Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Księga cmentarna
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Assassin's Creed - Renesans'' - Oliver Bowden

Fragment 5: Leonardo da Vinci


(…) Następnego dnia Ezio obudził się późno i gdy dowiedział się, że jego ojciec nie ma dla niego pilnych spraw do załatwienia, odetchnął z ulgą. Udał się do ogrodu, gdzie znalazł matkę nadzorującą prace przy swoich wiśniach, których kwiaty zaczynały już więdnąć. Uśmiechnęła się na jego widok i przywołała go skinieniem. Maria Auditore była wysoką, dostojną kobietą, w wieku nieco ponad czterdziestu lat, z długimi, czarnymi włosami, splecionymi pod białym muślinowym czepkiem z obwódką w rodowych kolorach: czerni i złota.
– Ezio! Buon’ giorno.
– Madre…
– Jak się czujesz? Mam nadzieję, że już lepiej.
Delikatnie dotknęła rany na jego czole.
– Nic mi nie jest.
– Ojciec mówił, że powinieneś odpoczywać tak długo, jak tylko możesz.
– Nie potrzebuję odpoczynku, mamma!
– No cóż, dzisiejszy ranek na pewno oszczędzi ci mocnych wrażeń. Ojciec prosił, bym się tobą zaopiekowała. Dobrze wiem, co ci chodzi po głowie.
– Nie mam pojęcia, co masz na myśli.
– Tylko nie kręć, Ezio. Wiem o twojej bójce z Vierim.
– Rozgłaszał plugawe kłamstwa o naszej rodzinie. Nie mogłem pozwolić, by uszło mu to płazem.
– Vieri żyje w dużym napięciu od momentu aresztowania swojego ojca – matka przerwała, zamyślając się na chwilę. – Wiele rzeczy można było rzec o Francescu Pazzim, ale nigdy bym nie przypuszczała, że może być zamieszany w spisek na życie księcia.
– Co się z nim stanie?
– Będzie proces. Podejrzewam, że po powrocie księcia Lorenza, twój ojciec będzie w nim kluczowym świadkiem.
Ezio wyglądał na zaniepokojonego.
– Nie martw się, nie masz się czego obawiać. A ja nie mam zamiaru pytać cię o nic, czego nie chciałbyś mi powiedzieć. Tak naprawdę, to chciałabym, byś towarzyszył mi przy załatwianiu pewnej sprawy. Nie potrwa to długo; myślę nawet, że może ci to sprawić pewną przyjemność.
– Chętnie ci pomogę, mamma.
– Chodźmy więc. To niedaleko.

Opuścili pałac i trzymając się pod rękę, poszli w kierunku katedry, do niewielkiej dzielnicy, gdzie wielu florenckich artystów miało swoje warsztaty i pracownie. Niektóre z nich, takie jak te należące do Verrocchia lub do wschodzącej sławy, Alessandra di Mariano Filipepi, który zyskał już przydomek „Botticelli”, były przestronnymi, tętniącymi życiem pomieszczeniami, gdzie asystenci i praktykanci ucierali kolory i mieszali pigmenty. Inne zaś przedstawiały się znacznie skromniej. Właśnie przed drzwiami do jednego z tych ostatnich zatrzymała się Maria. Zapukała. Drzwi natychmiast otworzył przystojny, dobrze ubrany młodzieniec, można by rzec – wymuskany, gdyby nie jego atletyczna sylwetka, gęsta, ciemnobrązowa czupryna i bujna broda. Był jakieś sześć, siedem lat starszy od Ezia.
– Madonna Auditore! Witam! Spodziewałem się pani.
– Buon’ giorno, Leonardo.
Wymienili powitalne pocałunki. „Ten artysta musi być z matką za pan brat” – pomyślał Ezio, ale wygląd nieznajomego od razu przypadł mu do gustu.
– To mój syn, Ezio – powiedziała Maria.
Artysta ukłonił się i rzekł:
– Leonardo da Vinci. Molto onorato, signore.
– Maestro…
– No, niezupełnie… jeszcze nie! – uśmiechnął się Leonardo. – Ale dosyć już o tym… Proszę, wejdźcie, wejdźcie! Poczekajcie tu chwilę, każę asystentowi znaleźć dla was jakieś wino i udam się po wasze malowidła.
Pracownia nie należała do wielkich, a nieład, jaki w niej panował, czynił ją jeszcze mniejszą. Na stołach leżały sterty szkieletów ptaków i drobnych ssaków. W słoikach wypełnionych bezbarwnym płynem znajdowały się części żywych organizmów, których Ezio za żadne skarby nie mógł rozpoznać. Na szerokim stole, w głębi pracowni, stały jakieś dziwne drewniane konstrukcje, wykonane z iście pedantyczną dokładnością. Dwie sztalugi podpierały niedokończone obrazy, których tonacja była ciemniejsza, niż zwykło się widywać, i których kontury nakreślono z o wiele mniejszą precyzją. Ezio i Maria zdążyli się wygodnie rozsiąść, gdy z pomieszczenia wewnątrz pracowni wyszedł przystojny młodzieniec, niosąc tacę z winem i ciastkami. Podał im ją, uśmiechnął się nieśmiało, po czym odszedł.
– Leonardo jest wielce utalentowany.
– Skoro tak uważasz, madre… Niewiele wiem o sztuce.
Ezio miał przeświadczenie, że jego życie będzie polegało na podążaniu śladami ojca, choć czasami odzywała się w nim natura buntownika i awanturnika, która – o czym wiedział – zupełnie nie licowała ze stanowiskiem florenckiego bankiera. Tak czy inaczej, podobnie jak jego starszy brat, widział siebie bardziej jako człowieka czynu, a nie artystę czy konesera.
– Wiesz, umiejętność wyrażania własnego „ja” jest niezbędna do rozumienia życia i cieszenia się nim w pełni.
Matka spojrzała na niego i dodała:
– Powinieneś znaleźć sobie jakiś sposób na rozładowywanie swoich emocji, synu.
Ezio poczuł się dotknięty.
– Mam mnóstwo takich sposobów.
– Nie chodzi mi o dziewki – odparła rzeczowo matka.
– Mamo!
Lecz ona wzruszyła tylko ramionami i zacisnęła usta.
– Byłoby dobrze, gdybyś podtrzymał znajomość z Leonardem. Wydaje mi się, że ma przed sobą obiecującą przyszłość.
– Sądząc z tego, jak wygląda to miejsce, trudno mi się z tobą zgodzić.
– Nie bądź bezczelny!
Przerwał im Leonardo, który wyłonił się z zaplecza, niosąc dwie skrzynie. Jedną z nich postawił na podłodze.
– Czy mógłbyś to ponieść? – zwrócił się do Ezia. – Poprosiłbym Agniola, ale on musi tu zostać i pilnować pracowni. Poza tym wydaje mi się, że nie byłby w stanie, chucherko…
Ezio pochylił się, by podnieść skrzynię i zdumiał się jej ciężarem. Mało nie wypuścił jej z rąk.
– Ostrożnie! – ostrzegł Leonardo. – Malowidła w środku są bardzo delikatne, a twoja matka sowicie mi za nie za­płaciła!
– Chodźmy – powiedziała Maria. – Nie mogę się doczekać, kiedy je zawieszę. Wybrałam już nawet miejsca – mam nadzieję, że przypadną ci do gustu – dodała, zwracając się do Leonarda.
Ezio odrobinę się wzdrygnął: czy ten stawiający swoje pierwsze kroki artysta naprawdę zasługuje na takie powa­żanie?
W drodze powrotnej Leonardo uprzejmie z nimi gawędził, a Ezio przyłapał się na tym, że – zupełnie wbrew sobie – znajduje się pod wpływem uroku tego człowieka. Mimo to podświadomie wyczuwał, że jest w nim coś niepokojącego, coś, czego nie był w stanie dokładnie określić. Dziwny spokój? Poczucie oderwania od zwykłych ludzi? A może po prostu chodziło o to, że trzymał głowę w chmurach, jak inni artyści, o czym Ezio niejednokrotnie słyszał. Tak czy owak, Ezio darzył go spontanicznym, instynktownym wręcz szacunkiem.
– Powiedz mi, Ezio, czym się parasz? – zapytał Leonardo.
– Pracuje dla ojca – odpowiedziała Maria.
– Ach! Finansista! No cóż, urodziłeś się w mieście stworzonym do tego zawodu!
– Jest dzięki temu równie łaskawe dla artystów – odparł Ezio. – Mieszka w nim wielu bogatych mecenasów.
– Niestety, jest nas tak wielu… – zaczął utyskiwać Leonardo. – Bardzo trudno przyciągnąć czyjąś uwagę. Dlatego jestem niezwykle zobowiązany twojej matce. Powiadam ci, ma naprawdę wytrawne oko!
– Skupiasz się na malowaniu? – zapytał Ezio, mając w pamięci różnorodność wyposażenia pracowni Leonarda.
Leonardo zamyślił się.
– To trudne pytanie. Prawdę powiedziawszy, od kiedy się usamodzielniłem, trudno jest mi skupić się na czymkolwiek. O tak, uwielbiam malować i wiem, że to potrafię, ale… wydaje mi się, że widzę efekt końcowy jeszcze zanim go osiągnę. Przez to z trudem przychodzi mi kończenie dzieł. Muszę być pod presją! To jednak nie wszystko. Często odnoszę wrażenie, że mojej pracy brakuje… sam nie wiem… celowości? Czy to ma jakikolwiek sens?
– Powinieneś mieć więcej wiary w siebie, Leonardo – powiedziała Maria.
– Dziękuję, pani, za wsparcie, ale zdarzają mi się chwile, kiedy myślę, że powinienem zająć się czymś bardziej praktycznym, czymś, co ma rzeczywisty związek z życiem. Chciałbym zrozumieć, na czym ono polega… na czym polega działanie wszystkiego, co istnieje na świecie.
– Musiałbyś być więc setką osób w jednej – powiedział Ezio.
– Och, ile bym za to dał! Chciałbym poznać architekturę, anatomię, a nawet inżynierię. Nie wystarcza mi odtwarzanie świata przy użyciu pędzla; ja chcę go zmieniać!
Mówił z taką pasją, że Ezio, zamiast poczuć irytację, był pod wielkim wrażeniem – ten człowiek na pewno się nie przechwalał; przeciwnie, wyglądało na to, że cierpi katusze z powodu nawału myśli, które w nim kipią. „Jeszcze chwila – pomyślał Ezio – a powie nam, że nieobca mu jest muzyka i poezja!”
– Nie chcesz odłożyć tego na chwilę i odpocząć, Ezio? – zapytał Leonardo. – Może być ci z tym trochę ciężko.
Ezio zacisnął zęby.
– Nie, grazie. Poza tym już dochodzimy.
Gdy dotarli do Palazzo Auditore, Ezio wniósł skrzynię do holu i postawił ją tak powoli i ostrożnie, jak tylko pozwoliły mu na to obolałe mięśnie. Gdy to zrobił, poczuł ulgę o wiele większą, niż się spodziewał.
– Dziękuję, Ezio – powiedziała do niego matka. – Wydaje mi się, że teraz poradzimy już sobie bez ciebie, choć jeśli chcesz pomóc nam z wieszaniem obrazów…
– Dziękuję, mamo – myślę, że będzie najlepiej, jeśli zajmiecie się tym sami.
Leonardo wyciągnął do niego rękę.
– Cieszę się, że cię poznałem, Ezio. Mam nadzieję, że wkrótce nasze drogi znów się spotkają.
– Anch’io. (…)


------------------------------------------------------------------------------------------
Oliver Bowden
Assassin’s Creed: Renesans
przekład: Tomasz Brzozowski
Copyright © for Polish Edition Insigns Media, 2010.

Copyright © Ubisoft Entertainment. All Rights Reserved.
Assassin’s Creed, Ubisoft, Ubi.com and the Ubisoft logo are trademarks of Ubisoft Entertainment in the U.S. and/or other countries.
First published in Great Britain in the English language by Penguin Books Ltd. in 2009.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2010-10-11 (1229 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej