Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wojna o Smoczą Koronę
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Assassin's Creed - Renesans'' - Oliver Bowden

Fragment 2: Wyścig po florenckich dachach


(…) Jakąś godzinę później, po posiłku z ribolitta i bistecca, popitych butelką brunello, Ezio zapomniał, że w ogóle jest zraniony. Był młody i zdrowy, więc dość szybko poczuł, że cała energia, którą stracił, z powrotem napływa do jego ciała. Adrenalina, którą wywołało zwycięstwo nad bandą Pazziego, z pewnością pomogła mu szybko dojść do siebie.
–  Czas wracać do domu, braciszku – powiedział Federico. – Ojciec na pewno zastanawia się, gdzie jesteśmy. Liczy, że w przyszłości pomożesz mu prowadzić bank. Na moje szczęście nie mam głowy do liczb – pewnie dlatego już nie może się doczekać, kiedy wciągnie mnie do polityki.
– To cały ty: polityka albo cyrk.
– A co za różnica?
Ezio wiedział, że Federico nie żywi do niego żadnej urazy z powodu tego, iż ojciec chce powierzyć prowadzenie większości rodzinnych interesów jemu, a nie starszemu z braci. Federico w bankowości zanudziłby się na śmierć. Problem w tym, że Ezio miał przeczucie, iż z nim mogłoby stać się to samo. Lecz teraz, kiedy dzień, w którym przywdzieje czarny, aksamitny kostium i założy złoty łańcuch florenckiego bankiera, był jeszcze dość odległą perspektywą, postanowił w całej pełni korzystać z wolności i braku odpowiedzialności. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy, jak szybko minie ten beztroski czas.
– Lepiej się pospieszmy – powiedział Federico – jeśli chcemy uniknąć zrugania.
– Tak, ojciec mógłby się martwić.
– Nie. Wie, że potrafimy o siebie zadbać – Federico spojrzał na Ezia wzrokiem, którym dał mu do zrozumienia, że coś chodzi mu po głowie. – Ale lepiej ruszajmy.
Zatrzymał się na chwilę, po czym dodał:
– Nie masz może ochoty na mały zakład? Jakiś wyścig?
– Dokąd?
– Powiedzmy… – Federico spojrzał na rozświetlone blaskiem księżyca miasto i zatrzymał wzrok na jednej z pobliskich wieży. – Powiedzmy, że na dach kościoła Santa Trinita. Jeśli oczywiście masz siłę. W dodatku to niedaleko domu. Z jednym tylko zastrzeżeniem.
– Tak?
– Będziemy się ścigać nie ulicami, lecz po dachach.
Ezio wziął głęboki oddech.
– W porządku. No to już – powiedział.
– Dobra, mały tartarugo – start!
Nie mówiąc już nic więcej, Federico ruszył z miejsca i ze zwinnością jaszczurki wspiął się na pobliską otynkowaną ścianę. Na jej szczycie zatrzymał się na chwilę i wydawało się, że stanąwszy pomiędzy czerwonymi, zaokrąglonymi dachówkami, traci równowagę, ale roześmiał się tylko i ruszył dalej. Zanim Ezio wdrapał się na dach, jego brat był jakieś 20 kroków przed nim. Rzucił się więc w pościg, a wspomnienie niedawnego bólu zmył wywołany nową podnietą zalew adrenaliny. Zobaczył Federica, jak ten daje potężnego susa przez ciemną jak smoła przerwę między budynkami i ląduje miękko na płaskim dachu jednego z szarych palazzo, nieco poniżej poziomu, z którego się wybił. Federico podbiegł potem jeszcze kawałek dalej, po czym zatrzymał się w oczekiwaniu. Ezio poczuł dreszcz strachu, gdy u jego stóp otwarła się zakończona ulicą ośmiopiętrowa przepaść, wiedział jednak, że raczej się zabije niż zawaha na oczach swojego brata. Zebrał się więc na odwagę, zaufał sobie i oddał długi skok; szybując między budynkami widział twarde, granitowe kocie łby, przesuwające się w poświacie księżyca pod jego młócącymi powietrze stopami. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy dobrze wszystko obliczył – szara ściana palazzo wydawała się niebezpiecznie wyrastać, zbliżając się ku niemu, lecz chwilę później usunęła się w dół, a on był już na kolejnym dachu; zachwiał się nieco, to prawda, ale zdołał się utrzymać na nogach, uszczęśliwiony, choć zdyszany.
– Braciszek musi się jeszcze sporo nauczyć – zadrwił Federico, znów ruszając przed siebie, jak cień buszujący między kominami na tle nocnego, prawie bezchmurnego nieba.
Ezio rzucił się naprzód i zatracił się w dzikości chwili. Otwierały się pod nim kolejne przepaście, niektóre nad wąskimi przecznicami, inne – nad szerokimi arteriami. Nigdzie nie widział Federica.
Nagle, na horyzoncie, wyrosła przed nim wieża kościoła Santa Trinita, wznosząca się nad czerwoną płaszczyzną łagodnie opadającego dachu świątyni. Gdy zbliżał się do niej, uświadomił sobie, że kościół stoi na środku placu i że odległość dzieląca dach świątyni od dachów sąsiednich budynków jest o wiele większa od tych, które do tej pory przeskakiwał. Postanowił, że teraz nie będzie się już wahał ani niepotrzebnie wytracał szybkości – jedyną nadzieją było to, że dach kościoła znajdował się niżej, niż ten, z którego musiał oddać skok. Jeśli rzuci się w przód z wystarczającym impetem i zdoła się mocno wybić w powietrze, reszty dokona grawitacja. Przez jedną, może dwie sekundy będzie leciał jak ptak. Ezio wyrugował z myśli wszelkie konsekwencje ewentualnego niepowodzenia.
Krawędź dachu, po którym biegł, bardzo szybko się do niego zbliżyła, chwilę później był już w powietrzu. Poszybował w górę słysząc w uszach gwizd powietrza, którego pęd wycisnął mu z oczu łzy. Dach kościoła zdawał się znajdować nieskończenie daleko – nigdy go nie dosięgnie, nigdy nie będzie się już śmiał, walczył, trzymał w ramionach kobiety… Nie mógł oddychać. Zamknął tylko oczy i…
Jego ciało zgięło się wpół, próbował złapać równowagę rękami i nogami, na szczęście te w końcu poczuły pod sobą oparcie – zrobił to! Znalazł się co prawda o włos od krawędzi dachu, ale zrobił to – wylądował na dachu kościoła!
Ale gdzie był Federico? Ezio wspiął się na podstawę wieży i odwróciwszy się, spojrzał w kierunku, skąd przybył, w samą porę, by zobaczyć, jak jego brat szybuje właśnie w powietrzu. Federico wylądował w pewny sposób, choć jedna czy dwie dachówki poruszyły się pod nim i mało nie stracił równowagi, gdy ześlizgnęły się po dachu, rozbijając się kilka sekund później o bruk ulicy daleko w dole. Odzyskał ją jednak i stanął wyprostowany, dysząc z wysiłku, ale z szerokim, pełnym dumy uśmiechem na twarzy.
– No, może i nie jesteś znów taką tartarugą – powiedział, podchodząc do Ezia i klepiąc go po ramieniu. – Minąłeś mnie jak błyskawica.
– Nawet tego nie spostrzegłem – powiedział krótko Ezio, usiłując złapać oddech.
– Dobra, ale we wspinaczce na wieżę mnie nie pokonasz – odrzekł Federico.
Odsunął Ezia na bok i zaczął wdrapywać się na przysadzistą budowlę, którą ojcowie miasta planowali zastąpić czymś o nowocześniejszej architekturze. Tym razem Federico był pierwszy; musiał nawet podać rękę zranionemu bratu, który powoli skłaniał się ku myśli, że nie od rzeczy byłoby pójść w końcu do łóżka.
Żaden z nich nie mógł złapać tchu i przez chwilę stali w milczeniu, spoglądając na swoje miasto, pogodne i spokojne w perłowych barwach brzasku.
– Mamy udane życie, mój bracie – powiedział Federico z nietypową dla siebie podniosłością.
– Najlepsze z możliwych – zgodził się Ezio. – I niech nigdy się to nie zmieni.
Zamilkli – żaden z nich nie chciał, by prysł czar tej chwili – ale po chwili Federico odezwał się cicho:
– Żeby i nas nic nie zmieniło, fratellino. Chodź, musimy już wracać. Tam widać dach naszego palazzo. Mam nadzieję, że ojciec nie spędził całej nocy czekając na nas, bo inaczej nieźle się nam oberwie. Chodźmy!
Ruszył w kierunku krawędzi wieży, by zejść po niej na dach, ale zatrzymał się widząc, że Ezio pozostał na miejscu.
– O co chodzi?
– Poczekaj chwilę.
– Na co patrzysz? – zapytał Federico, dołączając do Ezia.
Powiódł wzrokiem tam, gdzie spoglądał Ezio i od razu na jego twarzy zawitał uśmiech.
– Ty szczwany lisie! Nie myślisz chyba, żeby tam pójść? Daj pospać tej biednej dziewczynie!
– Nie… Zresztą Cristina i tak pewnie już wstała.
Ezio poznał Cristinę Calfucci całkiem niedawno, ale już teraz wydawało się, że nic ich nie rozłączy, choć ich rodzice byli zdania, że są zbyt młodzi, by stworzyć poważny związek. Ezio się z tym nie zgadzał, ale Cristina miała zaledwie siedemnaście lat, a jej rodzice, zanim w ogóle zechcieliby spojrzeć na jej adoratora życzliwszym okiem, oczekiwali, by powściągnął swoje dzikie zwyczaje. Rzecz jasna, to tylko wzmogło jego impulsywność. (…)


------------------------------------------------------------------------------------------
Oliver Bowden
Assassin’s Creed: Renesans
przekład: Tomasz Brzozowski
Copyright © for Polish Edition Insigns Media, 2010.

Copyright © Ubisoft Entertainment. All Rights Reserved.
Assassin’s Creed, Ubisoft, Ubi.com and the Ubisoft logo are trademarks of Ubisoft Entertainment in the U.S. and/or other countries.
First published in Great Britain in the English language by Penguin Books Ltd. in 2009.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-09-27 (1135 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej