Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Nekroskop 1
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Jeszcze nie zginęła'' - antologia

Rafał Dębski: Pocałunek lasu


Nienawidziłem tego wszystkiego. Kurwa mać, jak ja nienawidziłem tego kraju, tych ludzi, tej całej bieganiny! A najbardziej ze wszystkiego nie cierpiałem brać udziału obławach. Żołnierz powinien albo siedzieć i grzać dupę w koszarach, albo oddawać życie za ojczyznę w okopie na froncie, w ataku przez pole minowe, w walce na bagnety, pod ciężkim ostrzałem wreszcie. Z sensem. A siedzenie w lesie i czekanie, z której strony padnie strzał, nie jest zajęciem godnym munduru. W dodatku dumnego munduru grenadiera. Wolałbym już chyba, żeby wysłali mnie na front wschodni. Tam przynajmniej służyłbym tak, jak mnie do tego przygotowywano – patrząc wrogowi w oczy, a jeśli już zwalczając partyzantów, to tylko przy okazji innych działań. Chociaż, czy ja wiem? Tak mi się zdawało wtedy, kiedy stałem na straży obozu w lasach pod Wąchockiem. Nie wiedzieliśmy jeszcze, jakim koszmarem był tak naprawdę wyjazd do Rosji. Jednak dzisiaj, kiedy na to patrzę, chyba jednak lepiej by było zostać wsadzonym do eszelonu i przetransportowanym na jakiś front, nawet pod Moskwę czy Leningrad. Dla grenadiera zawsze znajdzie się odpowiedniejsze zajęcie niż straszenie okolicznych chłopków.
Stwierdziłem, że najbardziej nie cierpiałem obław? Źle. Największą odrazę czułem do tych przeklętych bandytów, kryjących się po lasach i kąsających kostki niemieckiego olbrzyma. Po jaką nagłą cholerę z nami wojowali? Siedzieliby cicho po chałupach, a najlepiej pojechali dobrowolnie na jakieś roboty do Reichu czy Austrii, włos by im z głowy nie spadł. Ale nie, oni musieli do nas strzelać, musieli batożyć wykonujących swoją pracę zarządców, zabierać pieniądze Treuhanderom, rozbijać więzienia, wysadzać pociągi, na wszelkie sposoby przeszkadzać w prowadzeniu wojny. W dodatku byli święcie przekonani, że ich mizerny opór stanowi jakiś problem dla wielkiej Rzeszy. Stanowił, owszem, lecz nie dla kraju, ale dla mnie i moich towarzyszy.
– Heini – usłyszałem nagle za plecami. Odwróciłem się, kładąc automatycznie palec na spuście szmajsera. To był Lutke, najlepszy tropiciel w oddziale, a podobno nawet w całym pułku. On jeden czuł się w lesie jak w domu. Na widok mojej miny zaśmiał się. – Coś taki wystraszony, chłopie? Musisz być czujniejszy. Tutejsi umieją chodzić w gęstwinie lepiej nawet ode mnie.
– Masz szczęście, że do ciebie nie wygarnąłem, idioto!
– Narobiłem tyle hałasu, że powinieneś mnie usłyszeć już dawno. Tak to jest, jak się na warcie myśli o dupach zamiast o służbie.
– Idź w cholerę, Lutke.
Odszedł, zanosząc się tubalnym śmiechem. Na pewno opowie chłopakom, jak to mnie zrobił w konia. Wieczorem przy ognisku nie opędzę się do kpin. Lutkego też nie lubiłem. Może nie był złym kompanem, ale lubił odrywać błazna, a poza tym miał paskudny bawarski akcent, od którego bolały mnie zęby. Literalnie. No i to jego znakomite samopoczucie w przeklętej głuszy mocno działało na nerwy, zresztą nie tylko mnie. Inna rzecz, że parę razy uratował nas od pułapek pozostawionych przez bandytów. Dosłownie wyczuwał niebezpieczeństwo. Z jednej strony wszyscy zazdrościliśmy mu i podziwialiśmy te umiejętności, ale z drugiej – przynajmniej we mnie – budził nieufność. Może dlatego, że potrafił wyrwać się z każdej trudnej sytuacji, czasem wracał z patrolu zupełnie sam, a oddział grabarzy jechał zbierać trupy mniej sprytnych żołnierzy. Nie wiedziałem nawet, jak miał na imię, bo wszyscy zwracali się do niego tylko i wyłącznie „Lutke”, a dowódcy nie wymieniali nawet jego stopnia w mniej oficjalnych sytuacjach.
Zluzował mnie Johann, ponury typ z Tyrolu. Miał bodaj jeszcze gorszy akcent od Lutkego, ale przynajmniej tyle nie gadał. Kiedy dotarłem do ogniska z menażką pełną kapuśniaku, tropiciel był w trakcie opowieści.
– To były delicje, mówię wam! Ta głupia dziewucha zamiast stanąć i zacząć drzeć gębę, co by nas pewnie zniechęciło, bo teren był zagrożony przez bandy, rzuciła się do ucieczki…
– O czym on mówi? – Trąciłem Josefa, który swoim zwyczajem żuł prymkę tytoniu, spluwając gęsto co jakiś czas.
– Dopadli na patrolu jakąś dziewuchę, chyba od bandytów – wymamrotał cokolwiek niewyraźnie, przekładając kawałek tytoniu z jednej strony gęby do drugiej. – Pewnie łączniczka.
– I gdzie jest? Przyprowadzili ją?
– Słuchaj, to może się dowiesz.
Dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę, że Lutke przerwał opowieść, a wszyscy patrzą na mnie z potępieniem. Wziąłem się więc do jedzenia, a tropiciel podjął:
– Günter z Jürgenem pobiegli bokami, żeby nie skoczyła w jakieś krzaczory, a ja popędziłem prościutko za nią. Dopadłem ją na takiej małej polance. Słoneczko świeciło, drzewka szumiały, a ona jęczała. Nawet nie próbowała krzyczeć ani specjalnie się wyrywać. Chłopaki trzymali ją za nogi. Ale suce dogodziłem – zaśmiał się obleśnie, a mnie zupa utknęła w gardle. – Potem oni też się spuścili jak należy, wzięliśmy tę Polaczkę i do obozu. Ale też był z niej kawał ścierwa. Wyobraźcie sobie, związane miała ręce, tyle że nie na plecach, a z przodu, żeby sobie ryja nie stłukła o korzenie w razie, jakby się potknęła, bo by gadać nie mogła. To w pewnej chwili wyrwała bagnet Jürgenowi. Wiecie, że to flejtuch, zapięcie miał zepsute, więc żelazo wylazło łatwo. A ta kurwa na naszych oczach flaki sobie wypruła. Było na co popatrzeć. Jak próbowałem zabrać nóż, to mnie jeszcze o, ugryzła – Podwinął rękaw z idiotyczną dumą pokazując ślady zębów na przedramieniu. – Jürgen za brak dbałości o wyposażenie i narażenie Rzeszy niemieckiej na stratę cennego jeńca dostał nocne dyżury w kuchni. Będzie miał dość obierania kartofli na całe życie!
Odechciało mi się jeść. Inni rechotali, dogadywali, a ja myślałem o mojej Marii i o tym, co bym zrobił komuś, kto by ją śmiał tknąć.
– Patrzcie – zaśmiał się Josef, wskazując mnie grubym paluchem. – Nasz Romeo jaki się zrobił blady! Myślałby kto, że taki wrażliwy! A jak paliliśmy tę wiochę bandycką, jak jej tam... Michniów, to pierwszy był do podkładania ognia! Pamiętacie? Ze dwieście polskich świń wtedy usmażyliśmy, a jemu nawet brew nie drgnęła. Co ci się stało, chłopie?
– Odwal się, durniu – burknąłem. – Nigdy ci się nie chciało rzygać? Coś chyba było nie tak w tej zupie.
Wzruszył ramionami, odwrócił się i zaczął wypytywać Lutkego o szczegóły. Nie bardzo wiedziałem, dlaczego, ale opowieść tropiciela – przecież jedna z wielu podobnych – wywarła na mnie wyjątkowo przygnębiające wrażenie. A przecież, jak powiedział Tyrolczyk, brałem udział w różnych akcjach. Sam zaliczyłem parę miejscowych kobiet, nie zawsze może wbrew ich woli, ale zasadniczo musiałem najpierw trochę powalczyć. A tutaj coś mnie wzięło. Ciemniejące nad lasem niebo, na którego tle ostro odcinały się korony drzew, nagle wydało mi się obce i groźne.
– W zasadzie nie rozumiem, po co siedzimy już drugi dzień i wybieramy z tyłków igliwie, zamiast zrobić swoje i do koszar?
– Stary czeka ponoć jeszcze na jakieś wsparcie – odparł zawsze najlepiej poinformowany Michael. – Chyba obawiają się pójść na tego całego Ponurego bez jednostek SS.
– Nie podoba mi się to – odezwał się Josef. – Powinniśmy iść z obławą od razu. W końcu po coś przytargaliśmy ze sobą te pancerki.
– Naprawdę masz taką ochotę włazić na teren bandytów? – Zmrużył oczy Lutke. – Ostatnio narzekałeś, że pchamy się, gdzie nie trzeba.
– A bo nudno jak w pieprzonym grobie! Ty chociaż pętasz się po okolicy, dupy obracasz, a my co?
– A wy gówno – huknął radośnie tropiciel. – Nie umiecie łazić po lesie, to nie zazdrośćcie.
Przez cały wieczór byłem przygnębiony, myślałem o ukochanej i czułem narastającą tęsknotę. Pojechałbym teraz na przepustkę do Lipska, wyparzył się w łaźni, kupił tuzin róż i poszedł do niej. Nie spotkałem nigdy przedtem kobiety, która potrafiłaby dać mężczyźnie tyle, co ona. Była prawdziwym wulkanem namiętności, tak inna, tak odmienna od dziewczyn w burdelach o twarzach okraszonym fałszywą radością, jęczących mechanicznie, wpatrzonych smętnym wzrokiem w sufit, kiedy mężczyzna się zaspokajał. Od chwili, kiedy przyłapałem na tym pewną panienkę, przestałem odwiedzać puff. Wolałem już dopaść jakąś dziewuchę. Nawet jeśli broniła się rozpaczliwie i była sucha jak pustynia, ujawniała przynajmniej jakieś autentyczne uczucia.
Miałem nadzieję, że Maria przyśni mi się tej nocy, lecz spotkał mnie zawód. Całą noc goniłem za czymś nieuchwytnym, groźnym i zarazem niesłychanie godnym pożądania. We śnie wiedziałem, co to jest, ale po przebudzeniu natychmiast wyleciało mi to z głowy, pozostało tylko ulotne doznanie obcowania z tajemnicą.

*

Obudziłem się ze sztywnym karkiem, łeb bolał mnie niemiłosiernie. Nic dziwnego, skoro leżałem na jakimś pieprzonym korzeniu, gdyż zrolowany płaszcz wysunął mi się spod głowy. Za to też nienawidziłem tego kraju i tego lasu w szczególności. Nawet koszary pod Kielcami były jakieś obce i nieprzyjazne, chociaż urządzone dokładnie wedle najlepszych naszych niemieckich wzorców.
Świtało dopiero. Przyciągnąłem płaszcz, odwróciłem się na bok. Może jeszcze pośpię, a ból jakoś przejdzie.
– O żeż kurwa! – doleciał mnie przerażony głos. – O kurwa mać!
Poderwałem się. Takie bluzgi o poranku nie były może czymś nadzwyczajnym, ale w wołaniu brzmiały tony histeryczne tak niepokojące, że postawiłyby na nogi nawet nieboszczyka. Po kilkunastu sekundach kląłem się już w duchu za to porównanie.
Krzyczącym okazał się obergefreiter Kuntze. Stał nieruchomy jak posąg, a z jego ust nieprzerwanym strumieniem płynęły najgorsze znane żołnierzom przekleństwa. Nie oszczędzał nikogo – ani Boga, ani diabła, ani nawet Najświętszej Panienki. Miał wybałuszone ze zgrozy oczy, wpatrywał się w coś pod nogami. Dopadłem do niego w paru susach, nie byłem pierwszy, kilku chłopaków już dobiegało, popatrzeć, o co chodzi. Kuntze klął jak natchniony, a ja w osłupieniu patrzyłem na to, co wprawiło go w tak wielkie wzburzenie. Tak… Jednak ten głos nie był w stanie zbudzić trupów, przynajmniej tych leżących na ziemi. Trzy ciała. Wszystkie zakrwawione, o oczach zastygłych w przerażeniu. Sporo widziałem już w życiu krwi, sporo nawąchałem się trupich wyziewów i tych świeżych, i takich dobrze już nadgniłych, ale ten widok o poranku sprawił, że musiałem się odwrócić i rzygnąć. Każdy trup miał rozerwane gardło. Ale nie tak zwyczajnie rozerwane. Wyglądało, jakby ktoś wgryzł im się w szyję wielkimi, tygrysimi zębami, przez postrzępioną skórę mogłem dostrzec kręgi szyjne.
– Co się dzieje? – Hauptmann Sigfried Maier biegł ku nam, dopinając pas.
Kuntze przerwał obrazoburczą litanię bluzgów, wskazał ciała. Oficer stanął obok mnie, spojrzał, a potem zwymiotował mi na buty. Nie zwróciłem na to uwagi.
– Kto to jest?
Obergefreiter przełknął ślinę, a potem wychrypiał:
– Günter Hahn, Andreas Wenke i Lutke…
– To ta suka! – rozległo się przerażone wycie. – To ta dziwka!
Spojrzałem w bok. Nad ciałami stanął Jürgen. Miał podkrążone oczy i pociemniałe palce. No tak, przecież dostał karniaka w kuchni, całą noc bawił się z mięchem i warzywami. Nic przyjemnego.
– Jaka suka? – Hauptmann Maier wytarł usta śnieżnobiałą chusteczką, rzucił ją z obrzydzeniem na trawę.
– Ta, cośmy ją wczoraj zwyobracali! – wrzasnął Jürgen. – Wiedziałem, że nic dobrego z tego nie będzie! Nie będzie!!!
Oficer bez słowa strzelił go w pysk. Przerażony żołnierz zatchnął się, poczerwieniał i znów otworzył usta do krzyku. Wtedy Maier rąbnął go pięścią w zęby. Z rozbitych warg pociekła krew.
– Mów, o co chodzi, ale jak należy!
– To była wiedźma! – wybełkotał Jürgen. – Wiedziałem, że to złe nasienie, jak tylko jej wsadziłem kutasa! Jakbym zanurzył go we wrzącym oleju! A zaraz potem było mi tak dobrze, że mało nie skonałem. To nienormalne. Nienormalne!
Jego głos znów zaczął się niebezpiecznie wznosić.
– Bzdura! – ryknął hauptmann. – Nie pieprz, feldfebel!
– To była jakaś wampirzyca! – Żołnierz nie dał się uciszyć. – Kurwa, co to za kraj? Nawet upiory są przeciwko nam!
Kolejny cios posłał go na ziemię, ale nieszczęśnik wydzierał się nadal:
– Nawet upiory są przeciwko nam, słyszycie?! Wypierdalajmy z tego lasu i z tego kraju! Wypierdalajmy jak najszybciej!
Ucichł dopiero kiedy Maier kopnął go z całej siły w głowę.
– Zabierać ich wszystkich i do łapiduchów, do Starachowic! Niech ich tam obejrzą.
A potem schylił się, podniósł kawałek materiału, leżący na piersi Lutkego. Przysiągłbym, że był to skrawek przypominający kwiecistą tkaninę lekkiej sukienki.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-08-27 (1235 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej