Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Król Kruków
 
Katalog - dodano
 Wędrowiec
- Suren Cormudian
 Bestie i ludzie
- Jacek Piekara
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Gladiatorka'' - Russell Whitfield



I



Lysandra do końca życia zapamiętała swój pierwszy raz.
Szła sama wzdłuż ciemnego korytarza w kierunku skąpanej w słońcu areny. Coraz wyraźniej zaczynały brzmieć w jej uszach odgłosy dochodzące z góry – rytmiczne, głębokie pomruki tłumu rodzące się w najbardziej odległych zakamarkach jej świadomości. Początkowo odległe, teraz zaczęły ją hipnotyzować niczym syreni śpiew, prześlizgując się przez kamienne ściany i przenikając całe jej ciało, aż do szpiku kości.
Lysandra z trudem panowała nad kipiącymi w niej emocjami. Strach paraliżował ją do tego stopnia, że chwilami aż chwiała się na nogach. Jednocześnie, jakaś część niej aż się rwała, aby stawić czoła temu najbardziej straszliwemu z możliwych wyzwań. Pragnienie to okazało się silniejsze niż strach – Lysandra wyszła z ciemności lochów, by stanąć w jaskrawym świetle areny.
Entuzjastyczny ryk tłumu zaatakował ją niczym rozwścieczone zwierzę. Lysandra aż wzdrygnęła się pod jego intensywnością. Otaczał ją amfiteatr wypełniony po brzegi rzędami rozwrzeszczanych gapiów, przypominający gardziel wielkiego boga, który za chwilę pożre zgromadzony w niej motłoch. Jej wzrok prześlizgiwał się po niezliczonych ludzkich twarzach, wykrzywionych szeroko otwartymi ustami, z których wyrywały się okrzyki zniecierpliwienia i niepohamowanej żądzy wrażeń.
Świeżo zagrabiony piasek cuchnął krwią zmieszaną z odchodami zarżniętych na arenie zwierząt. Gladiatorzy uczestniczący w krwawym polowaniu na dzikie zwierzęta zwanym venatio, od samego rana uwijali się na arenie, zabijając ku uciesze tłumu setki groźnych bestii. Lysandra poczuła nagły skurcz w żołądku, impuls nakazujący jej natychmiastową ucieczkę z tej okrutnej jatki, jednak i tym razem udało jej się pokonać przypływ lęku.
Ryk rozszalałego tłumu coraz bardziej się wzmagał. Lysandra zmrużyła oczy i spojrzała na otwór tunelu położonego dokładnie po przeciwnej stronie areny. Z jego mroku wyłoniła się kobieca postać – jej przeciwniczka.
Lysandra chwyciła w śliskie od potu dłonie dwa krótkie miecze i ruszyła do przodu, próbując choćby z grubsza ocenić swoją rywalkę. Domyśliła się, że zostały sobie przydzielone ze względu na różnice fizyczne. Podczas gdy ona była wysoka i szczupła, jej przeciwniczka cechowała się niskim wzrostem, przysadzistą budową ciała i krępymi kończynami. W spartańskich oczach Lysandry ten typ urody uchodził za nieciekawy i prostacki. Obfity biust przeciwniczki falował pod jej tuniką tak, jak gdyby za chwilę miał ją rozsadzić. Ukoronowanie tego typowo galijskiego wyglądu stanowiły włosy o barwie słomy, tak różne od kruczoczarnych loków Lysandry. Pomiędzy gladiatorkami istniały tylko dwa podobieństwa: broń, jaką miały się posłużyć oraz pewność, że w ciągu najbliższych kilkunastu minut jedna z nich zginie.
Galijka odwróciła się w stronę loży dla dygnitarzy i podniosła prawą rękę w geście pozdrowienia. Lysandra, choć nieobyta ze zwyczajami panującymi na arenie, zrobiła to samo. Całe życie spędziła na uczestnictwie w różnorodnych rytuałach, dlatego wykonanie tego gestu przyszło jej z dużą łatwością. Okazało się jednak, że w tamtej chwili nie miało to tak naprawdę większego znaczenia. Bogato wystrojony Rzymianin, który – jak domyśliła się Lysandra – nazywał się Sekstus Juliusz Frontyn i był gubernatorem oraz prokuratorem całej Azji Mniejszej, nawet nie spojrzał na żadną z gladiatorek, pochłonięty najwyraźniej towarzystwem siedzącej u jego boku ślicznej niewolnicy.
Lysandra zwróciła się w stronę swej rywalki i utkwiła wzrok w błękitnych jak morze oczach Galijki. Wydawało się, że na chwilę czas stanął w miejscu. Emocje każdej z nich odbijały się w spojrzeniu drugiej jak w lustrze. Przez moment Lysandrze zrobiło się przykro na myśl o sytuacji, w jakiej obydwie się znalazły. Niemniej jednak, choć nie były rywalkami z własnego wyboru, Lysandra uświadomiła sobie, że nie wolno jej się wahać. Jej oczy zapałały pragnieniem przeżycia za wszelką cenę. Galijka kiwnęła głową ujawniając ten sam zamysł. Kobiety chwyciły za broń.
Przez chwilę nie działo się nic. Nagle galijska gladiatorka rzuciła się do ataku. W momencie, w którym Lysandra odparła jej cios, rozległ się zaskakująco piękny dźwięk metalu uderzającego o metal. Klnąc i krzycząc, galijska wojowniczka upadła, a wściekłość tylko dodała jej odwagi. Najwyraźniej nie miała żadnej strategii walki – pragnęła po prostu obsypać Lysandrę gradem bezładnych ciosów, wkładając w to tyle siły, ile tylko miała w swoim korpulentnym ciele. Była jak lawina, która toczy się do przodu zmiatając wszystko, co znajduje się na jej drodze.
Lysandra wiedziała, że wobec takiego ataku musi być nieuchwytna jak mgła. Spędziła w końcu większość swego życia na przygotowywaniu się do walki, choć był to tylko rytualny trening dający umiejętności, które w założeniu i tak miały jej się nie przydać. Teraz jednak, w obliczu śmiertelnego zagrożenia, wypracowane przez wiele lat sprawności odżyły – wobec ciosów rywalki ciało Lysandry reagowało niemal automatycznie.
Ruchy Galijki wydawały się spowolnione, jak gdyby wykonywała je pod wodą. Lysandra w mig odpierała wszelkie jej uderzenia. Nie reaguj atakiem na atak, powtarzała sobie w myślach wymykając się spod lawiny ciosów. Jej uniki jeszcze bardziej rozsierdziły Galijkę, która podwoiła swój wysiłek. Nacierając na Lysandrę, jasnowłosa gladiatorka cięła ze świstem powietrze, przesuwając się przez środek areny w tumanach piasku. W miarę jak ów pościg się przedłużał, widzowie zaczęli wydawać z siebie odgłosy niezadowolenia, żądając bardziej emocjonującej walki.
Włosy galijskiej wojowniczki wkrótce przylepiły się jej do spoconego czoła, a jej początkowo śnieżnobiała tunika stała się szara i półprzezroczysta. Kontynuując uniki, Lysandra zaczęła dostrzegać zmęczenie rywalki. Galijka od czasu do czasu zatrzymywała się, aby zaczerpnąć tchu. Nie ulegało wątpliwości, że traciła siły, ale – co ważniejsze – traciła również pewność siebie. Lysandra zorientowała się, że w serce jej przeciwniczki wkradło się zwątpienie, odbierając jej ducha walki. Spartanka podniosła więc odważnie swoje miecze i poczuła gotującą się w jej żyłach krew. Teraz – krzyknął w niej instynkt – teraz jest twój czas!
Lysandra wymierzyła cios. Jej miecze zawirowały od niesamowitej prędkości, z jaką przeszła od obrony do ataku. Przeraziwszy się tym gwałtownym zwrotem akcji, jej przeciwniczka nagle cofnęła się i wpadła w szał, wymachując bezładnie mieczami dookoła siebie, aby tylko odeprzeć zagrożenie.
Lysandra nacierała coraz gwałtowniej, a Galijka przestawała się miotać już tylko w tych momentach, w których musiała, by nie zemdleć z braku tchu. Lysandra zwiększyła swój wysiłek, angażując całą uwagę w końcową, rozszalałą wymianę ciosów ze swoją zdesperowaną rywalką. W ferworze zaciekłej walki odmierzanej uderzeniem jednego miecza o drugi przyszedł moment, w którym jasnowłosa wojowniczka ostatecznie opadła z sił.
Wbijając swój miecz w miękkie ciało Galijki Lysandra nie czuła nic poza cudownym, wręcz ekstatycznym uczuciem euforii. Jasnowłosa wojowniczka wydała z siebie chrapliwy dźwięk, po czym fontanna krwi trysnęła z jej ust i z powstałej na piersi rany. Lysandra wyciągnęła miecz ku górze i zaczęła się obracać, nabierając rozpędu. W pewnym momencie jej miecz dopadł do szyi chwiejącej się na nogach Galijki odcinając jej głowę, która poszybowała w powietrze prezentując ostatni wyraz twarzy jasnowłosej gladiatorki – wybałuszone z bólu oczy i usta rozwarte w bezgłośnym okrzyku rozpaczy. Jej bezgłowe ciało trzęsło się upiornie przez chwilę, która wydawała się całą wiecznością, po czym – wolno i niemal wdzięcznie – przewróciło się do tyłu, wzburzając chmurę białego piasku, na który wkrótce wylała się kałuża krwi, tworząc wokół rozpłatanej szyi szkarłatną poduszkę.
Dziki wrzask zachwyconego tłumu spadł na Lysandrę jak deszcz, wyrywając ją z transu i wzbudzając w niej całą gamę różnorodnych emocji. Jej oczom ukazał się niezwykły obraz: oto u jej stóp wije się w pośmiertnych drgawkach ciało kobiety, a z naprzeciwka nadchodzi wysoki mężczyzna, ubrany niczym Charon – przewoźnik dusz do świata umarłych – dzierżąc w dłoni włócznię zakończoną hakiem. Powoli, jakby odprawiał jakąś ceremonię, „Charon” podnosi głowę Galijki i przypina jej ciało do haka. Tym samym dostojnym krokiem oddala się, ciągnąc za sobą zwłoki pokonanej gladiatorki.
Lysandra zrozumiała, że walka dobiegła końca. Odwróciła się i weszła z powrotem do tunelu, odczuwając przy tym przedziwną mieszankę euforii, poczucia winy i ulgi.


* * *



Świt różowił się już na niebie, kiedy kobiety ustawiały się na swoich miejscach, wzbijając szurającymi stopami obłoczki kurzu. Żadna z nich nie kryła zaskoczenia na widok zmian, jakim przestrzeń treningowa uległa w ciągu nocy. W równych odległościach porozstawiano tam słomiane manekiny, a tu i ówdzie na specjalnych konstrukcjach zamocowano poziome belki, z których zwisały worki z piaskiem. Równolegle do nich biegła długa „aleja”, obłożona workami z piaskiem po obydwu stronach. Tuż obok leżał stos drewnianych mieczy – niemy znak, że oto rozpoczyna się najtrudniejszy etap treningu nowicjuszek.
Kiedy kobiety odpowiednio się ustawiły, pojawił się Tytus w towarzystwie Catuvolcosa i Nastasena, przy czym każdy z mężczyzn niósł ze sobą wiadro i kij. Trenerzy postawili rekwizyty na ziemi, po czym czekali w milczeniu, aż kobiety napatrzą się do woli na wszystkie nowości, jakie je dziś otaczały. Wreszcie Tytus przemówił:
– Już wam powiedziałem, o co walczycie. – Jego chrapliwy głos brzmiał wyjątkowo nieprzyjemnie. – Wasza ostatnia nadzieja na odzyskanie pewnego dnia wolności zależy tylko od tego, jak dobrze przyswoicie sobie umiejętności, których będziemy was uczyć. – Jego wzrok prześlizgnął się po ustawionych w równe rzędy wojowniczkach, wśród których zapanowało lekkie poruszenie.
Nagle do przodu wysunął się Nastasen.
– Lysandra, wystąp! – wrzasnął.
Usta Lysandry wykrzywiły się, gdy spojrzała na stojącą obok Hildreth. Na twarzy rudowłosej Germanki malował się delikatny uśmiech współczucia.
– Rozbieraj się! – Na tle czarnej jak heban twarzy, wyszczerzone w złośliwym uśmiechu zęby Nastasena wydawały się nienaturalnie białe. Nubijczyk zbliżył do niej swoją twarz. – Przykro mi – wyszeptał. – Wiem, że lubisz się rozbierać tylko dla mnie, ale teraz nie mam czasu się z tobą zabawiać.
Lysandra nie odpowiedziała. Spojrzała przed siebie z obojętnym wyrazem twarzy, zrzucając jednocześnie tunikę.
– Pokażę wam, jak umiejętnie walczyć i poruszać się. – Nastasen wskazał stertę mieczy. – Z czasem wasze ruchy staną się instynktowne, ale teraz musicie zapamiętać, że w walkach na arenie istnieją trzy najważniejsze zasady. 
 Pochylił się i wyjął z jednego z wiader kij zakończony gąbką, z której spływała czerwona farba.
– Zasada numer jeden. – Nastasen skierował kij w stronę Lysandry. – Jeśli oberwiecie w miejsca, które za chwilę zaznaczę na czerwono, czeka was śmierć. Tutaj i tutaj – powiedział, zostawiając plamy farby pomiędzy piersiami Lysandry i we wgłębieniu szyi. – Pamiętajcie, żeby zawsze atakować najpierw te miejsca. W przeciwnym wypadku zrobi to wasza rywalka.
Nastasen odłożył kij z czerwoną farbą i wziął do ręki inny – z niebieską.
– Cios w to, co zaznaczę na niebiesko, kończy się zazwyczaj kalectwem. – Namalował nierówne linie na bladych rękach i udach Lysandry. – Możemy teraz przejść do zasady numer dwa: próbujcie okaleczyć przeciwnika, zanim zginie powolną śmiercią. Ciosy, które powodują powolną śmierć, zaznaczam na żółto. – Wziął do ręki jeszcze inny kij. – Tu, tu i tu. – Zostawił żółte plamy na brzuchu i bokach Lysandry. – Pamiętajcie, że powolna śmierć przeciwniczki jest dla was niebezpieczna, bo zanim zginie, może mieć jeszcze na tyle siły, żeby zabrać was ze sobą do grobu. Jeśli jednak zadacie jej ciosy powodujące kalectwo i zdołacie utrzymać ją na dystans, wygraną macie pewną. Nie dajcie się podejść i czekajcie, aż przeciwniczka się wykończy. – Nastasen rzucił Lysandrze ręcznik. – Wytrzyj się, włóż ubranie i wracaj do szeregu!
Kiedy stanęła na swoim miejscu, prowadzenie przejął Catuvolcos, który obrzucił wpierw Nastasena ironicznym spojrzeniem. Gdy zorientował się, że czarnoskóry olbrzym na niego nie patrzy, pokręcił zabawnie głową, na co niektóre kobiety zareagowały szerokim uśmiechem.
– Niech każda z was weźmie do ręki miecz. Żwawo! – nakazał, a kobiety natychmiast wykonały rozkaz. Catuvolcos patrzył na nie przez chwilę w milczeniu. – Ciężkie, co? – Niektóre wojowniczki skinęły głowami. – Taki miecz nazywa się rudis. Jest dwa razy cięższy niż żelazne ostrze, którym być może będziecie miały kiedyś zaszczyt walczyć. Jeśli dojdzie do prawdziwego pojedynku na arenie, broń wydawa się wtedy lekka jak piórko. Teraz patrzcie na mnie i naśladujcie. Oto podstawowe uderzenie. – Wyskoczył do przodu, wysuwając jednocześnie miecz. Kobiety nieudolnie powtórzyły ten ruch. – Żałosne – stwierdził Catuvolcos. – Próbujemy jeszcze raz...









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-09-27 (1137 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej