Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Belcanto
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Czarny Horyzont'' - Tomasz Kołodziejczak

Kareta


Głosy niewidocznych jeszcze ludzi przybliżały się z każdą chwilą. Wspólnie tworzyły dziwny dźwięk, jękliwy pogłos, równomierny i rytmiczny, rozpoczynający się cicho i powoli, rosnący i urywający nagle. I tak raz po raz, raz po raz, coraz głośniej i głośniej. Kajetan przyklęknął, lewą dłoń wsparł o mech, w prawą wziął pistolet. Rutynowo sprawdził, czy jest dostatecznie osłonięty, także od góry. Ludziom mogły towarzyszyć różne stworzenia. Wreszcie ich zobaczył, dwóch na przedzie, a za nimi kolejne pary. Szli powoli, pochyleni, z wysiłkiem. Byli niscy, ubrani jednolicie w zniszczone płócienne ubrania, niektórzy bosi. Nie potrafił ocenić ich wieku. Mieli wycieńczone twarze, rzadkie, wypłowiałe włosy i kościste kończyny, charakterystyczne dla nędzarzy żyjących w stanie permanentnego głodu. Tworzyli zaprzęg, składający się z pięciu par. Każdy nosił uprząż, opiętą na piersi i karku, do której przymocowane były grube czarne liny. Pomiędzy mężczyznami z każdej pary biegł cienki pręt z okrągłymi przelotami, przez które przechodziły sznury, zbiegające się na koniec w węzeł przymocowany do przedniej ściany ciągniętego pojazdu.
Była to kareta na dwóch kołach, niemal regularny sześcian bez okien, drzwi, czy kozła woźnicy. Jego czarną, chropawą powierzchnię pokrywały wyrysowane przerywaną białą linią wzory, przedstawiające skomplikowane geometryczne labirynty, które po dokładniejszych oględzinach zdawały się łączyć w kształty przemutowanych zwierząt: jelenie o sześciu nogach; niedźwiedzie z trójokimi łbami; wilki-bliźniaki zrośnięte bokami. Każdy wierzchołek sześcianu ozdobiony był fosforyzującą kulą o barwie jasnego czystego błękitu, dziwnie kontrastującej z mrocznym wystrojem samego powozu. Pojazd toczył się na czarnych, sporej grubości dyskach.
Cała ta konstrukcja musiała być bardzo ciężka, bo dziesięciu dorosłych, choćby i zabiedzonych ludzi, ciągnęło ją z najwyższym trudem. Idący w pierwszej linii mężczyzna w taktometrycznie równych, kilkunastosekundowych odstępach rozpoczynał zaśpiew, natychmiast podejmowany przez pozostałych. W rytmie znanym niewolnikom od tysięcy lat naprężali mięśnie i przetaczali karetę o kolejne metry. Nie była to szybka jazda i nie podróżom służyła. Rytuał. Okazanie władzy i woli. Czarni mogli zmusić ludzi do niewolniczej bezsensownej pracy, więc ich zmuszali. Być może w środku pojazdu nawet nikt nie jechał.
Teraz dopiero Kajetan zaczął wychwytywać treść zaśpiewu wyjękiwanego w zniekształconej niemczyźnie.
– Błaaagam cię… – napinały się karki i uda – Chwaaalę cię… – bose stopy zapierały w ziemię – Słuuucham cię… – liny naprężały się jednocześnie – Tyyyś mój pan! – równoczesne szarpnięcie przesuwało pojazd, a rytm pracy był tak zsynchronizowany, że ciężka bryła toczyła się równomiernie, choć powoli.
Dopiero po chwili Kajetan zorientował się, że prowadzący zaprzęg zapiewajło zamiast rąk ma dwa kikuty, odrąbane na wysokości łokci. Być może wypadek przy jakiejś innej pracy sprawił, że został ludzkim perszeronem. A może, ponieważ nim właśnie był, jego władcy ucięli mu dłonie, by nie myślał o innych zajęciach. Pozostali mężczyźni również nosili na ciałach znamiona władzy barlogów. Jeden miał obcięte ucho, inny nozdrza, zdarzały się i odrąbane palce, wyłupione oczy i wypalone na policzkach piętna.
Los ludzi żyjących pod władzą Czarnych.
Karawan zbliżał się do miejsca, w którym czekał Kajetan. Wtedy uwagę geografa zwróciło nowe zjawisko. Rozległ się przenikliwy, wibrujący dźwięk, jakby ktoś wrzasnął w wylot metalowej rury. Tył pojazdu lekko wybrzuszył się, a białe malowidła na ścianach zaczęły się wyginać i przemieniać. W tym samym momencie jeden z pociągowych ludzi wrzasnął głośno, gubiąc melodyjny rytm zaśpiewu. Zachwiał się na nogach, kolana ugięły się pod nim, bardziej zawisł na uprzęży, niż nadal ją sam napinał. Trząsł głową rytmicznie, zagryzł wargi tak mocno, że strużka krwi spłynęła po jego policzku. Pozostali mężczyźni nie przejęli się tym zbytnio, ani nie próbowali mu pomóc, ani pogonić do dalszej pracy. Być może tylko mocniej jeszcze napięli mięśnie, by zrównoważyć fakt, że jeden z nich przestał ciągnąć z pełną siłą.
Kajetan przyłożył do oczu lornion, przestrajając kryształy szkieł na opcję nazywaną potocznie „zwidzeniem”. Teraz mógł obserwować także to, co zakryte było przed ludzkimi, niemagicznymi oczami. I zobaczył. Z przedniej ściany powozu wyrastał mglisty kształt, skomplikowany układ kwadratowych ogniw, tworzących siłowy, rozgałęziający się łańcuch. Niektóre z jego końcówek drgały w powietrzu, jak węże, którym fakir puścił muzykę techno. Inne wiły się, szukając celu, omiatając głowy mężczyzn, wyginając się ku ich twarzom i kroczom. Najdłuższa wić dotarła do krzyczącego człowieka, opięła mu głowę, zawijając się na czole i oczach, przecinając usta. Ogniwa zmieniały kolory, pulsując miedzy krwistą czerwienią, a jaskrawą żółcią. Całą długością łańcucha przepływały jakieś fale, zgrubienia rodzące się we wnętrzu czarnego pojazdu i tłoczone niczym krew przez żyły.
W chwili, gdy mężczyzna wył najgłośniej, niemal już nie idąc, a jedynie wlokąc się po ziemi, wybrzuszenie na tylnej ścianie powozu napęczniało i gęstą czarną, tętniącą kroplą, po której powierzchni przepływały białe linie, spłynęło na ziemię.
Niewolnik barlogów przestał krzyczeć, przez chwilę jego ciałem miotały dreszcze, ale zaczynał dochodzić do siebie. Mocniej stanął na nogach, zaparł się, szarpnął obrożą, jakby chciał dać zmianę swoim towarzyszom, którzy przez ostatnie minuty pracowali za niego. Po chwili znów śpiewał.
W tym czasie łańcuch spełzł z jego twarzy, zaczął się kurczyć, aż wreszcie zniknął w przedniej ścianie powozu, jak kabel nawijany na niewidzialny kołowrotek.
Kajetan znów przestroił lornetkę. W miejscu, w którym powóz wypuścił swą wydzielinę, leżał mały czarny kamyk pokryty skupiskami małych kryształów, którego mniej baczny obserwator nie odróżniłby od kawałka bazaltu. Nie minęło dziesięć sekund, gdy kamyk zaczął się zanurzać w ziemi, powoli, jakby tonął w płynnej smole. Wkrótce zniknął. Jednak geograf czuł zimną moc bijącą z tego miejsca.
Ludzie stawiają menhiry i rzeźbią w nich krzyże. Sadzą dęby i wieszają na nich kapliczki z frasobliwymi świątkami i promiennymi Maryjami. Budują kościoły, ryjąc w ziemi fundamenty, murując ściany z betonu i cegieł, dzwonnice z polnych kamieni. A potem modlą się tam, biorą śluby i odprawiają pogrzeby, składają wota i honorowe obietnice. Tak naznaczają swój świat, utwierdzają go, zabezpieczają przed wrogim wpływem. Ustawiają bariery, przez które barlogi nie mogą się przedrzeć.
Podobnie Czarni. Też odprawiają rytuały, w które wpisany jest terror i ból. Znaczą okupowane ziemie cierpieniem, składają w niej mroczne jaja, diamenty ciemnej przyszłości. Chronią swe terytoria przed kontrofensywami połączonych armii ludzi i elfów.
Obecność rytualnego wozu mogła oznaczać, że dotarł już w pobliże chronionego obszaru.
Teraz kareta znalazła się tuż pod miejscem, w którym czuwał Kajetan. Mężczyzna wychylił się, starając wykorzystać naturalne osłony, bo choć nie wyczuwał, żadnych fagowych pól, wolał nie używać magii do ochrony. Jeszcze raz przestroił lornetkę. Teraz uważniej przyjrzał się konstrukcji wozu. Koła, które pierwotnie wziął za dyski, tak naprawdę były czarnymi obręczami ze szprychami, wirującymi szybko niczym żyroskopy, tak że ich obraz zlewał się w jedną całość. Kajetan nadał kryształom lornetki stosowną wibrację i teraz cały obraz przed jego oczami zwolnił i zamarł niemal w bezruchu. Ludzie zastygli w pół kroku, z nogami zawieszonymi w powietrzu, wygięci do przodu. Wyglądali jak zamrożone figury, które zaraz przewrócą się, nie złapawszy równowagi. Gałęzie drzew widoczne w okularze również nie drżały, za to na ich czarnozielonym tle bardzo, bardzo powoli przesuwały się włóczkowe pasma, wyznaczające linie podmuchów wiatru. Koła karety kręciły się teraz w tempie ćwierci obrotu na sekundę i Kajetan mógł dokładnie przyjrzeć się ich konstrukcji. Szprychy nie miały jednakowej średnicy, w niektórych miejscach wytoczono je grubiej, w innych zwężono do wałeczka o średnicy ludzkiego palca. Ten rytm nie był jednak przypadkowy. Parametry każdej z dziewięciu szprych obliczono bardzo starannie, tak by obracając się wytwarzały ściśle zsynchronizowane fale fagów. Układ szprych i wzorów na nich zmieniano w zależności od przeznaczenia wozu. Inny na bojowych rydwanach, gdy miał generować pola morderczej mocy. Inny na wozach transportowych, gdzie zwiększał nośność i szybkość. Tu spełniał zapewne odmienne funkcje – ładował wóz energią niezbędną do wytwarzania czarnych kamieni.
Kajetan mógł się nieco dokładniej przyjrzeć rysunkom ozdabiającym karetę. Wyglądały jak labiryntoidalne figury z Nasca, tyle że wyrysowane nie łagodnymi łukami, a ostro zakręcającymi łamanymi. I one – po przestrojeniu lunety – ujawniły swój drugi, prawdziwy kształt. Biała farba zsiniała, teraz wyglądała bardziej jak ciąg rys wydłubanych w gładkiej powierzchni sześcianu. Tym systemem kanalików powoli przelewały się krople kredowego płynu, łączyły na skrzyżowaniach, rozdzielały w labiryntowe ścieżki. Każda poruszała się niezależnie, a jednak widać było, że oddziaływują na siebie, razem tworzą wspólny puls. Mogły być odsłoniętym systemem krwionośnym pojazdu, którego rytm wybija ukryte serce.
– Błaaagam cię… – krzyczeli mężczyźni pociągowi, w rytmie okrutnej szanty. – Chwaaalę cię… Słuuucham cię… Tyyyś mój pan!
Zaprzęg minął Kajetana i zaczął się oddalać. Droga skręcała łagodnie w prawo, omijając skarpę. Było jasne, że za dwie, trzy minuty kareta zniknie mężczyźnie z oczu. I gdy już to niemal miało nastąpić, rytm śpiewu ponownie został zaburzony krzykiem jednego z niewolników, a tylna ściana pojazdu zaczęła się wybrzuszać.
To dlatego mężczyźni wsparli wtedy swego towarzysza. Po prostu moc pojazdu atakowała ich jednego po drugim, by ból i bezsilność przetrawiać w swe straszne odchody. Kiedy jeden słabł, pozostali ciągnęli także dla niego, wiedząc, że za chwilę i ich spotka ten los.
Kajetan wiedział, że to dobrze. Tworzą zespół. Z przymusu, zniewoleni telepatyczną presją, na pewno bez szansy odmowy. Ale – w swoim strasznym trudzie – są drużyną. A zespół to choćby odrobina lojalności, to może cień współczucia, to prawdopodobnie ślad empatii. To błysk dobra w krainie koszmaru. Nadzieja.
Tak jak teraz, gdy jeden z nich, nie ten sam co poprzednio, miotał się i wył, niemal wyrywając ze swojej uprzęży. Uderzenie bólu musiało być na tyle silne, że i jego reakcja okazała się wyjątkowa. Zmylił krok, zaburzył rytm marszu i pieśni. Bulwa tworząca się na tyle pojazdu zadygotała gwałtownie i przestała rosnąć.
Kajetan podniósł się ostrożnie. Pchnął do Tytusa uspokajający sygnał, a sam zaczął się przesuwać wzdłuż krawędzi skarpy, by lepiej zobaczyć, co się wydarzy. Niemal zrównał się z karetą, gdy błękitne światła na jej rogach zamigotały.
Wytrysnął z nich strumień fagów, tak mocny, że rozjarzył nawet zwykłe powietrze. Popłynął ku wciąż wijącemu się mężczyźnie. W locie rozdzielił się i uformował w sztywne pręty. Ostrza ominęły mężczyzn pociągowych, którzy teraz jeszcze bardziej spuścili głowy, skurczyli, bezskutecznie próbując ukryć się przed karą. Trafiły wyjącego człowieka prosto w plecy, wydzierając z jego płuc jeszcze jeden jęk, weszły w ciało i zniknęły. Jednocześnie opadła obroża z jego grzbietu.
Mężczyzna runął na ziemię. Już nie krzyczał, a jedynie dygotał w spazmach gnących go w pół i wykrzywiających kończyny na wszystkie strony.
– Błaaagam cię… – pieśń została podjęta na nowo. – Chwaaalę cię… Słuuucham cię…Tyyyś mój pan!
Wóz potoczył się dalej.
Skazaniec konał. Kajetan wiedział, co go uderzyło. Magiczne groty, rozpryskujące się w ciele niczym pociski dum-dum, wlewały ogień w każdą komórkę, miażdżyły bólem mózg. Ale nie zabijały. Miał tu konać, dopóki nie zabije go pragnienie i głód. I cierpieć. A fagi poniosą jego ból do rodzinnej wioski, wtłoczą w umysły sąsiadów, może rodziców, może dzieci. Oto kara barlogów. Oto wola jegrów. Oto przestroga dla niewolników.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-08-19 (1168 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej