Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kameleon
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Zbieracz Burz'', t.2 - Maja Lidia Kossakowska



Nie - za - dzwo - ni



Telefon milczał.
Cisza w antykwariacie z każdą uciekającą minutą gęstniała niczym dym. Smog znad pogorzeliska. Paskudny, ciężki swąd zawiedzionych nadziei. Asmodeusz siedział przy biurku, starając się nie wyłamywać palców, nie bębnić po blacie, nie bawić się egipskim skarabeuszem, służącym za przycisk do papierów, a szczególnie nie gapić wyczekująco to na komórkę, to na wielki, czarny przedwojenny aparat ze słuchawką przypominającą osobliwego morskiego ślimaka.
A telefony milczały zawzięcie.
Nie – za – dzwo – ni, stukał w rytm przyspieszonego pulsu złośliwy, uporczywy telegraf przeczucia.
Paskudnego jak pogoda w przeddzień Potopu.
Nie – za – dzwo – ni.
Nie – za – dzwo – ni.
Nie – dzwo – ni.
Nie.

Skarabeusz wyślizgnął się z palców, z łomotem spadł na szklany blat biurka, sztywne płatki papierów posypały się na podłogę, strącona nieopatrznym ruchem komórka rzuciła się w ciemną przepaść między nogami mebla, wciąż milcząca niby bohaterski straceniec.
Nic. Bodaj smsa. Cholera. Niech to Głębia popieści! Na Seta, Nergala, Hedorę i resztę mrocznego tałatajstwa! La dracu! Ftaghn!
No, toś se chłopie poromansował. Nie ma co. Roztoczyłeś wokół oszałamiający opar uroku osobistego. Szczerzyłeś zęby, stawałeś na łbie fikając nogami, robiłeś z siebie żałosnego balona, to teraz masz. Zeżryj, coś wysmażył.
Zrobiłeś tak piorunujące wrażenie, że laska od trzech dni nie może sięgnąć po telefon i wystukać twego numeru. To z braku tchu, pewnie. Normalnie ją zatkało.
Srita, tita, Pan Wielka Tajemnica zaciągnie cię w krzaki, żeby ci pokazać Mitrę. Dobre. Naprawdę dobre. Istny numer na premierę. Tyle że publice chyba się nie spodobało.
Schylił się, podniósł komórkę i ze złością cisnął na biurko.
Hałas obudził widmokota, który spał zwinięty w kłębek na stercie koptyjskich gobelinów. Nefer przeciągnął się, wygiął grzbiet a potem ziewnął potężnie prezentując zęby godne tygrysa.
– Nie przejmuj się. To zła kobieta była. Skocz do Głębi na demonice, a zaraz poczujesz się lepiej. I w dodatku nie musisz płacić, nie? Wszystko twoje.
Zgniły Chłopiec obrócił się gwałtownie. Nie włożył soczewek kontaktowych, więc jego nieludzkie, fiołkowe oczy świeciły niczym dwa złowrogie reflektory. Bliźniacze, nabuzowane furią strumienie zabójczych laserów.
– Zamknij się! – warknął wściekle.
Nefer obojętnie polizał łapkę.
– Czego się wkurzasz? Pocieszyć chciałem. Zamiast zapadać się w sobie jak czarna dziura lepiej byś się ze mną pobawił. Podobno to bardzo odpręża. Trzydzieści minut codziennego igrania z domowym zwierzątkiem zmniejsza o jedną czwartą ryzyko zawału serca albo wystąpienia objawów angina pectoris. A może puchliny kolan? Zapomniałem. Nie ważne. Grunt, że to dobrze i zdrowo. No nie bądź żyła, ciśnij mi suszony łepek polinezyjskiego kanibala. Przecież też ci się chce śmiać, kiedy wepchnięty pod szafę zaczyna kląć i wywracać oczami.
W jednej chwili z Asmodeusza zeszło całe powietrze. Pozostało tylko gorzkie, przytłaczające przygnębienie.
Czego się tak rzucam, pomyślał z niechęcią. Potrzebne mi to? Zadzwoni, nie zadzwoni. Wszystko jedno. Jakoś przeżyję. Za stary jestem na romantyczne porywy otellowskiego gniewu. Za stary i za bardzo przeżarty zdrowym cynizmem Głębianina.
– Idź w cholerę, Nefer. Sprawdź czy cię nie ma w sarkofagu. Albo lepiej, za drzwiami. Od zewnątrz, gdybyś nie zrozumiał.
Kot prychnął.
– Niewdzięcznik! Taka odpłata za moje szczerozłote egipskie serce. W dzisiejszych czasach nikt już nie umie docenić porządnego kota. Wiesz co pisał Herodot o moim rodzinnym, nieodżałowanym Czarnym Kraju? Lud znad Nilu tak ukochał swoje nieocenione kicie, że w razie pożaru domu najpierw ratował dzieci i koty, a dopiero potem resztę dobytku. Rany, gdzie te piękne czasy? Wokół sama, czarna jak przeklęty Anubis, niewdzięczność…
Zgniły Chłopiec spojrzał podejrzliwie na swoje martwe od wieków, domowe zwierzątko.
– Nefer, czyś ty przypadkiem nie dobrał się do flakonika najczystszej ambrozji, co? Tego, który przyjechał wczoraj razem z lekytem białogruntowanym zawierającym resztki duszy Orfeusza i dokerką wydzierganą ze złotego runa przez znudzonego Jazona? Przyznaj się! Obrobiłeś moją najnowszą dostawę greckich artefaktów?!
Widmokot oblizał pyszczek różowym jak plaster szynki językiem.
– Jasne! – oznajmił radośnie – To dziwne blade mleko wychłeptałem co do kropelki! Było nawet niezłe, tylko trochę ciągnęło piwnicą. A czapeczka jest tutaj. Spałem na niej.
Podniósł na jednym pazurku utytłany w kurzu i pajęczoszarawej sierści smutny, bezkształtny woreczek.
Asmodeusz jęknął w duchu.
Super. Mam teraz w firmie pijaną zjawę starożytnego kota i zmarnowany helleński chłam za kupę forsy. A ten cholerny telefon nie dzwoni.
– Drrryń! – powiedział nagle morski ślimak słuchawki.
Mod rzucił się do aparatu.
– Halo? – szepnął bez tchu.
– Pan Markolf? Saturnin Markolf? – spytał mocno schrypnięty męski głos.
Nie, palancie! Pieprzony demon Asmodeusz w wyjątkowo podłym humorze! – miał ochotę wrzasnąć Zgniły Chłopiec, ale zdołał się powstrzymać.
– Antykwariusz. Słucham? – rzucił oschle.
– Bardzo się cieszę – ciągnął ochrypły – Pańskie usługi polecił mi przyjaciel, który nie mógł się nachwalić…
Asmodeusz przestał słuchać.

***

Kiedy jesteś samotnym demonem, na pustej, zimnej, niegościnnej Ziemi, kiedy za towarzystwo masz milczący telefon i nawalonego, widmowego kota, możesz nabrać ochoty, żeby się po prostu upić. I to nie żadnym tam ziemskim sikaczem, tylko porządną, głębiańską gorzałą. Taką, którą potrafi pędzić w chwilach melancholii stary, poczciwy Mefisto. Złotą jak płomień lata, zjadliwą niczym ironia, złą niby twoje własne, demoniczne serce.
Tyle, że właśnie postanowiłeś bawić się w człowieka. Porzucić dom, kumpli, dobrze prosperujący interes i przeprowadzić się z trzaskiem na zapyziałą, biedną, trzecią planetę od Słońca, żeby leczyć swoje urojone neurozy. No bo właściwie po diabła to zrobiłeś? Dla tej biednej, małej ifrytki, którą twoja szanowna mamusia miała fantazję zamordować jakieś trzy czy cztery wieki temu? Daj spokój, stary. Miej tyle uczciwości, żeby przyznać przed sobą, że nie bardzo już pamiętasz, co właściwie widziałeś w tej niby miłości twego życia. No słodka była, i śliczna, i całkiem taka sama jak setki podobnych. Dżinniji, ifrytek, Głębianek, nawet Skrzydlatych, niech Otchłań przetrąci te zimne, napuszone, świętoszkowate gidie.
Ziemianki. No, one przynajmniej są inne. Ostre. Wyraziste. Z charakterem. Różnorodne jak ryby w Jeziorze Płomieni. Nigdy nie wiesz, co złowisz. I czy zdobycz nie odgryzie ci aby palca, śmignąwszy z powrotem w bystre fale życia.
Taa. Cholerne Ziemianki.
Powiedziałeś: „bystre fale życia”? Ty, który pomagałeś Boccacciowi pisać „Dekameron”? Demon z ambicjami literackimi? Rany, chłopie, odstaw tę wódę, bo robi ci z mózgu wodę z zęzy Arki Noego.
Co z tobą właściwie? Dotknął cię kryzys wieku średniego? Przecież masz dopiero kilkaset tysięcy lat. Za wcześnie na takie numery.
Rzuć to w czorty i wracaj do Głębi. Lucek cię potrzebuje. Wygląda na to, że znów wpakuje się w coś cuchnącego. Coś, co przyklei się do niego na dobre parę wieków. Albo na infernalne zawsze.
Wystawiasz jedynego prawdziwego przyjaciela. I to dla kogo? Dla ludzkiej lafiryndy. Tej małej Blanki Krammer, z fryzurą tyfusowego dziecka i oczami jak niebo nad Królestwem.
Dlaczego ona nie dzwoni? Przecież obiecała. Powiedziała na odchodnym: „Odezwę się”. Szlag, a może: „Odezwij się”? Do diabła, do cholery, Mod! Ty idioto! Ty zapijaczony synu pary najgorszych kanalii we wszechświecie! Przypomnij sobie. Co ona, do całego kosmicznego chłamu, powiedziała? No?
Nie pamiętał. Siedział przy biurku, gapił się na własne palce zaciśnięte na szklance i nie pamiętał.
A przepojona melancholią gorzałka Mefistofelesa buzowała mu w głowie jak flara. Dwie pochodnie Kautesa i Kautopatesa. Raz w górę, raz w dół. Życie i śmierć. Śmierć i życie.
Trzeba wybrać.
Warto wybrać.
Naprawdę.
Więc sięgnął po komórkę, teraz, nagle, szybko, zanim odurzające złoto wyparuje, zostawiając tylko smutek i gigantycznego kaca, wybrał numer i czekał. A jego demoniczne, złe serce czekało wraz z nim, zamarłe, nie ośmieliwszy się uderzyć.
– Halo? – powiedział odległy, stłumiony głos.
– Blanka? To ja, Saturnin – nic więcej nie potrafił wykrztusić.
– Saturnin? – powtórzył głos.
I była w nim ulga, i niepokój, i wyczekiwanie, i jeszcze coś, czego Zgniły Chłopiec nie potrafił określić, coś słodkiego, ulotnego i cenniejszego nad wszystkie skarby Ofiru.
A wtedy trzecia planeta od Słońca drgnęła, zawirowała jak karuzela, rozjarzyła się tysiącem świateł, barw i zapachów. Wypiękniała. Naprawdę, otworzyła się jak pąk piwonii. A krew w żyłach demona, który liczył sobie przecież zaledwie kilkaset tysięcy lat znów mogła popłynąć wartko i żwawo. W stronę nadziei. W kierunku życia.

***

To był stary dom. O wysokich oknach i spadzistym dachu. W mansardowe lukarny na strychu wprawiono kolorowe szybki. Kominy wyciągały się ku światłu jak osobliwe pędy. Białe gzymsy wieńczyły framugi, parapety zrobiono z solidnego kamienia, pośrodku litych, drewnianych drzwi tkwiła wykrzywiona gęba kołatki. Ganek rozwierał szeroko ramiona balustrady. Werandę oplatał gąszcz dzikich róż.
Tak, to z pewnością był stary dom, opatulony niczym pledem, zielonym, kosmatym ogrodem.
Dobry dom, żeby w nim żyć i snuć marzenia.
A także, być może, umrzeć. Kiedyś.
Leokadia Welman nie czuła się jeszcze tak wiekowa, żeby o tym myśleć. W każdym razie, nie za często.
Lubiła swoje kwiaty, kominki i bibeloty. Porcelanę, skórzane fotele, sofę z poduchami. Lubiła stylową, ulotną aurę spokoju otaczającą posesję.
Ucieszyła się, gdy w starej szopie, zwanej niegdyś szumnie „domkiem dla gości” zamieszkały koty. Cały klan popielatych jak babie lato zwierzaków o turkusowych i szmaragdowych oczach. Postawiła im zaraz miseczki z mlekiem, karmą i resztkami z kuchni. W końcu ogród był bardzo duży. Nie znalazła powodu, by nie dzielić go z nowymi lokatorami. Przynajmniej szczury się wyprowadzą.
Suczka Funia i kotka Pusia, rezydujące w domu, tak przyrosły do kanapy, że rzadko wychylały nos poza werandę, a w okolice domku dla gości nie zapuszczały się nigdy, więc odpadał problem terytorialnego konfliktu.
No i jeszcze ten sen.
Ten ciepły jak wrześniowe popołudnie, ożywczy sen, po którym Leokadia obudziła się spokojniejsza i weselsza niż zwykle. Przepojona nagłym poczuciem, że nie jest już sama, że w domu pojawił się gość. Łagodny, serdeczny, przyjazny opiekun. Anioł. No pewnie, że anioł. Co z tego, że niski, chuderlawy, biały jak mgła, z włosami przypominającymi rozczapierzonego mopa?
Anioł to anioł. Liczy się sztuka, nie wygląd.
Poza tym miał naprawdę dobre oczy.
– Możemy tu zamieszkać? – spytał, gdy śniła – Tylko na jakiś czas. Na krótko. Postaramy się nie sprawiać za dużo kłopotów.
Usiadła na łóżku, wcale nie skrępowana nocnym negliżem.
– Och, oczywiście. Bardzo się cieszę. Zostań, jak długo chcesz.
Uśmiechnął się i to był także piękny, prawdziwy uśmiech. Taki, jakim tylko anioły potrafią wyrażać radość.
– Dziękuję – powiedział. – To wspaniale. Jestem bardzo wdzięczny. Urządzimy się w szopie na tyłach ogrodu, dobrze?
– Nie, nie! – zaprotestowała – Ty, posłaniec z Nieba, i twoi przyjaciele, kimkolwiek są, powinniście przecież mieszkać w domu. Zaraz przygotuję pokoje.
Potrząsnął głową, nie przestając się uśmiechać.
– Od wieków nie byłem w Niebie, Leokadio. A moim przyjaciołom będzie znacznie wygodniej w szopie. Naprawdę. Dziękuję za gościnę. Pewnie nie zabawimy długo. Do zobaczenia.
Poczuła ukłucie żalu pod mostkiem.
– Nie odchodź! – zawołała.
– Wcale nie odchodzę. Przecież pozwoliłaś mi tu mieszkać – oznajmił poważnie.
A potem rozwiał się jak opar.
Rankiem, szare koty już buszowały po ogrodzie.

***

Unosił się głęboko w wodzie, ciemnej jak butelkowe szkło. Gładkiej, gęstej, ciepłej toni snów i majaków. Gorączki.
Światło znajdowało się gdzieś nieskończenie wysoko, widoczne tylko czasami przez lepki mrok mętnej toni. Były chwile, gdy bardzo chciał wyrwać się ku niemu, popłynąć w górę, zaczerpnąć tchu, wciągnąć w płuca prawdziwe, ożywcze powietrze, a nie tę dławiącą, rozpaloną maź. Były chwile, gdy naprawdę wierzył, że potrafi to zrobić. Ale nie miał siły. Dryfował pod powierzchnią świadomości, niezdolny się ocknąć, poruszyć, otworzyć oczu.
Ciężka woda zalewała go, ciągnęła ku dnu, pełnemu rozgrzanego błota, kleistego mułu i odwiecznych potworów. Gdyby się tam znalazł, już nigdy nie ujrzałby Słońca. Stałby się cieniem wśród cieni. Topielcem w bagnie gorączki.
Nie walczył jednak. Był zbyt słaby, żeby stawiać opór. Trwał, a wokół niego przelewała się mętna przelewały się mętne fale choroby.
Czasem, w brudnozłotej poświacie nad sobą, widział wykrzywioną, szpetną twarz, otoczoną mdłym nimbem żółtego blasku, niczym szyderczą aureolą. Malował się na niej wyraz troski i współczucia. Przypominała odbicie oglądane w wypukłej, metalowej powierzchni. Może misce lub puszce z wypolerowanego metalu. Jedno oko, małe i kaprawe, było tylko wygiętą w łuk szramą, drugie, wyłupiaste, blade, spoglądało cierpliwym, pustym wzrokiem ryby. Pod płaskim nosem otwierały się zdeformowane, bezkształtne usta, przywodzące na myśl otwór wyszarpany w sparciałej, brudnej gąbce. Zajęcza warga odsłaniała pożółkłe, długie jak u nutrii zęby.
Mimo uderzającej brzydoty, istota nie była zła. Nie, z pewnością nie należała do świata koszmarów. Starała się pomóc.
Czuwała nad nim, ta śmietnikowa święta. Nieustanie, spokojnie, łagodnie była obok, żeby odganiać stwory z dna mętnej wody, żeby nie pozwolić mu pogrążyć się w odwiecznej głębinie.
Nie miał pojęcia, w jaki sposób tego dokonuje, ale wiedział, że po to właśnie została powołana. Aby nie pozwolić mu osunąć się w mrok.
I nie pozwoliła. Bo chociaż brudna, lepka toń wciąż zalewała go do nowa, światła było coraz więcej. Mżyło niewyraźne niczym widoczna przez brudną szybę zapyziała, pokryta strupami martwych much żarówka. Ale wciąż go przybywało. Z każdym dniem przybywało, na kształt zimowego słońca po dniu przesilenia.
Aż wreszcie martwa woda wzburzyła się, zakipiała i wyniosła go na powierzchnię, gdzie była jasność, powietrze i ból, który natychmiast znów pozbawił go przytomności.

***

Rany, jaka ta Ziemia piękna! – myślał Zgniły Chłopiec – Co za fantastyczne miejsce do życia!
Chodniki lśniły po porannym deszczu, kamienice wystawiały na słoneczne promienie świeżo umyte, jasne fasady. Drzewa mrugały srebrem i zielenią liści. Nigdy przedtem nie zauważył ile w mieście jest drzew.
Witryny sklepowe tryskały barwami, szyldy i reklamy wydawały się takie jasne, wesołe. „Kup sobie coś fajnego!” zdawały się zachęcać. Jasne, że zamierzał ich posłuchać. Bo to był właśnie taki dzień. Dzień, w którym warto zrobić sobie przyjemność. I komuś. Komuś bliskiemu. Zafundować mały drobiazg, niespodziankę. Sprawić radość.
Popołudnie otwierało się przed nim niczym lunapark. Wszędzie kręciły się karuzele, fruwały baloniki, a powietrze miało smak cukrowej waty.
Asmodeusz szedł szybkim krokiem, wcale nie kulejąc i uśmiechał się do ludzi. Wyglądali tak rześko, krzepko, serdecznie, gdy mijali go na ulicy. Tacy różnorodni, pełni życia, ciekawi.
Ludzie. Fantastyczne stworzenia. Naprawdę niezły pomysł Jasności.
A kobiety. Dziewczyny! Cholera, ależ ładne są te Ziemianki. Krążą po mieście takie ciepłe, rasowe, ponętne. Prawdziwe. Z mnóstwem wad i słodkich, małych zalet.
Miał ochotę podarować każdej z nich kwiatek. Klejnot. Uśmiech. Błogosławieństwo wcale nie starego, wcale nie złośliwego diabła.
Trzymajcie się ciepło, ludzie – mówił w duchu do mijanych przechodniów – Niech was Mrok ukoi. Bez was jesteśmy tylko bandą zgorzkniałych, stetryczałych, przedwiecznych cieni. Nikim. Duchami z zakisłych zaświatów. Wisimy na was. Żerujemy na blasku bijącym z waszych dusz. A wy wcale tego nie dostrzegacie. Więcej, nie doznajecie żadnego uszczerbku. Jesteście jak mikroskopijne słońca. Prywatne, buzujące mocą solarium Jasności. Piękni, w jakiś niedoskonały, pociągający sposób.
Bawiło go, że w tym śpieszącym dokądś lub snującym się bez celu tłumie nikt nie widzi mnóstwa niematerialnych istot żyjących od wieków na Ziemi.
Zielony dżinn podpierał ścianę, w smagłej dłoni trzymał brzuchaty bukłaczek. Jego złote oczy patrzyły jednak chytrze i czujnie. Kilka śmietnikowych skrzatów starało się dzikimi minami i wrzaskami odpędzić od ciastka, upuszczonego przez jakieś dziecko, syczącą i prychającą chimerę. Skrzydlata w stroju stróża holowała przez jezdnię staruszkę pełznącą przed siebie z uporem żuka toczącego kulkę. Dwa geniusze kłóciły się zaciekle w cieniu zaułka.
Życie. Wszędzie wokół kipiało, kłębiło się, buzowało życie. Ziemskie. Nieskomplikowane. Po prostu fajne.
A demon Asmodeusz, książę Otchłani, Wielki Zwierzchnik wszystkich kasyn i burdeli w Głębi, doradca i osobisty przyjaciel Lucyfera miał teraz tylko jeden problem. Jaki prezent sprawić Blance Krammer? Coś tak trywialnego jak kwiaty i czekoladki odpadało od razu. Biżuterię? Ryzykowne. I także dość pretensjonalne. Lot balonem? A jeśli ma lęk wysokości? Weekend na karaibskiej wyspie? Nie, cholera, na to jednak za wcześnie. To musi być rzecz osobliwa i niezwykła. Fascynująca. W jej stylu. Więc, co do diabła?
Nie miał na razie pojęcia.
Ale to wcale nie psuło mu humoru. Ani trochę.
Przecież do wieczora zostało jeszcze kilka godzin tego cudownego, furkoczącego wokół balonikami i karuzelami szczęścia popołudnia.

***

Daleko, gdzieś na północnym skraju miasta wysoki, smukły, czarnoskóry anioł w skupieniu wdychał powietrze przesycone słabym aromatem dymu z komina. Piękne, szmaragdowo granatowe skrzydła trzymał ciasno złożone na plecach. Głowę miał odrzuconą do tyłu, oczy zamknięte, twarz nieruchomą jak rzeźba z obsydianu. Tylko usta poruszały się bezgłośnie, w monotonnej inwokacji.
W długich szczupłych palcach prawej dłoni obracał sznur zielonkawych paciorków. Lewa ręka wprawiała w ruch obrotową kołatkę. Głuchy, niegłośny klekot brzmiał groźnie, niczym przekleństwa które mogłyby się wydobywać z ust kościotrupa.
Gdyby ktoś zrozumiał, o czym mówi kołatka, zadrżałby. Bowiem Mambea, czarny mag, szpieg i uczeń Razjela, istotnie pytał o radę umarłych. A gdy już ją uzyskał, zaprzestał śpiewnej, niesłyszalnej recytacji, strzepnął dłonie, jakby pozbywał się niewidzialnych kropel i otworzył złociste, lwie oczy. Oczy polującego drapieżcy.
A potem uśmiechnął się.
W tym samym momencie nagrobna płyta, na której stał, pękła z trzaskiem. Lecz Mambea już zeskakiwał na trawę, zwinnie jak żbik.
Opuścił stary cmentarz, nawet się nie odwróciwszy, obojętny jak wiatr, który niesie w sobie odległy swąd spalenizny.

***


Krwawa Jutrznia



Krwawa Jutrznia rozsiadła się na brzegu rzeki niczym pijana dziwka, cała w kaskadach wyblakłych piórek i koronek. W wąskich uliczkach było gwarno, smrodliwie i pstro od krzykliwych barw. Z kolorowych szyldów łuszczyła się farba. Powyginane, strupieszałe neony, prezentujące zwykle niepełny garnitur liter, niczym uzębienie stręczących na ulicach alfonsów, świeciły nikłym blaskiem. Spoza tandetnych, koralikowych kotar zasłaniających wejścia niezliczonych knajp i salonów masażu sączyły się ciężkie opary kadzidła, kiepsko maskujące odór nielegalnych palarni siarki. Prostytutki wszelkiej maści i ras łasiły się do przechodniów. Niektóre miały za sobą stulecia wytężonej pracy, inne, najczęściej toczące wokół zaćpanym, nieprzytomnym wzrokiem, rzadko dorastały choćby do miana podlotka. Cuchnęły kwiatową wonią tandetnych perfum. Skąpe stroje poznaczone wysypką cekinów i dżetów, odsłaniały wdzięki miodowoskórych dżinnów i dżinniji, bladych sylfid czy smagłych demonic. Wszystkie te smutne dzieci ulicznych rządz prezentowały w uśmiechu zepsute zęby, kołysały wychudłymi biodrami, wyciągały ręce poznaczone konstelacjami krwawych wybroczyn. Wszystkie miały błyszczące, martwe źrenice, odbarwione włosy i sinawą skórę nałogowych narkomanów. Na każdym rogu stał przecież diler, gnom, sylf czy ifryt, gotów za parę miedziaków zaoferować promocyjną dawkę bilirubiny zmieszanej z ludzkimi łzami, najpopularniejszego środka odurzającego w Głębi.
W witrynach burdeli miejscowe madames wystawiały towar z wyższej półki. Mała sylfida ze znudzeniem oplatała nogami metalową rurę, wyginając się w nieprawdopodobnych pozach. Obok, przepiękny, młodziutki dżinn o złotych oczach i purpurowych włosach, niemal nagi, obwieszony jedynie tanią biżuterią, z wdziękiem wykonywał taniec brzucha. Dzwoniły kastaniety i bransoletki na szczupłych kostkach. Skórzaste skrzydła, wytatuowane w motyle wzory, mieniły się złotem i szkarłatem.
Naprzeciw toczyły się walki chimer i bazyliszków. Rozgorączkowani kibice zagrzewali swoje gady do walki. Fruwały pióra i wydarte łuski, z rąk do rąk przechodziły zatłuszczone banknoty. Chuderlawy gnom zbierał zakłady.
Na chodniku przykucnęła leciwa hydra, przed nią, na prowizorycznym ruszcie zrobionym z beczki po smole, kopciły się w żarze ochłapy mięsa. Tłuszcz kapał, skwierczał na węglach, szaszłyki z wywerny i niewidzialne tusze widmoszczurów śmierdziały spalenizną i lekkim cugiem zgnilizny. Przepołowiona wzdłuż głowa meduzy przypiekała się powoli, strasząc bladym, pobielałym okiem i koroną z grillowanych węży.
Nieopodal młoda demonica, brzydka jak listopadowa noc, pichciła w kociołku czerwoną, wściekle pikantną papkę z rybich głów i diablej papryki, najbardziej popularną przekąskę w Krwawej Jutrzence, zwaną juchą wiedźmy.
Po drugiej stronie ulicy, na prowizorycznym ringu, rosły, grubokościsty demon walczył na pieści ze zwinnym, miedzianym Salamandrą. Asmodeusz zdziwił się nieco, bo mieszkańcy Krainy Ognia rzadko upadali tak nisko, żeby pracować w dzielnicach rozpusty. Tego musiała przycisnąć bieda, albo został wygnany z rodzinnego kraju za jakieś poważne przewinienie. Zgniły Chłopiec zatrzymał się na moment, żeby przyjrzeć się starciu. No tak, Salamandra miał gładko wygoloną głowę. Charakterystyczny wysoki grzebień włosów został wyrwany, pozostała po nim tylko nabrzmiała, porowata blizna. Widomy znak, że chodziło o poważny uszczerbek na honorze.
Biedak, nigdy już nie wróci do domu, pomyślał ze współczuciem Mod. Szkoda.
Salamandry uchodziły za lud dumny, bitny, niezawisły i nieprzytomnie wyczulony na punkcie swego pradawnego kodeksu postępowania. Kara utraty grzebienia oznaczała hańbę na całe życie.
Sytuacja na ringu zmieniała się błyskawicznie. Wieki demon atakował wściekle, Salamandra uskakiwał, wciąż próbując dosięgnąć przeciwnika zabójczym ciosem. Pięści Głębianina waliły jak kafary. Przycisnął syna Ognistej Krainy do rogu ringu i metodycznie wykańczał krótkimi, silnymi uderzeniami. Wydawało się, że nic nie uratuje Salamandry, lecz ten wyczuł właściwy moment, gdy demon, pewny wygranej, nieco się rozproszył i niespodziewanie wyskoczył w górę, złoty niczym snop iskier. Jednocześnie uderzył kolanem pod brodę demona, a potem, opadając, poprawił potężnym ciosem łokcia w czubek czaszki przeciwnika. Głębianin rozdziawił usta, zachwiał się i runął na piasek. Publiczność ryknęła jednym głosem. Salamandra uniósł triumfalnie ręce w geście zwycięstwa. Po twarzy i torsie, niczym struga roztopionej miedzi, płynęła krew. Żółte jak płomień oczy były nieprzytomne, zamroczone złudnym blaskiem bilirubiny.
Asmodeusz ruszył przed siebie, ale w sercu czuł dziwny smutek, jakby upadek dumnego Salamandry miał być znakiem klęski. Nie tylko jego, ale i całej Otchłani.
Z otwartych okien barów dobiegała jazgotliwa muzyka, gromka jak trąby Jerycha. Akordeon rzęził niby zdychający Lewiatan, piskliwa trąbka kakofonicznie zawodziła do wtóru. Klienci darli się nie gorzej niż wokaliści. Zgniły Chłopiec miał wrażenie, że ktoś wbija mu w uszy zaostrzone patyki.
Na szczęście u wylotu uliczki dostrzegł kołyszący się szyld tawerny „Pod wężem i jabłkiem”. Namalowany żmij miał zbieżnego zeza, a w pysku trzymał coś, co wyglądało jak sine pośladki choć zapewne w założeniu powinno być rajskim owocem.
Mod pchnął drzwi i natychmiast nadział się na brzuszysko potężnego wykidajły.
– Czego? – usłyszał.
– Srego – warknął. – Nie twój interes, gnoju.
Demon ryknął wściekle, ale w tej samej chwili osadził go ostry głos właściciela lokalu.
– Sem, ty parchata małpo, naucz się wreszcie rozpoznawać honorowych gości, bo łeb ci strącę z tego tłustego karku! Ani mi się śni żartować. Spadaj i nie rób smrodu!
Serastes, szczupły, wysoki Głębianin o niebieskich włosach i oczach mordercy, rozwarł szeroko ramiona.
– Aszmodai, przyjacielu! Co za wizyta! Wieki cię u nas nie widziałem. Jakże się cieszę!
– Daj mi wina – rozkazał Mod, wywijając się z uścisku. – Totec jest?
Serastes skrzywił się nieznacznie na dźwięk imienia wspólnika.
– U siebie w norze. Zawołać go?
– Nie. Sam zejdę. Mam do niego sprawę.
Niebieskowłosy demon skinął tylko głową. Dawno nauczył się, że niebezpiecznie jest rozpytywać o sprawy Zgniłego Chłopca.
Naga sylfida w kusym fartuszku kelnerki podbiegła z pucharem pełnym aromatycznego trunku. Mod z przyjemnością pociągnął łyk ulubionego wina z Byblos.
Smakuje jak u mamy, pomyślał z ironią.
– Daj mi tam na dół flaszkę, albo dwie, Serast – rzucił – Pewnie trochę zabawię na dole.

***

Nie znosisz tego miejsca. I tego skurwysyna. Gdyby to od ciebie zależało, śmieć by dawno wisiał. Ma na rękach tyle krwi, że przy tym Morze Posoki wydaje się małą kałużą. Dziewczęcej krwi, warto dodać. Dziecięcej. Niemowlęcej. Do wyboru.
Tak, zadusiłbyś ścierwo gołymi rękami. Wstyd ci, że to w ogóle jest Głębianin. A przy okazji najlepszy nekromanta jakiego kiedykolwiek nosiła Otchłań.
Potrzebujesz go.
Niestety, potrzebujesz drania.
Smutne, ale prawdziwe.
Schodzisz brudnymi, betonowymi schodami w głąb jego królestwa. Do nory. Do ciągu mrocznych, wilgotnawych, cementowych piwnic. De profundis.
Na suficie mdło mruga jarzeniówka, pełna wywerniej oliwy. Ściany są gołe, odrapane. Na nich mnóstwo przyczepionych pinezkami wycinków z gazet. Skrawki wycięte ze starych wydań kroniki kryminalnej „Głosu Piekieł”, „Dziennika Otchłani” i „Kuriera Siódmego Kręgu” zwijają się, łuszczą niczym złażąca skóra gada. Z każdego zdjęcia patrzy zmasakrowana, posiniała, opuchła twarz trupa. Ofiary. Zamordowanego kadawra.
Puste, krwawiące oczodoły. Wywalone, sine języki. Obcięte nosy i uszy. Wyprute flaki. Odcięte dłonie. Otwarte klatki piersiowe i wyrwane serca. O tak, tego tu najwięcej. Mięsistych, martwych worków mięśniowych, całych w girlandach wyszarpanych tętnic i żył, w festonach skrzepów. Rozwartych niczym stare torby wnętrzności, białych wręg połamanych żeber.
Prostytutki, dzieci, wieśniaczki, krzepcy młodzieńcy, a nawet paru skrzydlatych, jednakowi w ohydzie śmieci, otwarci jak walizki odarte z tajemnic, martwi, zbezczeszczeni i zrównani z sobą brutalnym aktem morderstwa, sfotografowani, skatalogowani, przypięci do ściany jak preparaty anatomiczne.
Rysunki serc zdobią tynk wszędzie tam, gdzie nie ma wycinków. Nakładające się na siebie, brudnordzawe linie nakreślone kiedyś świeżą krwią. Płonące serca, serca przebite strzałą, mieczem, sztyletem, połączone, poszatkowane na plastry, poznaczone wyraźnymi śladami ugryzień.
A do tego strzałki, naprędce, nieczytelnym pismem nakreślone komentarze, pytania, wykrzykniki i obwiedzione kółkami flamastra szczegóły.
Kolekcja Toteca. Jego hobby. Album ze znaczkami śmierci. Anatomia morderstwa. Duma i chwała swego posranego właściciela.
Asmodeusz krzywi się z odrazą. Podchodzi do białego kredensu, który wygląda jak element wyposażenia dawnej apteki i patrzy na resztę fetyszy. Związane w pęczki kłaczki włosów. Mętne płyny zamknięte w szklanych fiolkach. Strzępy bezkształtnych tkanek pływające w żółtym sosie formaliny. Guziki. Sprzączki. Kawałki sparciałych materiałów pokryte podejrzanie brunatnymi plamami. Pokrzywione i połamane resztki tandetnej biżuterii. I coś, co przyprawia go o dreszcz grozy i nienawiści. Zabawki. Zniszczona szmaciana laleczka, która zdaje się płakać rozmazanymi oczami z grudek farby. Stara skakanka. Drewniany piesek na kółkach, oblazły z barw. Skrzydlaty rycerz bez rąk i jednej nogi. Metalowy model magomobilu. Niemi świadkowie. Pamiątki po chwilach triumfu. Ulubione fetysze psychopaty.
Gdyby to ode mnie zależało, wyrwałbym chwasta, myśli Zgniły Chłopiec.
Odruchowo wyciera ręce o spodnie, choć i tak stara się niczego nie dotykać. Jakby mógł się skazić. Zarazić śmiercią i zbrodnią.
Na środku pomieszczenia stoi wielki, drewniany stół z blatem poznaczonym śladami rzazów i przypaleń, otoczony asystą kilku krzywych krzeseł, ale Mod nie siada.
Metalowe drzwi prowadzące dalej, w głąb piwnic, są zamknięte, a Asmodeusz nie ma najmniejszej ochoty ich otwierać. Wie, co mógłby zobaczyć i boi się tego. Gdyby ujrzał na własne oczy resztę królestwa Toteca, prawdopodobnie musiałby go zabić albo zgodzić się na współudział w zbrodni. Lub umrzeć. Stuka więc tylko energicznie, wywołując dudniący dźwięk, który przypomina bicie żałobnego dzwonu.
Nie czeka długo, aż za drzwiami rozlegają się kroki. Totec pojawia się, cały w uśmiechach na widok gościa, ściąga zbrukany czerwoną mazią fartuch.
– Mod, Mod we własnej osobie! Jak miło.
Asmodeuszowi wcale nie jest miło. Zaciska bezwiednie pięści.
Wyrwałbym chwasta. Teraz. Na Mrok, jak najszybciej.
– Witaj Totec – mówi przez zaciśnięte gardło.
Xipe Totec, Nasz Pan Obdarty Ze Skóry, prastary demon, dawny bóg aztecki, psychopata i seryjny morderca, patrzy na niego szklanym, chłodnym wzrokiem. Jego pozbawione powiek, okrągłe, obracające się w krwawym mięsie oczodołów ślepia wydają się zupełnie zimne jak u ryby wyrazu. Przypominają gałki z porcelany wetknięte w dziury w masce, którą Totec nosi na twarzy. Masce z ludzkiej, głębiańskiej lub anielskiej skóry.
Sam demon jest tylko kłębem obnażonych mięśni, ścięgien i żył. Surowa, świeżo zdarta z ofiary skóra oblepia go niczym pianka do nurkowania. Wypreparowane dłonie dyndają u nadgarstków na kształt obrzydłych rękawiczek gdy stwór zapraszającym gestem szponów wskazuje Asmodeuszowi krzesło.
– Siadaj, siadaj, proszę. Napijesz się czegoś? Serastes kazał przynieść wino.
Wielkie, nagie, nie osłonięte wargami zęby szczerzą się uprzejmie w otworze gębowym maski.
Napiję się, myśli Mod. Bo inaczej niechybnie się porzygam.
Xipe Totec odwraca się, sięga na półkę kredensu po omszałą amforę. Cudza skóra, niczym suknia balowa damy, odsłania krwiste, czerwone plecy demona. Wyraźnie widać sploty mięśni i ścięgien, węźlasty, podobny do sznura kręgosłup. Wierzchnia powłoka, niczym gorset, ściągnięta jest na wysokości łopatek, talii i bioder rzemieniami zawiązanymi schludnie na kokardki.
Asmodeusz podsuwa puchar a potem chciwie pije chłodne, słodkawe wino.
Nekromanta siada przy stole, ale Zgniły Chłopiec wciąż stoi, wyprostowany jak kołek.
– Cieszę się, że dobry los sprowadził do mnie tak wspaniałego gościa, ale przeprowadzam właśnie kilka eksperymentów, nic wielkiego, takie małe badania, ważne tylko dla mnie, więc…
– Mam się streszczać, tak?
Wywraca oczami, aż Modowi robi się słabo.
– Nie, nic z tych rzeczy, skądże! Najwyższy Mroczny, prawa ręka samego Imperatora, oby jego światło nigdy nie zagasło, zawsze jest dla mnie priorytetem! Jak mógłbym nie znaleźć czasu dla ciebie, Asmodeuszu. Zawsze jestem gotów ci służyć.
– To dobrze się składa, bo właśnie cię potrzebuję. Jutro o północy planuję przeprowadzić potężny rytuał i potrzebny mi do tego nekromanta.
Xipe Totec znów cieszy szczękę w nieszczerym uśmiechu.
– Jutro? A… no, tego… To trochę mało czasu…
– Jakbyś zgadł Totec. Właśnie czasu mamy bardzo niewiele. Jak na to wpadłeś?
Demon stara się ukryć wściekłe zgrzytnięcie zębów. Kocha Zgniłego Chłopca jak pies dziada proszalnego, ale nie śmie odmówić. Asmodeusz w Głebi jest potęgą.
– Oczywiście. Jutro o północy. Stawię się odpowiednio wcześnie. Oświeć mnie tylko, proszę, czego ode mnie oczekujesz, bo muszę się zawczasu przygotować.
Zgniły Chłopiec uśmiecha się krzywo, jednym haustem dopija wino i wyjaśnia, czego oczekuje.
Xipe Totec milczy przez dłuższą chwilę.
– To… to szaleństwo! – jąka wstrząśnięty – To się nigdy nie uda!
– Okaże się jutro o północy. Gdybyś potrzebował czegoś szczególnego, wezwij mnie przez Oko Nocy.
Mod zgarnia amforę ze stołu i rusza po schodach na górę, nie pożegnawszy demona nawet skinieniem.
Zimne, gadzie oczy Toteca odprowadzają go wzrokiem pełnym nienawiści.

***









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-09-05 (1262 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej