Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Najpierw mnie pocałuj
 
Katalog - dodano
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 Ostatni potomkowie. Przeznaczenie bogów
- Matthew J. Kirby
 Proxima
- Stephen Baxter
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Koniasz. Wilk samotnik, t.1'' - Miroslav Žamboch



Początek polowania



Jego Ekscelencja, Wielki Wojewoda Varatchi, siedział w swoim ulubionym fotelu w gabinecie, za nim płonął ogień, pomieszczenie rozświetlały i czyniły przytulnym lampy olejowe, z których każda stanowiła dzieło sztuki. Zawieszone były na stylizowanych gałązkach oliwnych z wypolerowanego brązu. Półki z książkami sięgały aż do sufitu, ruchome schodki dla czytelnika stały przed działem poświęconym pracom historycznym i politycznym. Ich marmurowe stopnie błyszczały w świetle na różowo. Varatchi nie lubił gdy mu przeszkadzano podczas pracy i nawet z najwyższych półek sam wyciągał książki. Mimo przekroczonej sześćdziesiątki nie miał problemu z zawrotami głowy na wysokości. Czas obchodził się z nim łaskawie, podobnie jak z jego przodkami i niektórzy z jego otoczenia twierdzili, że lata postarzają go tylko o dwie trzecie każdego roku, inni znów, że zna on tajemnicę osiągnięcia, jeśli nie wiecznego to przynajmniej stuletniego życia. Nic z tego nie było prawdą: był tylko typowym przedstawicielem swojego rodu. Wysoki, szczupły, gotowy do działania i długowieczny.
Oderwał wzrok od tekstu, który właśnie studiował i odsunął książkę dalej od siebie, w stronę okładek z czarnej skóry. Foliał napisany był językiem martwym już od dawna, Varatchi właśnie się go uczył i czytanie go nużyło. Co więcej przeszkadzali mu dwaj strażnicy przy drzwiach, jego osobista ochrona. Ich obecność zmuszała go do stałego trzymania się na baczności. Miał się na baczności w pobliżu jakichkolwiek ludzi, co kilka razy ocaliło mu życie, z drugiej jednak strony było to czasem męczące i niewygodne. Ci dwaj pracowali u niego już pięć lat, a przez ten czas musieli interweniować tylko dwa razy. Pomimo to, nie wiedział jak się nazywają, uważał że to zbyteczne. Do wyższego mówił Sal, do niższego, barczystego, Del, tak jak do swoich poprzednich strażników. Dla identyfikacji to wystarczało.
Po chwili mężczyźni spostrzegli się, że pracodawca ich obserwuje. Przyglądał im się w zamyśleniu.
- Za chwilę przyjdą tu dwaj mężczyźni. Starszy i młodszy. Tego młodszego od razu zabijcie. Czy to jasne? - powiedział, widząc że poświęcają mu całą uwagę.
Żaden z nich nie wyglądał na zdziwionego.
- Tak, panie – odpowiedzieli jednocześnie.
- Czy będzie uzbrojony? - zapytał Sal po chwili.
- Nie wie, że kazałem go zabić. To powinno wam wystarczyć. Czy może nie?
- Oczywiście, to wystarczy, panie.
Varatch rozciągnął wąskie usta w namiastce uśmiechu. Zza drzwi dobiegły nieśpiesznie zbliżające się kroki. Wygodniej rozsiadł się w fotelu i czekał na przedstawienie. Jego rozkaz zmienił atmosferę w gabinecie, zapanowała w nim obietnica śmierci.
Kroki się zatrzymały, służący najpierw cicho, potem głośniej a w końcu donośnie zastukał i po krótkiej przerwie otworzył drzwi.
- Panowie Ferusi i Bamegi – ogłosił trochę niepewnie - Bez podania skąd przybywają i powodu wizyty.
Varatchi tylko kiwnął głową. Nie przemawiał, gdy nie było to niezbędne, a stały personel pałacu doskonale rozumiał jego gesty.
Pierwszy wszedł Ferusi w szarych, prosto skrojonych spodniach i luźnej bluzie o podobnym wyglądzie. Prostota kroju myliła, ubranie uszyte było z najdelikatniejszego jedwabiu. Za nim szedł Bamegi w nieco zużytych, skórzanych spodniach, koszuli ze zwyczajnego płótna i nieco lepiej wyglądającej kamizelce. Varatchi spotkał się z nim twarzą w twarz po raz pierwszy. Był zaskakująco młody, choć właściwie wszystkich mężczyzn przed czterdziestką postrzegał jako młodych, poprawił swoją ocenę. Dwadzieścia pięć, nie więcej, w jego wyglądzie nie było nic szczególnego, po prostu tuzinkowy młody człowiek, jakich w każdym porcie, na każdym targowisku można spotkać mnóstwo. Idąc trochę się garbił, przed tygodniem ogolił sobie głowę i teraz ciemne włosy pokrywały ją cienką warstewką. Varatchi czuł napięcie oczekiwania, przenikające aż do końców palców. Nie był to strach, nawet w najmniejszym stopniu. Wrażenie nasilało się, on jednak był gotowy opanować je, o ile chciałoby się wymykać spod kontroli.
Bamegi przekroczył próg, żaden ze strażników na niego nie spojrzał. Jednak, mimo że pozornie ani drgnęli, nie stali już tak rozluźnieni jak przedtem.
Bamegi zrobił kolejny krok, Sal wyciągnął nóż. Nosił go po lewej stronie opaski, rękojeścią do dołu. W rękach Dela pojawiła się garota.
Sal bezszelestnie postąpił naprzód, chciał całą rzecz zakończyć jednym pchnięciem w nerkę, jego partner ochraniał go, na wypadek gdyby coś źle poszło.
Szybkość z jaką zadał pchnięcie spowodowała, że materiał rękawa zaszeleścił. Bamegi momentalnie zareagował. Zrobił wykrok, przekręcając się prawie o sto osiemdziesiąt stopni, szybkim uderzeniem grzbietem ręki odtrącił atakujące ramię i zadał trzy błyskawiczne ciosy krawędzią dłoni i pięścią w łokieć, w dolne żebra i w szyję. Żadne z uderzeń nie było bardzo silne, ale razem zadane spowodowały, że Sal upuścił nóż i zwalił się na ziemię. Dal był już za Bamegim i przekładał mu strunę przez głowę. Ten jednak, jakby jakimś cudem wiedział o jego obecności za plecami, znów się obrócił, przyklękając równocześnie na kolano, przetoczył się w bok i zanim jego przeciwnik zdążył zareagować, kopnął go w krocze. Del stęknął i zaczął osuwać się na ziemię. Zanim jeszcze jej dotknął, Bamegi już trzymał w dłoniach jego głowę i targnął nią z lewej strony na prawą, skręcając mu kark.
- Brawo – ocenił sucho Varatchi.
Bamegi wyprostował się, nie patrzył na trupa, sprawdził tylko, czy drugi strażnik nadal jest niezdolny do walki.
- To był test? - zapytał spokojnie.
- Był na to przygotowany? Odgadliście, że mógłbym spróbować czegoś w tym rodzaju? - Varatchi zignorował pytanie, zwracając się do przywódcy klanu ninja.
- Dopuszczałem taką ewentualność, ale nie ostrzegłem go. Człowiek, którego chcemy zabić jest nieprzeciętnie dobry. Przeciw niemu musi stanąć najlepszy z nas.
Sal usiłował wstać, lecz nie dawał rady, nadal wstrząśnięty z trudem łapał oddech.
- Zabijcie go – rozkazał Varatchi i spojrzał na Ferusiego.
Ten pochylił się nad stękającym mężczyzną i niemal po ojcowsku uniósł mu głowę. Wyglądało to jakby tylko dotknął jego skroni, strażnik jednak nagle zwiotczał, martwy.
- Bardzo skuteczna technika.
W głosie Varatchiego zabrzmiało uznanie.
- Z wyglądu może tak, ale trening jest uciążliwy, a w walce taki sposób zabijania bywa niezbyt wygodny. To raczej czysta technika asasynów – stwierdził stary ninja. – Nie chciałem zakrwawić posadzki, jeśli Bamegi przedtem tego nie zrobił.
Ferusi ostrożnie położył bezwładne ciało na podłodze i wyprostował się.
- Ten test kosztował życie dwóch ludzi. Każdy inny uważałby go za marnotrawstwo ale nie sądzę aby tak było w przypadku Waszej Ekscelencji.
Varatchi pozwolił sobie na uśmiech. Ferusi, swoją uwagą utwierdził go w przekonaniu, że jego rezerwy ludzkie nic na tym nie straciły.
- Zrobili się zbyt wygodni, Salowi zaczął nawet rosnąć brzuch. Niewielka cena za podwyższenie morale i zmobilizowanie ludzi.
- Tak, o broń trzeba pieczołowicie dbać, inaczej zardzewieje – zgodził się stary ninja.
- Przejdźmy do właściwego celu waszej wizyty – zmienił temat Varatchi – Usiądźcie – wskazał dwa krzesła a sam został w fotelu - Zaznajomiliście się już z informacjami o Koniaszu i chciałbym usłyszeć wasze zdanie. Obydwóch.
Bamegi poczekał, aż Ferusi wybierze sobie krzesło i usiadł dopiero po nim. Ręce położył na udach, spojrzał na swego szefa i otrzymał niewypowiedziany rozkaz, żeby rozpocząć analizę sytuacji.
- Materiał był zbierany przez szereg lat, a z niektórych informacji wynika, że zaczął go gromadzić człowiek, który później Koniasza wynajął – zaczął.
Varatchi nie uważał za potrzebne tego komentować.
- Ten Koniasz to bardzo niebezpieczny człowiek, indywidualność, znakomity szermierz, wyjątkowo biegły w posługiwaniu się nożem i walce wręcz, ale również ktoś, charakteryzujący się świetnymi umiejętnościami organizacyjnymi. Postępuje tak, żeby uniknąć zbędnego ryzyka, równocześnie jednak jest w stanie je podjąć, gdy nie ma innej możliwości. Kocha życie ale nie boi się śmierci.
- To jest najniebezpieczniejsza kombinacja, jaka istnieje – napomknął Ferusi – Tacy ludzie dają początek legendzie.
Spojrzał na Varatchiego w poszukiwaniu oznak sprzeciwu ale Wielki Wojewoda bardziej przypominał posąg niż żywego człowieka.
- Z czego konkretnie wywnioskował pan, że kocha życie? - zapytał po chwili namysłu.
- Jako przymusowo wcielony rekrut uczestniczył pod dowództwem generała de Glowa w nieudanej inwazji przez Few Ghaku. Zadałem sobie trud odnalezienia kilku weteranów, którzy przeżyli. Zbiegiem okoliczności dwaj z nich mieszkają w Fenidongu.
- Ach, ta godna politowania sprawa z hrabią – Varatchi przypomniał sobie natychmiast aferę, która o mało nie zagroziła stabilizacji cesarstwa.
- Wszyscy, którzy przeżyli zawdzięczają życie właśnie Koniaszowi. Pomógł im wydostać się z dżungli, lecz sam został z oszalałym de Glowa. A kilka lat później jego staraniem wyszło książkowe wydanie zapisków doktora Gausta, który tam zaginął. - kontynuował Bamegi – Tak myśli i działa człowiek, który życie i śmierć traktuje na równi.
- Każdy jest śmiertelny – rzucił sucho Varatchi.



Senna dziura



Słońce zbliżało się do krawędzi wzgórza i światła w pomieszczeniu szybko ubywało. Samuel Wicker z niesmakiem wyjrzał na zewnątrz przez małe okno. Po tych kilku latach wiedział już dokładnie, kiedy słońce zachodzi w danej porze roku. Z jego punktu widzenia dom nie mógł być gorzej usytuowany. W lecie, gdy mógłby pracować do późnego wieczora, budynek tonął w cieniu wzgórza, w zimie było tu po prostu lodowato mimo uszczelnienia okien, drzwi i wszystkiego co się dało. Wicker zaczynał pomału wierzyć, że w balach znajdują się dziury, którymi zewsząd dmucha na niego zimne powietrze. A latem - oczywiście - uciążliwe gorąco. I chociaż wioszczyna stanowiła solidną kryjówkę przez całe minione pięć lat, tutejszego klimatu nienawidził. Z biegiem czasu wcale nie robiło się lepiej, nie tylko nie mógł przywyknąć do zmian temperatury, ale wydawały się coraz bardziej uciążliwe.
Z westchnieniem zamknął stary foliał. Dziś już nie miał czasu na studiowanie i była to kolejna sprawa, która go irytowała. Zbyt wiele znajdował powodów, dla których nikomu nie mógł ufać i musiał wszystko robić osobiście. Był w tym względzie naprawdę przewrażliwiony; ciągle wahał sie przed podjęciem ostatecznej decyzji. Rzucił jeszcze jedno smutne spojrzenie na księgę. Zupełnym absurdem było mniemanie, jakoby spisano ją na ludzkiej skórze, ale wyglądało na to, że kopiści z pierwszego stulecia po Wielkiej Wojnie wykonali dobrą robotę i czarodziejskim diagramom można było wierzyć. Gdyby tylko wiedział, jak się nimi skutecznie posługiwać. Właśnie takie najprostsze rzeczy najtrudniej było sprawdzić. Dawni czarodzieje nie zapisywali tego w swoich księgach, tak samo jak magowie od spraw finansowych nie wyjaśniają sposobów prawidłowych zarachowań i odliczeń. Ale ten stan rzeczy mógł ulec zmianie, i zmieni się na pewno jeśli on, Samuel Wicker, wielki mistrz Rumelkowego Klanu, nie popełni błędu i nie zboczy z krętej drogi. Rozmarzył się na moment. Wszystko stałoby się o wiele łatwiejsze, gdyby odkrył „Nucleus”, mityczną księgę w genialny sposób prowadzącą adeptów magii przez niebezpieczny labirynt studiowania mocy. Powiadają, że była napisana jeszcze przed rozpoczęciem Wielkiej Wojny i nawet ci najmniej utalentowani zdołali dzięki niej rozbudzić swoje zdolności i użyć ich w maksymalnym stopniu. Tylko że manuskrypt „Nucleus” prawdopodobnie nie istniał już od dawna, zaś o tym, który go napisał krążyły tylko legendy. Ale gdyby go zdobył! Ta perspektywa zawsze wznosiła Wickera na absolutne wyżyny zachwytu, lecz powrót do rzeczywistości był bolesny. Mimo to wystarczyła mu chwila, aby się opanować i skupić na tym, co najważniejsze. Na pertraktacjach z łowcą artefaktów.
Wyszedł z pomieszczenia i korytarzem, rozdzielającym dawniej dom na część zamieszkiwaną przez ludzi i część przeznaczoną dla zwierząt, wydostał się na zewnątrz. Samuel Wicker nie ścierpiałby w swoim domu jakichś prosiąt i dawno by zastąpił uklepaną glinę drewnianą podłogą lub nawet kamienną posadzką, lecz to mogłoby zwrócić uwagę. Tak więc stale miał poczucie, że żyje w chlewie.
Sługa natychmiast zauważył ruch pana i wynurzył się z kuchni.
Janick, Wicker przywołał jego nazwisko w pamięci. Gorliwy, pełen zapału, jednak o zupełnie minimalnym, ledwie dostrzegalnym poziomie talentu magicznego. Ale tego Wicker nigdy mu nie powiedział.
- Pójdę do sadu. Posprzątaj w pracowni, nie zapomnij o pułapce na myszy i odstaw księgę na miejsce. Gdy przyjdzie cudzoziemiec, wyślij go bez zbędnych ceregieli do mnie, a chwilę później przynieś nam coś do picia.
Janick przytaknął gorliwie, przeszedł przez korytarz i wszedł do pracowni. Dostęp do starodruków mieli tylko najbardziej zasłużeni uczniowie, którzy posiadali niebudzący wątpliwości talent, a porządkowanie foliałów był w pewnym sensie łapówką, dzięki której wielki mistrz nagradzał Janicka – i zyskiwał jego absolutną lojalność.
Wicker stąpał pomału po kamieniach brukowanej ścieżki, aż doszedł do jabłoni. Był to dobry rok, za jabłka można było uzyskać całkiem godziwe pieniądze. Kolejna sprawa, której nienawidził – starać się o fundusze. Było ich wciąż za mało i to ograniczało rozwój całego klanu. I Wickera osobiście. Mimo to sad był jednym z tych miejsc, które zdołał tutaj polubić. Ściślej rzecz biorąc, jeśli nawet sadu nie lubił, to mu przynajmniej nie przeszkadzał. Leżał ponadto tak, że można stąd było zobaczyć już z daleka nadjeżdżającego gościa. Chciał mieć dość czasu, aby mu się dokładnie i bez pośpiechu przyjrzeć. Już samo skontaktowanie się z tym człowiekiem kosztowało sporo pieniędzy, a jego wynagrodzenie z pewnością okaże się znacznie wyższe. Wicker miał świadomość, że na pewno nie zdoła zaoferować tyle, co inni. W ostatnich kilku latach zaczął się popyt na artefakty, a przez to także na tych, którzy byli w stanie je zdobyć. Człowiek, którego on – wielki mistrz Rumelkowego Klanu - tu wezwał, należał do najlepszych. O ile był to naprawdę ten, który pozyskał skarby ze starej tajnej skrytki historycznego klanu Augupu. Nikt nie miał co do tego całkowitej pewności, bo wszędzie tam, gdzie gra toczyła się o wielkie pieniądze i groziło śmiertelne niebezpieczeństwo, prawdziwe i ścisłe informacje były cenniejsze niż woda na Pustyni Gutawskiej.
Wicker usiadł na drewnianej ławce pod jednym z najwyższych drzew, które już prawie nie rodziło owoców. Tu, o ile pogoda sprzyjała, z innymi członkami rady rozważał ważne problemy. W tym konkretnym przypadku, od którego tak wiele zależało, wolał pertraktować sam. Słuchał bzyczenia pszczół i co chwila spoglądał na ścieżkę. Co to za jeden, ten mężczyzna? Jaki się okaże? Wiedział, że jest sprytny i doświadczony, i że bardzo często udaje mu się w ramach zamówienia pozyskać więcej dóbr, niż zamawiający spodziewał się otrzymać. Potem oczywiście trzeba mu dobrze zapłacić. Wicker wykorzystał swoją wiedzę i ludziom, szukającym łowcy artefaktów, przekazał instrukcje, aby od razu dali najemnikowi do zrozumienia, że możliwości finansowe zleceniodawcy są ograniczone, ale równocześnie podkreślali, że dysponuje on dobrymi informacjami, jak się do pożądanego towaru dostać...i potencjalnie uzyskać więcej. Ciężko było godzić się z tak skromnymi środkami, jakie miał do dyspozycji przez kilka ostatnich lat. Smutno pokiwał głową nad położeniem w jakim się znalazł – on, jeden z najlepszych, jeśli w ogóle nie najlepszy wielki mistrz jedynego w istocie czarodziejskiego klanu na terenie imperium.
Naraz zauważył, że główną ulicą wioski jedzie mężczyzna na koniu. „Wlecze się” byłoby lepszym określeniem. Jak się tam, do cholery, dostał? Gdyby nadjechał drogą, mistrz zauważyłby go o wiele wcześniej. Dlaczego, u diabła, gość po niej nie jechał? Wicker nie lubił, gdy sprawy nie przebiegały zgodnie z planem. Równocześnie jednak poczuł w duchu zadowolenie w wydania innych rozporządzeń. Chociaż kasę klanu kosztowało to kilka dziesiątek złotych, teraz nie żałował. W jednym z domów już od dwóch dni stacjonował inny cudzoziemiec. Najął go Majal, zastępca Wickera. Najemnik okazał się niezgrabnym, prymitywnym typem poskładanym z samych wielkich i ciężkich kości obleczonych mięśniami, chłopem z krzaczastymi brwiami i oczami skrytymi pod wielkim wałem czoła. Wydawał się czarodziejowi pół zwierzęciem, tworem stojącym o wiele niżej w rozwoju niż on sam. Ale dzięki temu był idealnym narzędziem. W przypadku gdyby wystąpiły problemy z łowcą artefaktów, miał go zabić. Ostrożność posiadała oczywiście także ujemne strony: prymityw już dwa dni na koszt klanu pochłaniał niesłychane ilości jadła i pierwszorzędnego cydru.
Cudzoziemiec pojawił się już u podnóża pagórka, między pierwszymi drzewami owocowymi. Konia zostawił w wiosce, kroczył teraz długimi, pozornie leniwymi krokami, ale mimo to zbliżał się zaskakująco szybko. Był wysoki i szczupły, długie, zauważalnie już posiwiałe włosy miał ściągnięte z tyłu głowy. Twarz - Wicker prawie nie zdołał stłumić niesmaku - była jak zły sen estety.
I w początkowym, nieuszkodzonym stanie wydawałaby się zbyt pociągła i szczupła, teraz w dodatku szpeciły ją liczne blizny, nos wyglądał jak coś, co zostało do tego oblicza dodane znacznie później, a ponieważ Stwórcy oryginalne rysy wyraźnie się nie spodobały, starał się je później polepszyć kilkakrotnym przetrącaniem. Oczy okolone były wianuszkami drobnych blizn, spowodowanych dawno już zapomnianymi pojedynkami na pięści, stara szrama przedłużała lewy kącik ust ku dołowi i cudzoziemiec wyglądał tak, jakby cały czas wykrzywiał twarz.
Jednak ze zniszczonym obliczem mocno kontrastowała sprężystość jego ruchów i widoczna pewność siebie. Wicker skupił się i próbował wejrzeć w głąb umysłu nieznajomego, choćby go tylko musnąć. Wielokrotnie w swoim życiu zdołał odczytać myśli innego człowieka, chociaż ze starych zapisków wiedział, że obrona przeciw penetracji telepatycznej jest stosunkowo łatwa. Teraz wystarczyłoby się dowiedzieć, jak ten człowiek postrzega otaczający go świat i samego siebie. Może z powodu spokoju panującego w sadzie i zieleni otaczających go drzew, udało się prawie natychmiast. Pewność siebie cudzoziemca nie była udawana, stanowiła jego nieodrodną część, tak samo jak straszna twarz. Najbardziej zaskoczyło wielkiego mistrza wrażenie zdziwienia i radości, przepełniających nieznajomego. Coś podobnego kilkakrotnie znalazł w umysłach dzieci, ale u tego mężczyzny gdzieś między czterdziestką a pięćdziesiątką było to doprawdy zaskakujące. Jego fascynacja światem była równocześnie podobna i odmienna niż u dzieci: wypełniona doświadczeniem, ale równocześnie nim uszlachetniona. Wicker szybko się wycofał z umysłu najemnika. Musiał się skoncentrować na sprawach praktycznych, a nie na jakiejś wątpliwej analizie psychologicznej. Jak gość jest uzbrojony, na przykład? Dzięki temu mógł stwierdzić, czy to ten właściwy człowiek. Dostrzegał miecz, pod rozchylającym się płaszczem, w uprzęży na piersi cały rząd noży służących do rzucania; poza tym mniejszy miecz, noszony w ukryciu na prawym boku, który równie dobrze mógł się okazać wielkim nożem lub sztyletem - tutaj Wicker nie miał pewności. Ostatni nóż dał się zauważyć w pochwie wszytej w cholewę lewego buta. Łowca artefaktów był, jak widać, dobrze uzbrojony, sądząc z tego jak wyglądał i jak zaawansowanego wieku doczekał w swej branży, umiał się tymi morderczymi narzędziami posługiwać.
Wicker nie wstał, tylko wbił wzrok w nadchodzącego. Wiele razy zdołał tym sposobem zdenerwować, rozkojarzyć, pozbawić kogoś pewności siebie. Teraz jednak podobnego efektu nie mógł oczekiwać. Cudzoziemiec w ogóle nie zauważył jego wytrenowanego, hipnotyzującego spojrzenia, skinął głową na powitanie, rozejrzał się po gałęziach drzewa, pod którym się znajdowali i urwał sobie jabłko. Był wysoki, a przy tym miał jeszcze dodatkowo bardzo długie ręce. Jabłko, które sobie wybrał, rosło na pozór poza zasięgiem jakiegokolwiek człowieka i należało do tych czerwieńszych. Wgryzł się w nie ze smakiem i usiadł na ławce.
Do leniwych odgłosów przedwieczoru dołączyło głośne chrupanie soczystych kęsów, gdy jadł z przyjemnością, bez pośpiechu.
Wicker uświadomił sobie, że to jego ogarnęło zdenerwowanie. Niedobrze. Znajdował się na swoim terenie, wystarczyło zawołać, żeby wszyscy się tu zbiegli. Tylko co by to pomogło?
- Nazywam się Samuel Wicker, przypuszczam, że przybył pan tutaj po rozmowie z jednym z moich współpracowników – zaczął rozmowę, równocześnie dostrzegając na ścieżce Janicka, niosącego kosz z wiktuałami. Jedzenie i napitek przydadzą się do zamaskowania jego nieoczekiwanej niepewności.
- Koniasz – przedstawił się łowca artefaktów, imieniem które z pewnością nie było prawdziwe ale pod którym najczęściej występował. - Podobno jest pan zainteresowany przeniknięciem do bazy Maaterenditu?
Przeszedł od razu do rzeczy, a Wicker o mało się nie rozkaszlał.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-10-08 (1053 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej