Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Intruz
 
Katalog - dodano
 Diablero
- F.G. Haghenbeck
 Opowieści z piasku i morza
- Alwyn Hamilton
 Letnia noc
- Dan Simmons
 Pójdę twoim śladem
- Ryszard Ćwirlej
 Rozmówca
- Chris Carter
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Róża Selerbergu'' - Ewa Białołęcka



Część I — Selerbergiada
RÓŻA SELERBERGU CZYLI ROMANS PSYCHODELICZNY

Selerberg był zamkiem małym, ale bardzo przyzwoitym i z zasadami, co oznaczało, że posiadał wystarczająco dużo „zamkowatości”, żeby byle chłystek w hełmie przerobionym z garnka i drucianej kolczudze (czyli zrobionej z drutu na drutach przez zapobiegliwą mamusię, jak to bywało zwyczajem w okolicy) nie bałaganił mu pod bramami. Wieżę miał jedną, ale za to strzelistą jak się patrzy, fosę należycie głęboką i wysypaną na dnie ładnie zagrabionym piaseczkiem, bramę z kratownicą — co prawda się nie opuszczała, ale była naprawdę bardzo dobrą atrapą, choć nieco przykrótką, i landgraf von Selerberg za owe pół kraty zapłacił kowalowi pół krowy. Co prawda przy odbiorze należności odbyła się burzliwa dyskusja, które pół jest czyje. Oburzony rzemieślnik kategorycznie odmówił przyjęcia przedniej połowy, którą miałby karmić, podczas gdy tylna, mleczna, nadal należałaby do landgrafa. Ośmielił się nawet użyć słów „do dupy z takim interesem”, ale że Rufus von Selerberg rządził dobrotliwie, a kowal był jedynym kowalem w promieniu trzydziestu mil, więc iście salomonowym wyrokiem krowę rozgraniczono wzdłuż. Kowal doił połowę prawą, a dojarka landgrafa — lewą, i bardzo zgodnie pomstowali na obie połówki, kiedy weszły w szkodę na pole kocimiętki.
Oczywiście ród Selerbergów posiadał też herb, a także motto: obie rzeczy umieszczone ponad bramą, żeby broń Boże ktoś ich nie przeoczył i nie powziął fałszywego mniemania o osobie landgrafa i jego rodzinie.
— Synu... — mawiał Rufus von Selerberg, automatycznie wpadając w ton kaznodziejski. — Synu, kiedyś to wszystko będzie twoje. — Tu zwykle landgraf wykonywał gest wykreślający w powietrzu zamaszysty łuk, w którego zasięgu znajdowały się jakieś elementy potencjalnego dziedzictwa, na przykład krenelaż, pręgierz gustownie opleciony bluszczem tudzież grządka brukselki albo strażnik z tresowaną gęsią alarmową. (Landgraf nie lubił psów, za to lubił pasztet). Rinaldo von Selerberg — lat piętnaście i dwa miesiące — kiwał ponuro głową, nauczony doświadczeniem, że z natchnionym rodzicielem nie ma co dyskutować.
— Tradycja... Tradycja... Najważniejsza jest tradycja — ciągnął Rufus w zamyśleniu. — Znaczy się ty dziedziczysz po mnie, ja wziąłem ten interes po tatusiu, a tatko po dziadku i... no, tradycja po prostu. Bo jak nie będzie tradycji, to nie będzie...
— Tradycji — dopowiadał zrezygnowany Rinaldo von Selerberg (dla kolegów po prostu Ricky).
— Właśnie! Gdyż Homo hominis sapiens aqua minerale — cytował Rufus rodzinne motto, zadowolony, że dochował się tak rozsądnego dziecka.
Jak już wspomniano, motto wisiało nad bramą wraz z herbem, przedstawiającym węża oplatającego dzban wody mineralnej — głównego, poza kocimiętką, artykułu eksportowego Selerbergu.
— Taaatoooo... — odzywał się Ricky. — Mogę jechać na koncert zespołu Cooler Dwarfs? (Zamiennie: na wyścigi strusi, do teatru awangardowego Shakingspeara, na turniej kopijników...)
— To ci, co śpiewają: złoto, złoto, złoto...?
— Nie, tato. Złoto, złoto, złoto śpiewają Terry’s Boys. Cooler Dwarfs mają dużo bogatszy repertuar i przekazują słuchaczom głębsze treści duchowe.
— A to jedź, i zabierz siostrę. Powinniście stykać się z kulturą. Musimy iść z duchem czasu. — Landgraf w zadziwiający sposób potrafił w swoim światopoglądzie godzić ze sobą idee tak ambiwalentne, jak tradycja i postęp.

***

Podobne rozmowy odbywały się również z udziałem Margerity von Selerberg, z tą różnicą, że zwrot „synu” był zamieniany na „córko”. Do pewnego czasu potomstwo landgrafa zastanawiało się, jak ojciec ma zamiar podzielić schedę: wzdłuż, co dałoby każdemu z rodzeństwa po pół zamku, herbu, motta i ćwierć kraty obronnej; czy może w poprzek, co pociągnęłoby za sobą żmudne procedury przy przekraczaniu rogatki w drodze do wyjścia (z przodu) lub zamkowych szaletów (na tyłach). Problem uległ utajeniu wraz z osiągnięciem przez Ricky’ego i Marge poważnego wieku trzynastu lat, a potem upadł ostatecznie, kiedy pani von Selerberg ogłosiła radośnie, że spodziewa się kolejnego dziecka. Sprawiedliwy podział kwadratowego zamku na trzy części przerósł nawet pojemną wyobraźnię Rinalda.

***

Jako ideowy tradycjonalista, Rufus von Selerberg posiadał oczywiście odpowiedni dla swej siedziby i pozycji społecznej personel — między innymi ochmistrzynię i alchemika. Bardzo odpowiedzialne, nobliwe i reprezentacyjne osoby, choć ochmistrzyni, pani Catway, wyglądała jak owoc romansu wikinga z halabardą, a do pensji dorabiała sobie jako instruktorka krasnoludzkiego boksu; don Angelo natomiast — chudy, czarnowłosy i romantycznie obłąkany przybysz z Eszpanii — prócz ulepszania selerberskiej aqua minerale usiłował wynaleźć kamień teozoficzny, gdyż poszukiwanie kamienia filozoficznego było mało oryginalne. Sproszkowany kamień teozoficzny powinien w spożywającym otwierać kanał kontaktu z bogiem. (Don Angela tylko odrobinę niepokoiła myśl, co by się stało, gdyby obiekt eksperymentu trafił na boga z nie swojej religii). „Po piątej wódce mam to samo bez żadnych kamulców” — twierdził co prawda kapitan gwardii zamkowej, ale nie zniechęcało to don Angela, który co tydzień dokonywał w swej pracowni przypadkowych odkryć, czasem bardzo niekonwencjonalnych.
Najnowszy wynalazek był... zadziwiająco, wyjątkowo, efemerycznie, psychodelicznie... różowy. Obłok, który wysnuł się z powyginanej szklanej aparatury alchemicznej don Angela, wydawał się samą esencją różowości, przy której bladły nawet kreacje mniszek z zakonu błogosławionej Barbietty Nawróconej-Zawsze-Pocieszycielki. Szklane utensylia bulgotały niczym bebechy smoka torturowanego niestrawnością, produkując sukcesywnie kłęby malinowego oparu, który penetrował coraz dalsze zakamarki alchemicznej pracowni, gęstniejąc i wysuwając już macki za okno i na korytarz, przez szparę pod drzwiami. Don Angelo toczył osłupiałym wzrokiem po komnacie, zaszokowany kolorystycznie. I z lekka przyduszony mgłą, nie wiadomo czemu przesyconą intensywnym zapachem anyżku. Oko don Angela spoczęło na mosiężnym bojlerze posadowionym w rogu komnaty i zaczęło pieścić jego lśniące obłości. Tymczasem malinowa inwazja rozprzestrzeniała się po dalszych rejonach zamku...



Część II — Przyczajony rycerz, ukryty smok
SMOK

Słyszy się rozmaite bajędy, że niby siódmy syn w rodzinie przeznaczony jest do rzeczy wielkich i niezwykłych. A to sobie jaką poczwarę ubije, a to zbójców rozgromi, czarnoksiężnika okpi, albo przeciwnie — na jego wdzięczność dozgonną zasłuży. A już rozmaici królowie, książęta i lordowie na wyprzódki wpychają takiemu bohaterowi ręce swoich córek, oczywiście tych najmłodszych i najpiękniejszych. Nigdy żaden z owych synów siódemką szczęśliwą naznaczonych nie musiał nadstawiać głowy za garść srebra; deliberować, czym zapłacić za obrok dla swego cudownego rumaka; nie odkrywał dziur w podeszwach butów ani nie opuszczał świtkiem gospody przez okienko, zostawiając za sobą deskę kredą poznaczoną na podobieństwo drabiny do nieba. Tak jednak w życiu bywa, że i siódmym synom owe nieszczęścia się przydarzają, jak całkiem zwykłym śmiertelnikom. Wiem o tym dobrze, bo przede mną mateczka na świat wydała sześciu chłopaków. Ja jestem ten siódmy... i do tego idiota.
Bo też idiotą poszkodowanym na rozumie trzeba być, aby się założyć, że zabije się w pojedynkę smoka.
No pewno, że byłem pijany! Na trzeźwo nigdy coś takiego w głowie by mi nie postało. Tego rodzaju interesy należy zostawiać smokobójcom albo magom, a zwyczajny najemnik powinien znać swe miejsce we świecie. Przez całe dziewiętnaście lat żywota sprawowałem się przykładnie (w miarę możności). Rozsądny byłem, psiakrew! Obyczajny! Bystry ponoć! Tak mi się zdawało do chwili, kiedy w gospodzie Pod Wesołym Zającem wytrzeźwiałem na tyle, by sprawdzać po kieszeniach, ile zostało mi osobistego majątku. Okazało się wtedy, że mój stan posiadania powiększył się o dokument, w którym czarno na białym napisano, że niejaki Berilan Stabort — to byłem ja — własnym słowem honoru ręczy, iż smoka pustoszącego okolicę uśmierci albo sam zginie (rzecz bardziej prawdopodobna). Jeżeli natomiast dane słowo złamie i w terminie dni czterdziestu martwego łba smoczego panu... tu był nagryzmolony jakiś gzygzoł, po czym ciągnęło się „z Raveln” ...nie dostarczy, to wyrówna dług sumą... Zawyłem jak upiór, bo takich pieniędzy nie uskładałbym nawet przez rok, a co dopiero w dni czterdzieści. Oczom własnym nie wierzyłem, ale podpis pod dokumentem był bez wątpienia mój. Szynkarz potwierdził, że istotnie założyłem się z panem na Raveln i faktycznie o smoka szła sprawa, ale wyglądałem na trzeźwego, nie mieszał się więc i tylko potem pilnował, żeby mi kto kieszeni nie wywrócił. O mało nie zacząłem walić głową w stół. Szkoda, że poczciwy oberżysta nie znał mnie lepiej. Kiedy wyglądam przy kuflu na zupełnie świeżego, to znaczy, że przeszedłem już wszystkie najgorsze stadia pijaństwa i brakuje mi ledwie pół kwaterki do całkowitego zamarynowania. Gdybym wtedy zszedł ze świata, to w mym grobie robale nie trzeźwiałyby przez dobre dwa miesiące.
Nie od rzeczy byłoby uciec. Porzucić własne imię, rodzinę i dawne życie. Zakopać się gdzieś w puszczy, nie dawać znaku życia. Ale wtedy poszedłbym o nowy zakład, że jaśnie pan Gryzmoł z Raveln zjawiłby się na progu zameczku mego ojca z kopią tego parszywego papieru i zażądałby spłaty długu od niego. Nie wiem, doprawdy, co mógłby nam zabrać. Stabort obfituje jedynie w szczurze dziury. Gdybym przyznał się do popełnionej głupoty braciom, obdarliby mnie pewno ze skóry i zrobili z niej bęben. Najwyraźniej rzeczywiście miałem tylko jedno wyjście — zginąć głupio, ale za to z honorem.

***

Powody mojej ucieczki z domu były trzy: moja głupia siostra Uwrah, moja druga jeszcze głupsza i bardziej nieznośna siostra Parr-naget oraz moja ograniczona, beznadziejnie materialistyczna matka. Jakim cudem dziadek — uroczy staruszek ze skłonnością do filozofowania i wyższej matematyki — spłodził mą tępą mamusię, chyba na zawsze pozostanie tajemnicą genetyczną. Na szczęście coś z dziadka cichcem przeszło na mnie. Mówię to bez fałszywej skromności. Absolutnie nie zadowalały mnie plany rodzicielki, polegające na tym, żeby jak najszybciej znaleźć kogoś, kto nie zraziłby się moimi dziwactwami... (już to widzę!), ożenił się ze mną... (uchacha!) ...i żebym jak najszybciej miała dziecko (ratunku!), bo wtedy może wywietrzeją mi z głowy głupstwa. Owe głupstwa, między innymi, przejawiały się w tym, że nie lizałam się bez przerwy jak Uwrah, która od tej elegancji wciąż miała kołtuny w żołądku, i nie wdzięczyłam się do każdego samca na wyspie jak Parr-naget – piskliwa rodzinna poetka, klecąca rymy typu „góry – chmury”. Za to łaziłam po ruinach, gdzie odgrzebywałam resztki pozostałe po dawnych mieszkańcach; próbowałam policzyć wszystkie gwiazdy, zastanawiałam się, dlaczego księżyc się wyszczerbia; a przede wszystkim... przede wszystkim nauczyłam się pływać, co doprowadzało matkę do szału. „Żaden normalny smok NIE wchodzi do WODY!!!” No dobra, byłam nienormalna.
Nic dziwnego, że pewnego pięknego dnia rzekłam „żegnajcie” rodzinnym brzegom i wyruszyłam w stronę kontynentu, na spotkanie przygody. Nie chciałam siedzieć w jednym miejscu przez całe życie, więc fruwałam to tu, to tam. Podglądałam ludzi, którzy byli zdecydowanie bardziej interesujący od moich dotychczasowych sąsiadów. Dwunogi mają tyle zajęć i tak się ciągle śpieszą, że obłędu można dostać. Ile nowych rzeczy zobaczyłam! A ile usłyszałam! Czasem zamieniałam się w jakieś drobne zwierzę, żeby podejść jak najbliżej, nie zwracając niczyjej uwagi. Obserwowałam, co ludzie robią, i uczyłam się ich języka. Z jedzeniem nie było najmniejszych problemów, gdyż biegało sobie całymi stadami — wypasione, smakowite — tylko wybierać. Z jakichś powodów dwunożnym nie podobało się, że żywię się na ich terytoriach (a przecież jadłam naprawdę mało!), i dawali to delikatnie do zrozumienia. Rzucali we mnie patykami. Najczęściej zaostrzonymi i jak któryś trafiał, to było trochę nieprzyjemnie. Wolałam nie zostawać zbyt długo w jednym miejscu, gdyż dwunożni robili się przez to bardzo nerwowi. Nie podobało im się, że jestem od nich większa. Zwiedzałam ludzkie terytoria, robiąc przedziwne pętle i zygzaki. Leciałam tam, gdzie akurat wiatr mnie zaniósł, ale z grubsza trzymałam jeden kierunek — na północ. Po jakimś czasie dotarłam do gór. Nigdy przedtem nie widziałam gór, ale w każdym razie wyglądały jak z definicji — wielkie, szarozielone „cosie”, masywne, nieco postrzępione z wierzchu i przysypane czymś białym. Białe było nieprzyjemnie zimne. Dwunożni z gór okazali się jeszcze bardziej nietowarzyscy od tych nizinnych, więc bez żalu poleciałam dalej. I słusznie, bo niedługo potem znalazłam zakątek bardzo mi odpowiadający, gdzie postanowiłam zostać na dłużej i odpocząć po włóczędze. Znajdowały się na moim nowym terytorium całkiem przyjemne lasy, pełne zwierzyny. Pagórki porośnięte trawą, idealne do drzemek na słońcu. Było nawet jezioro, gdzie mogłam pływać, nurkować i łapać ryby.
Ludzie też tam byli, ale niewielu, dlatego nie spodziewałam się żadnych konfliktów. Niestety, ledwie się zaczęłam mościć w nowym miejscu, całą gromadą przyszli ci z patykami i powtórzyła się stara historia. Ale tym razem nie miałam zamiaru rezygnować z tak znakomitego terenu. Jak wyglądali? No, cóż... ludzie jak ludzie. Trudno odróżnić jednego od drugiego, wiecie, co mam na myśli. Byli jakby ogólnie nieco jaśniejsi od tych na południu i trochę inaczej pachnieli. Za to patyki były zupełnie takie same jak wszędzie.
Udawałam, że śpię, podczas gdy oni „podkradali się”, tupiąc przy tym jak stado krów. Kiedy byli już całkiem blisko, jak się nie zerwę! Jak nie zaryczę na całe gardło! Kulałam się potem ze śmiechu po całym pagórku, bo wszyscy ci bohaterowie uciekali tak szybko, że własne cienie za nimi nie nadążały. Pogubili swoje kijki z pośpiechu. Dwa razy próbowali takich podchodów, a ja świetnie się bawiłam.
Następni zaczęli pojawiać się pojedynczo albo w małych grupkach. Wyraźnie innego gatunku, bo i pachnieli inaczej, i byli bardziej błyszczący. Całkiem jak żuki gnojne, siedzące okrakiem na końskim grzbiecie. Z tymi rozrywka była jeszcze lepsza, bo nie uciekali od razu i zabawa trwała dłużej; a jak się udało którego złapać, to bardzo przyjemnie grzechotał przy potrząsaniu. Jednego chciałam sobie zachować na później. Posadziłam go na czubku drzewa, ale czmychnął, łobuz. Następnego dnia znalazłam tylko pancerz. Przepoczwarzył się jak motyl czy co...?
Niestety, któryś z potrząsanych się wywinął i dźgnął mnie jakimś kolcem prosto w oko! Uaaa... nawet nie przypuszczacie, jak to może boleć! Sama już nie wiem — z zaskoczenia czy ze złości — zacisnęłam mocniej zęby i on przestał się ruszać. Głupio się potem czułam. Po tym niechcący zagryzionym atrakcje się skończyły. Nikt już mnie nie odwiedzał. Znudzona — zaczęłam rozmyślać, czy znów się gdzieś nie przeprowadzić, ale wtedy pokazał się ON.



Część III — Saga o ludziach MOD-u
PROFESJONALNY ZABÓJCA SMOKÓW

Wójt wsi Lubawa stał na ulicy szumnie zwanej Główną i, zadzierając głowę, z niejakim trudem odcyfrowywał litery na szyldzie.
— M...
— O...
— D...
— Mod. — Wójt zmarszczył krzaczaste brwi i z frasunkiem podrapał się po potylicy. Jako człowiek bywały w świecie znał słowo „moda” i wiedział, że oznacza kiecki, czepeczki i takie tam różne fatałaszki, stanowiące treść życia jego żony i córek. Źle trafił? Wszak dopytywał się w mieście o smokobójcę i wszyscy kierowali go właśnie tutaj. Nawet wywieszka się zgadzała — smok był na niej wymalowany jak ta lala, całkiem do prawdziwego podobny. Ale co miała moda do smoków czy smoki do mody? Smoki w kieckach nie chodzą. Może miastowi kpili sobie z kmiotka i to jednak krawiec? Raz kozie śmierć, wójt postanowił wejść do środka. Zadyndolił dzwoneczek, trącony drzwiami. Wewnątrz było więcej smoków, co wójt dostrzegł z niejaką ulgą. Znaczy się tu nie krawiec i nie szewc, choć podobnież tradycja taka, że szewce mogą być za smokobójców. Ciekawostka, że rzadko który z tej tradycji korzystał... Smoki wisiały wszędzie na ścianach: wymalowane na kartonach, rzezane w drewnie, a nawet wypchane pakułami — same łby, rzecz jasna, bo całe smoczysko to, ho-ho, ani by się w izbie nie pomieściło.
— Domokrążcom dziękujemy!
Wójt aż podskoczył z zaskoczenia, bo zapatrzywszy się na owe dziwności, nie spostrzegł panienki za stołem, póki się nie odezwała. A głosik miała taki, że szkło mógłby ciąć. Grzecznie uchylił kapelusza.
— A to i ładnie, że panienka im dziękuje. Wszak fach to ciężki, tak łazić cały boży dzień — powiedział.
— Nie potrzebujemy sznurówek! — rzuciła znów panienka nerwowo, patrząc na torbę podróżną, którą wójt dzierżył pod pachą.
— Mnie też na nic, bo ja buty wciągane mam. — Tupnął obcasem. — Ja wedle tego, no... smoka.
Panienka poderwała się z miejsca, a przybysz zobaczył ze zgorszeniem, że nie ma na sobie kiecki czy spódnicy, jak nakazywała przyzwoitość, tylko skórzane portki.
— Nijakiego odszkodowania nie będzie! Smok i smok! Czy już każdy w tym pieprzonym mieście myśli, że jak mu zginie kura, to zrobił to Ciapek?! — wydarła się, aż wójtowi w uszach zadzwoniło. — Zarejestrowany jest legalnie! I grzeczny! Od rana tu siedzi, nigdzie sam nie lata! — Palec wrzaskliwej panienki wskazał kąt, gdzie na sienniku spał duży kosmaty pies. Psisko, słysząc swoje imię, zastrzygło uchem i poklepało ogonem w ścianę.
— No właśnie, zawsze wszystko na mnie — odezwał się pies, otwierając jedno czerwone oko. — Ja już normalnie mam dość.
Podniósł się, przeciągnął, ziewając, i dopiero wtedy mężczyzna zobaczył, że wysuwa pazury jak wielki kot, a z grzbietu sterczy mu skrzydło — tylko jedno, na dodatek jakby krzywe i niewydarzone.
Wójt mało nie rzucił o podłogę kapeluszem.
— Ja też mam dość, kurna bladź! Nie o tego tu kundla mnie się rozchodzi, ino o mojego smoka.
Paniusia w portkach zaraz stanęła prawie na baczność i wytrajkotała:
— Czym możemy służyć? Miejski Oddział Drakonizacyjny świadczy usługi w szerokim zakresie. Proszę opisać zaginionego smoka, czy miał znaki szczególne, czy był zarejestrowany w naszej kartotece...
— Ale... — chciał wtrącić nieszczęsny wójt.
— ...numer ewidencyjny, miejsce zaginięcia. Ewentualnie rejestracja hodowli...
— Smok woła mi zeżarł! — wrzasnął wójt.
Dziewczyna i kaleki smoczek zrobili identycznie zaskoczone miny.
— No, Luśka, normalnie tu się kroi cuś grubszego — powiedział mały smok. — Smok? Wół? Nie może być. Panie, toż to zombak musiał być.
— Właśnie — potwierdziła panienka, nazwana Luśką. — Zombak, wywern albo i w ostateczności pofrunka. Pan sobie popatrzy na plansze. Tak wyglądał? A może tak? Pan żeś go widział w ogóle?
— No żeby tak całkiem blisko, to nie — odpowiedział wójt mniej pewnie. — Swój rozum mam, by pod pysk smoku nie podłazić. Ale widzi mi się, co ani taki nie był, ani taki też nie... — Pokazywał kolejno palcem na łuskowaty łeb wywerna i knurzy szablastozębny ryj zombaka. — Latający on jest.
— To może to? — zapytała panienka z nadzieją, podsuwając mu obrazek z pofrunką.
— Eeee... nie, takie małe to nie było.
— Panie, małe, bo na obrazku wymalowane. Patrz pan na ludzika z boku dla porównania.
Klient rozzłościł się raptem.
— A wam to się zdaje, że jak ze wsi, to głupi! Oczy mam! Mówię przecie, że za mały. Taka popierdułka to by może kota połkła, a z bydlęcia ostał się jeno łeb i kołatka. Co nie zeżarł, to gdzieś zawlókł. Mnie woła, sąsiadowi kozę, gęsi tyż się nie moglim doliczyć. I mnie się widzi, co ten zasrany złodziej był taki jak ten tu mądrala — wójt wskazał młodego smoka — ino większy.
Pracowniczka MOD-u i jej czterołapy kolega popatrzyli na siebie z rezygnacją.
— Jakiś niezarejestrowany bęcwał albo staruszek z demencją robi szkody w terenie — zawyrokował Ciapek.
— Poślemy z panem kogoś — powiedziała Luśka, biorąc ze stołu jakieś papiery i przeglądając je szybko. — Ciapek, kto jest wolny? Brysk Trzy Trawki?
— Urlop okolicznościowy. Żeni się — odparł Ciapek natychmiast.
— Skonan Oberżyna?
— Na zjeździe hodowców pofrunki miniaturowej, jako konsultant. Wraca za tydzień.
— Jednooki Kocur? Ifryt? Pierwiosnek?
— W terenie.
— Bezlitosna Luana?
— Rodzi za dwa miesiące, masz to w jej karcie — warknął Ciapek.
— Faktycznie... To kto został, u licha?
— Mikel... — bąknął smok, spuściwszy uszy.
Oboje popatrzyli na wójta Lubawy jak gdyby z lekką konsternacją.
— Mikel... Aha... — zastanowiła się Luśka. — Mikel... Świetnie, niech będzie Mikel.
— A coś z nim nie tak? — zapytał wójt podejrzliwie.
— Skąd?! Wszystko w porządku! Profesjonalista! Z dyplomem! — zaprzeczył Ciapek gorliwie. Aż nazbyt gorliwie.
— To ja przygotuję dokumenty! — Luśka zakrzątnęła się. — Pan tu siądzie, proszę. Funkcjonariusz Ciapek, sprowadzić smokera Mikela w celu przyjęcia zadania.
Czworonogi funkcjonariusz zawrócił do tylnych drzwi, w których wycięto otwór z klapką. Kiedy mijał wójta, ten przysiągłby, że zwierzak mruknął cicho:
— Tylko nie pozwól mu śpiewać.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-10-02 (1126 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej