Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Złowieszczy Mrok
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Grajek'' - Helen McCabe






I


Rzekł wtedy: Jak mój prapraprzodek
Ruszył na dźwięk anielskich surm
I wyszedł z głębi i ciemności
malowanego swego grobu.


Arva, Rumunia
22 lipca, 1988



– Dziewczynka biegnie! – Claudiu Basa przeżegnał się, jego chuda spracowana dłoń szybko dotknęła jego czoła, skrytego pod czarnym kapeluszem, długi brudny paznokieć zadrapał skórę, następnie dotknął piersi i ramion. W imię Ojca i Syna!
– Biegnie, biegnie! – zawodził dziko, a żółta od tytoniu ślina ściekała mu po brodzie, plamiąc mu koszulę na piersi, niczym brązowa lepka krew. I on został wybrany, by widzieć. Claudiu chciał przekląć Ojca za to, że pozwolił, by znów im się to przydarzyło. Czyż nie wycierpieli już dość? Był jednak za stary, by bluźnić, i biorąc pod uwagę datę niezwykłego wydarzenia, zbyt wystraszony.
– Anka Petrescu biegnie do gospody! – wyszeptał i mimo tego, że miał dziewięćdziesiąt lat, poczuł strach tak silny, jak wtedy, gdy był zaledwie chłopcem. Strach, który sprawił, ze poczuł słabość w nogach. Zawsze bał się, że kiedyś straci te resztki władzy jakie miał w lewej nodze. Chodził na tej bezużytecznej nodze od urodzenia, zawsze się bał, że będzie musiał pełzać jak kaleka. Nawet jego imię oznaczało „chromego”. To był krzyż, który musiał nieść. Jednak w porównaniu z krzyżem jaki wkrótce będą musieli ponieść Irina i Petre Petrescu wydął mu się lekki.
Starzec stał w drzwiach do obory, a jego słaba dłoń drżała, gdy przytrzymywał się nadproża. Dziecku nie wolno go zobaczyć; gdyby wiedziała, że została wybrana… Patrzył w górę zbocza. Widział, jak Anka idzie na górę, powoli niosąc kwiaty, nigdy by nie uwierzył, z przytraf się to właśnie jej. Małej, mocno zbudowanej córeczce Petre i Iriny. Teraz ruszała się znacznie szybciej…
Claudiu zmrużył oczy wpatrując się w czerwonozłote niebo na wschodzie. W Karpatach poranek nadchodził gwałtownie, zapalając niebo i zapierając dech w piersiach. Stary człowiek nie widział jednak światła podpalającego wierzchołki świerków; widział tylko małą czarną postać biegnącej dziewczynki, zostawiającej za sobą szarą bryłę kościoła. Nie dostrzegał wspaniałego spektaklu budzącego się do życia dnia, patrzył tylko na lecącą Ankę. Dziewczyna biegła jak szalona – jej ręce kręciły się jak ramiona wiatraka. Claudiu mogło się wydawać, ze leci, tak szybko się przemieszczała. Tak strasznie chciała uciec, że machaniem rąk chciała przyspieszyć, jak brzydkie pisklę, które wypadło z gniazda. Nie śmiała patrzeć za siebie, tylko naprzód. Jej warkocze łopotały za nią, jakby chciały się od niej uwolnić, uciec z tej skazanej główki.
Stary człowiek patrzył na jej małą sylwetkę, ostro rysującą się na tle porannego nieba. Dokąd pójdzie duch Złego? Kiedy powróci Praprzodek?
Rodzice Anki niedługo dowiedzą się, czym jest prawdziwe cierpienie. Claudiu znów był niebezpiecznie blisko bluźnierstwa. Znów to się działo. Zadrżał w obliczu śmierci.
– Morderstwo! Morderstwo! – słowa z trudem przechodziły mu przez ściśnięte gardło, ale musiał je wypowiedzieć. Nie mógł znieść nic więcej…





Rose stała bez ruchu, żeby jej też nie dopadło. Potarła stopą o stopę. Przekrzywiwszy główkę, przez sekundę patrzyła, ale natychmiast zamknęła oczy i zacisnęła wargi. Potem, choć wymagało to od niej nadludzkiego wysiłku, zacisnęła zęby tak mocno, że aż ją zabolało. Nie wolno jej krzyczeć! Nie wolno jej płakać! Nasłuchiwała, czy w okolicy nie ma Teddy’ego. On nie mógł zobaczyć, że płacze. Nigdy nie lubił Annie Laurie. Tylko by się śmiał.
Rose bardzo ostrożnie otworzyła jedno oko, potem je zamknęła, potem spróbowała otworzyć drugie, a potem oba na raz. W tym samym czasie przygryzła wargę. „Czy bardzo cię boli, Annie? Czy bardzo cierpisz?” W środku szlochała rozdzierająco.
Annie leżała na plecach, z rękami wyciągniętymi w stronę Rose i rozrzuconymi na boki nogami. Jej małe usta były otwarte, jej górna warga trwała wciąż w dziwnym uśmiechu. Rose wydała z siebie krótki szloch, ale zaraz ucichła. Małe paluszki Annie były wyciągnięte i rozczapierzone, jakby błagały o pomoc. Po policzku Rose potoczyła się łza.
Błękitne oczy Anne Laurie, z czego jedno zwisało żałośnie z oczodołu, patrzyły martwo. A jej głowa… Jej głowa! Rose patrzyła przerażona na zmasakrowaną główkę Annie.
Jezu! To co było w środku głowy Annie, to musiał być jej mózg. Jej główka nosiła ślady zębów i pazurów, jakby coś chciało dostać się do środka i w końcu mu się udało.
Rose usiadła koło studzienki kanalizacyjnej. Jej blond włosy opadały na twarz. Czuła, że coś pachnie bardzo, bardzo brzydko, naprawdę okropnie. Zmarszczyła nosek. Tak, zapach dobiegał od Annie. Annie zrobiła kupę na ulicy! Tak, widać było brzydką, czarną kupkę między jej nogami, a było jeszcze więcej…
– Och – jęknęła Rose. – Annie!
Pochyliła się do przodu i prawie z lękiem popatrzyła między nogi Annie. Tam też była dziura, która biegła prosto do dziury w jej głowie. Rose nie mogła wytrzymać ani chwili dłużej. Z jej ust wyrwał się rozdzierający krzyk:
– Mamuuuusiu! Annie nie żyje! Nie żyje! Coś ją zjadło!





Katedra była ogromną jaskinią ciemności, rozświetloną jedynie przez korony migocących płomieni świec. Turyści wrócili do hoteli na kolację i upiorna pustka przestrzeni i mijającego czasu wyrwała rechotliwe dźwięki miasta i przybiła je do rozbrzmiewającej pustki ogromnej katedry, która kryła w swoich przepastnych wnętrzach bezcenne relikwie Trzech Króli, nie mniej cenne, niż te przechowywane w innych częściach zachodniego świata, zapieczętowane w złotej szkatule.
W odpowiedzi na wiadomość stary ojciec Pathan, słaby i zgarbiony, szedł ciężko w to ciemne popołudnie śmierci Marcu. Miał prawie sto lat i słabe zdrowie. Jego dusza ciążyła mu z powodu przeszłych występków. Wiele razy pragnął, by jego wymęczony duch wystąpił wreszcie z ciała i poszukał spokoju i wybaczenia, których tak potrzebował.
Nie było dnia, żeby nie nawiedzały go wspomnienia czasów spędzonych w tej mizernej wiosce na rosyjskiej granicy, gdzie został wysłany jako młody, zielony jeszcze, ksiądz, niezaznajomiony z podstępami kobiet i Cyganów.
Jego czarne oczy spoglądały z zapadniętej brązowej twarzy, zerkając na relikwiarz Trzech Króli, cud dla turystów z całego świata, którzy wierzyli w legendę narodzin, w którą on sam dawno już stracił wiarę. Zakosztował mirry cierpienia i jej gorycz wzbudzała w nim odrazę. Jego charczący oddech wydobywał się rytmicznie z jego piersi.
Każdego dnia, kiedy Pathan budził się i przekonywał, że żyje dalej, zastanawiał się, czy ten dzień okaże się być jego ostatnim, kiedy w końcu pozna tajemnicę. Dzwonienie na Angelus o świcie było jego czyśćcem, oznajmiającym wielki grzech, który popełnił przeciwko swojemu powołaniu i swojemu Stwórcy.
– Niech to się stanie wkrótce – modlił się. – Zabierz mnie z tego potwornego świata. Dlaczego nadal żyję, o Panie? Pozwól mi odejść.
Stary ksiądz przeszedł za lśniący relikwiarz, ciężko powłócząc nogami, gdzie otworzył brewiarz i zaczął odmawiać dzienne modlitwy. Ślina pociekła z jego zwiotczałych, niesymetrycznie zwisających ust, jego drobne dłonie walczyły o utrzymanie świętej księgi.
Pomyślał, że słyszy słabą syrenę dobiegającą ze świata na zewnątrz. Przeszywający podmuch dosięgnął jego wrażliwej głowy, Ogromny cień poruszał się wzdłuż ściany, wspinając się po filarach i przemieszczając się w jego kierunku.
– Mój syn – powiedział drżącym głosem, przekręcając głowę. Spłodził dziecko zrodzone z grzesznego ojca i grzesznej matki. Linia krwi, zaczęta świętokradztwem, zakończona złem i profanacją.
Przeżegnał się – Rozgrzesz mnie, Panie – zaczął.
– Słyszałem twoje modlitwy – znajomy głos był wysoki i zimny, dziwne, hipnotyzujące oczy przywoływały. – Czas odejść.
Przerażony ksiądz przytaknął, poruszając ustami w niemej modlitwie. Książka wyślizgnęła się z jego odrętwiałych rąk i upadła na kamienie.
Zahipnotyzowany, zebrał sutannę i ciężko podniósł się z miejsca, jęcząc, kiedy zastrzykało mu w kolanach.
Nagle poczuł okrutne paznokcie wbijające się w jego ramię. Ktoś ciągnął go szybko po podłodze i w górę schodów w kierunku relikwiarza. Próbując się wyrwać, spadł w dół kamiennych schodów.
Zabójca zwinnie zbiegł po schodach i stanął nad nim
– Do widzenia, ojcze – mruknął, wpatrując się w delikatną głowę, która została zmiażdżona przez starożytny kamień tak łatwo jak skorupka jajka. Krótki uśmiech zagościł na jego twarzy. Żaden człowiek nie usłyszy ostatniej spowiedzi Pathana.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-09-04 (1290 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej