Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
.com. Tajemnica internetu
 
Katalog - dodano
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 Triskel: Gwardia
- Krystyna Chodorowska
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Przekraczając granice'' - Oksana Pankiejewa



Zamiast wstępu



Człowiekowi różnie się może przytrafić. Czasem życie wykręca mu takie numery, jakich nawet w filmie nie uświadczysz — żaden normalny scenarzysta by na coś
takiego nie wpadł. A kto by chciał kupić scenariusz od wariata?
Nie da się ukryć, że najczęściej wszystko zaczyna się bardzo zwyczajnie, by nie powiedzieć — trywialnie...
Może, na przykład, zdarzyć się tak... Masz już dwadzieścia jeden lat, z których cztery spędziłaś na nauce języków obcych. Aż przyszła katastrofa... Choć nawet i bez niej sprawy nie wyglądały różowo. Rodzicom skończyły się pieniądze i ostatni rok twojej nauki stanął pod wielkim znakiem zapytania. No, może gdyby ojciec zaczął znowu dostawać pensję... ale to mało prawdopodobne.
Zresztą, to i tak by niczego nie rozwiązało, w ostateczności przecież sama też byś się mogła jakoś zakręcić i przynajmniej spróbować zarobić jakieś grosze. Tylko potem... Co potem? Że też koniecznie, kretynko jedna, musiałaś wybrać sobie tak egzotyczny kierunek jak język hiszpański! Owszem, gdy próbowałaś się dostać na studia, miało to jakiś tam sens — a bo mniejsza liczba osób na miejsce, a bo na angielski byś się w ogóle nie dostała. Ale choć głupio się do tego przyznawać, dopiero teraz dotarło do ciebie, że konkurencja była mniejsza nie bez powodu, a z przyczyn jak najbardziej realnych i dających się łatwo wyjaśnić. Bo co niby zrobić z taką specjalizacją? W dużym mieście jeszcze by można się jakoś urządzić, ale by o tym myśleć, trzeba wpierw w takowym mieście mieszkać.
A żeby tam mieszkać, należy mieć taką pracę, by ci starczyło i na życie, i na czynsz. Do tego trzeba się gdzieś zameldować, bo bez tego żadnej pracy nie dostaniesz...
Błędne koło. Poza tym, by znaleźć wspomnianą pracę, trzeba mieć albo znajomości, albo fenomenalne szczęście, a tobie brakuje i jednego, i drugiego. Tak samo jak jeszcze jednej, bardzo pożytecznej cechy, którą w sumie trudno określić czy też nazwać, ale dzięki której ludzie jakimś cudem radzą sobie z ułożeniem życia, mając na głowie takie same problemy jak ty, a nawet jeszcze gorsze.
Przewidywane zakończenie: pomiotać się przez te parę miesięcy, póki cię nie wyeksmitują z akademika, i spadać do domu, do rodzinnego Pipidówka Dolnego, zapyziałego miasteczka powiatowego, gdzie praca jako gatunek nie występuje. Chyba że w tej fabryce, w której ojcu nie płacą pensji. Albo na bazarze. No bo komu w twoim rodzinnym mieście mógłby być potrzebny ten cały hiszpański?
Zawsze pozostają ci korki z angielskiego, który miałaś na studiach jako drugi język i który sama znasz bardzo, ale to bardzo słabo.
Tak więc zasuwasz z nocnego pociągu na piechotę do domu, bo przecież autobusy już nie kursują, a na taksówkę trzeba mieć właśnie tę forsę, której tobie brakuje.
Rozmyślasz o tym wszystkim i na horyzoncie jawi ci się tak całkowity brak perspektyw, że nic, tylko iść się utopić.
Bo czasem niestety bywa tak, że człowiek ma równie wielkiego pecha we wszystkich dziedzinach życia. W miłości, w pracy, a jeśli chodzi o finanse, to już w ogóle lepiej
nie mówić. Idziesz sobie, myślisz ponuro, że już po ptokach i twoje życie się skończyło. I nawet przez myśl ci nie przejdzie, że te wszystkie problemy są po prostu
śmieszne i w zasadzie nieaktualne, ponieważ twoje życie faktycznie właśnie się skończyło, a „po ptokach” należy potraktować jak najbardziej dosłownie. Tak dosłownie, że bardziej już chyba nie można. Bo nagle ktoś łapie cię od tyłu za gardło, a ty widzisz, jak w świetle latarni błyska ostrze, i wtedy przypominasz sobie, że po mieście od dawna krążyły pogłoski o jakimś psycholu. Masz jeszcze tylko chwilę, by pomyśleć, że i tak jesteś skończona, więc nie warto się przejmować. Bo niby co ci dobrego w tym życiu zostało?
Nie da się ukryć, że w takiej chwili mało komu przyszłoby do głowy, by myśleć o światach równoległych, czarodziejach, elfach, krasnoludach i innych tego typu bajkach. Bo okoliczności są jednak dalekie od bajkowych...


W królestwie Ortan



W królestwie Ortan, podobnie jak na całym kontynencie rozciągającym się od Białego Oceanu na północy do mistralijskich mórz na południu, a z zachodu na wschód prawdopodobnie nigdy przez nikogo nieprzebytym... Krótko mówiąc, nikt z tamtejszych mieszkańców w życiu nie wpadłby na to, by nazwać czarodziejów, elfy i krasnoludy bajkami. Chociażby dlatego, że czarodzieje i krasnoludy najspokojniej w świecie żyli sobie wśród ludzi, a po elfach pozostały wyjątkowo liczne i przekonujące świadectwa. Również istnienie światów równoległych nie budziło najmniejszych wątpliwości, poparte jak najbardziej namacalnymi dowodami w postaci tak zwanych przesiedleńców. W zasadzie nie było do końca wiadomo, co powoduje przemieszczenia i jak one działają, ale wszyscy mieli stuprocentową pewność, że się zdarzają. Niektórzy szczególnie dociekliwi magowie, prowadzący badania w tej dziedzinie, odkryli nawet kilka reguł rządzących wspomnianym zjawiskiem, lecz mimo to nie udało im się zrozumieć jego mechanizmu. Reszta obywateli natomiast nieszczególnie dbała o to, dlaczego, jak i skąd biorą się ci dziwaczni obcy. Skądkolwiek by pochodzili, najważniejsze, żeby nie przeszkadzali nikomu żyć i nie wszczynali zamieszek, nie włazili między wrony w papuzich szatkach, nie próbowali przerobić świata wedle własnego widzimisię, nie obrażali moralności publicznej, czyli po prostu pozwolili tubylcom spokojnie spać po nocach.
I to właśnie Ortańczycy robili, gdy do królestwa trafił nowy przesiedleniec. Była to noc najzwyklejsza z możliwych, bez żadnych oznak szczególnych, taka, jakich w ciągu roku bywa aż nazbyt wiele. Niczego nie świętowano, nie zaobserwowano żadnych magicznych omenów, a nawet z astronomicznego punktu widzenia noc ta niczym się nie wyróżniała i nie intrygowała. Nawet deszcz nie padał. Naprawdę trudno sobie wyobrazić, by komukolwiek mogło przyjść do głowy, że akurat tej nocy miałoby wydarzyć się coś, co zaważy na dalszych losach królestwa. Jednak, z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego powodu, znaleźli się w królestwie ludzie, którzy nijak nie mogli zasnąć — choć wszyscy jak jeden mąż byli młodzi i zdrowi i w żadnym wypadku nie cierpieli na bezsenność. Bo może jeszcze zdarzyć się tak. Jesteś przystojnym facetem z trzydziestką na karku i pięcioma i pół łokcia wzrostu. Masz wszystko, czego tylko można by sobie zażyczyć. Zdrowie — i to w nadmiarze, bo o twej nieludzkiej sile bardowie układają legendy i ballady, a jedyne, co ci tak naprawdę dokucza, to skłonności owych bardów do wyolbrzymiania wszystkiego, czego tylko tknie się ich chyże pióro. Pieniędzy masz tyle, że mógłbyś w nich pływać — by uwolnić człowieka od wszelkich zmartwień finansowych aż do końca życia, spokojnie wystarczy jeden smoczy skarbiec, a ty wypatroszyłeś ich aż cztery. Poza tym pozostają jeszcze te fundusze, które najzwyczajniej w świecie dostałeś w spadku. Kobiety tłumnie mdleją na sam dźwięk twojego imienia, chociaż w sumie mało cię to obchodzi, gdyż liczy się tylko ta jedna, jedyna, z którą jesteś szczęśliwy, cokolwiek by plotły na ten temat złe języki — z zazdrości, jakżeby inaczej. Władza nigdy cię nie pociągała, ale jeśli to kogoś interesuje, to owszem, jesteś księciem i pierwszym następcą tronu, niech bogowie ześlą twemu królewskiemu kuzynowi długie życie, dobrą żonę i możliwie jak największą liczbę innych dziedziców. No i sława — co jak co, ale tego towaru każdy bohater na emeryturze stanowczo ma w nadmiarze. W całym królestwie Ortan, a nawet i na całym kontynencie raczej nie znajdzie się człowiek, który by nie słyszał o księciu? ?bękarcie Elmarze i jego przygodach...
I gdyby ktoś zdobył się na tę impertynencję i zapytał księcia-bastarda, jakiego gatunku ptasiego mleka mu jeszcze w życiu brakuje, jego książęca mość wzruszyłby potężnymi ramionami, spuścił spojrzenie swych przenikliwie błękitnych oczu na karty trzymanego akurat w rękach tomiku poezji klasycznej, westchnął smutno i zmilczał. Pytający raczej by nie zrozumiał, co się dzieje w głębi zagadkowej barbarzyńskiej duszy pierwszego paladyna Korony, nawet gdyby ów paladyn udzielił bezpośredniej odpowiedzi. Bo gdyby mógł zrozumieć, to by głupio nie pytał. A poza tym, pierwszy lepszy człowiek z ulicy nie musi od razu wiedzieć, że książę był tak pozbawiony pychy, że sława obchodziła go mniej niż brud za paznokciem. I że ten wyszkolony i doświadczony wojownik, który władał i toporem, i mieczem, i wszelkimi innymi rodzajami broni, bynajmniej nie uważał tego za wielką zaletę. Bo książę?bastard bez chwili namysłu oddałby całą bitewną sławę i chwałę w zamian za umiejętność splatania poetyckich słów tak samo zręcznie, jak robili to tak bardzo przez niego wielbieni starożytni klasycy. Ale niestety! — choć znał się na poezji jak mało kto, poeta był z niego jak z koziego zadka waltornia, w dodatku boleśnie świadomy nikłej wartości swych twórczych eksperymentów. W związku z tym mógł jedynie przesiadywać w bibliotece z butelką dobrego wina i zgłębiać nieśmiertelne wersy dawno zmarłych bardów, delektując się ich niepowtarzalnym urokiem i rozmyślając o sprawach doniosłych i pięknych.
Tym właśnie zajmował się tej konkretnej nocy. Książę?bastard Elmar, będąc w nastroju smętnie lirycznym, siedział w bibliotece z tomikiem wierszy i wertował go niespiesznie. Najpierw rozmyślał o niesprawiedliwości Matki Natury, która obdarowała go mnóstwem żelaznych mięśni, szczędząc mu, niestety, pozostałych talentów. Potem wróciły do niego wspomnienia z przeszłości, a ponieważ przypominanie sobie nieżyjących już przyjaciół i towarzyszy zawsze było smutne i bolesne, popadł w jeszcze głębsze przygnębienie. Przyszło mu nawet do głowy, że dość już tego chlania i pogrążania się w rozpaczy, czas najwyższy iść spać, gdy nagle jego nocne czuwanie zostało przerwane w zupełnie niespodziewany sposób.
Tej nocy czuwał również wesołek Żak, osobisty błazen i dobry przyjaciel jego królewskiej mości — choć jemu akurat spać nie dawały zupełnie inne uczucia, dalekie od lirycznego smutku księcia-bastarda. Gdyby ktoś w tej chwili zajrzał do sypialni błazna, pewnie nie rozpoznałby w tym nerwowo trzęsącym się człowieku żartownisia i bawidamka, który na co dzień brylował u stóp tronu i którego nikt nigdy nie widział bez nieodłącznego uśmiechu na ustach. Królewski błazen umierał z przerażenia. Bo zdarza się również i tak. Masz dopiero dwadzieścia sześć lat, a już dorobiłeś się takich zaszczytów, że cała reszta dworaków zielenieje z zazdrości i z cichą nadzieją w sercu czeka tylko, aż jego królewskiej mości w końcu znudzi się ten impertynencki karierowicz i będzie można się w pełni nacieszyć widokiem upadku i poniżenia obecnego królewskiego ulubieńca. Jasne, doczekacie się, już, teraz, zaraz. Kiepsko znacie własnego władcę, szanowni dworacy. A jego błazna to już zupełnie. Jak zwykł powtarzać jego królewska mość: „Istnieje oficjalna wersja dla poddanych, a nic ponadto wiedzieć nie powinni”. I faktycznie, gdyby dworacy wiedzieli o tym wesołym i czarującym chłopaku chociaż odrobinę więcej, niż powinni, z miejsca przestaliby mu zazdrościć. I nie nabijaliby się z jego wiecznych kłopotów z płcią piękną, gdyby tylko zdawali sobie sprawę, że Żak nie był jakimś tam niewyżytym zboczeńcem. Zwyczajnie bał się sam spać, a od pewnego czasu nawet i zasypiać z powodu koszmarów, które ciągle prześladowały go po nocach. Tyle dobrego, że z natury był człowiekiem lekkomyślnym i niezdolnym do roztrząsania w kółko jednej sprawy, bo inaczej by chyba doszczętnie zwariował, jako że jego nocne koszmary rodziły się z lęków jak najbardziej rzeczywistych — a co więcej, mogących z ogromnym prawdopodobieństwem prędzej czy później się ziścić... Nie, panowie i panie dworacy zupełnie, ale to zupełnie niesłusznie zazdrościli Żakowi.
Niech ich bogowie uchowają przed wpakowaniem się w takie gówno, w jakim swego czasu znalazł się wesoły królewski błazen. Można by rzec, że wydostał się z niego cudem, a potem przez dobrych kilka lat za każdym węgłem wciąż widział wrogów polujących na jego głowę. A gdy w końcu udało mu się uspokoić i zapomnieć, los podłożył mu kolejną świnię.
Od jakiegoś czasu książę Mafiej miewał prorocze sny. Nikogo to nie zdziwiło, po nim można się było spodziewać o wiele większych atrakcji — w końcu wszyscy magowie wykazują lekkie odchyły od normy... Ale czy musiał mu się przyśnić właśnie Żak?! I to jeszcze w takich okolicznościach, że biedny błazen, usłyszawszy sam tylko opis, poczuł mdłości? Chyba niczego na świecie nie pragnąłby mniej, niż znaleźć się właśnie w takiej sytuacji — on leży na zalanym krwią stole, a jakiś nieznajomy Mistralijczyk wali go po pysku... Nawet bez dodatkowych bodźców
królewski błazen krwi jako takiej bał się śmiertelnie, a na sam widok Mistralijczyka zawsze starał się czym prędzej przejść na drugą stronę ulicy. Ale skoro Mafiejowi to wszystko się przyśniło... To przerażające, panowie i panie, naprawdę przerażające. Tak bardzo, że nawet towarzystwo pięknych dam nie pomagało. Przeklęte sny nadal się pojawiały i chociaż Żak nie potrafił przepowiadać przyszłości, były znacznie barwniejsze niż cokolwiek, co mogło przewidzieć się temu małoletniemu prorokowi.
Tak więc tej nocy błazen po raz kolejny obudził się zlany zimnym potem i przekonał, że to wszystko tylko mu się przyśniło. Był we własnym domu, we własnym łóżku i na szczęście w żadnym kącie nie dostrzegł przerażonej damy. Po chwili namysłu zdecydował, że nie zaryzykuje ponownego zaśnięcia. Długo siedział skulony, obejmując rękoma kolana, i próbował opanować dreszcze na całym ciele, lecz te nie chciały ustąpić. Wtedy Żak wstał, zszedł do gabinetu i trzęsącymi się rękoma nalał sobie do piwnego kufla bimbru własnej produkcji. Gdy go opróżnił, uczucie strachu nieco się stępiło, lecz nie na tyle, by mógł mieć nadzieję na normalny, zdrowy sen. Bał się spać, bał się nawet zbliżyć do łóżka, dlatego usiadł na gołej podłodze w ciemnym kącie za szafą i cicho zapłakał.
Tej nocy nie spała także tancerka Azille, choć miała ku temu znacznie prostszy i przyjemniejszy powód. W natchnieniu i z poświęceniem oddawała się rozkoszy w ramionach przypadkowego kawalera, którego godzinę temu poznała na ulicy i który o świcie na zawsze zniknie z jej życia. Tak musiało być, chociaż sama nie bardzo rozumiała, dlaczego. Tak się również zdarza — gdy jesteś nimfą, która całe życie spędziła pośród ludzi, nigdy nie spotkawszy podobnych sobie. To wrodzony instynkt zawsze bezbłędnie podpowiada ci, jak żyć i co robić. Gdyby jeszcze potrafił wyjaśnić, dlaczego trzeba właśnie tak...
Bo ludzie zawsze chcą wiedzieć, dlaczego, a ty nie masz pojęcia, jak im to wyjaśnić. Dlatego biorą cię za dziwkę, choć jesteś przecież tylko zwykłą nimfą, podrzutkiem znalezionym przy drodze przez koczujących Hitanów. Azille sama nie miała pojęcia o swym pochodzeniu, póki pewnego dnia jeden z kochanków nie przyjrzał się jej trochę uważniej i nie zaczął się zastanawiać, czy ona w ogóle jest człowiekiem. A potem wziął ją za rękę i zaprowadził do znajomego maga, który wyjaśnił dziewczynie, że faktycznie z rodzajem ludzkim ma niewiele wspólnego. Co prawda, nic więcej powiedzieć nie potrafił, ponieważ ludzie wiedzą o nimfach niesamowicie mało, ale i za to należały mu się stokrotne dzięki. Przynajmniej Azille przekonała się, że wszystko, co wydarzyło się do tej pory, było słuszne, a jej domniemane dziwactwa tak naprawdę były zupełnie normalnym zachowaniem nimfy i wszystko szło dokładnie tak, jak powinno. I nie przejmowała się ludźmi, którzy tego nie pojmowali, myśląc, że jeśli kobieta widzi rzeczy niewidoczne dla zwykłego wzroku, to musi być wiedźmą, jeśli mówi coś niezrozumiałego — to wariatką, a jeśli zwykła spędzać noce z różnymi mężczyznami — to dziwką... Głupio wymagać od ludzi zrozumienia.
Zresztą, mieszkając w stolicy od przeszło trzech lat, Azille była znana już wszystkim i każdy mężczyzna uważał za ogromny honor, gdy obdarzyła go swoją uwagą, a po niezapomnianej nocy darowała mu cząstkę swej naturalnej magii. Jedynie kobiety mimo wszystko wciąż uważały ją za dziwkę, do tego darmową i wyjątkowo zepsutą. Ale czego można od nich wymagać, przecież i tak nie zrozumieją...
Dlatego też niezrównana Azille nie miała przyjaciółek ani wśród kobiet porządnych, ani wśród prawdziwych dziwek. Ani jednych, ani drugich nie rozumiała. Jak można sypiać z mężczyzną, którego się nie pragnie, a tym bardziej brać za to pieniądze? To przecież profanacja — brać pieniądze za miłość. Bo Azille kochała mężczyzn, a oni kochali ją.
Uczennica medyka, Teresa, mężczyzn nie znosiła. Owszem, nawiązywała z nimi normalny kontakt, ale do pewnych granic. Dotyk, flirt, a nawet rozmowy o intymnych szczegółach wywoływały u niej uczucie wstrętu i strachu. Bo tak też się zdarza, i to bardzo często. Napisano na ten temat wiele rozpraw psychologicznych, ale nikomu dzięki temu nie żyje się ani trochę łatwiej. Teresa mieszkała
w Ortanie już od półtora roku. Dokładnie tyle czasu minęło od momentu, gdy przeniosła się tu z własnego świata w okolicznościach, których mimo najszczerszych chęci nie sposób nazwać przyjemnymi. Przez ten czas nieco się uspokoiła, zadomowiła, znalazła pracę i zajęła nauką miejscowej medycyny, ale wstręt i strach nie znikły zupełnie. Mistrzyni kręciła głową i powtarzała, że każdy uraz psychiczny daje się uleczyć, trzeba tylko parę razy odwiedzić dobrego mistyka. Choć raz przezwyciężyć religijne uprzedzenia i pójść do świątyni Maal-Bli, bo takie problemy leczy się właśnie tam, a chrześcijanie w tej sprawie nie pomogą i nie warto nawet próbować. Teresa nie była szczególnie skłonna uznać swoich przekonań za uprzedzenia i zwrócić się do pogańskich bogów. Tym bardziej, że nie było to aż tak bardzo konieczne. Azille kiedyś powiedziała, że miłość i dobroć potrafią uleczyć każdą chorobę duszy, może nie tak szybko jak magia, ale za to skutecznie, a ta droga wydawała się Teresie znacznie bardziej akceptowalna.
Tej nocy uczennica medyka również nie spała, ale jej problemy osobiste nie miały z tym nic wspólnego. Rano miała zaliczać kolejny egzamin u mistrzyni i bardzo się tym faktem przejmowała. Nie dlatego, że czegoś się nie nauczyła, bo to akurat nigdy jej się nie zdarzyło — naukę traktowała poważnie i doskonale wiedziała wszystko, co wiedzieć powinna. Ale i tak zamartwiała się przed każdym egzaminem z racji zbyt rozwiniętego poczucia odpowiedzialności. Teresa pokręciła się trochę po pokoju, aż w końcu zdała sobie sprawę, że i tak nie uda jej się zasnąć, i postanowiła nie marnować czasu. Zaparzyła sobie mocnej kitajskiej herbaty, usiadła przy stole i otworzyła grubą książkę do medycyny, by jeszcze raz powtórzyć sposoby zakładania szwów. To właśnie one były powodem jej największego zmartwienia — cały czas miała wrażenie, że na pewno któregoś zapomni.
Tymczasem jego królewska mość Szellar III, władca Ortanu, nie martwił się niczym. Po prostu nie miał skłonności do przejmowania się byle czym. Przyczyna jego ewentualnej troski musiałaby wykraczać daleko poza ramy codzienności, a i wtedy nie zacząłby od rwania włosów z głowy, lecz od konstruktywnego rozmyślania nad praktycznym rozwiązaniem problemu. Jedynym przedmiotem, który mógł wywołać u jego królewskiej mości nieprzyjemne odczucia, było lustro, ale w tym konkretnym momencie akurat żadne w pobliżu się nie znajdowało.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-09-18 (1073 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej