Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Drugi Brzeg
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

13 Anioł - Anna Kańtoch

Piątek, 13.30 - spotkanie z aniołami


W jakim stroju powinno się stawać przed obliczem Pana?
– Nagi – odpowiedział sam sobie Aimeric Tyren. – Przed obliczem Pana powinienem stanąć nagi.
– Nie jest pan umówiony z Bogiem – zaprotestowała Tarai, jego kompetentna, zielonoskóra sekretarka, przetrząsając szafę w poszukiwaniu najbardziej stosownej asani. – Jest pan umówiony z aniołami.
Oczywiście. Miał to nawet zapisane w swoim terminarzu. Piątek, trzynasta trzydzieści – spotkanie z aniołami.
Meric wyjrzał przez okno. Na ścianie przeciwległej kamienicy wisiał wielki plakat reklamujący najnowszy film Indil. Jasnowłosa piękność obejmowała przystojnego bruneta, w tle unosił się wielki, szary smok. Indil miała włosy ułożone w kunsztowne fale i uczesane tak, by odsłaniały spiczaste ucho, a subtelne rysy jej czarno-białej twarzy wyrażały tęsknotę.
Królewski klejnot – głosił wypisany na plakacie tytuł i Meric bez trudu mógł zgadnąć o czym to będzie. Uciśniona dziewica, bohater, magia i całe mnóstwo smoków.
Jeszcze parę dni temu chciał pójść na ten film. Lubił Indil – nie była taką wredną suką jak większość elfich aktorek. Teraz wiedział już, że Królewskiego klejnotu nie zobaczy. Jutro o tej porze będzie siedział w areszcie.
– Ta jest najlepsza – powiedziała z satysfakcją Tarai. – Teraz pomyślimy nad marynarką.
Ściślej biorąc, nad marynarką myślała tylko ona. Meric założył błękitną, jedwabną asani, w kwestii dalszych części garderoby zdając się całkowicie na gust Tarai. Tarai była mieszańcem, półkrwi nimfą, która po matce odziedziczyła oliwkowozieloną skórę i szmaragdowe włosy, a po ludzkim ojcu rozsądek i zamiłowanie do luksusu.
Włożył marynarkę i przejrzał się w lustrze. Ukazało mu obraz młodego mężczyzny, średniego wzrostu i szczupłego – nie przesadnie, ale wystarczająco, by stworzyć wrażenie pewnego rodzaju słabości. Rysy miał delikatne i łagodne, a w całej postaci najbardziej rzucały się w oczy płomiennorude włosy. Dziesięć lat nocnego życia już zaczynało się odznaczać na jego twarzy. Cerę miał zmęczoną, oczy podkrążone, a tuż obok lewej powieki pulsowała nerwowo wypukła, błękitna żyłka.
Wskazówki zegarka zbliżały się do wpół do drugiej. Meric wytarł w chusteczkę spocone dłonie, przełknął ślinę z trudem przepychając ją przez ściśnięte gardło. Znów stanął przy oknie, ale nie patrzył już na plakat. Patrzył na znajdujący się nieco dalej szary gmach Domu Bożego.
Jak większość getteimskich świątyń tak i ta została zbudowana w arleńskim stylu merilet: wysokie i smukłe wieże, zakończone ostrymi łukami witrażowe okna i zdobiące mury płaskorzeźby. Wejścia strzegły dwa skrzydlate posągi. Jeden z nich stał prosto, spoglądając przed siebie. W rękach trzymał miecz, wbity w ziemię pomiędzy stopami. Drugi zrywał się właśnie do lotu, jego skrzydła były na wpół rozpostarte, lekki wiatr już burzył marmurowe włosy, a podkasana wysoko szata ukazywała muskularne uda. Aniołowie. W Getteim było mnóstwo aniołów. Meric od dzieciństwa przywykł do ich obojętnych, kamiennych twarzy i pustych oczu spoglądających z dachów kamienic, miejskich fontann i wykuszowych okien Wież Milczenia. Czasem też zachodził do któregoś z Domów Bożych, by podziwiać barwny przepych witraży, gdzie skrzydlate istoty w szatach koloru malwy, szmaragdowej zieleni i kobaltu walczyły połyskującymi złotawo mieczami.
Zastanowił się, czy aniołowie, których za chwilę zobaczy, będą podobni do swych rzeźbionych i malowanych podobizn. Szczerze w to wątpił.
I faktycznie nie byli.
Pierwszy, który przedstawił się jako Nemuel, miał ciemne włosy, drugi, o imieniu Asel, był blondynem. Poza tym niewiele się od siebie różnili. Idealnie przystojni wyglądali jak gwiazdy filmowe na wyretuszowanych zdjęciach. Ubrani byli na sposób arleńczyków w jedwabny, doskonały na ciepłe dni strój składający się z luźnych spodni i asani, rodzaju długiej, kolorowej kamizeli.
Meric zaprosił ich do swojego gabinetu. Nie lubił tego pomieszczenia, źle się tu czuł, ale w tej sytuacji najprawdopodobniej nigdzie nie czułby się swobodnie, więc wybór gabinetu był nie najgorszym wyjściem.
Od śmierci ojca Merica niewiele tu zmieniono. Wzdłuż ścian ciągnęły się zapełnione książkami półki, a niski stolik otaczały fotele obite skórą w kolorze czarnej wiśni. Na biurku stał kałamarz. Prawdopodobnie wyschnięty, bo Meric nie pamiętał, kiedy ostatni raz coś tu pisał. Zawsze miał wrażenie, że w gabinecie jest intruzem. Pokój wciąż jeszcze wydawał się przesycony duchem zmarłego Aimerica Tyrena, jego siły, zdolności przekonywania i morderczego uporu, dzięki którym w ciągu niespełna pół wieku powstało Getteim. Zbudowane na wodzie miasto-sen, miasto-marzenie.
Asel zgodził się na zaproponowaną mu szklaneczkę wina figowego, Nemuel odmówił. Meric podszedł do dyktafonu, ustawił igiełkę na właściwej pozycji i nacisnął guzik. Gabinet wypełniły miękkie, subtelne dźwięki sonaty na flet, altówkę i harfę.
– Cóż za wspaniałe urządzenie – powiedział Asel, ten jasnowłosy i uprzejmiejszy. – W hotelu widziałem coś bardzo podobnego. To potrafi także nagrywać głos, nie tylko go odtwarzać, prawda?
– To dyktafon – Meric zaczął tłumaczyć zasady jego działania. Był to model drogi, lecz bardzo popularny wśród ludzi interesu i pewnie dlatego umieszczano go w pokojach hotelu „Alkion”, gdzie zatrzymywali się najbogatsi goście.
– To nie czas na takie rozrywki, Aselu – Nemuel skarcił swego towarzysza. Jasnowłosy anioł posłusznie usiadł w fotelu i napił się wina. Meric poszedł za jego przykładem. Dłoń, w której trzymał kieliszek nie drżała. Zdziwiło go to, bo miał wrażenie, że cały się trzęsie.
Aniołowie rzadko rozmawiali ze śmiertelnikami, a jeśli już, to raczej nie mieli im do powiedzenia nic miłego.
Meric odłożył kieliszek. Dłonie oparł o blat stolika. Były to wąskie, delikatne dłonie człowieka, dla którego najcięższą w życiu pracą było trzymanie pióra. Lewy nadgarstek, jak zawiązany w tym miejscu różowy sznurek, przecinała blizna. Czyste, mocne cięcie, które sięgnęło mięśni, odbierając Mericowi władzę w dwóch palcach lewej ręki: małym i serdecznym.
Zastanawiał się, co jest bardziej przerażające: chłód, z jakim spoglądał na niego Nemuel, czy współczucie, które widział w oczach Asela.
– Sądziłem, że aniołowie mają skrzydła – powiedział cokolwiek, po to tylko, by przerwać ciszę.
– Tym razem postanowiliśmy nie zwracać na siebie uwagi – wyjaśnił Nemuel. – Chciałby pan ujrzeć nas w pełnej chwale?
Milczenie. Meric spuścił wzrok.
– Nie.
– Przejdźmy od razu do rzeczy – Nemuel niecierpliwie pochylił się do przodu. – Chodzi nam o Getteim. Będę z panem szczery, panie Tyren. To miasto nie może dalej istnieć.
Boże, jak mi zimno, pomyślał tępo Meric. Teraz naprawdę się trząsł. Nie może dalej istnieć. Jego umysł jeszcze nie dopuszczał do siebie tej myśli, ale ciało już wiedziało.
Podniósł do warg kieliszek i stwierdził, że nie może przełykać. Gardło miał zaciśnięte jak pięść. W jego ustach spoczywał łyk figowego wina, słodki i gęsty.
– Dobrze się pan czuje?
Przełknął z wysiłkiem.
– Getteim zostało zbudowane zgodnie z Przymierzem.
– Doprawdy? – cierpko rzucił anioł. – Wiem oczywiście, że w ciągu wieków śmiertelnicy od czasu do czasu ryzykowali i podpływali łódką, by spotkać się z mieszkańcami drugiego Brzegu, ale to były pojedyncze incydenty, niezagrażające Przymierzu. Lecz Getteim? Miasto, które powstało po to, by połączyć ze sobą oba Brzegi? Naprawdę uważa pan, że nie jest to złamanie zasad Przymierza?
– Getteim zostało wybudowane na jeziorze, przez które przepływa Gette. Przymierze nie wspomina nic o miastach budowanych na wodzie – zaprotestował. – Mówi tylko, że mieszkańcy Brzegu Zachodniego nie mogą przechodzić na Brzeg Wschodni i na odwrót.
– Proszę pozwolić, że my ocenimy, co jest zgodne z Przymierzem a co nie. Obawiam się, panie Tyren, że nasza decyzja jest nieodwołalna.
Meric milczał. W głowie miał kompletną pustkę. Szukał jakichś argumentów, które powstrzymałyby aniołów. Nie znalazł żadnego.
Chciało mu się płakać.
– Dlaczego nie zniszczyliście Getteim wcześniej? Dlaczego pozwoliliście mu istnieć prawie pięćdziesiąt lat? – zapytał cicho.
– Pięćdziesiąt lat to dla nas mniej niż dla was pięćdziesiąt dni. Ale gdy już się decydujemy, działamy bardzo szybko. Zresztą, byliśmy ciekawi, jak takie miasto będzie wyglądać.
– Obserwowaliście nas jak szczury w laboratorium, a teraz chcecie zniszczyć?
Nemuel wzruszył ramionami, przez twarz Asela przemknęło coś jakby poczucie winy.
– Damy wam trochę czasu, by ci, którzy są wystarczająco rozsądni, opuścili miasto. – Gładka, piękna twarz Nemuela skrzywiła się w lekkim uśmiechu.
– Getteimczycy nie zechcą wyjechać. Nikt mi nie uwierzy.
– Ależ wyjadą, zapewniam. – Anioł nadal się uśmiechał. – Przekażę panu sześć Znaków, które poprzedzą zagładę. Przy pierwszym getteimczycy jeszcze będą mieć wątpliwości, ale nim dojdzie do czwartego z pewnością nabiorą rozsądku. Proszę posłuchać: pierwszy Znak to mgła, która na dwa dni sparaliżuje ruch w mieście. Potem zakwitną wiosenne kwiaty, które zwiędną nim nadejdzie wieczór. Wraz z trzecim Znakiem zaczną umierać ptaki, czy to domowe czy też dziko żyjące. Później zgasną światła.
– Elektryczne? Oryginalni jesteście. A gdzie ognisty deszcz i plaga szarańczy? – Meric nie miał pojęcia, jakim cudem udaje mu się zdobyć na ironię.
– Staramy się iść z duchem postępu, panie Tyren. A mówiąc: światła miałem na myśli nie tylko elektryczność. Gdy nadejdzie czwarty Znak, każdej nocy miasto ogarnie całkowity mrok. Światła nie dawać będą ani świece, ani ogień na kominku, lampy naftowe czy też elektryczne. Piąty Znak to senność. Getteimczycy będą zasypiać, w domu, biurze, nawet na ulicy. I w tym śnie bez snów zginą, bo szósty Znak to deszcz, który zatopi w końcu miasto.
Nemuel umilkł. Może spodziewał się odpowiedzi, ale Meric nie był w stanie wykrztusić ani słowa.
– Proszę docenić fakt – podjął anioł – że zwracamy się do pana, a nie do prezydenta miasta. Bądź co bądź jest pan synem człowieka, dzięki któremu Getteim powstało.
Wzrok Merica odruchowo powędrował do wiszącego na ścianie portretu ojca.
Nemuel wstał i podszedł do okna. Spoglądał przez chwilę na ulicę.
– Zresztą – skrzywił się już teraz nie w ironicznym uśmiechu, lecz w grymasie niechęci – dlaczego komuś miałoby zależeć na takim miejscu? Getteim to paskudne miasto. Chociaż – dodał po chwili – nie bardziej paskudne niż Wschodni czy Zachodni Brzeg. Ale i tak paskudne. Nie rozumiem więc, czego pan od nas chce.
– Chcę tylko, byście dali temu miastu szansę, choćby najmniejszą.
– Przykro mi – powiedział obojętnie Nemuel.
– Przykro mi – powtórzył Asel i jego słowa zabrzmiały szczerze.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-04-30 (1807 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej