Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Worek kości
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Kolory sztandarów'' - Tomasz Kołodziejczak

Fort


Trzy kapsuły transportowe mknęły ku korgardzkiemu fortowi. Płaskie, aerodynamiczne pociski, otoczone barierami pól i maskującymi projekcjami, wiozły trzy tuziny ludzi. W ciemnych wnętrzach pojazdów leżały kokony ochronne, z których wystawały tylko hełmy żołnierzy. W czasie lotu aparaty wciąż kontrolowały stan organizmów, a na wyświetlaczach hełmów pojawiały się dane dotyczące przeprowadzanej operacji. Koprocesory wojskowe dopiero teraz ładowały informacje o najwyższym stopniu tajności.
Oddział tworzyli komandosi, informatycy, technicy, a stan osobowy grupy specjalnej wynosił dwa. Forbi i Daniel. Ich zadaniem było odszukanie Rittera i bezpieczne wyprowadzenie go z fortu. Z informacji, które otrzymali, wynikało, że żaden z biorących udział w akcji żołnierzy nie wie, iż w forcie znajduje się agent.
„Panowie – powiedział fantom z generalskimi szlifami, gdy przekazywał Danielowi i Forbiemu pakiet rozkazów – nie będę wam mówił, jak ważny jest dla nas ten człowiek i co wie o korgardach. Pamiętajcie o jednym: Ritter poszedł do piekła po naszych ludzi. Panowie, jeśli nie zrobimy wszystkiego, by go z tego piekła wyciągnąć, będziemy bandą zeschniętych fiutów. Czy to jasne, panowie?”
Po odprawie mieli jeszcze piętnaście minut spokoju. To był czas dla wierzących, by netowo połączyli się z kapelanami lub w skupieniu oddali hołd swoim bogom. Niewierzącym puszczono relaksujące projekcje. Daniel nie należał do żadnego z kościołów, ale znał słowa wielu modlitw i zawsze przed akcją powtarzał je w myślach. To go uspokajało.
Daniel nie wiedział, ile czasu minęło, nim kapsuły dotarły do granicy strefy bezpieczeństwa. Pojazdy stanęły na środku szosy, rozchyliły się powłoki kokonów i otworzyły włazy. Żołnierze, jeden po drugim, wyskakiwali na drogę.
Była ciemna noc. Światło gwiazd nie przebijało się przez chmury. Po obu stronach drogi rósł gęsty gladiański las. W niebo strzelały maszty pni, pomiędzy którymi rozpinały się pajęczyny zielonych pnączogałęzi obrośniętych wielkimi, mechatymi liśćmi. Gladiański las wyglądał tak, jakby legion praczek gigantów powbijał w ziemię słupy, porozciągał między nimi sznurki i rozwiesił pranie. Każdy liść ważył blisko dwadzieścia kilogramów i spadając z drzewa mógł zabić człowieka.
Mrok nie przeszkadzał żołnierzom. Hełmy dostroiły się już do ciemności, podając na wizjery podrasowany obraz. Ludzie szybko wyładowali sprzęt, rozstawili automaty pomocnicze i rozdzielili się na grupy. Po chwili kolumna ciemnych sylwetek zaczęła znikać w przydrożnych zaroślach. Za żołnierzami posuwało się kilka małych pojazdów. Kiedy ostatni z nich zniknął w gęstwinie, transportery poderwały się z szosy i pomknęły w drogę powrotną.
W gladiańskim lesie znów zapanowała cisza.
Do granicy penetracji korgardzkich zwiadowców dotarli po kwadransie. Wciąż znajdowali się w lesie, jednak spomiędzy zarośli prześwitywała już wolna przestrzeń. Pnie i gałęzie drzew stojących na samej krawędzi martwego pola były przerżnięte, jakby ktoś pociągnął po nich ostrzem gigantycznego skalpela – od korzeni do samych wierzchołków. Leśne poszycie kończyło się równo, niczym brzeg dywanu. Dalej zaczynała się połać szarej, zbrylonej ziemi. Na granicy horyzontu widać było migotliwy pęcherz, w którym ukrywał się korgardzki fort.
Dowódcy wydali rozkazy i komandosi zaczęli zajmować wyznaczone pozycje. Ludzie i maszyny poruszali się sprawnie, bez najmniejszego wahania wykonując ćwiczone wielokrotnie czynności.
Automaty natychmiast przystąpiły do tworzenia kokonów ochronnych, rozstawiania baterii laserowych i rozsyłania mikroszpiegów. Komputery zaczęły analizować pierwsze dane dotyczące sekwencji przeczesywania radioaktywnego pasa przez korgardzkie radary.
– Czas: minus dziesięć – poinformował Paccalet. – Sprawdzić broń i sprzęgi. Uruchomić procedurę hipnotyczną. Potwierdzić gotowość.
– Jedynka, potwierdzam. Dwójka, potwierdzam – w słuchawkach Daniela odezwały się kolejne głosy dowódców grup. Kiedy przyszła jego kolej, powiedział:
– Jedenaście, potwierdzam.
W wizjerach hełmu zatańczyły różnobarwne światła, jednocześnie w słuchawkach zabrzmiała dziwna, atonalna muzyka. Poczuł na skórze ciepły dreszcz oznaczający, że dokrewne serwery wpuściły do krwiobiegu nowe porcje stymulatorów. Powoli uaktywniały się zagłuszone sztucznie partie mózgu – Daniel, tak jak reszta jego towarzyszy, zaczął wpadać w hipnotyczny trans. Nie tracił świadomości, raczej zyskiwał nową, bogatszą, bardziej wrażliwą.
Analitycy uznali, że ten sposób da największe szanse powodzenia operacji. Stymulowana autohipnoza miała wygasić bioemanacje wokół żołnierzy, na dłuższą chwilę uczynić ich niewidzialnymi dla korgardzkich rejestratorów. Jednocześnie człowiek nie tracił kontroli nad swym ciałem i myślami – w razie czego miał mu przyjść z pomocą „bliźniak”.
– Czas: minus siedem. Aktywacja sprzęgów. Kontrola układu nanoszenia.
Daniel poczuł, jak prężą się taśmy opinające klatkę piersiową. Zaskoczyły zaczepy miotacza naramiennego. Jednocześnie przed oczami roztańczyły się dziwne kształty. Na krajobraz radioaktywnego pasa komputer zaczął nakładać różne dane – pokazywał zoptymalizowane trasy ataku, wizualizował poziom stężeń radioaktywnych, śledził ostrza penetracyjne korgardzkich pól siłowych.
W żołnierzu obudził się nowy zmysł; mózg wydzielał swoją część do obsługi sprzęgów. Początkowo na granicy ogłuszonej autohipnozą świadomości, a potem coraz wyraźniej, Daniel zaczynał rejestrować strumień bodźców płynący z czipów. Czuł je. Naładowane energią magazynki miotacza wysyłały wrażenie podobne do sytości. Penetrujące przestrzeń siłowe i elektromagnetyczne lokatory stały się dodatkowymi kończynami. Miernik aury biologicznej, widać jeszcze niedostatecznie obniżonej, sygnalizował stan podobny do wysiłku spowodowanego długą wspinaczką. Komunikaty potwierdzające nieprzerwany kontakt z centrum dowodzenia i z „bliźniakiem” grały niczym łagodna, cicha muzyka. Te i inne bodźce trwały stłumione, na granicy rejestracji. Jednak Daniel, wyszkolony w ich odczytywaniu, z tego echa odczuć zmysłowych potrafił odebrać bardzo dużo informacji o polu przyszłej bitwy i stanie własnego organizmu.
– Czas: minus trzy. Autohipnoza, faza B.
Na wyświetlaczach rozjarzył się jaskrawożółty, tańczący wzór. Serwery dokrewne wrzuciły do żył kolejną porcję sztucznych hormonów, koprocesor bojowy rozpoczął wygaszanie mózgu.
– Proszę o potwierdzenie bazy – Daniel wypowiedział proceduralne zdanie.
– Bliźniak Daniela Bondaree na stanowisku – usłyszał w słuchawkach rutynową formułę. – Śledzę cię. Gdy się wygasisz, przejmę kontrolę nad skafandrem.
– Potwierdzenie przyjęte.
Wygaszenie umysłu było jednym z nieodzownych warunków nie tyle szczęśliwego zakończenia akcji, co wręcz jej rozpoczęcia. Korgardzi stosowali swoiste rodzaje detekcji. Według posiadanych danych nie rejestrowali na przykład fal elektromagnetycznych. Pelengowali swój teren szpicami pola siłowego. Mieli również detektory wychwytujące obiekty o dużej aurze – dlatego też do granicy fortu względnie bezpiecznie mógł podjechać automat rejestrujący. Natomiast każdy człowiek był atakowany, gdy zbliżył się do któregoś z budynków bliżej niż na pięćset metrów. Po długich badaniach, podkładaniu różnorodnych fantomów, wysyłaniu androidów, cyborgów, a nawet żołnierskich klonów, naukowcy odkryli, że czynnikiem, na który reagowali korgardzi, była emanacja psioniczna ludzi.
Badania nad siłami psychicznymi znajdowały się w powijakach. Naukowcy dopiero uczyli się rozpoznawać i mierzyć te fenomeny, odkryto pierwsze sposoby farmakologicznego wzmacniania sił psi. Badania na ludziach ograniczały się praktycznie do zwiększania i mnożenia naturalnych zdolności zmysłowych – na przykład zdolności zapamiętywania, kojarzenia faktów czy wykorzystywania intuicji. O zjawiskach takich jak telekineza i telepatia rozprawiano na razie czysto teoretycznie, wykorzystując komputerowe symulacje ludzkiego mózgu i hodowle klonów. Tymczasem okazało się, że te enigmatyczne i nierozpoznane fenomeny stanowiły podstawę działania urządzeń korgardów. Gwałtowny przypływ wojskowych funduszy wzmógł krzątaninę w laboratoriach psionicznych. Jednak jedynym praktycznym efektem pracy lekarzy i fizyków było skonstruowanie skafandra osłabiającego aurę psi i pozwalającego ludziom na znaczne zbliżenie się do korgardzkich pojazdów i fortów. To między innymi dzięki temu wynalazkowi udało się opanować korgardzką pancerkę, a później uratować w Kallaheim Daniela i Forbiego.
Teraz właśnie Daniel musiał wygasić swój mózg, wpaść w stan półsnu-półśmierci. Sterowanie jego skafandrem, a poprzez sprzęgi także organizmem, przejmował siedzący w bazie „bliźniak”. Miał prowadzić ciało Daniela do chwili, gdy i tak zostanie ono wykryte przez korgardzkie czujniki.
– Czas: minus dwa. Potwierdzić stany kokonów.
Przed oczami Daniela rozwinęła się siatka pola ochronnego. Żółte linie rozpięły się wokół żołnierzy, kilka węzłów jeszcze pulsowało czerwienią – znak, że w tych miejscach emitery wciąż synchronizowały polaryzację wiązki. Jednak w ciągu kilku sekund i te punkty przybrały jasnożółty kolor.
– Czas: minus jeden. Włączyć sygnalizatory osobiste.
Kiedy formacje powietrzne zaatakują fort, próbując przebić ochraniające go bariery pól, komandosi muszą być oznaczeni. Ustalany tuż przed rozpoczęciem akcji sygnał kodowy ma uchronić ich przed pociskami własnej armii.
Gasnący umysł Daniela wydawał ostatnie polecenia. Potem wszystko ucichło i zamarło w bezruchu. Jego myśli biegły powoli i leniwie. Czuł się, jakby brał udział w jakimś wspaniałym przedstawieniu wirtualnym: realistycznym, pełnym szczegółów i niezależnych postaci. Jakby na głowie nie miał hełmu bojowego, tylko kask wirtualny, jakby nie znajdował się w najdoskonalszym gladiańskim skafandrze wojskowym, a pływał w kombinezonie sieciowym – nieważki i odcięty od realnych bodźców.
– Czas: zero. Włączyć funkcję „walka”.
Skafander Daniela drgnął, podnoszony przez poduszkę siłową. Mięśnie żołnierza przebiegł krótki skurcz. Ukłucie bólu było ostatnim odczuciem z zewnętrznego świata, które dotarło do jego mózgu. To „bliźniak” przejmował nad nim kontrolę. W tym samym momencie na niebie pojawiły się pierwsze gladiańskie pojazdy bojowe. Zaczął się szturm.
Ludzkie oczy nie dostrzegłyby prawie nic z tego, co działo się wokół korgardzkiego fortu. Pojazdy i pociski maskowane były przez pola i symulacje. Wiązki siłowe i psioniczne również pozostały niewidoczne. Jednak skanery skafandra potrafiły wyłowić z przestrzeni wiele innych informacji. Potem wizualizowały ją na ekranach wyświetlaczy. Dlatego też Daniel, zawieszony metr nad ziemią niczym posąg pływaka, widział i wiedział, co się dzieje.
Niemal jednocześnie ze wszystkich stron nadleciały potężne transportery wiozące generatory pól. Natychmiast zaczęły ustawiać się w określonym porządku, tworząc wokół i ponad fortem graniastą czaszę. Przestrzeń pomiędzy pojazdami zmatowiała – to generatory rozpinały tarcze pól siłowych. Ich kontury widać było wyraźnie, na granicy pól cały czas zachodziły wyładowania elektryczne, gwałtownie parowała woda, a rozgrzane powietrze drżało, tworząc srebrzyste miraże. Pola ochronne miały nie tylko zatrzymać wychodzące z fortu pojazdy korgardzkie. Ich podstawowym zadaniem była ochrona terytoriów położonych wokół pola bitwy przed skutkami walki – promieniowaniem, wstrząsami tektonicznymi, falami termicznymi.
Kokony ochronne komandosów wysunęły się poza granicę lasu. Trzydzieści sześć zawieszonych w powietrzu ciał leniwie obracało się w swoich bąblach siłowych. Obok nich wylądowały kolejne transportery. Automaty błyskawicznie rozstawiały cały zespół jednostek wspomagających – skanery, działa laserowe, aparaturę medyczną, kapsuły przetrwania.
Pierwsza fala pocisków runęła na fort. Wszystkie eksplodowały dobrych kilkadziesiąt metrów nad budynkami, a ogień wybuchów wyznaczał granicę pola ochronnego korgardzkiej fortecy. Skanery rejestrowały i analizowały te dane, szukając najsłabszych punktów w pancerzu ochronnym. Minęły pierwsze trzy setne sekundy trwania bitwy.
Z nieba spadała kolejna nawałnica pocisków. Większość spłonęła na polu ochronnym, ale niektóre uderzyły wokół niego. Fala eksplozji targnęła spopielałą gliną. Masy ziemi poruszyły się, pchane wybuchami głębinowymi. Jakby dziesiątki gigantycznych kretów przebijały się koncentrycznie ku fortowi. Zwały ziemi i wydobytej z głębokości dziesiątków metrów skały podniosły się, zafalowały, popłynęły w stronę korgardzkiej bazy.
Niebo rozjarzyło się purpurowym blaskiem. Na fort zaczął spadać deszcz gigantycznych kulistych bąbli rozsiewanych z transportowców orbitalnych. Podobne do wielkich kropli kokony siłowe niosły w swym wnętrzu pociski antymaterii, chroniąc je przed kontaktem z atomami zwykłego świata.
Szturm trwał już całe osiem setnych sekundy.
Ludzkie oczy niczego by nie dostrzegły w piekielnym kotle, który rozgorzał pomiędzy dwoma warstwami pól siłowych: wewnętrznym – korgardzkim i zewnętrznym – postawionym przez ludzi. Z rozoranej ziemi tryskały fontanny magmy, stygnącej błyskawicznie i równie szybko znów topionej przez kolejne eksplozje. Zmienione w gaz plazmowy powietrze jarzyło się jaśniej niż tysiąc słońc. Anihilacja antymaterii wyzwalała takie ilości energii, że ochronne pola ledwie radziły sobie z jej wchłanianiem. Niczego nie dostrzegłyby w tym kotle ludzkie oczy, w ułamku sekundy, po którym z pewnością by oślepły. Jednak skanery skafandrów cały czas przetwarzały obraz na postać przyswajalną dla zmysłów komandosów i ich „bliźniaków” oraz dla elektronicznych nerwów komputerów analitycznych. Te zaś bezwzględnie obwieszczały swe wnioski: żadna z powłok ochronnych fortu nie została zniszczona ani nawet nadwątlona.
Korgardzi rozpoczęli aktywną obronę mniej więcej w połowie pierwszej sekundy ataku. Przewaga wynikająca z zaskoczenia skończyła się.
Z wnętrza bazy wystrzeliły macki siłowe, strącając kolejne pociski, nim te jeszcze zdążyły dotrzeć do ziemi. Piguły antymaterii były przechwytywane i kierowane w stronę wiszących nieruchomo w powietrzu generatorów pola. Kopuła ochronna zadygotała. Ze stratosferycznych orbit natychmiast spłynęły transportowce rezerwowe, budujące dodatkowe zabezpieczenia w miejscach szczególnie zagrożonych. Wkrótce postawiona przez ludzi kopuła ochronna zaczęła przypominać gotycką katedrę – wysoką, wspartą na gigantycznych filarach, wzmocnioną całym systemem przypór.
Gdy tylko korgardzi uruchomili swe macki siłowe, kokony ochronne komandosów drgnęły. Niewidzialne kule potoczyły się ku granicy fortu, wszyscy ludzie w ich wnętrzach przyjmowali tę samą pozycję – leżeli niemal poziomo, z lekko opuszczonymi nogami i podniesioną głową. „Bliźniacy” uruchomili procedury testujące ręcznych miotaczy.
Generatory utworzyły system śluz siłowych, dzięki któremu gladiańska kawalkada mogła przedostać się na arenę walki. Teraz mieli czekać tu, na granicy piekła, by we właściwym momencie wkroczyć w sam jego środek.
Czekali kolejne pół sekundy.
Widzieli fort. Osiem rozstawionych na krawędziach dziesięcioboku budynków, zadziwiające urządzenia na ich dachach i ptaki spokojnie kroczące po szklistej nawierzchni. I nagle z powietrza zaczął materializować się okręt bojowy korgardów. Wyglądało to, jakby wynurzał się spod powierzchni wody – na jego burtach kłębiła się para, rozmieszczone na dziobie oczy lśniły. Materializował się stopniowo, był coraz dłuższy, pojawiały się jego kolejne nadbudówki, pulsujące garby, rzędy giętkich macek. Właśnie przechodził przez granicę korgardzkiego pola ochronnego. Jego przód wynurzył się już na zewnątrz – było go widać. Tył wciąż znajdował się we wnętrzu bazy. A skoro tak – to pole ochronne w tym miejscu powinno być otwarte. Tak przynajmniej mówiła logika, ludzka logika. Można było tylko mieć nadzieję, że te same prawa przyczynowo-skutkowe rządzą światem korgardów. Właśnie na tę chwilę czekali gladiańscy taktycy. Wiedzieli, że nawet stosując najpotężniejszą dostępną broń, nie zdołają przełamać barier fortu i zmieść go z powierzchni planety. Przeprowadzili więc frontalny atak z nadzieją, że wywołają taką właśnie reakcję przeciwnika.
W ciągu kolejnych dwóch setnych sekundy cała energia generatorów pól została skoncentrowana na jednym punkcie – kadłubie wrogiej maszyny. Pojazd korgardów zakołysał się. Nie przestał przeć do przodu, choć kilka zmiażdżonych segmentów implodowało, zmieniając się w grudkę materii o gęstości jądra gwiazdy neutronowej. Kolejne uderzenie skoncentrowanej wiązki energii trafiło pojazd w rybi pysk. Korgardzka maszyna niemal zawisła w bezruchu, jednocześnie na wiśniowo rozjarzyły się korpusy przegrzanych generatorów pól.
Kokon ochronny Daniela skoczył do przodu. Obok płynęło trzydzieści pięć podobnych baniek kierowanych wprawnymi poleceniami „bliźniaków”. W polu ochronnym bazy, w miejscu, gdzie trwał uszkodzony pojazd, powstała wyrwa. Zadaniem komandosów było przedostać się przez nią i zająć teren fortu.
Daniel jęknął, gdy całe jego ciało ogarnął żar. Po chwili wrażenie zniknęło, zmieniając się w przejmujący ból dręczący wszystkie mięśnie. Na koniec pojawiło się jeszcze uczucie seksualnego podniecenia. Otaczająca go dotąd bańka siłowa sflaczała jak przekłuty balon. Żołnierz stanął na ziemi.
– Kontrola zewnętrzna odłączona! – usłyszał. – Organizm zaktywizowany.
Nie miał czasu rozważać znaczenia tej informacji ani zastanawiać się, dlaczego zniknął jego kokon ochronny. Nad nim przesuwał się wielki cień. Daniel podniósł wzrok i zobaczył pomarańczowe brzuszysko korgardzkiego pojazdu. Ziemią wokół targały kolejne eksplozje, w słuchawkach słyszał nawoływania potwierdzających swą aktywność komandosów.
– Brama! – krzyczał jeden z nich. – Jest przejście!
Daniel zobaczył, jak powietrze przed nim gęstnieje, jak tworzy się z niego tunel o mocnych przezroczystych ścianach. Nie potrafił ocenić, czy to prawdziwe zjawisko, czy tylko wizualizacja serwera bojowego, wskazującego mu dalszą drogę. Skoczył do przodu. Kątem oka dostrzegł innych żołnierzy, olbrzymimi susami pędzących w tym samym co i on kierunku. Nagle po prawej stronie rozjarzyła się kula białego światła, ogarniając kilku ludzi. Na chwilę ich sylwetki zniknęły w oślepiającym blasku. Nawet nie zdążyli krzyknąć.
Nad komandosami przemknął rząd małych kapsuł. Po kolei pikowały w dół, zatrzymując się nad głowami ludzi. Zaatakowani żołnierze zamierali w bezruchu, a po chwili bezwładnie osuwali się na ziemię. Na ich paśmie w słuchawkach rozbrzmiewał tylko nieartykułowany bełkot.
Daniel biegł bez wytchnienia, coraz bardziej zwężającym się tunelem. Kiedy po prawej stronie dostrzegł obły kształt, nawet nie zwolnił. Wojskowy koprocesor mózgu sam naprowadził miotacz na cel. Kapsuła wyparowała.
To było zadziwiające – za plecami ucichły odgłosy walki, a ziemia pod stopami przestała drżeć. Daniel nie widział już swoich towarzyszy. Miał też wrażenie, że biegnie za długo, że dawno już był powinien dotrzeć do pierwszych zabudowań fortu, ba, minąć je i pojawić się po drugiej stronie korgardzkiej fortecy. Jednak wciąż nie mógł dobiec do budynków, które widział przed sobą. Zbliżał się do nich, ale zdecydowanie za wolno. Czy to zwichrowanie przestrzeni, spowodowane wyzwoleniem na małym obszarze ogromnych energii? A może kolejna bariera ochronna korgardów, wykorzystująca odkształcenia wymiarów? A może tylko majak, narzucona umysłowi sugestia, faszerująca mózg fałszywymi bodźcami? Tu wszystko było możliwe.
I nagle, kiedy już był bliski zwątpienia, a koprocesor zaczął sygnalizować przemęczenie organizmu, tunel skończył się.
Stopy nie znalazły oparcia. Runął w dół, odruchowo szykując się na upadek z dużej wysokości. Nie było jednak tak źle – od podłoża dzieliły go co najwyżej dwa metry, a taka wysokość nie stanowiła żadnego problemu dla amortyzatorów skafandra. Daniel natychmiast poderwał się z ziemi.
Stał na okrągłym placu pokrytym szaroburym, radioaktywnym pyłem. Nie było tu żadnych budynków, pagórków ani ptaków, ale żołnierz miał graniczące z pewnością przeczucie, że znalazł się wewnątrz fortu. Obok niego stało albo gramoliło się z ziemi po podobnym upadku kilkunastu żołnierzy, którym udało się przedrzeć przez tunel.
– Kapitan Hozaskow, przejmuję dowodzenie! – Daniel usłyszał w słuchawkach znajomy głos jednego z zastępców majora Paccaleta – Grupować się do zadań! Podawać...
Głos zamilkł, bo oto niemal w środku grupy, w powietrzu, na wysokości metra zmaterializował się obły kształt. Gruchnął o ziemię z głośnym łupnięciem. To było ciało martwego żołnierza.
– Kapral Tansky, funkcje życiowe wstrzymane – poinformował wciąż pracujący skafander. Hełm Tansky'ego był sprasowany jak kartka papieru. Razem z zawartością. Chwilę potem w przestrzeni zmaterializowało się kolejne ciało, potem jeszcze jedno. W sumie – siedem trupów. To ci, którzy nie zdążyli przed zamknięciem tunelu siłowego.
– Meldować o stanach! – Hozaskow znów poderwał ludzi do działania. Przetrzebione grupy szturmowe po kolei zgłaszały swoją obecność.
– Co teraz? – spytał jeden z żołnierzy.
Znajdowali się jakby w środku olbrzymiego słoika z grubego, brudnego szkła. Daniel pamiętał to wrażenie z Kalaheimu. Wokół trwała bitwa. Oddalona, bezgłośna, zniekształcona dziwną perspektywą i barwami – jednak widoczna w całej swej groźnej potędze. Wielkie pojazdy ludzi i korgardów krążyły wokół siebie niczym monstrualne sterowce. Sieć generatorów pola ochronnego była mocno przerzedzona, co chwila kolejny statek spadał na ziemię, jak owad strącony packą. Kilkunastu ludzi ostrzeliwało krążące nad ich głowami, wymazujące pamięć kapsuły.
– To nasi – ktoś szepnął.
– Dosyć! Do roboty! Sprawdzić teren. Meldować!
Nie zdążyli się rozejść. Przestrzeń pomiędzy nimi zakipiała. Powietrze zadrżało, zaczęły się w nim tworzyć ledwie dostrzegalne kształty. Jakieś spirale, kręgi, bezkształtne bryły – tyle dostrzegł Daniel, nim wizjery przełączyły się na zakres fal rentgenowskich. Teraz dopiero zobaczył wyraźnie, jak w przestrzeni przed nim powstaje coraz bardziej poszerzająca się szczelina.
– To brama! – krzyknął Hozaskow. – Ukryli się pod ziemią! Za mną!
Zabrakło czasu, by się zastanawiać, czy należy to robić i jak to się skończy. Daniel czuł, że ma teraz szansę wedrzeć się do samego serca fortu Obcych, dotrzeć do uwięzionych tam ludzi, także do Rittera. Skoczył do przodu, synchronizując wzrok z rentgenowskim pelengatorem. Runął wprost w wyrwę przestrzeni, a przez jego głowę przebiegła myśl, że nie są to wrota do podziemnej bazy.
Kiedy przekraczał granicę, ogarnęła go ciemność. Przez ułamek sekundy w jego oczy uderzył blask tysięcy gwiazd. Na granicy widzialności pojawiła się otoczona pierścieniami tarcza gazowego olbrzyma. Zobaczył dwa fosforyzujące zielono punkty sunące wprost na niego, potem wszystko zawirowało, zmieszało się. Z bezładu obrazów wychynęło kilka zadziwiających sylwetek – ludzi o nienaturalnie wydłużonych prawych rękach, dziwnie odkształconych twarzach, powiększonych oczach.
Czyżby to byli korgardzi? Czy też kolejne ofiary ich eksperymentów?
Postacie zniknęły, a obraz wirował, szybciej i szybciej. Tanator coraz głębiej zanurzał się w ten kłąb kształtów i kolorów, wszystko stawało się niespójne i rozmazane. Zaczął się miotać. Czuł, że jego twarz i ręce okleja jakaś lepka maź. Skóra napinała się, wypychana od środka przez obłe kształty poruszające się wewnątrz organizmu Daniela. Nagle pojął, że nie ma już palców, tylko dwie płetwiaste kończyny, że jego zęby zrastają się w jedną kostną tkankę, a z uszu i nosa cieknie biały śluz.
Zrozumiał, że jeśli teraz nic nie zrobi, to straci szansę ocalenia. Zbierając resztki sił, spróbował przejąć kontrolę nad koprocesorem bojowym. Udało mu się uruchomić dysze silnikowe skafandra. Danielem szarpnęło, pociągnęło go do tyłu. Zaczął tracić przytomność. Jednak resztką gasnącego umysłu skonstatował, że znów ma nad sobą słoneczne światło, a jego ciało wróciło do ludzkich kształtów.
Chwilę potem nadmierna mieszanka sztucznych hormonów uwalnianych w czasie akcji przełamała bariery ochronne organizmu. Sparaliżowała układ nerwowy, zainicjowała błyskawiczny rozwój skrzepów krwi, przeorała na wylot nerki i sztuczny filtr. Serce Daniela przestało bić.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-09-23 (998 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej