Powiedział, że ten stwór to jego dziecko. Teraz leżał na dnie rzeki w objęciach szkieletu o kościach ramion długości metra.
To był Ten Wielki. Potem inni, którzy wiedzieli, jak się rzeczy mają w miasteczku, pomyśleli, że już po wszystkim. Albo się ulotnili, albo poumierali. Tylko on wiedział, że to jeszcze nie koniec.
Końca nigdy nie będzie.
W Late, Late Show zawsze był następny tydzień i następny odcinek.
Ponownie wracamy do Shock Theater.
Ciała znajdowano rzadko. Sierść, prochy, kości. To nic nie znaczyło. Zawsze znalazł się jakiś sposób. Klątwy można było przekazać poprzez ugryzienie lub jako dziedzictwo. Kolejna burza elektryczna, przetłumaczony na głos pergamin, przełom w nauce i jego nieoczekiwane konsekwencje.
Wrócą.
Coś tu przyjedzie. Wkrótce.
Bestia. Nietoperz. Bandaż. Ciało.
Ci niezbyt zainteresowani sądzili, że to już komplet. Ta czwórka była wszystkim, już nikogo więcej nie będzie. Słynne imiona, figury karciane.
Stockton pomyślał o pozostałych, o tych, którzy przybywali tu przejazdem lub docelowo. O tych, których nazwiska nie pojawiły się w nagłówkach gazet.
Amazoński Człowiek-Ryba zbiegł z instytutu badawczego w pięćdziesiątym szóstym. Połykał powietrze przez skrzela przystosowane do przetwarzania wyłącznie ciepłej wody. Zmarł wskutek szoku lub śpiączki, gdy zanurkował pod lodem Williamson’s Kill. Mózg szaleńca, rozpuszczony w słoju, bąbelkujący i wysyłający światła, zniewalał mentalnymi mackami garbatego chirurga, widząc jego kaprawymi oczyma i używając jego wykręconych reumatyzmem dłoni, by dusić. Śpiewaczka w przydrożnych gospodach, do złudzenia przypominająca własną prababcię, której zdjęcie leżało zapomniane w archiwach „Heralda”. Jej wysokie i czyste jak dzwon tony pozostały w pamięci ludzi, ci zaś przez jedną noc starzeli się o dziesięciolecia. Chińczyk o długich paznokciach, z plutonem milczących sług z toporami ukrytymi w rękawach i cieplarnianą menażerią egzotycznej i śmiercionośnej fauny. Obślizgły fragment zjełczałej zieleni, która od czasu do czasu przybierała formę człowieka z błota i korzenia, otwierała ogromne, błyszczące oczy w plugawej twarzy. Spokojna rodzina chrześcijan o fiołkowych oczach, która mówiła jednostajnie i trzymała się razem, dopóki ktoś nie spostrzegł, że jeśli powie się coś jednemu z dzieci, jego rodzice – znajdujący się w przeciwnym krańcu miasteczka – natychmiast też o tym wiedzieli. Objazdowy cyrk ze zbyt wysokim i zbyt mądrym konferansjerem. Światła na nieboskłonie i tajemnicze ofiary ze zwierząt. Nieudane eksperymenty w opuszczonych domach poza granicami miasteczka. Gang motocyklowy pełen ludzi o poszarzałych twarzach, strzelających rytmicznie palcami, kiedy obracali w perzynę budki z fast-foodami na tyłach baru, gdzie zastawiono na nich pułapkę i gdzie najwyraźniej ich zlikwidowano w 1965 roku. Gang, którego przybycie zawsze poprzedzały młodzieżowe pieśni śmierci z lat sześćdziesiątych, dochodzące nieproszone z każdego radia i szafy grającej w miasteczku. Łagodny morderca z czaszką spuchniętą od akromegalii. Jego serce biło jedynie dla pięknej niewidomej pianistki, której zapalczywi nauczyciele wykazywali tendencję do kończenia żywota z przetrąconymi kręgosłupami. Ekstremalny esteta, który potrafił malować arcydzieła tylko wtedy, gdy obiekty jego zainteresowania były piękne i pozbawione krwi. Ukryte pod prześcieradłami duchy, tak naprawdę będące knującymi spadkobiercami – lub vice versa. Hinduski magik o oczach jak neony. Zawsze czytał w umysłach w obecności tuzina świadków, gdy w tym czasie profesorowie, którzy kiedyś sprofanowali świątynię w dalekiej krainie, ginęli jeden po drugim z charakterystycznymi zakrzywionymi sztyletami w piersi. Wyuczona małpa.
Większość z nich usunięto z drogi lub uciszono. Egzemplarze „Haralda” w miejskiej bibliotece były pełne dokładnie usuniętych wycinków. Czasami zostawały w nich tylko prognozy pogody. Z numerów z pewnego miesiąca w 1980 roku wycięto wyłącznie prognozy – co często zmuszało Stocktona do rozmyślań, co takiego się wtedy zdarzyło, objawiając się wyłącznie wpływem na klimat.
Z zadumy wyrwał go stukot.
Pociąg. Wjeżdżał. Ten o 7.12, jadący do miasta.
Nie spostrzegł, kto wsiadł, nie dbał o to, lecz zaniepokoiło go, że jego czujność na chwilę osłabła. Przeszłość i stare opowieści zawładnęły nim jak rój, zagnieżdżając się w jego umyśle. Filtrował zbiorowisko różnorodnych potworów.
Skupił się.
Na pociągu o 7.32.
To nie będzie ten.
A wtedy wszyscy sobie przypomną. Historyjki, które opowiedzieli mu rodzice i dziadkowie. Były prawdziwe! W końcu go sobie przypomną, będą mu dziękować za to, że trzymał straż, będą prosić go o radę. Dłonie Stocktona nie były w stanie utrzymać strzelby, a nogi ponieść go przez las z płonącą pochodnią, lecz umysł nadal miał ostry jak brzytwa. Nadal był ekspertem.
Będą trupy, to oczywiste.
Żałował tego, ale wiedział, że to jeden z etapów. Zanim mu uwierzą, zanim zwrócą uwagę, ktoś musi umrzeć. I to w okropny, niecodzienny sposób. Dwie wyszarpane dziury w gardle kobiety wykrwawionej do białości bielszej niż dziewiczy śnieg. Dziecko rozszarpane na kawałki, jakby zrobiło to dzikie zwierzę, lecz z wyraźnie wydrapanymi na skórze cygańskimi znakami. Starsi pracownicy akademiccy, samotni w zamkniętej na klucz bibliotece, których serca stanęły, jak gdyby lodowata pięść wycisnęła z nich życie co do kropelki. Ludzie wywróceni na drugą stronę, z lśniącą, zieloną, obcą materią w ranach. Wdowy po marynarzach, utopione mile od wody. Pozbawione oczu albo całych głów.
Nie potrafił myśleć o ludziach, którzy staną się ofiarami.
Stanowili konieczny etap. Materiał, z którym będzie pracował.
Zajrzała do niego Irene.
– Będzie nieprzyjemnie?
Miała na myśli pogodę. Ale wypowiedziała głębszą prawdę, zadała bardziej trafne pytanie.
– Ano.
Wstał ze swojego krzesełka, co z dnia na dzień stawało się coraz trudniejsze. Spostrzegł, że Irene zastanawia się, czy mu nie pomóc. Wiedział, że w końcu podda się i podejdzie, by chwycić go za ramię. Zachował mruknięcie dla siebie. Poczuł w plecach skręcający ból.
Bardzo silny.
Miał zamiar swobodnie wyjść na peron, lecz gdy szedł, jego stawy strzelały, a każdy krok był tak nieporadny jak kroki „dziecka” doktorka Stone’a. Irene otworzyła mu drzwi, z grzeczności, którą to on powinien jej okazać. Skinął głową w podzięce.
Panujące na zewnątrz zimno złagodziło ból, zamroziło go.
Nadjeżdżał 7.32. Poczuł wibracje w dziąsłach, zanim jeszcze usłyszał pociąg. Jego niekompletna sztuczna szczęka zagrzechotała.
Zanim zobaczył lśniącą, posępną, metalową tubę skomputeryzowanego pociągu, w głowie miał obraz prawdziwej lokomotywy. Tłoki i kominy, chmury dymu, przenikliwy gwizd. Zostały wycofane i zastąpione tymi elektrycznymi stworzeniami z głowami jak pocisk, które wydawały się wzięte wprost z okładki „Niesamowitej Science Fiction”. Aerodynamiczne, piękne rekwizyty z Flasha Gordona. Kiedy stały się tylko częścią umeblowania?
Pociąg zajechał i zatrzymał się.
Obserwował drzwi. Nie wszyscy odwiedzający miasteczko musieli je otwierać, ale większość tak robiła. Przypuszczał, że tak było sprawiedliwie. Nawet stworzenia nadprzyrodzone musiały chwycić za klamkę i pociągnąć.
I drzwi rzeczywiście stanęły otworem.
Ktoś inny pomyślałby, że nikt nie wysiadł, lecz Stockton widział wyraźniej.
Człekokształtna bańka, pełna czarnych włókien żarowych, poruszała się nieśpiesznie. Ślady bosych stóp między mokrymi liśćmi na peronie. Szczękanie niewidzialnych zębów.
Pogratulował sobie, że wszystko rozpracował przed czasem.
Został tylko ten jeden. Ten Mężczyzna.
– Hej, ty! – zawołał. – Czekałem.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-08-14 (1211 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej